Kolekcja nietypowych zdarzeńTekst

Autor:Tom Hanks
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kolekcja nietypowych zdarzeń
Kolekcja nietypowych zdarzeń
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,80  52,64 
Kolekcja nietypowych zdarzeń
Kolekcja nietypowych zdarzeń
Audiobook
Czyta Jacek Rozenek
32,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kiedy mijałem truchtem dom pana Moore’a, właśnie wsiadał do samochodu z kubkiem kawy na drogę w dłoni.

– Przed chwilą biegła tędy ta twoja dziewczyna. Nieźle zasuwała.

Po prysznicu i śniadaniu, na które było awokado na chlebie orkiszowym, Anna wzięła sprzedaną przez Steve’a Wonga szlifierkę taśmową i zaczęła polerować mój stolik ogrodowy. Dołączyłem do niej z własnym papierem ściernym.

– Jak przetrzesz do żywego, będziesz go musiał jeszcze raz pomalować. Masz farbę?

Miałem.

– Powinieneś skończyć dziś wieczorem. Potem przyjedź do mnie. Będzie kolacja i seks.

Nie oponowałem.

– Teraz muszę iść do pracy.

Przed wyjściem wskazała mi inne przedmioty z drewna, które wymagały oszlifowania i farby – ławkę, tylne drzwi do kuchni i starą szopę, gdzie trzymam zabawki do trawy i sprzęt sportowy. Resztę dnia spędziłem w obozie pracy.

Kiedy przyszła wiadomość od Anny, byłem spocony, zakurzony i zachlapany farbą.

ProjektAnn(tk)a: kolacja za kwadrans

Dotarłem do niej po półgodzinie, ale przed jedzeniem musiałem wziąć prysznic. Jedliśmy w salonie – wielkie misy wietnamskiego pho – oglądając dwa odcinki Our Frozen Earth na Blu-ray. Przez ponad trzy godziny dowiedzieliśmy się wszystkiego o pingwinach maskowych i krabojadach foczych, które żyją tylko w jednym regionie naszej planety.

Zasnąłem, nie doczekawszy seksu.

DZIEŃ 16

Anna umówiła nas bez mojej wiedzy na lekcję nurkowania wczesnym rankiem.

Vin kazał nam włożyć cały osprzęt – butle, pasy balastowe, wszystko – i klęczeć na dnie głębokiego końca basenu. Musieliśmy zdjąć każdą część sprzętu nurka, w tym maski, wstrzymać oddech, a potem wszystko z powrotem włożyć. Po lekcji Vin powiedział, że mam zaległości w teorii i że muszę nadgonić.

– Dlaczego nie przerobiłeś podręcznika? – dociekała Anna.

– Pochłonęła mnie randka ze szlifierką taśmową.

W drodze do domu poczułem w krtani drapanie, jakby coś mnie brało.

– Nie mów, że się przeziębisz – ostrzegła Anna. – Wmawiając sobie, że jesteś chory, pozwalasz sobie na chorobę.

Zadzwonił jej telefon i odebrała połączenie przez zestaw słuchawkowy; to był jeden z jej klientów w Fort Worth. Niejaki Ricardo opowiadał żarty o szablonach kolorów, rozśmieszając parkującą na podjeździe Annę, która została w samochodzie, żeby dokończyć rozmowę. Ja wszedłem do domu.

– Musimy pojechać do Fort Worth – oznajmiła, dotarłszy w końcu do kuchni. Robiłem rosół z kury z torebki.

– Po co? – zapytałem.

– Muszę pomóc Ricardowi przygotować prezentację. A tak w ogóle to nie jest zupa, tylko paczka sodu.

– Pozwalam sobie na chorobę. Zupa mi pomoże.

– To gówno cię wykończy.

– Muszę jechać z tobą do Fort Worth?

– Czemu nie? I tak nie masz nic do roboty. Zostaniemy na noc i pozwiedzamy.

– Fort Worth?

– To będzie przygoda.

– Cieknie mi z nosa i czuję się, jakby w mojej głowie buszował rój pszczół.

– Wszystko przejdzie, jak tylko przestaniesz opowiadać takie rzeczy – skwitowała.

W odpowiedzi kichnąłem, zakaszlałem i wydmuchałem nos w chusteczkę. Anna pokręciła tylko głową.

DZIEŃ 17

Oto co zwiedziłem w Fort Worth.

Wielkie lotnisko. Tak pełne podróżnych, jakby gospodarka Teksasu się załamała i wszyscy rzucili się do ucieczki.

Halę odbioru bagażu. W trakcie przebudowy, co skutkowało chaosem i groźbą bijatyki. Anna miała trzy walizki, które zjechały na samym końcu.

Autokar. Z namalowanym wielkimi literami napisem PONYCAR PONYCAR PONYCAR. PonyCar był nową konkurencją dla Ubera i wynajętych samochodów. Anna miała kupon na darmowy weekend – nie wiem z jakiej okazji. Autokar zawiózł nas na parking pełen maleńkich samochodów – też z namalowym logo PonyCar. Nie mam pojęcia, gdzie odbywa się produkcja ponycarów, ale są wyraźnie zaprojektowane dla niewielkich ludzi. Nasza dwójka z bagażem musiała się wcisnąć do pojazdu stworzonego z myślą o naszej dwójce z jedną trzecią bagażu.

Hotel DFW Sun Garden. Nie tyle hotel, co konglomerat kawalerek z aneksami kuchennymi i baterią automatów dla podróżujących służbowo, którzy muszą liczyć się z kosztami. Kiedy znaleźliśmy się w naszym pokoiku, położyłem się. Anna przebrała się w eleganckie rzeczy, rozmawiając przez telefon z Ricardem. Pomachała do mnie na pożegnanie i wyszła, ciągnąc za sobą gustowną walizkę na kółkach.

Zamulony chorobą nie mogłem włączyć telewizji. Kablówka miała menu, jakiego nigdy wcześniej nie widziałem. Udało mi się tylko ustawić kanał hotelowy Sun Garden, który sławił chwałę przybytków sieci na świecie. Nowe hotele otwierano wkrótce w Evansville w Indianie, Urbanie w Illinois i Frankfurcie w Niemczech. Systemu telefonicznego też nie udało mi się rozpracować. Bez przerwy łączyłem się z tym samym nagranym menu. Zgłodniałem, więc powlokłem się do holu na zakupy w automatach.

Maszyny umieszczono w oddzielnej salce z małym szwedzkim stołem, na którym stały miski z jabłkami i pojemniki z płatkami śniadaniowymi. Poczęstowałem się jednymi i drugimi. W jednym z automatów można było kupić pizzę na kawałki, w innym przybory toaletowe, w tym kilka leków na przeziębienie. Po czterech próbach przekonania maszyny, żeby przyjęła moją wymiętą dwudziestkę, kupiłem trochę kapsułek, trochę tabletek, kilka opakowań jednorazowych leków w płynie i buteleczkę specyfiku o nazwie Boost-Blaster!, który szczycił się potężną dawką antyutleniaczy, enzymów i wszystkiego, co dobre w botwinie i pewnych rybach.

Po powrocie do pokoju przygotowałem koktajl z dwóch sztuk każdego z nabytków; zdarłem folię ochronną, rozpracowałem nakrętki zabezpieczające i wypiłem boost-blastera! jednym haustem.

DZIEŃ 18

Po obudzeniu nie miałem pojęcia, gdzie jestem. Słyszałem dźwięk prysznica. Widziałem światło w szczelinie pod drzwiami i stertę podręczników na stoliku. Drzwi do łazienki otworzyły się gwałtownie, uwalniając kłęby podświetlonej pary.

– Żyjesz! – Naga Anna się wycierała. Zdążyła już wrócić z biegania.

– Żyję? – Przeziębienie nie ustąpiło. Ani trochę. Nowością było natomiast zamroczenie.

– Wziąłeś to wszystko? – Wskazała na małe biurko zaśmiecone resztkami po moich próbach leczenia się na własną rękę.

– Dalej chory – broniłem się słabo.

– Mówienie, że jesteś dalej chory, sprawia, że jesteś dalej chory.

– Czuję się tak podle, że twoja logika ma nawet sens.

– Tyle cię ominęło, dziecino. Zeszłej nocy poszliśmy na organiczną kuchnię meksykańską. Ricardo miał urodziny. Była nas mniej więcej czterdziestka plus piniata. Potem poszliśmy na tor i ścigaliśmy się miniaturowymi hot rodami. Dzwoniłam do ciebie, pisałam i nic.

Sięgnąłem po telefon. Między osiemnastą a wpół do drugiej w nocy ProjektAnn(tk)a dzwoniła i pisała do mnie trzydzieści trzy razy.

Anna zaczęła się ubierać.

– Lepiej się spakuj. Musimy się wymeldować, a potem pójść do biura Ricarda na spotkanie. A stamtąd na lotnisko.

Anna skierowała ponycara do dzielnicy przemysłowej gdzieś w Fort Worth. Usiadłem w recepcji, czując się koszmarnie i bez przerwy wydmuchując nos, i usiłowałem skoncentrować się na lekturze na czytniku Kobo książki o astronaucie Walcie Cunninghamie, ale byłem po prostu zbyt zamroczony. Zagrałem na telefonie w grę zatytułowaną 101, odpowiadając na pytania prawda czy fałsz i robiąc testy wielokrotnego wyboru. Prawda czy fałsz: prezydent Woodrow Wilson używał w Białym Domu maszyny do pisania. Prawda! Upolował hammonda type-o-matic i wstukał na nim przemówienie, licząc na pozyskanie poparcia dla pierwszej wojny światowej.

Po długim siedzeniu potrzebowałem powietrza, więc poszedłem na wolny spacer po strefie przemysłowej. Każdy budynek wyglądał tak samo i się zgubiłem. Znalazłem drogę powrotną, kiedy szczęśliwym trafem zauważyłem zaparkowanego ponycara, który okazał się nasz.

Anna stała tam ze swoimi klientami, nie mogąc się mnie doczekać.

– Gdzieś ty się podziewał?

– Zwiedzałem.

Przedstawiła mnie Ricardowi i trzynastu innym redaktorom prowadzącym podręczników.

Nie uścisnąłem dłoni żadnemu z nich. Byłem przecież przeziębiony.

Zwrot auta w biurze PonyCara był zgodnie z zapowiedzią bezproblemowy, ale autokar, który miał nas zabrać do hali odlotów, mocno się spóźnił. Żeby zdążyć na samolot, musieliśmy z Anną biec przez lotnisko DFW jak dwie postaci z filmu albo o szurniętych kochankach na wakacjach, albo o agentach federalnych usiłujących powstrzymać atak terrorystyczny. Zdążyliśmy, ale nie było już miejsc obok siebie. Anna usiadła z przodu, ja na samym tyle. Zatkane uszy męczyły mnie przy starcie, a kilka godzin później, podczas lądowania, bolały jeszcze bardziej.

Po drodze do mnie Anna zatrzymała się w monopolowym po buteleczkę brandy. Kazała mi wypić dużą porcję alkoholu, potem zapakowała mnie do łóżka, opatuliła i dała mi całusa w czoło.

DNI 19–20

Byłem najzwyczajniej chory. Jedynym ratunkiem było leżeć w łóżku i dużo pić, jak to jest z przeziębieniami od czasów, kiedy katar rozłożył pierwszego neandertalczyka.

Ale Anna miała na ten temat własne zdanie. Przez dwa dni robiła wszystko, żeby wyleczyć mnie przed czasem. Kazała mi siedzieć nago na krześle ze stopami w miednicy z zimną wodą. Podłączyła moje kończyny do czegoś, co przypominało aparat EKG, kazała mi zdjąć wszystkie metalowe rzeczy (nie miałem na sobie żadnych) i włączyła urządzenie. Nic nie poczułem.

Jednak z czasem woda wokół moich stóp zrobiła się najpierw mętna, potem brązowa, a potem stężała, aż miednica zaczęła przypominać najmniej apetyczną galaretę świata. Paskudztwo było tak gęste, że wyciągając stopy, czułem się, jakbym wypełzał z bagna. A jak to śmierdziało!

 

– Złe z ciebie schodzi – wyjaśniła Anna, spuszczając brudy w klozecie.

– Z moich stóp?

– Tak. To dowiedzione. Złe jedzenie, trucizny i tłuszcze wychodzą z ciebie przez stopy.

– Mogę teraz wrócić do łóżka?

– Idziesz pod prysznic parowy.

– Nie mam prysznica parowego.

– Już masz.

Anna obwiesiła mój prysznic serią plastikowych zasłon i podkręciła przenośny generator pary. Siedziałem tam na stołku, pocąc się, aż udało mi się wmusić w siebie trzy wielkie butle jakiejś słabej herbaty. To trochę potrwało, bo herbata smakowała jak pomyje i mój pęcherz przeżywał ciężkie chwile.

Przybył rower stacjonarny. Anna kazała mi na nim jeździć co półtorej godziny przez dokładnie dwanaście minut, aż spociwszy się, dowiodłem, że podniosłem temperaturę ciała.

– To żeby wycisnąć z ciebie śluzy i takie tam – wyjaśniła.

Przez trzy posiłki z rzędu karmiła mnie miskami wodnistej zupy z kawałkami buraków i selera. Zmusiła mnie do godzinnych sesji powolnego rozciągania według wskazówek ze swojego iPada, pilnując, żebym idealnie naśladował instruktorkę.

Podłączyła do kontaktu coś à la elektryczna kostka mydła, co bzyczało i wibrowało – urządzenie domowej roboty z napisem cyrylicą na opakowaniu. Kazała mi się położyć nago na podłodze i całego mnie tym dziwactwem rozmasowała z obu stron. Komusze ustrojstwo wydawało różne odgłosy na różnych częściach mojego ciała.

– Zuch dziecina! – ucieszyła się Anna. – Już niedługo!

Nie mówiąc jej o tym, wziąłem kilka nyquilów i przeżułem parę sudafedów, po czym wpełzłem z powrotem do łóżka, żeby rozpłynąć się w krainie kimania.

DZIEŃ 21

Rano czułem się lepiej. Pościel była tak przesiąknięta moim potem, że dało się ją wyżymać jak irchę.

Na ekspresie znalazłem przyklejoną wiadomość od Anny.

Kiedy wychodziłam, spałeś jak zabity. Taki mi się podobasz. Nie będziesz chory, jeżeli skończysz zupę z lodówki. Rano wypij ją na zimno, po południu na gorąco. Poćwicz na rowerze dwa razy przed południem i porozciągaj się przez godzinę (wysłałam Ci załącznik mailem). I siedź pod prysznicem parowym, aż wypijesz trzy butelki destylowanej wody! Wydalaj z siebie ten sód! A.

Byłem sam u siebie bez nadzoru, więc natychmiast zignorowałem zalecenia Anny. Wypiłem kawę z gorącym mlekiem. Przeczytałem drukowany egzemplarz „Timesa” – nie wersję internetową, którą Anna wolała, bo papierowe gazety, bez względu na mój recykling, były grzechem wobec planety. Zrobiłem sobie pożywną jajecznicę ze smażonymi plastrami linguisy (portugalskiej kiełbasy), z bananem, truskawkową grzanką Pop-Tart, sokiem z papai z kartonu i dużą miską cocoa puffsów.

Nie jeździłem na rowerze stacjonarnym ani nie siedziałem w prowizorycznej łaźni. Nie otworzyłem załącznika, więc z rozciągania nici. Zamiast tego przez cały ranek robiłem pranie – cztery cykle, w tym pościel. Puszczałem składanki z kompaktów i śpiewałem. Delektowałem się niewykonywaniem żadnego z poleceń Anny. Miałem Najlepsze Życie pod Słońcem.

Co znaczyło, że odpowiedziałem na jej zadane mi przed dwoma tygodniami pytanie: Nie. Nie byłem mężczyzną dla niej.

Kiedy zadzwoniła, żeby zapytać, jak się czuję, przyznałem się do zignorowania jej zaleceń. Powiedziałem też, że czuję się zdrowy, wypoczęty, że doszedłem do siebie i choć jest wspaniała, a ja jestem frajerem... i tak dalej, i tak dalej.

Zanim udało mi się sklecić, że z nią zrywam, Anna mnie wyręczyła.

– Dziecino, nie jesteś mężczyzną dla mnie.

W jej głosie nie było nawet krzty urazy, krytyki ani rozczarowania. Powiedziała to zupełnie bez ogródek, na co ja nigdy bym się nie zdobył.

– Wiem to od jakiegoś czasu – przyznała z chichotem Anna. – Nie dawałeś ze mną rady. Na dłuższą metę bym cię wykończyła.

– Kiedy miałaś zamiar mnie uwolnić? – zapytałem.

– Gdybyś się nie wycofał do piątku rano, odbylibyśmy poważną rozmowę.

– Dlaczego w piątek rano?

– Bo w piątek wieczorem wracam do Fort Worth. Ricardo zabiera mnie na lot balonem.

Jakaś część mojej męskiej dumy od razu miała nadzieję, że ten cały Ricardo też nie będzie mężczyzną dla Anny.

Nie był. Anna nigdy nie wyjaśniła mi dlaczego.

A egzamin z nurkowania zdałem. Dołączyliśmy z Anną do Vina i tuzina innych nurków z dala od brzegu w skupiskach krasnorostów. Oddychaliśmy pod wodą, przepływając przez coś, co wyglądało jak wysoki las morskich drzew. Mam z Anną wspaniałe zdjęcie, kiedy później na pokładzie stoimy objęci, w kombinezonach i z szerokimi uśmiechami na naszych zmarzniętych, mokrych twarzach.

W przyszłym tygodniu wyruszamy na Antarktydę. Anna zorganizowała wielkie wyjście na zakupy, pilnując, żebyśmy skompletowali niezbędny sprzęt. Szczególnie zatroszczyła się, żeby MDywiz miał wystarczającą liczbę warstw chroniących go przed chłodem. Nigdy nie był w miejscu na tyle zimnym, żeby mogły tam żyć pingwiny maskowe i krabojady focze.

– Koło podbiegunowe, nadciągamy! – zawołałem, pozując w dresie i zielonej parce.

Anna się roześmiała.

Polecimy do Limy w Peru, potem przesiądziemy się na samolot do Punta Arenas w Chile, tam wsiądziemy na łódź, żeby przepłynąć z Ameryki Południowej do starej stacji badawczej w Port Lockroy, gdzie mamy pierwszy postój. Chodzą słuchy, że w Cieśninie Drake’a morze bywa wzburzone. Ale z silnym wiatrem, stabilnym sterem, precyzyjnym kompasem i niezawodnym zegarem nasz statek podąży na południe, ku kołu podbiegunowemu i zatrzęsieniu przygód.

Nie mówiąc o B15-K.


Wigilia 1953 roku

Virgil Beuell zamknął sklep dopiero w porze kolacji, kiedy zaczęło lekko śnieżyć. Droga do domu robiła się coraz bardziej śliska, więc jechał powoli, co było bajecznie łatwe w plymoucie z automatyczną skrzynią biegów PowerFlite. Bez sprzęgła, bez przerzucania – cud techniki. Ześlizgnięcie się z oblodzonej drogi i utknięcie w śniegu byłoby dziś katastrofą – w bagażniku plymoutha były wszystkie skarby, które nazajutrz rano miał dostarczyć Święty Mikołaj, skutecznie ukrywane tam, od kiedy dzieci parę tygodni temu przedstawiły swoje życzenia. Prezenty musiały znaleźć się pod choinką za kilka godzin, a przenoszenie ich z bagażnika zakopanego w śniegu auta do szoferki pomocy drogowej zupełnie popsułoby święta.

Podróż do domu trwała dłużej niż zazwyczaj, co nie przeszkadzało Virgilowi. Ale zimna nie znosił. Bez względu na PowerFlite często przeklinał inżynierów Plymoutha, którym nie udało się zaprojektować samochodu z porządnym ogrzewaniem. Kiedy powoli parkował przy domu i żółte plamy świateł pląsały na siatce tylnej werandy, a opony zaszeleściły, zatrzymując się na żwirowym podjeździe, chłód dał mu się nieco we znaki. Virgil musiał szczególnie uważać, żeby nie poślizgnąć się na ścieżce, jak to mu się zbyt często przytrafiało, ale i tak wszedł do domu z pośpiechem człowieka wracającego po dniu pracy.

Kiedy otrzepał kalosze ze śniegu i powiesił swoje warstwy ciepłego ubrania, ciało Virgila rozluźniło się w cieple rozprowadzanym przez ruszty z piwnicy. Po nabyciu domu własnoręcznie zainstalował piec, o wiele za duży jak na skromny budynek. Zamontował też potężny bojler, komercyjny model, w którym nigdy nie brakowało niebiańskiego płynu na kąpiele dla dzieci i długi prysznic dla niego. Taki komfort był wart rachunków za opał, jak również ceny dwóch sągów drewna każdej zimy.

W pokoju dziennym paliło się w kominku. Virgil nauczył Daveya, jak rozpalić ogień, ustawiając polana tak jak klocki Lincoln Logs, niczym kwadratowy dom wokół podpałki, nigdy w piramidę. Mały uważał teraz rozpalanie w kominku za swój święty obowiązek. Po nadejściu pierwszych listopadowych przymrozków dom Beuellów był najcieplejszym miejscem w promieniu wielu kilometrów.

– Tato! – Davey przybiegł z kuchni. – Nasz plan świetnie się sprawdził. Jill dała się nabrać.

– To wspaniałe wieści, olbrzymie – powiedział Virgil, witając się z chłopcem tajnym uściskiem dłoni, znanym tylko ich dwójce.

– Powiedziałem jej, że napiszemy do Mikołaja listy po kolacji, potem rozłożymy parę przysmaków, tak jak robiłeś to ze mną, kiedy byłem mały. – Davey kończył w styczniu jedenaście lat.

Jill nakrywała do stołu w kuchni, a jej specjalnością było poprawianie serwetek i sztućców.

– Tatuś wrócił, hurrra! – zawołała sześciolatka, prostując ostatnie łyżki.

– Tak? – zdziwiła się Delores Gomez Beuell. Stała przy kuchence i gotowała z małą Connie siedzącą okrakiem na jej biodrze.

Virgil dał każdej z kobiet swojego życia po całusie.

– Fakt, wrócił – potwierdziła Del, oddając pocałunek, po czym nałożyła smażone ziemniaki z cebulą na półmisek i zaniosła go na stół.

Davey przyniósł ojcu piwo z nowego potężnego kelvinatora i uroczyście wybił na przeciwległych krańcach wieczka dwa otwory otwieraczem do puszek, co stanowiło jego kolejną świętą powinność.

Kolacja u Beuellów była jak przedstawienie. Davey nie mógł usiedzieć na miejscu – małego zawsze nosiło przy stole. Connie wierciła się na kolanach matki, zajęta gryzieniem łyżki albo tłuczeniem nią w blat. Del kroiła jedzenie dla dzieci, wycierała po nich, wkładała Connie do buzi kawałki rozgniecionego kartofla i co jakiś czas sama brała gryza. Virgil jadł powoli, za każdym razem nakładając coś innego, krążył widelcem po talerzu, delektując się rodzinnym teatrem.

– Mówię wam: Mikołajowi wystarczą tylko trzy ciastka. – Davey na użytek Jill wyjaśniał fakty na temat oczekiwanego wieczorem gościa. – I on zawsze zostawia w szklance trochę mleka. Taki jest zajęty. Prawda, tato?

– Takie chodzą słuchy. – Virgil mrugnął do syna, który chciał to odwzajemnić, ale udało mu się tylko zmarszczyć pół twarzy i zamknąć oko.

– Tak czy inaczej, każdy zostawia mu ten sam przysmak.

– Każdy? – badała Jill.

– Każdy.

– Nie jestem pewna, kiedy on przychodzi. O której się pojawi? – dopytywała się.

– W ogóle nie przyjdzie, jeżeli nie skończysz kolacji. – Del stuknęła w talerz Jill widelcem i oddzieliła ziemniaki od mięsa. – Każdy kęs przyśpiesza nadejście Mikołaja.

– Wtedy, kiedy idziemy do łóżek? – zapytała Jill. – Trzeba zasnąć, prawda?

– Może się zjawić o dowolnej porze od pójścia do łóżka aż do porannej pobudki. – Davey miał odpowiedź na każdą wątpliwość siostry. Od kiedy latem rozpracował Mikołaja, chłopiec bardzo się starał podtrzymywać wiarę Jill.

– To wiele godzin. Jeżeli jego mleko będzie za długo stać, to się zepsuje.

– Mikołaj może je schłodzić dotknięciem! Wystarczy, że włoży palec do szklanki ciepłego mleka, powie „abrakadabra” i już. Mleko zimne.

Jill była tym zafascynowana.

– Musi pić dużo mleka.

Po kolacji Virgil z dziećmi pełnili służbę w kuchni. Jill stała na krześle nad zlewem i wycierała po kolei widelce i łyżki, podczas gdy Del była na piętrze, gdzie usypiała Connie i zażywała krótkiej, bardzo potrzebnej drzemki. Davey otworzył ostatnią tego wieczoru puszkę piwa dla ojca i postawił ją na stoliku z telefonem, tuż obok tak zwanego Fotela Taty przy kominku. Kiedy Virgil siedział i sączył piwo, Davey i Jill położyli się przed gramofonem i słuchali świątecznych płyt. Przy wyłączonym świetle choinka rzucała na ściany feerię kolorów. Jill oparła się o kolana Virgila, podczas gdy jej brat puszczał w kółko piosenkę o Rudolphie, aż nauczyli się całego tekstu i zaczęli go uzupełniać.

Miał bardzo lśniący nos.

– Jak żarówka!

Śmiały się i z niego drwiły.

– Ej, bałwanku!

Przy kawałku o przejściu do historii zawołali:

– I do arytmetyki!

Roześmiana Del zeszła po schodach.

– Ciekawe, co byście, moje głupolki, zrobili z Joy to the World? – Pociągnęła łyk Virgilowego piwa, po czym usiadła w swoim kącie kanapy, wystukała papierosa ze skórzanej papierośnicy na zatrzask i zapaliła go leżącymi przy popielniczce obok telefonu zapałkami.

– Davey, mógłbyś trącić tę kłodę – poprosił Virgil.

Jill się zainteresowała.

– Ja chcę pogrzebać!

– Najpierw ja. I nie martw się, buty Mikołaja są ognioodporne.

– Wiem. Wiem.

Po tym, jak Jill pogrzebała w kominku, Del wysłała dzieci na górę, żeby przebrały się w piżamy.

Virgil skończył piwo, poszedł do przedpokoju i wyciągnął z szafy przenośną maszynę do pisania Remington. Delores kupiła ją dla Virgila zupełnie nową, kiedy był w szpitalu polowym na Long Island w stanie Nowy Jork. Pisał na niej listy do żony swoją sprawną dłonią, aż terapeuci nauczyli go, jak on to nazywał, bezwzrokowej metody pisania pięcioma i połówką palca.

 

Wyjął maszynę z walizki na niskim stoliku i wkręcił dwie kartki, jedna na drugiej – zawsze dwie, żeby oszczędzać wałek.

– Napiszcie listy do Świętego Mikołaja, Dziadka Mroza czy jak go tam zwą – polecił dzieciom, kiedy wróciły pachnące pastą do zębów i świeżą, czystą flanelą.

Jill pierwsza napisała swój list, wstukując go jednym palcem, litera po literze, klawisz po klawiszu.

kochany mikołaaju dziekuje za to że znów przychodzisz i dziekuje za rzeczy pielegniarki i lalkę honey walker mamn adzieje że dostane obje wesolych swiaat serdcznie pozdraiwma

JILL BEUELL

Davey zażyczył sobie oddzielnej kartki. Wytłumaczył Jill, że inaczej Mikołaj mógłby się pomylić. Wkręcenie do maszyny dwóch wyrównanych kartek trochę mu zajęło.

24.12.1953

Drogi święty Mikołajó. Moja siostra Jill w ciebie wierzy i ja. Też. ciągle. Wiesz, co chcę pod choinke i uwierz mi że NIGDY MNIE NIE ZAWIOŁDŁEŚ..!”Tó jest oczywiście zimne mleko i „babeczki”, czyli poprostu ciastka. Za rok musisz przynieść prezenty małej Connie boo bedzie już duża Zgoda????? jeżeli melko jest ciepłe to ochlodz je plalcem.

David Amos Beuell

Davey zostawił swój list w wałku maszyny, którą odwrócił na stoliku w stronę kominka, żeby Święty Mikołaj jej nie przegapił.

– Powinniście ułożyć swoje prezenty na stertach pod choinką, to rano nie będzie zamieszania – poradził Virgil.

Zamówione prezenty Mikołaj zawsze zostawiał przed pierwszym dniem świąt, już rozpakowane, gotowe do zabawy, żeby Virgil i Del mieli czas na poranną kawę. Podarki od rodziny – od wuja Gusa i cioci Ethel, od wuja Andrew i cioci Marie, od Goggy i Popa, od Nany i Leona, z tak odległych zakątków jak Urbana w stanie Illinois i tak pobliskich jak Holt’s Bend – pojawiały się pod choinką, zapakowane w kolorowy papier, od wielu dni, a po prawie każdym wyjściu rodziców na wiejską pocztę przybywał kolejny.

Po ułożeniu dwóch stosów prezentów z napisami DAVEY i JILL dzieci schowały płyty do okładek, a potem odstawiły je na półkę. Del poprosiła Jill, żeby dostroiła duże radio w szafce na programy świąteczne, piosenki o czymś innym niż renifer z czerwonym nosem.

Ciastka upiekły się dwudziestego trzeciego grudnia. Jill wyciągnęła je z kelvinatora i ułożyła na tacy, kiedy Davey nalewał mleko do wysokiej szklanki, a potem zanieśli przysmaki na stolik, gdzie trafiły obok remingtona. Potem zostało im już tylko czekać. Davey dołożył kolejne polano do ognia, a Jill wróciła na kolana ojca. W radiu leciały kolędy sławiące mędrców, święte noce i narodziny Jezusa.

Niedługo potem Virgil zaniósł śpiącą córkę do łóżka. Wsunął ją pod kołdrę, podziwiając delikatność zamkniętych oczu dziewczynki i jej ust, odzwierciedlających w miniaturze rysy Del. W salonie Davey siedział na kanapie, przytulony do matki, której palce bawiły się jego włosami.

– We wszystko uwierzyła – przyznał.

– Jesteś dobrym starszym bratem – pochwaliła go Del.

– E tam. Każdy by to zrobił. – Davey patrzył na ogień. – Kiedy Jill pierwszy raz zapytała mnie, czy Święty Mikołaj naprawdę istnieje, jakby bała się iść z tym do was i chciała, żeby to była nasza tajemnica, to nie wiedziałem, co jej powiedzieć.

– I jak sobie poradziłeś, skarbie?

– Wtedy opracowałem plan. Żeby mieć odpowiedź na każde jej pytanie. Jakim cudem udaje mu się objechać wszystkie domy? Jest superszybki, a domów nie ma w sumie aż tak wiele. A co, jeżeli nie ma komina? Może wejść przez kuchenkę albo piec.

– Dotykanie mleka, żeby je schłodzić – wyszeptała do syna Del, odgarnąwszy mu włosy z delikatnego czoła. – Jesteś taki bystry. Taki przebiegły.

– To była łatwizna. Mikołaj to przecież magik.

– Niedługo będziesz musiał to samo wyjaśnić Connie.

– No pewnie. To teraz moje zadanie.

Kiedy Virgil zszedł na dół do Fotela Taty, Bing Crosby nucił kolędę po łacinie.

– Tato, a jak działa radio? – zaciekawił się Davey.

Kwadrans po dziesiątej Davey poszedł do łóżka, ogłosiwszy, że to mogła być jego najlepsza Wigilia w życiu.

– Zaparzyć kawę? – zapytała Delores.

– O tak – odparł Virgil, idąc za nią do kuchni, gdzie zatrzymał ją, kiedy sięgała po puszkę kawy, objął i pocałował.

Odwzajemniła pocałunek i oboje poczuli, że taki całus to jeden z powodów, dla których są nadal małżeństwem. Trwał dłużej, niż się spodziewali, i zakończyli go uśmiechem. Del nastawiła kawę, a Virgil stał obok żony przy kuchence.

– Za rok spróbujmy się wybrać na pasterkę – powiedziała Delores. – Wychowujemy bezbożne dzieci.

– Tylko Daveya. – Virgil zachichotał. Davey urodził się siedem miesięcy po ich ślubie.

– Pasterka jest taka piękna.

– Trójka dzieciaków na nogach w noc wigilijną? Wyprawa do kościoła St. Mary’s? I jeszcze z tym śniegiem dzisiaj?

– McElheny’owie jakoś sobie radzą.

– Ruth McElheny jest szurnięta jak krzywa miotła. Ed nie ma odwagi się jej postawić.

– Mimo to. Świece. Muzyka. To takie ładne.

Del wiedziała, że w przyszłości wybiorą się na pasterkę. Nie dlatego, że Virgil nie ma odwagi się jej postawić, ale ponieważ uwielbia spełniać jej życzenia. Ale w to Boże Narodzenie zostały jej tylko ich dłonie, jedna na drugiej, w cichej, ciepłej kuchni zaśnieżonego domu, w którym siedzieli przy kawie.

Virgil włożył z powrotem kalosze i gruby płaszcz, po czym uchylił frontowe drzwi na tyle, żeby się wyślizgnąć. Zebrało się prawie dziesięć centymetrów śniegu. Bez czapki poszedł do bagażnika plymoutha po dary Świętego Mikołaja. Nie chcąc ryzykować upadku na zamarzniętej ścieżce, zrobił dwa kursy z mniejszym obciążeniem. Zamykając bagażnik, podumał przez chwilę o kończącej się Wigilii tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego trzeciego roku. Noc była chłodna, owszem, ale Virgil przeżył już gorsze mrozy.

Stąpając ostrożnie, poczuł skurcz urojonego bólu w miejscu, gdzie kiedyś miał lewą łydkę. Ostatnie pięć kroków do drzwi frontowych zrobił pojedynczo.

Del rozłożyła zestaw małej pielęgniarki przy stercie skarbów Jill. Honey Walker, chodząca lalka „zupełnie jak żywa”, była na baterie. Mikołaj miał baterie. Davey niedługo znajdzie swój kosmodrom z wieżami i żołnierzami, i wyrzutniami na sprężyny, które po złożeniu przez Virgila wszystkich części naprawdę będą ciskać rakiety w próżnię. Connie będzie zachwycona nową matą do zabawy i zestawem klocków prosto z bieguna północnego. Kiedy wszystko było rozłożone, a Honey Walker odbyła próbny spacer, Virgil i Del usiedli przytuleni na kanapie i wrócili do całowania.

Posiedzieli chwilę ze splecionymi rękami w ciszy i bez ruchu. Del popatrzyła na ogień i się podniosła.

– Jestem wykończona – przyznała. – Postaraj się odebrać po pierwszym dzwonku, skarbie. I pozdrów go ode mnie.

– Jasne.

Virgil zerknął na zegarek. Było prawie wpół do dwunastej. Siedem minut przed północą nocną ciszę przeszył przenikliwy terkot. Zgodnie z zaleceniem Virgil podniósł słuchawkę, zanim pierwszy dzwonek ustąpił miejsca drugiemu.

– Wesołych świąt – powiedział.

Na linii była telefonistka.

– Połączenie międzystanowe do Virginii Beuell od Amosa Bolinga.

– Przy telefonie. Dziękuję pani.

Telefonistka jak zwykle przekręciła imię.

– Proszę pana, rozmówca jest na linii – potwierdziła kobieta i się rozłączyła.

– Dzięki, słonko – powiedział dzwoniący. – Wesołych świąt, Prawiczku.

Virgil uśmiechnął się na dźwięk przezwiska. Amos Boling zadbał o to, żeby wszyscy w jednostce nazywali go Prawiczkiem.

– Bud, gdzie ty się, do licha, podziewasz?

– W San Diego. Wczoraj byłem za granicą.

– No przecież.

– Pozwól, że coś ci powiem o Meksyku, Prawiczku. Mnóstwo tam knajp i burdeli. A do tego miło i ciepło. Ile macie śniegu w tym waszym Zaściankowie?

– Bywało gorzej. Ale siedzę przy ciepłym kominku, więc nie narzekam.

– Delores dalej musi się z tobą użerać?

– Masz pozdrowienia.

– Cholerny z ciebie farciarz, a twoja połowica mogła dużo lepiej trafić.

– Wiem, ale ani mru-mru.

Obaj zachichotali. Amos „Bud” Boling zawsze żartował, że kiedy Virgil „Prawiczek” Beuell sprzątnął Delores Gomez z rynku matrymonialnego, nie było sensu się już żenić. Swego czasu, przed ponad trzynastu laty, ktoś inny z jednostki mógł zwędzić Delores. Ernie, Clyde, Bob Clay albo któryś z dwóch Johnnych na pewno posmaliłby do niej cholewki, gdyby Virgil nie poznał jej pierwszy. Na potańcówce w ośrodku Czerwonego Krzyża był taki tłum żołnierzy, marynarzy i lotników, że Virgil musiał się przewietrzyć i oddalić na chwilę od zgiełku. Wyszedł na papierosa i ani się obejrzał, kiedy służył ogniem brązowookiej dziewczynie imieniem Delores Gomez. Do następnego ranka ona i Virgil zdążyli się wytańczyć, wyśmiać, zjeść naleśniki, napić się kawy i pocałować. Dwa życia odmieniły się na zawsze.