Jak pozostać człowiekiem w tym piep*onym świecieTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tim Desmond
Jak pozostać człowiekiem w tym piep*onym świecie
Mindfulness w praktyce

Przełożył

Paweł Kruk

Książkę tę dedykuję tym wszystkim, którzy tak bardzo dbają o świat, że to ich zabija.

SPIS TREŚCI

Wstęp

1. Coś głębszego niż rozpacz

2. Znaleźć piękno w życiu

3. Sztuka bycia nieszczęśliwym

4. Poznać siebie

5. Jak zachować człowieczeństwo, kiedy inni są do niczego

6. Dlaczego dzieją się złe rzeczy

7. Sztuka nieistnienia

8. Uleczyć dawny ból

9. Nie jesteś szalony

10. Stać się nieustraszonym

11. Wspólnota jako schronienie. Wspólnota jako broń

12. Twoje dziesięć tysięcy godzin

Posłowie

Podziękowania

WSTĘP

Siedziałem zatrzymany przez policję w San Francisco z grupą przyjaciół. Umieszczono nas w areszcie śledczym w centrum miasta, gdzie opatrywaliśmy sobie drobne rany, ale nikt nie odniósł poważniejszych obrażeń. Już wcześniej wielokrotnie aresztowano nas podczas różnych protestów, wiedzieliśmy więc, że po kilku godzinach nas wypuszczą. W tamtym czasie studiowałem psychologię. Byłem przepełniony dumą, że nie wyrosłem z okresu buntu (i tak jest do dzisiaj).

Zabijaliśmy czas, rozprawiając o tym, czy naszym zdaniem świat idzie ku lepszemu, czy gorszemu. Mój przyjaciel Erik stwierdził, że dzieje się coraz lepiej. Powiedział, że w porównaniu z rokiem 1850, gdy panowało niewolnictwo, kolonializm, ludobójstwo popełniane na rdzennych Amerykanach i podporządkowanie kobiet, obecne czasy wypadają lepiej. Brzmiało to dla mnie sensownie.

Jednak mój inny przyjaciel Stephen wyraził opinię, iż jest coraz gorzej. Zauważył, że coraz więcej bogactwa i władzy przypada niewielkiej grupie ludzi i zapytał, jak może się dziać lepiej, skoro całkiem możliwe, że za sto lat nasza planeta nie będzie się nadawała do zamieszkania. Także trafne uwagi.

Oni rozprawiali, a ja przeważnie słuchałem. Wielokrotnie byłem świadkiem podobnych debat – zawsze mnie fascynowały. Przemawiały do mnie obie przeciwstawne opinie i zastanawiałem się, czy może tak być, że obie są słuszne. Czy możliwe, iż dzieje się lepiej, a zarazem gorzej?

Zastanawiałem się też, jak zmieniłaby się moja postawa, gdybym stanął po którejś ze stron. Czy gdybym uwierzył, że dzieje się coraz gorzej, to musiałbym uznać, iż nasze próby stworzenia pozytywnej zmiany spełzną na niczym? Z drugiej zaś strony, gdybym przyjął, że idzie ku lepszemu, to musiałbym uznać, iż cała nasza praca jest w rzeczywistości niepotrzebna?

Miesiąc wcześniej ćwiczyłem medytację z mistrzem zen Thích Nhất Hạnhem. Podczas jednego z wykładów opowiadał o buddyjskiej idei zwanej zręcznymi środkami – że czasem najważniejsze w systemie przekonań jest to, w jaki sposób oddziałuje on na człowieka. Jaki światopogląd uczyniłby mnie lepszą osobą? Który pomógłby mi wytrwać w wysiłkach na rzecz zmian?

Po namyśle uznałem, że dla każdej z tych perspektyw istniałoby racjonalne uzasadnienie, by ją porzucić, ale także, aby ją wesprzeć. Możliwe, że ludzkie istoty ewoluują w kierunku jakiejś bardziej oświeconej świadomości i być może od czasu, gdy przestaliśmy być członkami kultury zbieracko-łowieckiej, niszczymy wszystko, czego się tkniemy. Może oba stwierdzenia są słuszne albo żadne z nich. Ostatecznie nie zmieniłoby to decyzji dotyczących mojego życia.

Świat wypełnia ogrom cierpienia i nie widzę lepszego sposobu na życie, niż podjęcie próby, żeby zostawić coś lepszym, niż to zastałem. Taka motywacja stanowi siłę napędową mojego życia i prowadzi mnie przez świat drogą medytacji w klasztorach buddyjskich, organizowania ruchów społecznych, zakładania organizacji non profit, a ostatnio zainicjowania w Google start-upu z zakresu zdrowia psychicznego. Pisałem tę książkę z nadzieją, że będę mógł podzielić się z czytelnikami swoją wiedzą, by w ten sposób pomóc im żyć w naszym pięknym i pokręconym świecie.

ROZDZIAŁ 1
COŚ GŁĘBSZEGO NIŻ ROZPACZ

Nie chciałbym, żebyś zanurzał się w swój sen.

Wolałbym, abyś był świadomym mieszkańcem tego okropnego i pięknego świata.

– TA-NEHISI COATES

Czternastego listopada 2016 roku, zaledwie sześć dni po zwycięstwie Donalda Trumpa, moja żona Annie obudziła się w środku nocy nękana przenikliwym bólem. Badanie na ostrym dyżurze wykazało, że rak, z którym zmagała się od ponad roku, przerzucił się do jamy brzusznej i guz blokuje lewą nerkę. Kilka długich godzin później wywieziono ją z sali operacyjnej. Z boku Annie wychodziła plastikowa rurka, która odprowadzała mocz do torebki. Powiedziano mi, że prawdopodobnie będzie ją miała do końca życia. Kiedy przywiozłem do szpitala naszego trzyletniego syna, musiałem go uprzedzić, żeby nie dotykał rurki mamy.

W tamtej chwili usłyszałem głos rozpaczy – bardzo realnie. Mówiła: „Twoje życie jest gówniane. Wszystko jest zupełnie popieprzone. Najlepiej schowaj się w jakimś kącie”.

Przypomniała mi się wtedy opowieść, którą wielokrotnie przytaczał mnich buddyjski z Wietnamu i pacyfista Thích Nhất Hạnh, a także mój nauczyciel medytacji od dwudziestu lat. Oto historia o bananowcu:

Któregoś dnia Thích Nhất Hạnh medytował w wietnamskiej dżungli i zobaczył młody bananowiec z trzema tylko liśćmi. Pierwszy był w pełni rozwinięty, szeroki i płaski, soczyście zielony. Drugi, poniżej, pozostawał jeszcze częściowo zwinięty, trzeci zaś był jasnozielony, delikatny i dopiero się rozwijał.

Działo się to w środku wojny w Wietnamie, gdzie mistrz przewodził ogromnej organizacji młodych ludzi pomagających w odbudowie wiosek zniszczonych bombami i napalmem. Niemal każdego dnia towarzyszył mieszkańcom, których życie spustoszyła wojna, widział śmierć kilku swoich najbliższych przyjaciół. Istotne pytanie w jego życiu brzmiało wtedy, jak pogodzić swoje powołanie z praktyką uważności, by pomagać cierpiącym ludziom. Wiedział, że musi praktykować uważność, by rozpacz go nie przytłoczyła, ale jak miał uzasadnić kultywowanie w sobie pokoju i radości, gdy wokół umierało tylu ludzi?

Nie zapominając o swoim dylemacie, wpatrzony w młodą roślinę bananowca, doznał głębokiego olśnienia. Pojął, że ten najbardziej dojrzały liść w pełni cieszy się życiem. Chłonie energię słoneczną i deszcz, emanuje pięknem i spokojem. Jednak nie opuścił pozostałych liści w swoim dążeniu do szczęścia. W rzeczywistości, gdy sam się odżywiał, pławiąc w słońcu, karmił też młodsze liście, bananowiec i całą dżunglę. Mistrz uznał, że z ludźmi jest podobnie. Kiedy sycimy się pokojem oraz radością, jednocześnie wspieramy dobrostan wszystkich innych ludzi obecnych w naszym życiu.

Tam w szpitalu, patrząc na żonę i syna, nie mogłem nie dostrzec, jak bardzo mnie potrzebują. Nie musiałem robić niczego konkretnego. Oni chcieli, żebym został z nimi i pomógł im poczuć, iż nie są sami – że wciąż warto żyć. Gdybym w jakiś sposób potrafił nie stracić kontaktu z tym, co piękne i radosne w życiu – gdybym dotarł do czegoś, co tkwi we mnie głębiej niż rozpacz, mógłbym zaoferować coś ludziom, których kocham najbardziej.

GŁĘBIEJ NIŻ ROZPACZ

Patrząc wokół siebie, trudno nie wysnuć wniosku, że nasz świat jest niezwykle popieprzony. Oczywiście istnieje w nim dużo piękna, lecz ogrom przemocy, chciwości, nienawiści i czystej głupoty może przytłoczyć człowieka, jeśli pozwolimy sobie na uwagę i troskę.

Przeraża mnie myśl, czego doświadczają dobrzy ludzie, gdy całe to zło tak bardzo przytłacza. Czujemy się zobowiązani, by uważnie słuchać i okazywać troskę. Jednak intensywność doświadczanego cierpienia zatruwa nas, w rezultacie tracimy kontakt ze swoim człowieczeństwem. I albo pogrążamy się w desperacji, albo popadamy w toksyczną prawość.

Termin ten ukuła pisarka i aktywistka Starhawk, by opisać napędzaną gniewem słuszność, która zawładnęła politycznym dyskursem. Toksyczna prawość ma miejsce wtedy, gdy znajdziemy się o krok od rozpaczy, lecz w jakiś sposób zbieramy w sobie dość siły, by zaatakować, zamiast się poddać. W takim stanie nie potrafimy słuchać i często nawet nie widzimy, dlaczego mielibyśmy to robić, ponieważ oponenci nie są w pełni ludźmi. Jeśli ktoś próbuje powiedzieć, że nasza gorycz i oburzenie nie pomagają, przechodzimy do agresywnej obrony, bo wierzymy, że jedynym wyjściem jest całkowita kapitulacja.

Wysiłek zachowania człowieczeństwa w pokręconym świecie sprowadza się do tego, w jaki sposób reagujemy na ogrom otaczającego nas cierpienia. Bez względu na to, czy jego źródłem jest coś z mojego życia, czy z życia ludzi, których kocham, czy odczuwam ból, zwracając uwagę na warunki panujące w naszym świecie (zwykle chodzi o każdy z tych czynników), muszę znaleźć sposób na okazywanie współczucia tak, by nie opadło mnie całkowite przygnębienie. Jeśli tego nie zrobię, pogrążę się w rozpaczy, omotany toksyczną prawością albo (co gorsza) wynajdę choćby najmniejszą bańkę przywileju, w której będę mógł się schować i odrzucić wszelką troskę.

 

Kiedy pojmuję, że wszechwładne cierpienie może zmienić mnie w kogoś, kim nie chcę być, czuję się mocno zmotywowany, by znaleźć sposób na zachowanie człowieczeństwa. Nie chcę przestać przejmować się ani pogrążać w gniewie i rozgoryczeniu. Pragnę pozostać obecny i być siłą działającą na rzecz dobra. Pragnę stać się liściem z opowieści Thích Nhất Hạnha, pełnym radości i pokoju, które przyniosą korzyść mnie i innym. Nie zamierzam pozwolić na to, by wszystko, co jest spieprzone w świecie, ogołociło mnie z człowieczeństwa.

STĄD DO TAMTĄD

Jak mam się stać kimś takim? W jaki sposób wzmacniać w sobie taką zdolność? Co robić, jeśli nie przychodzi to z łatwością? A jeżeli naprawdę przyjdzie mi zmagać się z gniewem, rozpaczą i wycofaniem? Czy można się zmienić?

Mogę cię zapewnić, że gdy po raz pierwszy podjąłem trening uważności i współczucia, jako dziewiętnastoletni student koledżu, byłem o wiele bardziej pokręcony niż ty. Dorastałem w biedzie w Bostonie, wychowywany tylko przez matkę alkoholiczkę. Nieustannie zastraszany, bezdomny nastolatek, który nigdy nie poznał ojca. Zanim poszedłem na studia, wypełniała mnie złość, samotność, nie nabyłem jeszcze zbyt wielu umiejętności społecznych.

Kiedy profesor politologii polecił nam lekturę książki Thích Nhất Hạnha Każdy krok niesie pokój, wszystko uległo zmianie. Od razu pojąłem, że uważność i współczucie są dokładnie tym, czego brakuje w moim życiu. Niezwłocznie – jak czasem postępują dziewiętnastolatkowie, gdy znajdą coś, co uznali za sensowne – sam zacząłem się oddawać tym praktykom, spędzając po kilka miesięcy w roku w ośrodkach medytacyjnych z Thích Nhất Hạnhem i podążając za nim wszędzie, dokąd się udawał.

Dzięki wszystkim tym praktykom i naukom nauczyłem się doświadczać więcej radości i wolności, niż sądziłem, że to możliwe. Z człowieka ogarniętego cierpieniem i autodestrukcją zmieniłem się w osobę, której życie wypełniają życzliwość i harmonia. Skoro ja mogłem, to każdy potrafi tego dokonać.

NIC NIE JEST WOLNE (AŻ TAKIM SIĘ STANIE)

Z drugiej zaś strony zmiana nie jest niczym łatwym i nie dzieje się sama z siebie. Każdy powinien znaleźć idee i praktyki, które uzna za sensowne na głębokim poziomie. Musisz je sobie przyswoić i pozwolić im zmienić twoje postrzeganie świata. A potem stosować je w praktyce i przekonać się, jak wpływają na życie. A wreszcie, gdy znajdziesz możliwość nauki czy treningu, które uznasz za prawdziwie pomocne, zaangażuj się w świadomą praktykę. Im więcej czasu i wysiłku poświęcisz, tym większej zmiany możesz się spodziewać.

I wtedy dzieje się coś magicznego. Czujesz, że ćwiczenia i koncepcje, które wcześniej wymagały ogromnego wysiłku, stają się twoją drugą naturą. To tak, jakby zaangażować się w naukę francuskiego – po pewnym czasie, zupełnie niespodziewanie, uzmysławiasz sobie, że masz już pewną biegłość. I całkiem swobodnie możesz rozmawiać w tym języku. Wtedy zaczynasz też czuć, że samoczynnie wyłania się w tobie przepełniona współczuciem myśl w momencie, który wcześniej wywołałby w tobie gniew. Oto owoc poświęcenia. Wysiłek prowadzący do swobody.

SŁOWA SIĘ PSUJĄ

Można zwracać uwagę i przejmować się cierpieniem w świecie, nie pozwalając, by nas zatruło. Istnieje pewna zaleta umysłu, którą można rozwinąć i która pozwala pozostać z cierpieniem bez utraty kontaktu z radością życia. Potrafimy przyjąć, że ból jest nieuniknionym elementem istnienia, nie pozwalając, by uczyniło nas to bezdusznymi czy obojętnymi. Zamiast tego jesteśmy w stanie okazać całkowitą akceptację i gotowość czynienia wszystkiego, co możliwe, aby złagodzić cierpienie.

Słowem, którym mój nauczyciel Thích Nhất Hạnh opisuje taki sposób odniesienia się do życia, jest uważność. Ja jednak niezbyt je lubię. Zbyt wiele osób posługuje się nim, nadając mu zupełnie inne znaczenie niż to, co ma na myśli Thích Nhất Hạnh. Zwykli twierdzić, że uważność to głębokie oddechy, siedzenie na poduszkach na podłodze albo obojętne przyglądanie się swoim myślom i doznaniom – tak jak ogląda się nudne telewizyjne show.

Natomiast Thích Nhất Hạnh, gdy posługuje się terminem uważność, opisuje sposób odnoszenia się do życia (zwłaszcza do cierpienia), zawierający w sobie współczucie, radość, opanowanie i mądrość. To dokładnie taka cecha, która pozwala zachowywać człowieczeństwo w porypanych sytuacjach – pozostawać otwartym, troskliwym i zdolnym do nawiązania kontaktu.

Możliwe, że słowa psują się i tracą swoje znaczenie. Gdy tak się dzieje, możemy porzucić to słowo albo spróbować je odnowić. Nie jestem całkiem gotowy, by porzucić słowo uważność (przynajmniej nie dzisiaj), ale kiedy się nim posługuję, pamiętaj, proszę, że mam na myśli jego głębszy sens.

Jakkolwiek zechcesz to nazwać, zdolność zachowania człowieczeństwa w obliczu wielkiego cierpienia jest raczej rzadkością w naszym świecie. I czymś, czego bardzo potrzebujemy. A zatem kolejne pytanie brzmi: Jak rozwinąć w sobie tę zdolność. W jaki sposób możemy się nauczyć robić to lepiej?

Wciąż rozważam owo pytanie i doszedłem do przekonania, że można to czynić poprzez ćwiczenie się w konkretnych umiejętnościach. Ta książka ma ci pokazać, jak wykształcić zdolności, które ułatwią zachowanie człowieczeństwa – pomogą zwracać uwagę, wyrażać głęboką troskę i odczuwać więzi – nawet w naprawdę trudnych sytuacjach. Najpierw poznasz każdą z tych zdolności. Potem wypróbujesz ją, aż znajdziesz metodę, by posługiwać się nią z pożytkiem. I wreszcie będziesz ją ćwiczyć, aż poczujesz, że stała się dla ciebie czymś naturalnym.

ROZDZIAŁ 2
ZNALEŹĆ PIĘKNO W ŻYCIU

Mimo jednak całego zła i głupoty spójrzcie, jaki dzisiaj piękny dzień.

– KURT VONNEGUT

Kiedy życie się pieprzy, jakże łatwo jest uwierzyć, że nie istnieje nic dobrego – a nawet gdyby istniało, nie miałoby znaczenia. Jednak jeśli będziesz tylko zwracać uwagę na to, co złe w życiu, niechybnie skończysz wyczerpany i przytłoczony, ponieważ doznania radości są paliwem, którego każdy potrzebuje, aby pozostać obecnym wobec cierpienia.

Zbyt wielu ludzi skupia się wyłącznie na tym, co złe w ich życiu i świecie, przez co stają się zbyt wypaleni, by temu zaradzić. Potrzeba subtelnego podejścia do nauki, jak być obecnym z cierpieniem, tak by cię ono nie przytłoczyło. Większa część mojej książki skupi się na stawianiu czoła cierpieniu w sposób bezpośredni, lecz pierwsza umiejętność, którą należy posiąść, zasadza się na tym, jak znaleźć w życiu piękno. Jeśli tego nie potrafisz, można pomyśleć, że na świecie istnieje wyłącznie cierpienie, a to może podkopać twojego ducha. To nie jest ćwiczenie w patrzeniu na jasną stronę ani też żaden inny sposób zaprzeczenia istnieniu prawdziwego bólu i niesprawiedliwości. Chodzi raczej o podstawową umiejętność zachowania człowieczeństwa.

W każdym momencie życia jest nieskończenie wiele powodów, żeby cierpieć i równie dużo, aby być szczęśliwym. Nasze doświadczenie w dużej mierze zależy od kierunku skupiania uwagi. Na przykład wyobraź sobie, że poświęcisz kilka minut na sporządzenie listy wszystkiego, co mogłoby cię w tym momencie zmartwić. Taka lista nie miałaby końca. A teraz poświęć tyle samo czasu na spisanie wszystkiego, co mogłoby cię uczynić szczęśliwym, jak niebo o zachodzie słońca, odgłos deszczu czy spojrzenie wpatrzonego w ciebie niemowlęcia. Także i ta lista mogłaby być całkiem długa.

Wielu z nas wierzy, że nie można zaznać szczęścia, dopóki nie ustąpią wszystkie przyczyny cierpienia. Jednocześnie wiemy, że tak się nigdy nie stanie. Zawsze będą istniały powody cierpienia: drobne – jak nieosiągnięte cele czy ludzie, u których nie znajdujemy zrozumienia, ale też te duże – jak wojna, bieda, prześladowania czy zmiany klimatu.

Powody cierpienia istnieją, lecz nie są wszystkim, co istnieje na świecie. Żeby doświadczyć radości, trzeba umieć dostrzec piękno w życiu w danej chwili. To nie oznacza zanegowania istnienia problemów prywatnych i tych światowych. Nie, my tylko pojmujemy, jak strasznie byłoby iść przez życie, ignorując cudowne i wspaniałe rzeczy wokół nas. Jeśli będziemy odkładać szczęście do chwili, w której znikną wszelkie powody cierpienia, nie zaznamy szczęścia nigdy. Jeżeli nie zaczniemy się karmić chwilami szczęścia, zabraknie nam energii, aby czynić świat lepszym.

Możemy rozwijać umiejętność postrzegania piękna w życiu, raczej ucząc się, na czym skupiać uwagę, niż pozwalając, by umysł zaprzątały tylko troski i osądy. Do tego potrzeba zaangażowania, ale jeśli będziesz to robić poprawnie, powinieneś też poczuć się dobrze. Pamiętaj, aby zachwycić się kształtem chmury, powiewem chłodnej bryzy na ciele i obecnością ukochanej osoby.

UCIESZ SIĘ NIEBÓLEM ZĘBA

Ćwicząc postrzeganie piękna w świecie, zaczynasz też zauważać wszystko, co nie jest złe. Na przykład kiedy boli cię ząb, oczywiste jest, że byłbyś szczęśliwszy bez tego bólu. Jednak gdy bolesność ustępuje, zapominasz, jakie masz szczęście. Poświęć chwilę, by się przekonać, czy rzeczywiście potrafisz się ucieszyć ze swojego niebólu zęba. Jeśli twój ząb ma się dobrze, spróbuj sobie powiedzieć: „Gdyby bolał mnie ząb, pragnąłbym właśnie zmiany tego stanu. Wiedziałbym, że poczuję się szczęśliwy, gdy tylko przestanie mnie boleć”. Wypróbuj takie myślenie i przekonaj się, jak to na ciebie wpływa.

Nie czyni cię naiwnym czy łatwowiernym. W rzeczywistości to o wiele bardziej racjonalny sposób myślenia niż skupianie się wyłącznie na życiowych problemach do momentu, gdy zaczynają być stresujące i irytujące. W każdej chwili istnieje nieskończenie wiele sposobów na poprawę życia i równie dużo, by mogło stać się gorsze. Większość z nas zwyczajowo skupia się na rzeczach, których nie lubi w życiu albo na tym, co chciałaby zmienić. Ponieważ taki nawyk może uczynić wiele szkody, sensowna wydaje się nauka wprowadzania więcej równowagi w sposobie myślenia i świadome nieignorowanie warunków, które w danej chwili prowadzą do szczęścia.

ĆWICZENIE

 Odłóż tę książę i przez minutę spróbuj dostrzec wszelkie oznaki zwiastujące istniejące w twoim życiu szczęście – w tym momencie.

 Możesz sporządzić listę albo tylko o tym pomyśleć.

 Jeśli twój umysł błądzi albo opiera się temu ćwiczeniu, spróbuj sobie powiedzieć: „Mój umysł wierzy, że istnieją inne myśli, które są ważne, i to jest prawda. Lecz udzielam sobie pozwolenia, by przez tę jedną minutę myśleć o tym, co piękne w moim życiu. Wszystko inne może poczekać”.

 Sprawdź, jak się czujesz.

 Jeżeli masz dobre odczucie, możesz powtarzać to ćwiczenie kilka razy dziennie. Im więcej będziesz ćwiczył, tym szybciej dostrzeżesz zmiany w życiu.

PIĘKNO W TRUDNYCH CHWILACH

Jak już wcześniej wspomniałem, moja żona Annie jest leczona z powodu raka jelita grubego czwartego stopnia. Diagnozę postawiono w 2015 roku, tuż po drugich urodzinach naszego syna. Od tamtego czasu przeszła przez wiele zabiegów, chemioterapię, nawroty choroby i dziesiątki nocnych wizyt na oddziale ratunkowym.

Dla mnie jedną z najtrudniejszych części całego tego doświadczenia życiowego jest wyczekiwanie wyników badań. W poczekalni siedzę jeszcze w miarę spokojny, ale gdy wejdziemy do gabinetu lekarza i czekamy tam dobre dwadzieścia minut, albo nawet dłużej, zanim doktor przyjdzie, przeżywam katusze. Spodziewam się, że zaraz usłyszymy wiadomość, która może zmienić wszystko. Paraliżuje mnie każdy dobiegający z korytarza odgłos kroków.

Zawsze wtedy trzymamy się z Annie za ręce. Zwracam baczną uwagę na stan swojego umysłu, starając się nie dać się ponieść opowieściom przepływającym przez moją głowę. Chcę pozostać obecny, tak bym mógł być tam tylko dla żony.

Kiedy kilka tygodni temu czekaliśmy w gabinecie lekarskim na wyniki badań, poczułem mocną myśl wyłaniającą się z mojego umysłu. Mówiła po prostu: „Nie”. Nie, nie chcę, żeby to się działo. Nie, nie akceptuję tego. Każda cząstka mnie odrzucała rzeczywistość, w której się znalazłem, jakbym potrafił zmienić ją czystą siłą woli. Chciałem być tam obecny tylko dla Annie, tymczasem pogrążyłem się we własnym cierpieniu.

 

Dzięki treningom powróciłem do ćwiczenia uważności. Zamknąłem oczy i skupiłem całą uwagę na szalejącej we mnie emocjonalnej burzy. Pozwoliłem sobie na przyjęcie doznania i otworzenie się na nie.

Po kilku minutach przyszło mi do głowy, żeby zadać sobie pytanie, dlaczego tak bardzo nie akceptuję tego doświadczenia. Otrzymałem natychmiastową odpowiedź: „Ponieważ kocham żonę i nie chcę, żeby umarła”. Oczywiste, prawda? Ale w tamtej chwili moje ciało i umysł były trochę bardziej odrętwiałe niż zwykle, dlatego odebrałem tę myśl jak objawienie. Spojrzałem na żonę i poczułem jej ciepłą dłoń w mojej. Pojąłem, że doskwiera mi tak dotkliwy ból, bo nie chcę jej stracić, gdyż jest mi bardzo droga. Ale co pokazywała tamta chwila? Oto Annie żyje i jest przy mnie. Dlaczego więc się zamartwiam? Tak bardzo zatopiłem się w bólu, że nie potrafiłem celebrować tamtej rzeczywistej naszej wspólnej chwili. Z tej nowej perspektywy rozpacz wydała mi się ogromną stratą czasu.

Kiedy uczę o uważności, często posługuję się pewnym przykładem, by pokazać, jak nawet najlepsze intencje mogą strasznie zawieść, jeśli przestaniemy uważać. Proszę słuchaczy, by wyobrazili sobie kierowcę, któremu ktoś zajeżdża drogę i który z głową wystawioną za okno, wykrzykuje obelgi i może nawet rzuca w drugi samochód plastikową butelką. Gdybyśmy mogli zatrzymać się w tamtym momencie i zapytać go, dlaczego tak się zachowuje, może odpowiedziałby: „Bo tamten palant zajechał mi drogę!”. Idąc trochę dalej, moglibyśmy zapytać, dlaczego go to aż tak wkurzyło, on zaś odpowiedziałby: „Bo to było naprawdę niebezpieczne i wykazał się brakiem szacunku!”. A na pytanie: „Ach tak, chcesz być bezpieczny i szanowany?” odparłby: „Oczywiście”. A zatem mężczyzna szukał bezpieczeństwa i szacunku, wrzeszcząc z auta i rzucając butelką.

W tamtej chwili u boku żony czułem się tak samo zagubiony jak kierowca z mojej opowieści. Ale przecież byliśmy tam – razem i żywi. Siła moich emocji całkowicie opierała się na tym, jak bardzo jest mi droga moja żona. Jedyną sensowną rzeczą było cieszyć się chwilą, którą przeżywaliśmy wspólnie. Z oczu popłynęły mi łzy radości. W owym momencie, tam i wtedy, żyliśmy i mogliśmy jedynie czuć wdzięczność.

Wtedy zjawił się wreszcie lekarz i przyniósł nam dobrą wiadomość. Tomografia nie wykazała żadnych przerzutów. Niestety, już wcześniej słyszeliśmy zbyt dużo dobrych i złych wyników, by wiedzieć, że to jeszcze nie zapewnia nam bezpieczeństwa. Za kilka miesięcy znowu mieliśmy usiąść w tym samym gabinecie, nie mając pojęcia, co powie lekarz. Lecz ten moment należał do przyszłości. Tymczasem żyjemy tu i teraz. I nie chcę marnować choćby minuty tego cennego czasu. Doświadczenie to uczy nas, by cieszyć się każdą daną nam chwilą życia.