Bennett MafiaTekst

Autor:Tijan
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


DLA MOICH CZYTELNICZEK!

Uwaga dla czytelniczki

O ile wiem, Lakeshore Wharf nie istnieje.

Wymyśliłam to miejsce na potrzeby książki.

Prolog

• Czternaście lat wcześniej •

Moja współlokatorka z internatu była księżniczką mafii, o czym początkowo nie wiedziałam. Pierwsze sześć miesięcy upłynęło nam bez najmniejszych zakłóceń.

Gdy pierwszy raz weszłam do naszego pokoju, przyjrzałam się jej łóżku wyglądającemu jak chmura otoczona kryształowymi światełkami, ogromnej liczbie zdjęć, które przykleiła do ściany tak, by ułożyły się w kształt serca, i oprawionemu w ramki płótnu z wymalowanym brokatowymi literami napisem: „Życie bywa bajką”.

To mnie zastopowało, bo nie należałam do tego typu dziewcząt.

Trafiłam do Hillcrest Academy trochę wbrew własnemu życzeniu – choć niezupełnie. Kłótnie rodziców osiągnęły apogeum. Mimo że mieszkaliśmy w rezydencji i rodzice się sprzeczali w swoim skrzydle, i tak ich słyszałam. Trudno, żeby było inaczej, skoro zakradałam się do korytarza sąsiadującego z ich pokojem i tam kładłam spać. Byłam jedynaczką i czułam się samotna. Może nie wszystkie dwunastolatki tyle wiedzą, ja jednak wiedziałam.

Wiedziałam również, że chociaż kochałam mamę, to nienawidziłam pola bitwy, jakim był nasz dom, dlatego w cichej Hillcrest Academy z ulgą rozluźniłam barki.

W dniu przeprowadzki słyszałam chichot, muzykę i matkę krzyczącą na chłopczyka, który przemknął mi tuż pod nogami, by popędzić dalej korytarzem, ale to nie były prawdziwe hałasy. Nie mogły się równać z wrzaskami, darciem się, uderzaniem w ściany, a już na pewno nie z tym, co dotarło do moich uszu dwa wieczory wcześniej: mrożącym krew w żyłach krzykiem.

Nawet nie było mnie wtedy w korytarzu rodziców. Leżałam w swoim skrzydle, porzuciwszy próby przebywania blisko nich, i aż zerwałam się z łóżka.

Po chwili położyłam się z powrotem, bo nie rozległ się żaden inny dźwięk. Czułam i słyszałam, jak serce łomoce mi w piersi. Nie zdziwiłam się nawet odrobinę, gdy sekretarka ojca kazała mi następnego dnia zacząć się pakować. Miałam jechać do szkoły z internatem.

Ojciec zniknął.

Mama płakała w swoim pokoju. Cały dzień.

Claude, kamerdyner, powiedział mi, o której mam być gotowa do wyjazdu. Dopiero kiedy stanęłam w progu, czując w brzuchu kłębiące się dziwnie i mdląco motyle, mama podeszła do drzwi. Wydawała się taka krucha.

Wiedziałam, że jest chuda, ale jej widok tamtego dnia wyrył mi się w mózgu na zawsze.

Szła, szurając nogami, jakby chodzenie sprawiało jej ból. Na białą koszulę nocną narzuciła przejrzysty szlafrok. Stopy ledwie jej wystawały spod koszuli, a gdy je dostrzegłam, stwierdziłam, że jak zwykle miała puchate kapcie bez palców. Te lubiła najbardziej. Wkładała je, kiedy robiła sobie pedicure. Tego dnia miała też włosy zawinięte w ręcznik, który zasłaniał częściowo twarz. Ta część, którą widziałam, była perfekcyjnie umalowana: usta pociągnęła różową szminką z połyskiem, skórę pokryła warstwą wygładzającego podkładu. Oczy ukryła za okularami przeciwsłonecznymi.

Kiedy je zobaczyłam, przysunęłam się do Claude’a. Bezwiednie. Widok matki w okularach przeciwsłonecznych nie należał do niezwykłych, nie dziwiło mnie również to, że nosiła je w domu, ale to był dzień mojego wyjazdu.

Chciałam zobaczyć oczy mamy przed wyjściem.

Nie zdjęła okularów.

Uklękła przede mną, schowaną połowicznie za Claudem, i rozłożyła ramiona.

Podbiegłam do niej i objęłam ją za szyję. Nie przejmowałam się tym, jaka była chuda. Objęłam ją nogami w talii, a ona chwyciła mnie, wciąż klęcząc. Pogładziła mnie po plecach i pochyliła głowę, by pocałować mnie w ramię.

– Kocham cię, Ray-promyczku* – szepnęła. – Baw się dobrze w tej nowej szkole. Poznaj nowych przyjaciół. – Mocno mnie ścisnęła.

Claude chrząknął i otworzył drzwi za nami.

Oderwałam się od niej niechętnie, gdy rozluźniła uścisk.

Claude zdążył już spakować bagaże do samochodu. Nie jechał ze mną do nowej szkoły. Miała mi towarzyszyć Janine, sekretarka, która dzień wcześniej poinformowała mnie o wyjeździe. Bez wątpienia to ona poczyniła wszystkie przygotowania.

Wychodząc, obejrzałam się przez ramię.

Po policzku mamy spływała łza.

To był jeden z ostatnich razy, kiedy ją widziałam.

* Ray (ang.) – promień (przyp. tłum.).

Rozdział 1

• Współcześnie •

– Giń, mucho!

Patrzyłyśmy sobie z muchą w oczy. No, może nie patrzyłyśmy, niemniej siedziała ona na kamieniu obok mnie. I nie dawała się utłuc. A naprzykrzała mi się już od godziny. Usiłowałam uprzątnąć podwórko, ale to bzyczenie doprowadzało mnie do szału.

Muszysko drwiło ze mnie i droczyło się. Umykało za każdym razem, kiedy się na nie zamierzyłam. Było zbyt szybkie. Przycupnęło mi na ramieniu w chwili, gdy otworzyły się drzwi z moskitierą. Usłyszałam ich skrzypnięcie tuż przed tym, jak poczułam ból w ramieniu.

– Czy ty się właśnie rąbnęłaś?

Kurwa. Kurwa. Kurwa.

Jęknęłam. Kolana się pode mną ugięły.

Tak.

Uderzyłam się kamieniem ściskanym w dłoni i czułam, jak krew spływa mi po ręce. Rękaw bluzki szybko się czerwienił.

Pieprzona mucha próbowała mnie zabić podstępem.

– Cholera.

Drzwi się zatrzasnęły i usłyszałam, jak Blade zbiega do mnie po schodach, szurając nogami. Żwir zachrzęścił pod jego ciężarem. Pośliznął się tuż za mną i nogi mu się rozjechały. Pewnie podarł sobie spodnie, ale na ile go znałam, nie przejmie się tym.

W ogóle nie przejmował się ciuchami. Najczęściej cieszyłyśmy się, że w ogóle coś na siebie wkładał.

– Kurwa – zaklął pod nosem. Jego bardzo opalone i lekko zatłuszczone palce dotykały mnie delikatnie podczas oględzin rany. Wydawało się, że ciemne oczy skanują moje ramię. Usiadł na piętach i przeczesał dłonią dredy. – Co ty wyprawiasz?

Nie zamierzałam się przyznać, że mucha mnie przechytrzyła.

Blade znikał, gdy pracowałam na podwórku. Przez wszystkie lata mieszkania z nami zadowalał się sprzątaniem w środku. Zajmował się gotowaniem, porządkami i zmywaniem. Nierzadko po powrocie z zakupów zastawałyśmy go w fartuszku pokojówki, z miotełką do kurzu – i tylko w tym.

Dlatego to, że wyszedł mnie szukać, nie było normalne.

– O co chodzi? – Skinęłam głową w kierunku domu, skąd dobiegał ryk telewizora.

Spojrzał na mnie zatroskanymi oczami, a wyraz jego twarzy uległ całkowitej zmianie.

Zaniepokoiłam się jeszcze bardziej.

Z naszej trójki mieszkającej w małym domku pod Calgary, nazywanym przez nas niekiedy Krowgary, Blade był tym, który się niczym nie przejmował. Lubił palić marihuanę, nosił dredy i ubierał się jak dzieciak z lat sześćdziesiątych: brązową kamizelkę zakładał na gołe ciało, a włosy przewiązywał bandaną farbowaną metodą tie-dye. Tyle że zamiast dzwonów nosił obcisłe postrzępione dżinsy i zwykłe buty do biegania. Zajmował się naszymi komputerami, dlatego nie zaskoczyło mnie, gdy po wejściu do domu zauważyłam, że wiadomości z komputera pojawiły się na ekranie telewizora.

Nie zaskoczyło mnie też, że oglądał doniesienia z Nowego Jorku.

– …ężniczka mafii Bennettów zaginęła czterdzieści dziewięć godzin temu.

Zmroziło mnie.

Na ekranie pojawiło się zdjęcie mojej współlokatorki Brooke Bennett w towarzystwie numerów telefonów, pod które należało dzwonić, w razie gdyby się ją odnalazło.

Odnalazło…

To znaczy, że zaginęła?

Poczułam cios w splot słoneczny.

Brooke zaginęła.

Ogłuszona sięgnęłam po krzesło, żeby na nim usiąść. Blade stanął przy mnie.

– To twoja była współlokatorka, co nie?

Krzesło zaprotestowało. Ręka Blade’a puściła moje ramię. Głos dobiegał z boku.

– Z tej drogiej szkoły.

Prawie zbyłam jego słowa prychnięciem, ale wciąż byłam zbyt oszołomiona. Tylko przytaknęłam.

Brooke. Rany.

Pokazywano fotografie z jej kont w mediach społecznościowych. Wyglądała cudnie. Czternaście lat. Nie wiem, dlaczego ta liczba przyszła mi do głowy, ale wydawała się właściwa. Od tak dawna jej nie widziałam, a może tyle lat temu się poznałyśmy. Albo-albo.

– Zawsze była taka dziewczęca – bąknęłam niemal do siebie.

I taka pełna życia.

W przeciwieństwie do mnie. Gdy weszłam do tamtego pokoju, byłam przygaszonym, straumatyzowanym zombi.

„Rety! Pewnie będziesz ze mną mieszkać!”. Zaatakowała mnie od tyłu, kiedy przekroczyłam próg, i objęła mnie. Przytuliła twarz do mojego ramienia.

– Ojej – jęknęła Janine.

Zignorowałam sekretarkę ojca. Dziewczyna po sekundzie puściła mnie i pospiesznie stanęła naprzeciwko. Złapała mnie za ramiona i zmierzyła wzrokiem od stóp do głów.

Zrobiłam to samo: czarne okrągłe oczy, obłędne kruczoczarne włosy, zadarty nos, usta małe, ale o kształcie stempelka na ostatnim zaproszeniu na imprezę z okazji Walentynek: pełne i mięsiste.

Poczułam lekką zazdrość, przynajmniej w takim stopniu, w jakim mogłam ją poczuć, bo zwykle nikomu niczego nie zazdrościłam. Doskonała twarz w kształcie serca kończyła się drobnym podbródkiem, żywe oczy lśniły.

 

Tylko w tej jednej chwili naprawdę jej zazdrościłam. Życie. Miała to, czego mi brakowało. Nie zazdrościłam jej wyglądu, chociaż pewnie bym zazdrościła, gdyby inaczej mnie wychowano. W pewnym sensie mogłam za to dziękować. Życie znaczyło dla mnie więcej niż wygląd lub rzeczy. Oznaczało pragnienie bezpieczeństwa, uśmiechów, poczucia, że jestem kochana.

Inne dziewczyny zazdrościły jej pieniędzy. W szkole dla bogatych dzieciaków wszyscy się przejmowali tym, ile mają. Zawsze chcieli więcej i zdawali się wiedzieć, kto ma najwięcej. Ja ciągnęłam się gdzieś w ogonie tego zamożnego tłumku, Brooke zaś – jak szeptano w szkole – plasowała się na szczycie.

Krążyły też inne pogłoski, rzucano spojrzenia, ale miałyśmy po dwanaście lat i byłyśmy tam pierwszy rok. Nie rozumiałam znaczenia słowa „mafia”, ale padało ono często jako drwina w drugim semestrze naszego pobytu w Hillcrest. W pierwszym semestrze nikt się nad nami nie znęcał. Jedne dziewczyny nas lubiły, inne nie. Kilka się z nami kumplowało i nasz pokój nazywano pokojem „seksownego chłopaka”. Nie dlatego, że sprowadzałyśmy chłopaków. Bynajmniej. Padłabym trupem, gdyby jakiś przystojniaczek chociaż spojrzał w moją stronę. Nic z tych rzeczy. Nasz pokój zawdzięczał nazwę plakatom i zdjęciom, którymi Brooke go wytapetowała. Przedstawiały boskich facetów.

Nie rozumiałam, dlaczego niektóre fotografie nie wyglądały na profesjonalne, ale plakaty były prawdziwe, a która by się nie śliniła na widok zdjęcia Aarona Jonahsona, najlepszego futbolisty Stanów Zjednoczonych, albo sławnego aktora z uwielbianego przez wszystkich serialu telewizyjnego lub seksownego modela, niegdysiejszego więźnia. Brooke miała fotki ich wszystkich, co więcej – niektóre zrobione znienacka.

Widniejący na nich nie byli sławni – nie w sensie, w jakim wówczas rozumiałam to słowo. To byli jej bracia, wszyscy czterej.

Najstarszy Cord miał osiemnaście lat.

Kai piętnaście.

Tanner czternaście.

Brooke miała dwanaście.

Ostatni w szeregu był Jonah, wówczas dziewięciolatek.

Brooke nie opowiadała o swojej rodzinie. Dosłownie nic. Gdy się dowiedziałam, że ci chłopcy to jej bracia i poznałam ich imiona, zafascynowali mnie. Nie mogłabym skłamać, że tak nie było. Nie wiedziałam tylko, na punkcie którego miałam największą obsesję.

Cord miał krótkie włosy, prawie jak żołnierz, i kanciastą twarz. Brooke powiedziała mi, że jest skryty, pozuje na artystę. Niemal wysyczała to ostatnie słowo, jakby było przekleństwem. „Taka jest prawda. Chce zostać kiedyś malarzem”, oznajmiła, wzruszając ramionami.

Następny w kolejności był Kai. Zagryzła wargę, pominęła go i po chwili pokazała na Tannera. Oczy jej rozbłysły, a na twarzy pojawił się promienny uśmiech.

„Tanner ma wiecznie potargane włosy, rozjaśnia je na blond. Czasami są ciemne. Jest zabawny, Ry. Jest taki zabawny, ale też ma charakterek. Wszystkie dziewczyny stąd padłyby na jego widok, dosłownie by padły”. Wciąż pamiętałam e-maile od tannerinyourmama – wiadomości od niego zasypywały jej skrzynkę.

Gdy doszła do zdjęcia Jonaha, zamilkła, roztaczając wokół aurę czułości. Odezwała się tak, jakby znajdował się w pokoju, a jej słowa mogły go zranić. „Jonah to dzieciak”, rzekła łagodnie. „Uwielbia Kaia…”. Zamilkła i podrapała się po czole. „Nie jest podobny do reszty z nas”. I tylko tyle o nim powiedziała.

Przyjrzałam się ich wspólnej fotografii. Trzymała Jonaha na kolanach i obejmowała, a on, uśmiechnięty, przytulał dziecięcy policzek do jej policzka. Miał najciemniejszą cerę spośród rodzeństwa. Wszyscy mieli piękne rysy twarzy. I ciemne oczy.

Na zdjęciach włosy Corda i Kaia były ciemne, Tannera jaśniejsze, a Brooke wpadały w ciemnomiedziany odcień. Włosy Jonaha były podobne, ale lekko kręcone, Tannera zaś długie i zmierzwione, sterczące we wszystkie strony. Kai miał krótką fryzurę, którą dałoby się łatwo ułożyć palcami, tylko odrobinę dłuższą od króciutkich włosów Corda.

Wróciłam myślami do telewizji i chwili obecnej.

Brooke miała na zdjęciach włosy tej samej długości co w szkole. Sięgały jej wtedy tuż ponad linię talii i nikomu nie dawała ich podciąć. Pewnej nocy opowiedziała mi szeptem o awanturze z ojcem, który ścigał ją z nożyczkami. Włosy nadal miała długie, więc ojciec najwyraźniej nie wygrał tamtej potyczki. Jak zawsze podczas rozmowy o rodzinie nie wdawała się w szczegóły. Zawsze mówiła tylko tyle, żebym ją rozumiała, a potem milkła. Nim zamknęła się w sobie, drgały jej ramiona. Tamtego wieczoru było tak samo.

Wyrwało mi się ciche westchnięcie, gdy oglądałam kolejne zdjęcia w wiadomościach.

Brooke z dumnie uniesioną brodą i warkoczem wijącym się wokół szyi. W zmysłowej pozie w bikini. Mogłaby być modelką, ale brakowało jej wzrostu – w przeciwieństwie do mnie. W szkole była o trzy centymetry niższa ode mnie. Ja miałam teraz metr siedemdziesiąt pięć.

W szkole nazywano nas siostrami.

Lubiłam to, chociaż nigdy tego nie powiedziałam. Nie wiem, czy Brooke się to podobało. Ani tego nie pochwaliła, ani się temu nie sprzeciwiała. Rozumiałam, dlaczego ludzie tak mówili. Obie miałyśmy czarne włosy. Okej. Teraz właściwie nie rozumiałam, bo na tym nasze podobieństwa się kończyły. Twarz Brooke była okrąglejsza. Ja miałam jaśniejszą skórę. I węższe oczy. Twarz bardziej pociągłą. I byłam wyższa. Zawsze byłam wyższa.

Brooke wzdychała, że mogłabym być modelką, ale się myliła. To ją czekała przyszłość modelki. To, na co właśnie patrzyłam, tego dowodziło.

Wyglądała też na odrobinę wyższą niż kiedyś, może o jakieś trzy centymetry. To bez znaczenia. Mogłaby być modelką tylko dlatego, że stała się sławna – to z tego powodu historię o jej zaginięciu relacjonowano w wiadomościach z Nowego Jorku, gdzie według mnie raczej nie mieszkała.

– To ona, zgadza się? – ponaglił mnie Blade.

Odsunął krzesło, żeby wstać, gdy usłyszałam, że pod dom podjeżdża samochód.

Mieszkaliśmy pod Krowtown. Nie bez powodu wybraliśmy miejsce blisko lasu. Wynajmowany przez nas domek należał do znajomego znajomego znajomego znajomego, a żeby dotrzeć do owego właściciela, potrzebowaliśmy pomocy kolejnych trzech łańcuszków znajomych. Było to uzasadnione, podobnie jak to, że Blade popędził do komputera i wyłączył wiadomości, by sprawdzić obraz z elektronicznych czujników umieszczonych na zewnątrz.

Po chwili się rozluźnił i włączył wizję.

Teren czysty. To była tylko trzecia lokatorka, Carol. Nie zwracałam jednak uwagi ani na nią, ani na dźwięk, który się rozległ, gdy otworzyła drzwi – coś łupnęło na podłogę. Carol zaklęła.

Wpatrywałam się w ekran, nie mogąc oderwać wzroku od Kaia Bennetta.

Zupełnie jak wtedy, gdy widziałam swoją przyjaciółkę po raz ostatni, poczułam w ustach gorzki smak odrazy. Kai patrzył prosto w obiektyw, na fotografa, w taki sam sposób jak przed laty patrzył na mnie, kiedy zabierał moją współlokatorkę ze sobą.

Nie mogłam przypomnieć sobie ostatniego wyrazu twarzy Brooke, a jednocześnie nie potrafiłam wymazać z pamięci tego, co zobaczyłam w jego obliczu.

Śmierć.

Jego oczy na zdjęciu były tak samo martwe jak wtedy.

Dreszcz przebiegł mi wzdłuż kręgosłupa. Widziałam Kaia Bennetta osobiście tylko raz i to mi wystarczyło.

Nienawidziłam go.

Rozdział 2

• Trzynaście lat wcześniej •

– Riley, kochanie.

Lubiłam panią Patricię. Większość nauczycielek była wredna i warczała, zwracając się do nas. Pani Patricia nie. Była miła i życzliwa. Mówiła łagodnym głosem i być może dlatego zorientowałam się dopiero po kilku minutach, że wypowiedziała moje imię.

Mieliśmy test. Skupiłam się. Czułam, że nie zaliczę przez szesnaste pytanie. Wiedziałam to. Podniosłam gwałtownie głowę, gdy uczennica siedząca za mną popukała mnie w ramię.

Pani Patricia stała w drzwiach, a obok niej dyrektorka, już bez takiego uśmiechu jak ten na twarzy nauczycielki. Chwila. Wyprostowałam się na krześle. Dyrektorka nigdy po mnie nie przychodziła… Tymczasem zmarszczyła czoło, a wyrażające dezaprobatę kąciki ust jeszcze bardziej wykrzywiły się ku dołowi.

Dopiero wtedy ujrzałam panią Patricię, tak naprawdę ją zobaczyłam. Nie uśmiechała się do mnie. To znaczy uśmiechała się, ale towarzyszył temu smutek i coś jeszcze.

Przywołała mnie gestem.

– Możesz tu podejść, Riley?

Kiedy wstawałam z ławki, zaczęłam odczuwać odrętwienie, którego pozbycie się zajęło mi blisko rok.

Współczucie. Tak wtedy nazwałam jej emocję. Pani Patricii było mnie żal.

Moja matka…

Miałam gulę w gardle. Rozrastała się z każdym moim krokiem.

– Weź ze sobą test.

– Zabierz wszystko! – warknęła dyrektorka. – Nie wrócisz tu.

Wszyscy skupili uwagę na nas. Podnieśli głowy gwałtownie, jak ja chwilę wcześniej – ci, którzy jeszcze nas nie obserwowali.

Pani Patricia cofnęła się o krok i zacisnęła usta. Posłała dyrektorce spojrzenie, po czym podeszła do mojej ławki. Pochyliła się, żeby zebrać podręczniki.

Pakując moje rzeczy, skinęła do mnie głową:

– Zajmę się tym, Riley.

Wpadłam w tarapaty? Chodziło o mamę?

Próbowałam zadać jej te pytania wzrokiem, ale na mnie nie patrzyła. Gdy ją ominęłam i ruszyłam między ławkami w kierunku drzwi, przełknęła głośno ślinę i odwróciła wzrok. Starała się unikać mojego spojrzenia.

Niedobrze. Bardzo niedobrze.

– Chodź, Riley. – Dyrektorka cały czas miała taki sam oschły ton. Machnęła na mnie ręką, każąc mi wyjść na korytarz. – Jesteś potrzebna.

Byłam potrzebna? Nikt mnie nie potrzebował.

Dyrektorka już się oddalała energicznym krokiem, a ja usiłowałam za nią nadążyć. Zwiesiłam głowę, mimo że korytarze świeciły pustkami. W ten sposób chodziłam po Hillcrest. Brook zachowywała się inaczej. Trzymała głowę wysoko i machała rękami w powietrzu. Kiedy mówiła, wszyscy jej słuchali, nawet jeśli nie chcieli.

Zaczęło to działać na nerwy dziewczynom ze starszych klas. Wyczuwałam emanujące od nich zazdrość i rozgoryczenie, ale gdy wspomniałam o tym Brooke, tylko się zaśmiała. „A co zrobią?”, zapytała. „Wyrzucą mnie?”. Ostatnie słowa wypowiedziała z drwiną, aczkolwiek jej ton zabrzmiał szorstko.

Już nigdy nie wróciłam do tematu. To nie była zwykła Brooke, jaką znałam, chociaż słyszałam już ten jej ton – używała go, gdy rozmawiała przez telefon ze swoją rodziną. Ta jej rodzina…

Brooke była taka tajemnicza.

Szłam za dyrektorką korytarzem, spodziewając się, że udamy się do jej gabinetu lub mojego pokoju, tymczasem ona skręciła w stronę głównego wyjścia. Zwolniłam.

Dyrektorka podeszła do drzwi, odwróciła się i machnęła ręką w stronę wyjścia, tak samo ostro jak wcześniej.

– Jesteś potrzebna na zewnątrz.

Wygładziła dłonią ołówkową spódnicę i poprawiła kołnierzyk, następnie uniosła brodę i zaczęła się oddalać.

– Och.

Popatrzyłam na nią.

Gwałtowne ściągnięcie brwi zachmurzyło jej oblicze. W oczach błysnęła odraza.

– Nie wolno ci nikomu pisnąć o tym ani słowa. Zrozumiano?

Powoli przytaknęłam.

Prychnęła i odwróciła się na pięcie, jakby była żołnierzem.

– Jesteś zwolniona ze wszystkich zajęć do czasu, aż panna Bennett nie będzie potrzebowała twojej obecności.

I z tymi słowy odeszła. Jej obcasy wygrywały na podłodze ostre staccato.