Znajdź spokój wewnętrznyTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Związek między przywiązaniem a niezależnością

Pisarz C.S. Lewis zasłynął maksymą, że „trzeba dwojga, aby zobaczyć jedno”. W sensie neurologicznym trzeba dwojga, by być jednym. Dzieci uczą się umiejętności autoregulacji dzięki udanemu doświadczeniu przywiązania. Za sprawą tej potężnej, bliskiej więzi zyskują też poczucie relacji, siebie, a w końcu autonomii – w tej właśnie kolejności. Dziecko buduje swoje nieustannie ewoluujące poczucie tożsamości w obrębie chronionej i trwałej przestrzeni relacyjnej między sobą i podstawowymi opiekunami. Każdego dnia coraz bardziej wzmacnia poczucie siebie i w coraz większym stopniu traktuje je jako swoje. Można powiedzieć, że jego autonomia jest produktem udanej zależności.

Dzieci dosłownie wchłaniają umiejętności regulacji siebie czy regulacji limbicznej od swoich rodziców i internalizują je jako własne. Przestraszony maluch uspokaja się na rękach matki. Nadmiernie rozemocjonowane dziecko dochodzi do równowagi w silnych objęciach ojca. Dzieci uczą się regulować emocje dzięki relacji z rodzicem, która w dłuższym czasie pozwala stopniowo odczuwać, czym jest regulacja. Dzieci wchłaniają te umiejętności niemal poprzez skórę, każdym swoim zmysłem. I nie tylko przesiąkają nimi, lecz także wychwytują je na zasadzie rezonansu limbicznego.

Nasze układy nerwowe nie są samowystarczalne, tylko wzajemnie zależne. Wchodzą w kontakt z układami nerwowymi bliskich nam osób w cichym, kojącym rytmie, który pomaga regulować procesy fizjologiczne. Regulacja limbiczna oznacza wzajemnie synchronizującą się wymianę hormonalną między matką i dzieckiem, która służy przywracaniu równowagi rytmom fizjologicznym dzięki rezonansowi limbicznemu. Układy nerwowe wszystkich ludzi – a w zasadzie wszystkich ssaków – są wzajemnie powiązane. „Regulacja limbiczna stanowi podstawę wzajemnych powiązań ssaków społecznych w każdym wieku, niemniej młode ssaki mają szczególną potrzebę korzystania z wzorów: ich układ nerwowy nie tylko jest niedojrzały, ale wciąż rośnie i się zmienia – pisze Thomas Lewis, autor A General Theory of Love (Ogólnej teorii miłości). – Innymi słowy, jednym z procesów fizjologicznych kierowanych przez regulację limbiczną jest rozwój samego mózgu, co oznacza, że od jakości przywiązania zależy ostateczny charakter umysłu dziecka” (Lewis i in., 2000).

Ludzie i ssaki mają zdolność regulowania się nawzajem dzięki rezonansowi limbicznemu i neuronom lustrzanym, dlatego też przebywanie w otoczeniu innych ludzi oraz zwierząt nas uspokaja. Z tego także powodu wpływ regulacyjny mogą wywierać na nas różne grupy: rodzina, przyjaciele, społeczność religijna czy uczestnicy programu 12 kroków.

Doświadczenie staje się ciałem: jak tworzą się połączenia nerwowe w układzie limbicznym

Badania w zakresie neuronauk w dużym stopniu wyciszyły debatę o tym, czy natura wiedzie prym nad kulturą, czy też jest na odwrót. Natura oraz kultura – a nie natura albo kultura – odpowiadają za tworzenie się naszych sieci neuronowych. Allan Schore, autor książki Affect Regulation and the Origin of the Self (Regulacja afektywna a pochodzenie jaźni), przedstawia powszechnie akceptowaną obecnie teorię, że przychodzimy na świat tylko częściowo zaprogramowani przez naturę; reszta jest dziełem wychowania. Wczesne doświadczenia odciskają się w naszych sieciach neuronowych. Każda najdrobniejsza interakcja między rodzicem/opiekunem a dzieckiem tworzy połączenia neuronowe, które stają się częścią naszej sieci mózg–ciało, częścią układu limbicznego (Schore, 2000). W pełni rozwinięty mózg ludzki byłby dalece zbyt wielki, by przecisnąć się przez drogi rodne. Część rozwoju mózgu musi nastąpić w warunkach zapewniających więcej miejsca; musi zachodzić w miarę, jak rośniemy. Ponieważ w chwili narodzin dzieci dysponują tylko częścią połączeń nerwowych, utworzenie pozostałych musi zajść w późniejszym czasie. Ten proces nauki oznacza budowę w całym systemie psycho-cielesnym połączeń neuronalnych, które stają się elementami naszego świadomego i nieświadomego ja.

Wczesne doświadczenia, zarówno pozytywne, jak i negatywne, wywierają ogromny wpływ na tworzenie się synaps. We wczesnym dzieciństwie mózg rośnie w godnym podziwu tempie. W mózgu każdego z nas są miliardy neuronów (komórek nerwowych), które łączą się z innymi za pośrednictwem synaps. Te tryliony synaps układających się w szlaki nerwowe tworzą wspólnie zestaw połączeń mózgowych. Ich liczba i organizacja decydują o wszystkim – od zdolności rozpoznawania liter do zdolności nawiązywania więzi międzyludzkich. Emocje są kodowane wraz z doświadczeniami. Ilekroć pojawia się doświadczenie dowolnego rodzaju, czy jest to wyprawa do cyrku, czy dostanie bury przy obiedzie, wraz ze wspomnieniem tego przeżycia zostaje zakodowana nasza reakcja emocjonalna. Doświadczenia te komasują się, formując schemat reakcji psycho-cielesnych, który staje się podstawą naszego funkcjonowania przez całe życie. Odkrycie to może stanowić jeden z najdonioślejszych wglądów w nas samych, jakimi dysponujemy. Wczesne doświadczenia zostają dosłownie wplecione w nasz układ nerwowy, stając się neuronowym podłożem autoregulacji i trzeźwości emocjonalnej.

Trauma dziecięca może spowodować poważne zaburzenie w zakresie nauki autoregulacji. „Ponieważ mózg dzieci jest wciąż na etapie rozwoju, trauma wywiera znacznie głębszy i trwalszy wpływ na ich pojmowanie siebie, wyobrażenie o świecie i zdolność do regulowania siebie” (van der Kolk, 2007). Trauma dziecięca może utrudnić też proces nauki współżycia z ludźmi. Relacje kładą pierwotny fundament pod poznawczy, emocjonalny i społeczny rozwój dziecka. W konsekwencji, nawet jeżeli trauma w jego życiu się skończy, w dalszym rozwoju musi ono podejmować próby kompensowania braku pewnych części fundamentu emocjonalnego, a takie budowanie na niestabilnym gruncie może z czasem prowadzić do problemów.

Rodzina jest naszą pierwszą i bodaj najważniejszą szkołą emocjonalnego rozwoju oraz regulacji – ale zaraz po niej idzie formalna edukacja w instytucjach oświatowych. Jak pisze dr med. Stanley Greenspan, autor Rozwoju umysłu, wyraźny nacisk kładziony na rozwój intelektualny, który jest naturalną cechą szkolnictwa, zaciera obraz tego, w jak wielkim stopniu zdolność doświadczania, przetwarzania i regulowania emocji determinuje naszą możność skupiania uwagi i uczenia się oraz utrzymywania zdrowych stosunków w społeczności szkolnej. Rozwój emocjonalny jest fundamentem nie tylko ważnych zdolności relacyjnych, takich jak bliskość, zaufanie i dostrojenie, lecz również inteligencji i wielorakich umiejętności poznawczych. Na każdym etapie rozwoju szlak przecierają emocje, a nauka faktów i umiejętności postępuje w ślad za nimi (Greenspan, 1999/2000).

Prosiaczek, idący w tyle za Puchatkiem, wspiął się na paluszki i szepnął:

– Puchatku!

– Co, Prosiaczku?

– Nic – rzekł Prosiaczek, biorąc Puchatka za łapkę – chciałem się tylko upewnić, czy jesteś.

A.A. Milne

(Chatka Kubusia Puchata, przeł. Irena Tuwim)

Rozdział 4

Rozdział 4


Przyporządkowywanie słów stanom uczuciowym

Elementarz emocji

W ostatnim dziesięcioleciu nauka dokonała ogromnej liczby odkryć dotyczących roli emocji w życiu. Badacze ustalili, że świadomość emocjonalna oraz zdolność obchodzenia się z emocjami determinują – w większym stopniu niż inteligencja – sukces i szczęście we wszystkich sferach życia, w tym w sferze relacji rodzinnych.

John Gottman, Raising an Emotionally Intelligent Child (Jak wychować inteligentne emocjonalnie dziecko)

Język emocjonalny wyłania się z wczesnego przywiązania

Słowa nie stanowią pierwszej formy naszej komunikacji (Greenspan, 1999/2000). Na długo zanim ukształtuje się język, ludzie opanowują bogaty zasób ruchów, zachowań, znaków i wyrazów twarzy w celu przekazywania swoich potrzeb i pragnień, a każdy z tych drobnych gestów fizycznych jest kodowany wraz z emocją (Greenspan, 1999/2000) i przechowywany w mózgu i ciele razem z przyporządkowanym mu zabarwieniem emocjonalnym i wymową. Dziecko wyciąga obie rączki, aby obrócić twarz mamy do siebie i nacieszyć się jej troskliwym, pełnym miłości spojrzeniem, albo wypręża plecy i odpycha jej rękę, aby wyrazić niezadowolenie. Najpierw pojawia się gest czy komunikacja niewerbalna, a dopiero potem zostaje dodane słowo. Język – zdolność nazywania myśli, uczuć, przedmiotów – tworzy się na podstawie tego pierwszego stadium komunikacji cielesno-umysłowej.

Nasza nieświadomość emocjonalna, ta sieć gestu, znaczenia i słowa, formuje się w toku interakcji środowiskowych z rodziną i opiekunami. W ten sposób uczymy się w dzieciństwie porozumiewać, odczytywać sygnały płynące od innych oraz komunikować im własne potrzeby i chęci. Kładzie to podwaliny pod późniejszy rozwój emocjonalny i narodziny języka. W swych badaniach nad regulacją afektywną Schore (1999) wyjaśnia, że ta „automatyczna emocja” funkcjonuje na poziomach nieświadomych, kształtując komunikację w dzieciństwie, a nawet w dorosłym życiu. Na przykład subtelna wymiana emocjonalnie naładowanych sygnałów pomiędzy ludźmi dokonuje się tak błyskawicznie, że ledwie zdajemy sobie sprawę z jej przebiegu. Wszystkie te nieświadome procesy pomagają nam w autoregulacji w obrębie naszego środowiska i relacji międzyosobowych – pomagają funkcjonować automatycznie. Naszym pierwszym językiem jest język ciała, bogaty w gesty i znaczenia. I od samego początku emocje, zachowania i gesty są kodowane razem.

Ewolucja sprawiła, że przetwarzanie emocji i przekazywanie ich innym zachodzi w mgnieniu oka – potrafimy niemal natychmiast wychwytywać swoje nastroje i sygnały behawioralne. Nieświadome przetwarzanie emocji następuje tak błyskawicznie, że emocjonalna dynamika związana z „transmisją nieuświadomionego afektu” (Murphy i in., 1995) i spontaniczna komunikacja „automatycznej emocji” z konieczności nie mogą być świadomie postrzeżone (Schore, 2001). Równie dużo co słowami przekazujemy swoim zachowaniem, tonem głosu, ciałem. Nawet gdy pada zaledwie kilka słów, może się pojawić mnóstwo treści, choć ta metakomunikacja bywa tak błyskawiczna, że nie bardzo zdajemy sobie sprawę z tego, co wyłapujemy, a także jakie sygnały sami wysyłamy. Mimo wszystko prawdopodobnie na pewnym poziomie je rejestrujemy.

 

Z czasem rodzice pomagają dzieciom przekładać te bardziej automatyczne emocje na słowa, tak by można było łatwiej wyrazić i omówić uczucia. Właśnie w ten sposób rozwijamy znajomość elementarza emocji. Ludzie, którym zabrakło tej niewerbalnej formy komunikacji (zawierającej ogrom emocjonalnych znaczeń i intencji), albo ci dorastający w środowisku, w którym nie dochodziło do swobodnego doznawania uczuć (a co dopiero przekładania ich na słowa i omawiania), często mają wielkie trudności z identyfikowaniem własnych emocji oraz intencji. Nie wypracowali oni języka emocji, w którym mogliby przemyśleć, a tym bardziej opisać, co dzieje się wewnątrz nich samych lub w obszarze ich relacji społecznych. Z tego powodu mogą nie uświadamiać sobie, dlaczego zachowują się tak, jak się zachowują, i czują się, tak jak się czują. Ci ludzie nie przekuli po prostu nieświadomego w świadome. Nie wynieśli swych nieświadomych emocji na poziom świadomości, na którym mogliby je przemyśleć i o nich porozmawiać.

Marla, uczestniczka mojej grupy terapeutycznej, miewa trudności z przekładaniem emocji na słowa. Często odnosi wrażenie, że jej emocje są mgliste i dezorientujące, w jakimś sensie wręcz dla niej niedostępne. Nie potrafi zrozumieć, dlaczego czuje się przygnębiona czy chce pozostawać w emocjonalnym ukryciu, mimo że jest to sprzeczne z jej świadomym życzeniem, by nawiązywać relacje z ludźmi. Przedwczoraj przyszła na spotkanie grupy bardzo pobudzona. Spędziła nieco czasu z rodziną w Święto Dziękczynienia i opisała scenę, która poruszyła ją w domu rodziców. W fotelu siedziała jej mała siostrzenica i rysowała, co było również najczęstszym zajęciem Marli w dzieciństwie. Ni stąd, ni zowąd matka Marli zaczęła krzyczeć na dziewczynkę, żądając, żeby przesiadła się w inne miejsce. Nie było żadnego wstępu; dziecko nie hałasowało ani nie rozrabiało. Matka Marli uznała po prostu, że nie życzy sobie, aby dziewczynka dłużej rysowała, siedząc w fotelu. Nie poprosiła o to, tylko na nią nakrzyczała. Nie złagodziła polecenia ciepłym tonem czy choćby delikatnym dotknięciem małej; zamiast tego wykrzyczała rozkaz z drugiego końca pokoju wzburzonym, oskarżycielskim tonem. Nie pomogła wnuczce po cichutku przenieść rzeczy do stolika, usadowić się tam i rysować dalej. Bezpardonowo wtargnęła w sam środek jej osobistej przestrzeni. Choć same słowa nie były szczególnie przykre, ton głosu był morderczy, a na twarzy pojawił się wyraz pełen dezaprobaty. Była tego jednak całkowicie nieświadoma.

Wnuczka doznała takiego szoku, że wybuchnęła płaczem. W odróżnieniu od Marli nie była przyzwyczajona do tego rodzaju traktowania. Nie nauczyła się tego, czego w dzieciństwie nauczyła się Marla: że odczuwanie emocji na nic się jej nie zda, a ich okazywanie będzie tylko pobudzać matkę do jeszcze większej agresji.

Gdy Marla zobaczyła tę scenę, poczuła, jak ściska się jej żołądek. Na zajęciach w grupie nauczyła się, by zwracać uwagę na swoje ciało, by zastanawiać się, czy ciało nie przekazuje jej przypadkiem czegoś, czego nie dopuszcza umysł. W końcu postanowiła podjąć wyzwanie. Zebrała się na odwagę i odezwała.

– Nie musisz się tak do niej odzywać – powiedziała matce, która spojrzała na nią ze zdumieniem.

– Jak odzywać? – zapytała. – Po prostu poprosiłam, żeby się przeniosła ze swoimi rzeczami.

– Naskoczyłaś na nią – powiedziała Marla, próbując pokazać matce rzeczywisty obraz sytuacji. – Ona cichutko sobie tam siedziała, a ty na nią naskoczyłaś.

– Nic podobnego. Tylko ci się tak wydaje. Poprosiłam, żeby się przesiadła. Tylko tyle – odpowiedziała kobieta bez zmrużenia oka.

– Ale zrobiłaś to w taki sposób… – zaczęła Marla, czując, że powoli sama traci jasność percepcji.

– Mówiłam całkowicie normalnym tonem – stwierdziła matka. – Dziecko jest przewrażliwione.

I nagle przed oczami Marli stanęło całe jej dzieciństwo. Ileż to razy matka wzbudzała w niej strach takim tonem głosu i sposobem bycia, jakie zaobserwowała teraz! To był jej stały sposób komunikacji, a kiedy Marla próbowała jakoś to skomentować albo gdy płynęły jej łzy, matka po prostu ignorowała ją, tak samo jak teraz zignorowała swoją wnuczkę, albo nazywała ją „przewrażliwioną”, zabraniała „dramatyzować” i „robić sceny”. Dorastanie w takich warunkach sprawiło, że Marla zwątpiła w swój ogląd sytuacji i zaczęła się oskarżać o „nadmierne” czy „problemowe” uczucia, a w konsekwencji zablokowała swoje autentyczne reakcje emocjonalne. Nagle zrozumiała, czemu w dorosłym życiu nie potrafi się rozpłakać, czemu jest wewnętrznie sparaliżowana i boi się wyrazić siebie w słowach. Czuła, że może bezpiecznie uzewnętrznić swoje emocje tylko w twórczości artystycznej. Niezliczenie wiele razy powtarzała na spotkaniach grupy: „Słowa się u mnie nie sprawdzają”. Trudno się dziwić. Mówiła: „Nie mam za sobą żadnej dramatycznej historii. Nic naprawdę złego mi się nigdy nie zdarzyło. Nie wiem, dlaczego tak ze mną jest”.

Lata takich interakcji wpłynęły na jej zdolność odczuwania, nazywania, przetwarzania i wyrażania emocji. Za sprawą matki było jej głupio, że pojawiają się u niej jakiekolwiek uczucia, a wzmacniała to postawa zdystansowanego i mało komunikatywnego ojca. Marla miała wrażenie, że to nie zewnętrzna sytuacja, ale ona sama spowodowała u siebie utratę kontaktu z własnym głosem i zdolnością do korzystania z deskryptywnej funkcji języka. Nie doświadczyła w dzieciństwie żadnych jawnych krzywd, takich, które można by wskazać palcem; miała rodzinny dom i troskliwą opiekę. Jednak lata bycia ignorowaną przez matkę, wzorowania się na ojcu oraz niedostrzegania przez najbliższych jej świata, talentów i wysiłku sprawiły, że schowała się w sobie jak żółw i dla bezpieczeństwa wsunęła głowę pod skorupę. Odcisnęło się to na jej rozwoju emocjonalnym.

Zdolność doznawania, nazywania i komunikowania własnych uczuć ma zasadnicze znaczenie dla przyswojenia sobie elementarza emocji. Jeśli potrafimy rozmawiać o swoich doświadczeniach na poziomie uczuciowym, możemy skorzystać ze swojego umysłu myślącego, by ogarnąć umysł czujący. Możemy wykorzystać dedukcję jako element regulowania reakcji emocjonalnych i rozpatrywania ich z dystansu.

Dzięki udziałowi w zajęciach psychodramy Marla nabrała doświadczenia w tolerowaniu obecności silnych emocji (bez zamykania się) i przekładaniu ich na słowa. Ta rosnąca świadomość własnych reakcji emocjonalnych pozwoliła jej zobaczyć, jakie aspekty dzieciństwa wywarły katastrofalny wpływ na jej rozwój emocjonalny.

Marla pamięta, że w dzieciństwie spędzała bardzo dużo czasu, bawiąc się sama, a bardzo mało miała interakcji z rodzicami. Nie doświadczała dostatecznie regularnego kontaktu fizycznego i emocjonalnego, by nauczyć się odczuwać własne uczucia, nazywać, przetwarzać i komunikować emocje. Przeciwnie, nauczyła się raczej chować w sobie, ukrywać to, co czuje – najpierw przed matką, a ostatecznie przed sobą. Przekonała się, że zamknięcie się w sobie mniej boli. Czuła się mniej osamotniona, niezaspokojona i zdezorientowana, kiedy się odcinała i wchodziła do własnego, wyodrębnionego świata. Dlatego w trakcie dorastania uczucia były dla niej przeważnie niedostępne. Nie przedostawały się na poziom świadomości, gdzie mogłaby je odczuć, nazwać i mieć gotowe do zakomunikowania.

Kiedy wreszcie zdała sobie sprawę, że doświadczenia z dzieciństwa zaburzają jej zdolność do wchodzenia w autentyczne, bliskie kontakty z ludźmi, była już od dawna dorosła. Podczas wizyty w domu na Święto Dziękczynienia miała już jednak wystarczającą świadomość, by zacząć zwracać uwagę na kwestie, które ostatecznie miały ułatwić jej lepsze zrozumienie siebie. Potrafiła już dostrajać się do tego, co chce jej powiedzieć własne ciało, zadając takie pytania jak: „Czego moje ciało chce w tej chwili?”, „Gdzie kumuluje się we mnie napięcie i co mi to mówi o moich odczuciach?”, „Dlaczego tak zastygam?”. Te pytania pomogły jej połączyć kropki, zyskać wzgląd we własną konstrukcję emocjonalną.

Treści emocjonalne, które kształtują nasz sposób reagowania na świat, mogą utrzymywać się poza naszym polem widzenia, wciąż jednak pozostają w sferze psychiki. Często wciąż należą one do naszego systemu umysł–ciało i ujawniają się w interakcjach z rzeczywistością. Wydaje się, że niektóre z tych treści są po prostu złożone w swoistym banku wiedzy wewnątrz nas i czekają tylko na sytuacje, w których będą przywołane. To jak z jeżdżeniem na rowerze. Natychmiast po wskoczeniu na siodełko i złapaniu kierownicy przypominamy sobie, w czym rzecz, mimo że ta pamięć – i związane z nią umiejętności fizyczne oraz nasze poczucie dysponowania nimi – mogą w dużej mierze i przez znaczną część czasu pozostawać nieświadome. Nie rozmyślamy przez całe dnie o tym, jak się jeździ na rowerze. Nasz układ ciało–umysł po prostu przypomina to sobie, kiedy zachodzi taka potrzeba. Takie samo zjawisko występuje, kiedy nawiązujemy w dorosłym życiu bliskie relacje lub zostajemy rodzicami. Mamy skłonność postępować w sposób, jaki wynieśliśmy ze swojej rodziny. Jeżeli nauczyliśmy się, że można bezpiecznie doznawać swoich uczuć i je wyrażać, wnosimy tę umiejętność do dorosłych relacji. Jeżeli zaś nauczyliśmy się ukrywać przed najbliższymi autentyczne reakcje emocjonalne, wnosimy właśnie to. Emocje nie pozostają jednak zbyt długo w ukryciu. Zawsze znajdują jakąś drogę ujścia. Jeżeli nie otworzymy im drzwi, nie zapewnimy im przestrzeni i czasu, najprawdopodobniej wślizną się oknem.

Jeżeli życie rodzinne doprowadziło do przyduszenia emocji, gdyż panujące środowisko nie wspierało zdrowego rozwoju emocjonalnego albo było obciążone problemami, które regularnie wzbudzały u dzieci lęk i podkopywały ich normalny rozwój uczuciowy oraz przyswajanie elementarza emocji, trzeba zaradzić temu po fakcie. Tego właśnie dotyczy wychodzenie z traumy interpersonalnej.

Psychoterapeuci często skupiają się na rozplątywaniu węzłów skomplikowanych zależności z rodzicami, ale dzieci wychowujące się w domach, w których rodzice są zaprzątnięci przede wszystkim własnymi problemami, mogą oprócz tego podlegać szczególnie silnemu wpływowi rodzeństwa lub innych fragmentów swojej sieci społecznej. W trakcie terapii warto zagłębić się we wszystkie aspekty ich relacji, aby lepiej zrozumieć pełny zakres wpływów, jakim podlegał rozwój dziecka.