Tajemnica eksplodujących zębów oraz inne ciekawostki z historii medycyny

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Penis w butelce

Większości lekarzy przyszło kiedyś leczyć pacjenta z urazami tak żenującymi, że nie mógł on lub nie chciał przedstawić wiarygodnego wyjaśnienia sposobu, w jaki do nich doszło. W książce Urological Oddities (Osobliwości urologiczne, 1948) amerykański lekarz Wirt Bradley Dakin przytacza wiele nieudolnych wymówek przedstawianych przez pacjentów z dziwnymi przedmiotami, które znalazły się w ich pęcherzach, od „Wyślizgnął mi się z ręki podczas mierzenia temperatury” (chodziło o termometr) aż po „Chciałem się przekonać, co się stanie” (tym razem był to zwój drutu długości około 180 centymetrów). Inni odmawiali podania wyjaśnienia, jak pewien „dostojny i wybitny obywatel”, który szukał pomocy lekarskiej po wprowadzeniu sobie do cewki moczowej… dżdżownicy42.

Niekiedy cudacznie brzmiące wytłumaczenia okazują się jednak całkowicie prawdziwe. Taki przypadek w 1849 roku opisał w swoim doniesieniu doktor Azariah Shipman, chirurg z Syracuse w stanie Nowy Jork. Kiedy go wezwano do młodego mężczyzny, któremu członek utkwił w szklanej butelce, prawdopodobnie się nie spodziewał, że ten incydent ma całkowicie niewinne wyjaśnienie:

ORYGINALNE EFEKTY DZIAŁANIA POTASU – CIAŁA OBCE W CEWCE MOCZOWEJ – KATALEPSJA

Kilka miesięcy temu zostałem pilnie wezwany do młodego dżentelmena, który znalazł się w jakże groteskowej, choć bolesnej sytuacji. Podczas badania zobaczyłem butelkę mieszczącą około pinty43, o krótkiej szyjce i wąskim wlocie, mocno przytwierdzoną do ciała pacjenta za pośrednictwem jego penisa przesuniętego przez szyjkę i wystającego do wnętrza butelki, obrzękniętego i purpurowego. Butelka z białego szkła ze szklanym korkiem, idealnie przezroczysta, miała otwór o średnicy zaledwie trzech czwartych cala44; znaczny obrzęk członka uniemożliwiał jego wyciągnięcie. Pacjent był wielce przerażony i tak pilno mu było wyjąć członek z butelki, że nie chciał mi opowiedzieć, jak się znalazł w tej oryginalnej sytuacji, tylko błagał mnie o natychmiastowe uwolnienie ze względu na silny ból oraz nieznośną udrękę psychiczną i przerażenie.

Myślę, że gdybym w takim stanie szukał pomocy medycznej, ja również miałbym nadzieję na leczenie w pierwszej kolejności, a udzielanie wyjaśnień w drugiej.

Nie widząc nadziei na uzyskanie wyjaśnienia w obecnej kłopotliwej sytuacji, po bezowocnej próbie wyciągnięcia członka palcami, chwyciłem leżący na stole duży nóż i uderzyłem jego grzbietem w szyjkę butelki, roztrzaskując ją na drobne kawałeczki i w jednej chwili uwalniając członek ku radości przerażonego młodzieńca.

Końcowa część dopiero co uwolnionego członka była niezmiernie obrzęknięta, poczerniała i pokryta pęcherzami, jak gdyby oparzona w ogniu. A co się tyczy jego posiadacza:

Po zdjęciu butelki uskarżał się na pieczenie i ból członka; stan zapalny, obrzęk i przebarwienie utrzymywały się przez szereg dni, lecz pod wpływem skaryfikacji45 i zimnych okładów ustąpiły, choć nie bez wielkich obaw ze strony pacjenta i rzeczywistych znacznych dolegliwości bólowych członka. Obecnie czytelnik prawdopodobnie pragnie się dowiedzieć, jak penis żywego mężczyzny znalazł się w tak nietypowym miejscu, jak szyjka butelki.

Nie mam wątpliwości, że każdy, kto kiedykolwiek przeczytał ten opis przypadku w ciągu stu sześćdziesięciu dziewięciu lat od jego napisania, właśnie nad tym się zastanawiał.

Sam byłem tego niezmiernie ciekaw, jednak przerażenie i poruszenie pacjenta oraz jego obawa przed całkowitą utratą członka wskutek oparzenia, obrzęku, stanu zapalnego lub w wyniku odcięcia prącia przeze mnie w celu wydostania go z butelki – to wszystko naraz spadło na niego i obezwładniło go strachem.

Z pewnością mógł to być powód powściągliwości chorego w udzielaniu wyjaśnień.

A teraz wyjaśnienie: W pokoju pacjenta stała butelka, w której przechowywał on w nafcie46 pewną ilość potasu używanego do eksperymentów. Ponieważ chciał oddać mocz bez wychodzenia z pokoju, wyciągnął szklany korek i przyłożył penis do wylotu butelki. Po pierwszym strumieniu moczu rozległ się odgłos eksplozji, któremu towarzyszył rozbłysk ognia, a członek w mgnieniu oka z nieodpartą siłą został wciągnięty w głąb butelki, która trzymała go mocno jak w imadle. Zapalenie się potasu natychmiast wytworzyło próżnię, a miękkie i podatne tkanki członka praktycznie wypchnęły powietrze z butelki, która podziałała niczym ogromna bańka lekarska. Wąski wlot butelki spowodował zaciśnięcie żył, podczas gdy tętnice nadal doprowadzały krew do żołędzi, napletka itd. Z tego powodu, a także wskutek rozrzedzenia powietrza w butelce penis rozdął się do ogromnych rozmiarów.

Nader poważna sytuacja. I wcale nie zabawna.

Nie wiadomo, ile potasu znajdowało się wówczas w butelce, ale prawdopodobnie zostało w niej zaledwie parę granów odszczepionych od większych grudek, była to więc ilość tak mała, że uszła uwadze mężczyzny. Bardzo chciałem sprawdzić rzecz doświadczalnie (choć nie za pomocą takiego samego instrumentu, jakiego użył pacjent)…

Przynajmniej miło to usłyszeć.

…i w tym celu wziąłem kilka małych cząstek potasu, zmieszałem je z łyżeczką nafty i wlałem mieszaninę do butelki o pojemności jednej pinty. Następnie wpuściłem do niej odrobinę moczu, włożywszy najpierw palec w otwór butelki, choć nie na tyle silnie, by go całkowicie zamknąć. W rezultacie rozległ się głośny wybuch przypominający wystrzał z kapiszona i palec został z siłą wciągnięty w głąb butelki i mocno w niej przytrzymany – to w jakimś stopniu zweryfikowało ów wysoce interesujący eksperyment, który tak przeraził mojego przyjaciela oraz pacjenta.

Brzmi to całkowicie wiarygodnie. Gdyby ktoś nigdy nie widział, co się dzieje, kiedy strumień moczu trafia w kawałek potasu, to niech wie, że reakcja w każdym calu przebiega tak dramatycznie, jak ją opisuje doktor Shipman, metal ten jest bowiem wysoce reaktywny i nawet mały fragment po wrzuceniu do wody gwałtownie wybucha. Szybko też utlenia się w powietrzu, co tłumaczy, dlaczego młody miłośnik chemii trzymał próbki w nafcie.

Oryginalność tego wypadku usprawiedliwia mnie, że poświęciłem aż tyle słów na jego opisanie. Jego groteskowy charakter zapewne wywoła uśmiech, ale biednej ofierze tego zdarzenia nie było wcale do śmiechu; przerażony młodzieniec wyobrażał sobie, że jeśli członek nie uległ jeszcze zniszczeniu, to rozbicie butelki w celu jego uwolnienia narazi go na szwank w całości, gdyż odłamki potną go lub poszarpią47.

Kiedy osuszysz już łzy rozbawienia, może poświęcisz litościwą myśl biednemu chłopakowi.

42 Szczerze mówiąc, jeśli kiedykolwiek miała miejsce sytuacja odpowiednia do powołania się na V poprawkę do konstytucji USA, to chyba właśnie ta.

43 Około pół litra (przyp. tłum.).

44 Około 2 centymetrów (przyp. tłum.).

45 Łagodna postać zabiegu puszczania krwi poprzez powierzchowne zadrapania.

46 Łatwopalny płynny węglowodór.

47 Shipman A.B., Novel effects of potassium – foreign bodies in the urethra – catalepsy, „Boston Medical and Surgical Journal” 41, nr 2 (1849), s. 33–37.

Okrężniczy zestaw stolarski

W 1840 roku irlandzkiego podróżnego odwiedzającego Brest w północnej Francji oprowadzono po miejscowym więzieniu. Był to ogromny gmach wybudowany dla sześciu tysięcy więźniów i w szczytowym okresie gościł jedną dziesiątą ludności miasta. Więźniowie byli zarazem niewolnikami – skazani na ciężkie roboty służyli jako liczna, choć niechętna siła robocza zatrudniana przy różnych zajęciach, od prac przy wielkich budowach po szycie żagli. Budynek, oddany do użytku w 1751 roku, odznaczał się innowacyjnym projektem i zbudowany został w taki sposób, że więźniowie nawet w celach pozostawali pod ciągłym nadzorem strażników, niemniej, jak stwierdził Andrew Valentine Kirwan, więzienie nadal stanowiło siedlisko

wszelkiej zbrodni i wszelkiego występku, gdzie obojętny przechodził na złą stronę, a zły – niepohamowany i niepoprawny – z każdym dniem stawał się coraz gorszy.

Kirwan szybko się dowiedział, że więzienie – dalekie od tego, by być miejscem moralnej poprawy – stało się czymś w rodzaju pensji dla tych, którzy chcieli do perfekcji wyuczyć się sztuki popełniania zbrodni. W miejsce dobrych manier i układania bukietów oszuści pobierali lekcje włamywania się i hochsztaplerstwa:

Fałszerz uczy się od złodzieja sztuki dorabiania kluczy, a w zamian za to złodziej jest wprowadzany w tajniki fałszowania podpisów48.

Nie wyglądało to miejsce na przyjemne do życia – praca była ciężka, a dieta podła; śmierć zbierała przerażająco wielkie żniwo, nie dziwi zatem fakt, że więźniowie często próbowali ucieczki. Kirwan był świadkiem kwitnącego handlu podrobionymi kluczami, sfałszowanymi paszportami oraz innymi rzeczami potrzebnymi przyszłym zbiegom. Niewielu jednak zadało sobie tyle trudu, co pewien więzień, który mimowolnie stał się tematem artykułu na łamach „Medical Times”49.

CIAŁO OBCE W OKRĘŻNICY POPRZECZNEJ.

Bardzo ciekawy przypadek tej przypadłości zdarzył się niedawno w bagno w Breście.

Termin bagno50 (w języku francuskim zwykle bagne) był używany w krajach na południu Europy jako określenie ośrodka penitencjarnego, w którym osadzonych zmuszano do ciężkich prac.

 

Niebezpieczny przestępca, który raz już uciekł z więzienia, nagle zaczął się uskarżać na ból brzucha, zaparcie, nudności, gorączkę itd. Nie stwierdzono żadnej przepukliny, ale objawy, które wkrótce się nasiliły, nie pozostawiały wątpliwości co do istnienia owrzodzenia wewnątrz jelita.

Lekarz podejrzewał zadzierzgnięcie pętli jelita. Mogło to mieć poważne następstwa: w razie zatamowania ukrwienia tkanki szybko by obumarły, co skutkowałoby zgorzelą.

Wymioty stały się uporczywe, ból bardzo intensywny, a towarzyszyło im znaczne wzdęcie.

Wzdęcie brzucha to stan, w którym brzuch staje się napięty i powiększony. Jest to spowodowane gromadzeniem się gazów w przewodzie pokarmowym – klasyczny objaw martwicy jelita51.

Kiedy stan chorego mimo leczenia nadal się pogarszał, pacjent wyznał wreszcie medykowi, że włożył sobie do odbytu małą skórzaną sakiewkę z pieniędzmi, żeby ją ukryć przed strażnikiem. Wówczas przeprowadzono badanie przez odbyt, lecz niczego nie znaleziono.

Jak się okazało, więzień nie był całkowicie szczery. Wcześniej próbował ukryć, że sam wywołał u siebie chorobę, a teraz uciekł się do kolejnego kłamstwa. Owszem, włożył coś sobie do odbytu, lecz nie sakiewkę.

Dolegliwości stopniowo się nasilały i po pewnym czasie uwidocznił się guz po lewej stronie brzucha, w miejscu odpowiadającym okrężnicy zstępującej. W tym stadium choroby więzień zeznał, że włożył do odbytu drewniane etui, a ponieważ został zaskoczony, w pośpiechu umieścił je górną częścią zwróconą ku górze zamiast ku dołowi.

Nareszcie prawda! Etui to małe zdobione opakowanie na przedmioty osobiste, takie jak scyzoryki lub zestawy do szycia; wielu chirurgów w podobnych futerałach nosiło swoje narzędzia. Ten konkretny miał asymetryczny kształt i jeden jego koniec był najwyraźniej łatwiejszy do uchwycenia niż drugi. Powód, dla którego pacjent uważał włożenie sobie do odbytu sakiewki za czyn mniej wstydliwy niż w przypadku drewnianej szkatułki, pozostaje tajemnicą.

W tydzień od wystąpienia pierwszych objawów więzień zmarł i przeprowadzono sekcję zwłok. Chirurg stwierdził, że pacjent cierpiał na ostre zapalenie otrzewnej, a jelito było „ogromnie rozdęte gazami”. Najdziwniejsza jednak okazała się okrężnica, gdzie

znaleziono pokaźne ciało obce, które okazało się pudełkiem kształtu cylindryczno-stożkowatego, zwrócone stożkowatym końcem w stronę kątnicy52. Pudełko składało się z dwóch kawałków blachy stalowej, miało długość około 6 cali, a szerokość 5 cali, ważyło prawie 22 uncje53 i było pokryte kawałkiem skóry, bez wątpienia dla ochrony błony śluzowej odbytnicy od kontaktu z metalem i dla ułatwienia wydalenia.

Był to przedmiot poważnej wielkości jak na rzecz, którą udało się włożyć do wnętrza jelita grubego. Kiedy medycy otworzyli pudełko, ukazała im się następująca zawartość:

– kawałek pistoletowej lufy długości czterech cali

– stalowy wkręt

– nakrętka, również stalowa

– śrubokręt; z tych czterech narzędzi można by zbudować bloczek na tyle mocny, by dało się nim wyjąć żelazne pręty krat

– stalowa piła do cięcia drewna o długości czterech cali

– kolejna piła do metalu

– wiertło cylindryczne

– pilnik pryzmatyczny

– jedna moneta dwufrankowa i cztery jednofrankowe, związane nicią

– kawałek łoju do smarowania narzędzi

Innymi słowy – kompletny zestaw narzędzi do ucieczki. Można podziwiać dbałość więźnia o szczegóły, nawet jeśli wykonanie przedmiotów pozostawiało sporo do życzenia.

Po dokonaniu tego niezwykłego odkrycia wystosowano pytanie o zwyczaje galerników, a główny strażnik odpowiedział, że więźniowie najgorszego pokroju zwykli chować podejrzane przedmioty, takie jak narzędzia, pieniądze itd., w odbytnicy.

Niektóre zwyczaje nigdy się nie zmieniają.

Zazwyczaj jednak te przedmioty, nazywane przez więźniów „niezbędnikami”, mają niewielkie rozmiary, ledwie przekraczające cal.

Do dzisiejszych „niezbędników” należą najmniejsze telefony komórkowe, jakie tylko są w sprzedaży – znane każdemu strażnikowi więziennemu, który kiedykolwiek musiał rewidować naturalne otwory ciał więźniów.

Strażnik nigdy nie widział niczego podobnego do opisanego wyżej pudełka.

Pewnie, że nie!

Tego rodzaju etui prawie zawsze mają taki sam kształt – jeden koniec jest stożkowaty, a drugi zaokrąglony. Wkłada się je zawsze w taki sposób, by stożkowaty koniec był zwrócony w stronę odbytu, co ułatwia ich wydalanie. W tym przypadku więzień, zmuszony przez nadejście jakiejś osoby do ukrycia swojego „niezbędnika”, w pośpiechu pomylił końce futerału54.

Zamiast tkwić we wnętrzu odbytnicy, skąd można by go łatwo wyjąć, gdy nikt nie będzie patrzył, pudełko wymknęło się z palców więźnia i pokonało w świetle jelita grubego zaskakująco dużą odległość.

Moja rada? Jeśli planujesz ucieczkę z kozy, niech przyjaciel upiecze ci ciasto z pilnikiem w środku.

48 Kirwan A.V., The Ports, Arsenals, and Dockyards of France, James Fraser, Londyn 1841, s. 138.

49 Co dziwne, ten artykuł ukazał się dopiero trzy lata po zamknięciu więzienia na stałe i przeniesieniu osadzonych do kolonii karnej w Gujanie.

50 W Merriam-Webster’s 11th Collegiate Dictionary słowo to ma pisownię bagnio; według słownika wywodzi się ono od włoskiego terminu bagno oznaczającego dosłownie „łaźnie publiczne”, ponieważ Turcy po zdobyciu Konstantynopola wykorzystywali łaźnie miejskie w roli więzień (przyp. tłum.).

51 To trochę zbyt daleko posunięte stwierdzenie. Wzdęcie brzucha w różnym stopniu nasilenia stanowi objaw upośledzonej drożności przewodu pokarmowego zaburzającej prawidłowy pasaż treści płynnej oraz gazów. W ciężkich przypadkach niedrożność – zaliczana do ostrych chorób jamy brzusznej – rzeczywiście może prowadzić do odcinkowej martwicy jelita, dlatego jest objawem bardzo niepokojącym, choć nie w każdym przypadku ma aż tak dramatyczne podłoże (przyp. tłum.).

52 To jest w stronę górnej części jelita grubego.

53 Odpowiednio: około 15 centymetrów, około 12 centymetrów i około 600 gramów (przyp. tłum.).

54 Foreign body in the colon transversum, „Medical Times and Gazette” 2, nr 596 (1861), s. 564.

2

TAJEMNICZE CHOROBY

Czy kiedykolwiek zastanawialiście się, ile jest ludzkich chorób? Mam tu na myśli nie tylko schorzenia zakaźne, takie jak grypa, trąd czy dżuma dymienicza, lecz także te, które nie przenoszą się między poszczególnymi ludźmi, na przykład cukrzycę, nowotwory i liczne zaburzenia o podłożu genetycznym. Na to pytanie nie da się odpowiedzieć, gdyż cały czas identyfikuje się nowe choroby. Światowa Organizacja Zdrowia nadzoruje publikowanie Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób, przerażającego kompendium zawierającego w zasadzie wszystkie zaburzenia, jakie mogą się nam przytrafić. Kiedy w 1893 roku ukazało się pierwsze wydanie tego dokumentu, zawierało sto sześćdziesiąt jeden zidentyfikowanych odrębnych schorzeń. W dziesiątym wydaniu, opublikowanym stulecie później, wymieniono ich ponad dwanaście tysięcy. Według niektórych szacunków lekarze rozpoznają teraz aż trzydzieści tysięcy odrębnych schorzeń, choć nie uzgodniono nawet przybliżonej ich liczby.

Niektóre choroby, takie jak AIDS spowodowany zakażeniem wirusem HIV lub gorączka krwotoczna ebola, sto lat temu po prostu nie istniały, bo pojawiły się w wyniku ewolucji nowych, szczególnie nieprzyjemnych patogenów. Inne zidentyfikowano tylko dlatego, że ostatnie postępy w dziedzinie sekwencjonowania genów umożliwiają dokładne zlokalizowanie mutacji wywołującej objawy, które do tej pory pozostawały niepojęte. Tysiące stanów klinicznych zalicza się do chorób rzadkich, co oznacza, że dotyczą niespełna 0,05 procent populacji, a spotyka się je tak sporadycznie, że nieliczne możliwości ich leczenia są często niesprawdzone.

Rozpoznanie rzadkiej choroby stanowi wyzwanie nawet dla najbardziej utalentowanego i doświadczonego klinicysty dysponującego zasobami współczesnego szpitala. Można zatem tylko współczuć osiemnastowiecznemu lekarzowi, który odwiedził zamieszkałą w hrabstwie Suffolk rodzinę cierpiącą na dziwną i straszliwą przypadłość, od której członki ulegały wyniszczeniu i odpadały. Ta choroba wydawała się w Anglii zjawiskiem nowym, nie znano jej przyczyny, a tym samym nie wiadomo było, jak ją leczyć. Lekarz nie mógł zdziałać wiele więcej poza podjęciem próby złagodzenia bólu i przelaniem opisu objawów na papier, żeby koledzy po fachu w przyszłości mogli je rozpoznać. Opisy owych pierwszych starć między przedstawicielami medycyny a nigdy przedtem niewidzianymi przeciwnikami uważam za fascynujące; często wyczuwa się w nich frustrację lekarza, który stara się dociec, z czym ma do czynienia.

Niekiedy opisy nowo napotkanych chorób powstawały z mniej szlachetnych przyczyn niż naukowe. W XVII wieku, kiedy założono „Philosophical Transactions” oraz inne wczesne czasopisma, filozofowie szczególnie interesowali się potworami, czyli odstępstwami od skądinąd doskonałych tworów natury, którą się zajmowali. Jeden z typowych artykułów z tamtego okresu nosił tytuł A relation of two monstrous pigs with the resemblance of human faces, and two young turkeys joined by the breast (Relacja na temat dwóch monstrualnych świń z pyskami przypominającymi ludzkie twarze oraz dwóch młodych indyków złączonych piersiami). Pragnienie zrozumienia i badania takich anomalii było autentyczne, ale podobne doniesienia grały też na ludzkiej fascynacji zjawiskami groteskowymi i wynaturzonymi.

W XVIII wieku badania „cudów natury i potworów” wyszły z mody, lecz instynkt prasowy redaktorów jeszcze długo nakazywał im gonić za sensacją. Tajemnicza nowa choroba o egzotycznych objawach (im dziwaczniejszych, tym lepiej) gwarantowała rozgłos, nawet jeśli dowody na poparcie prezentowanych informacji były wątłe. Opis chłopca, który na pozór zwymiotował płód, miał marną wartość kliniczną, niemniej stanowił wspaniałą historię. Większość dziwnych schorzeń zamieszczonych w tym rozdziale prawdopodobnie była autentyczna, choć nawet obdarzony najbardziej otwartym umysłem ekspert z niechęcią odniósłby się do hipotezy o możliwości oddawania przez pacjenta moczu uchem.

Okropne zdarzenie w High Holborn

Niewiele wiadomo o siedemnastowiecznym lekarzu Edwardzie Mayu, poza tym że obracał się raczej w wyższych sferach społecznych. Pochodził z hrabstwa Sussex, z wybitnego rodu, który wydał licznych posłów do parlamentu, dziekana katedry św. Pawła i kilku członków królewskiego dworu. Sam Edward też najwyraźniej należał do stałych bywalców dworu Karola I, zajmował bowiem stanowisko lekarza nadzwyczajnego królowej Henrietty Marii. Nauczał również w Musaeum Minervae, czymś w rodzaju prywatnej szkoły dla młodych przedstawicieli szlachty, której ekscentryczny program edukacji obejmował dziedziny od astronomii po jazdę konną i fechtunek.

Najbardziej godny uwagi epizod z życia doktora Maya był incydentem tak głośnym i koszmarnym, że pewien współczesny mu nader szacowny walijski historyk James Howell opisał go jako „okropne zdarzenie w High Holborn”. Doktor May utrwalił to intrygujące przeżycie w broszurce opublikowanej w 1639 roku pod wspaniałym tytułem:

Najzupełniej pewna i prawdziwa relacja o dziwnym potworze bądź wężu znalezionym w lewej komorze serca Johna Pennanta, dżentelmena w wieku dwudziestu jeden lat.

Nieszczęsny młody pacjent John Pennant (zmarły) był potomkiem arystokratycznego walijskiego rodu wywodzącego się jeszcze z czasów normańskiego podboju. Edward May tak oto opisuje kontekst wydarzeń:

7 października bieżącego roku 1637 lady Herris, żona sir Francisa Herrisa Knighta, przybyła do mnie i zażądała, bym przyprowadził ze sobą chirurga, który dokonałby sekcji jej zmarłego poprzedniej nocy siostrzeńca Johna Pennanta, żeby zadowolić przyjaciół zaniepokojonych przyczynami jego długiej choroby oraz śmierci, a także jego matkę, której sam kilka lat wcześniej udzielałem pomocy w związku z kamieniem w organizmie, a która mogłaby zyskać pewność, czy jej syn umarł z powodu kamienia, czy też nie.

Doktor May leczył uprzednio matkę tego młodego mężczyzny z powodu kamicy pęcherza moczowego, o wiele częstszej w XVII wieku niż dzisiaj. Naturalnie matka zastanawiała się, czy ta choroba nie była też przyczyną zgonu syna.

 

Po tak usilnej prośbie posłałem po mistrza Jacoba Heydona, chirurga mieszkającego pod zamkiem Tavern, za kościołem św. Klemensa w Strand. Przybył on do mnie wraz ze służącym i udaliśmy się do domu, do komnaty, w której spoczywał zmarły. Rozcięliśmy region naturalny ciała młodego mężczyzny i znaleźliśmy u niego pęcherz pełen ropnej i wrzodziejącej treści, w górnej części ulegający rozpadowi i cały gnijący; prawa nerka była całkiem zniszczona, a lewa obrzmiała, wielkości dwóch nerek, pełna ropnej, zabarwionej krwią treści. Cała jej wewnętrzna, mięsista część była zżarta i nie pozostało z niej nic poza zewnętrzną powłoką.

Na razie brzmi to tak, jak gdyby układ moczowy zmarłego spustoszyła jakaś katastrofalna infekcja.

Nie znaleźliśmy w jego ciele ani kamienia, ani piasku nerkowego. Przeszedłszy wyżej do regionu witalnego ciała55, znaleźliśmy płuca w stanie dość dobrym, serce bardziej kuliste i rozdęte niż wydłużone. Prawa komora barwy popielatej była zeschnięta i pomarszczona niczym skórzana sakiewka bez pieniędzy, w ogóle niczego nie zawierała; osierdzie i błona nerwowa, zawierające ów znamienity płyn płucny, w którym pławi się serce, również były całkiem wyschnięte.

Podobają mi się zwroty doktora Maya: „pomarszczona niczym skórzana sakiewka” – to plastyczny opis zmienionego chorobowo serca. Wyrażenie „znamienity płyn płucny” oznacza płyn osierdziowy, którego główna funkcja polega na zwilżaniu zewnętrznej powierzchni bijącego serca. U zdrowego człowieka osierdzie – mocny worek otaczający serce – zwykle zawiera ten płyn w objętości odpowiadającej kilku łyżeczkom do herbaty (około 50 mililitrów).

Lewa komora serca, badana ręką chirurga, wydała się mu twarda niczym kamień i o wiele większa niż prawa, dlatego zażyczyłem sobie, żeby pan Heydon wykonał jej nacięcie, po którym wydobyła się stamtąd bardzo wielka ilość krwi. Mówię samą prawdę: cała krew pozostała w ciele zebrała się w lewej komorze i w niej była zawarta.

Wczesne opisy sekcji zwłok często zawierają spostrzeżenie, że główne naczynia krwionośne są puste, co doprowadziło niektóre autorytety naukowe do sformułowania sugestii, iż krew jakimś sposobem „cofnęła się” po śmierci do serca. W rzeczywistości wskutek ustania czynności tego narządu krew podlega działaniu grawitacji i spływa do najniżej położonej okolicy ciała. W medycynie sądowej ten fakt może podsunąć przydatną wskazówkę co do tego, czy ciało po śmierci zostało przemieszczone. Wróćmy do relacji doktora Maya:

Dopiero wtedy komora się opróżniła, ale pan Heydon nadal zwracał uwagę na jej wielkie rozmiary i twardość, choć ja sam chyba zlekceważyłem jego słowa, jako że lewa komora u solidnie zbudowanych ludzi ma trzykrotnie grubszą warstwę mięśnia niż prawa, ażeby podtrzymywać ich siły witalne, toteż kierowałem jego uwagę ku innym obserwacjom. On jednak wciąż trzymał rękę na sercu i nie chciał jej cofnąć, lecz rzekł ponownie, że odznacza się ono dziwną wielkością i twardością.

Doktor May słusznie zauważa, że w sercu zdrowego człowieka mięsień lewej komory jest w przybliżeniu trzykrotnie grubszy niż prawej, a to dlatego, że działa ona pod wyższym ciśnieniem, pompując utlenowaną krew do całego ciała, podczas gdy prawa przemieszcza krew odtlenowaną tylko do płuc. W tym przypadku lewa komora była jednak większa, niż to zwykle bywa. Prawie na pewno doszło do hipertrofii, czyli pogrubienia mięśnia sercowego. Ma ona kilka możliwych przyczyn, a jej występowanie sugeruje, że mężczyzna chorował od jakiegoś czasu, gdyż rozwój tego stanu nigdy nie następuje błyskawicznie.

Doktor May zasugerował zatem chirurgowi przedłużenie cięcia w obrębie komory:

…tym sposobem dostrzegliśmy jakąś mięśniową substancję, która wydała się nam zwinięta w fałdy niczym robak lub wąż; obaj wielce się tym zdumieliśmy, poprosiłem go więc o oddzielenie tego tworu od serca, co też uczynił, po czym przenieśliśmy go z ciała pod okno, gdzie go złożyliśmy.

Kiedy May zbadał ów przedmiot przy świetle dziennym, przeżył spory szok.

To ciało było białe, tej samej barwy co najbielsza skóra na ciele człowieka, lecz owa skóra była jasna i połyskliwa, jakby pokryta werniksem; głowa była cała zakrwawiona i tak podobna do głowy węża, że lady Herris zadrżała wówczas od tego widoku i od tamtego czasu często mawiała, iż czuje wewnętrzną zgryzotę. Uda i ramiona miały cielistą barwę, jak też wszystkie włókna, pasma, nerwy czy cokolwiek to było.

Nie wiedziałem, że węże mają uda. Doktor May najpierw był nastawiony sceptycznie wobec hipotezy, że w ludzkim sercu mógłby znaleźć się wąż, i zastanawiał się na głos, czy nie może to być tylko „skupisko treści pituitarnej56 i krwistej”, innymi słowy duża masa krwi i śluzu. Do tego domysłu wrócimy później. Lekarz postanowił zbadać zagadkowy twór dokładniej.


Serce Johna Pennanta z uwidocznionym „wężem” we wnętrzu komory

Najpierw poszukałem głowy i znalazłem ją jako gęstą substancję, zakrwawioną i pokrytą gruczołami przy szyi, cokolwiek uszkodzoną (jak przypuszczałem) wskutek nagłego lub gwałtownego oddzielenia jej od serca, choć wydawało mi się, że dość łatwo dała się wyjąć. Podobnie zbadałem szpikulcem ciało między łapami lub udami i stwierdziłem, że jest przedziurawione lub puste w środku aż na całą długość srebrnego szpikulca, a także lite ciało, jak tu zostało opisane, co wprawiło widzów w zdumienie.

Za przykładem chirurga widzowie kolejno badali „węża” metalowym szpikulcem, dopóki wszyscy się nie przekonali, że obiekt, który mają przed sobą, to robak, wąż lub inny stwór o dających się wyróżnić elementach anatomii z przewodem pokarmowym włącznie. Najwyraźniej świadomi faktu, że mogą spotkać się z niedowierzaniem, podpisali pisemne świadectwo potwierdzające to, co widzieli.


„Robak” wydobyty z serca Johna Pennanta i rozwinięty, z uwidocznionym „przewodem pokarmowym”

Czy we wnętrzu serca młodego mężczyzny naprawdę znajdował się wąż albo może robak? Prawie na pewno nie. Może przypominasz sobie, że zgodnie z pierwszą myślą doktora Maya dziwny obiekt był „skupiskiem treści krwistej”, innymi słowy dużym skrzepem krwi. To wydaje się znacznie bardziej prawdopodobne i dwa wieki później wybitny lekarz z epoki wiktoriańskiej doszedł do takiego samego wniosku.

Benjamin Ward Richardson był pilnym i oryginalnym naukowcem, który odkrył kilka nowych środków znieczulających, a także pierwszy skuteczny lek zwalczający ból dławicowy – azotyn amylu. Interesował się również mechanizmami powodującymi tworzenie się skrzepów krwi. W grudniu 1859 roku wygłosił serię wykładów57 o powstawaniu wewnątrz serca „włóknistych złogów”, czyli skrzepów. Richardson zauważył, że występują one we wszelkich kształtach i rozmiarach i niekiedy tworzą długie włókna lub nawet puste w środku cewy, przez które środkowym kanałem nadal płynie krew. Sugerował, że dokładnie to znalazł doktor May w sercu młodego mężczyzny – monstrualny skrzep, który przybrał wygląd mitycznego węża58.

Jeśli założymy, że był to skrzep, możemy teraz sformułować wstępne przypuszczenie co do diagnozy. Przypomnij sobie uwagi chirurga o niezwykłej „wielkości i twardości” lewej komory serca. Mięsień sercowy nie tylko uległ hipertrofii (przerostowi), lecz także stał się nienaturalnie sztywny. Często spotyka się takie zjawisko w przypadkach rzadkiego schorzenia krwi – zespołu hipereozynofilowego (ang. hypereosinophilic syndrome, HES), wiążącego się również z wysokim ryzykiem tworzenia się we wnętrzu serca masywnych skrzepów. Zmiany chorobowe w HES mogą jednocześnie atakować mnogie narządy, co tłumaczyłoby stan nerek młodego mężczyzny. Oczywiście nie można tego orzec na pewno, ale objawy bez wątpienia wydają się pasować do opisu.

Może zastanawiasz się, co się stało z „wężem” po zakończeniu sekcji zwłok. Doktor May wyjaśnia, że chirurg bardzo chciał go zatrzymać do dalszych badań, lecz matka zmarłego miała inne plany.

Chirurg wielce pragnął zakonserwować znalezisko, ale wolą matki należało je pogrzebać w miejscu, w którym się narodziło. Rzekła zatem i wiele razy powtarzała: „Z nim to przyszło, więc z nim niech też odejdzie”. Dlatego matka została na miejscu, dopóki nie ujrzała, że [chirurg] po moim wyjściu umieścił to ponownie w ciele [zmarłego] i zaszył59.

Nietzscheański bohater w książce Tako rzecze Zaratustra ujmuje rzecz następująco: „Przebyliście drogę od robaka do człowieka i wiele jest w was jeszcze z robaka”60.

55 To jest do klatki piersiowej.

56 Od greckiego słowa pituita, oznaczającego śluz (przyp. tłum.).

57 Jego nieszczęśni studenci musieli zrezygnować z bożonarodzeniowych ferii, żeby na te wykłady uczęszczać. „Wiem, że leniwi ludzie mogą uznać przerwanie wam świąt za niezbyt miły uczynek z mojej strony”, powiedział Richardson, „jednakże nie zamierzam składać zań przeprosin”. Wesołych świąt, chłopaki!

58 Richardson B.W., Vacation lectures on fibrinous deposition in the heart, „British Medical Journal” 1, nr 161 (1860), s. 65–68.

59 May E., A Most Certaine and True Relation of a Strange Monster or Serpent, Found in the Left Ventricle of the Heart of John Pennant, Gentleman, of the Age of 21 Yeares, druk George Miller, Londyn 1639.