Tajemnica eksplodujących zębów oraz inne ciekawostki z historii medycyny

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

THE MYSTERY OF THE EXPLODING TEETH

AND OTHER CURIOSITIES FROM THE HISTORY OF MEDICINE

Copyright © 2018 by Thomas Morris

First published as THE MYSTERY OF THE EXPLODING TEETH AND OTHER CURIOSITIES

FROM THE HISTORY OF MEDICINE by Transworld Publishers

a division of the Penguin Random House group of companies.

Projekt okładki

Beci Kelly/TW

Ilustracje: dzięki uprzejmości US Patent Office oraz Wellcome Libraries;

Scientific American, Bodleian Library, University of Oxford, 4° Z 46 Med. .

Ilustracja na okładce

Shutterstock

Redaktor prowadzący

Adrian Markowski

Redakcja

Aneta Kanabrodzka

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN

978-83-8234-514-8

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wstęp

Kilka lat temu siedziałem w bibliotece, przedzierając się przez dość nudny dziewiętnastowieczny artykuł o chorobie serca, gdy wtem na poprzedniej stronie studiowanego przeze mnie czasopisma dostrzegłem coś ciekawego. Pod obiecującym tytułem Nagłe przemieszczenie się całych jelit w głąb worka mosznowego znalazłem następujący ustęp:

John Marsh, lat 50, robotnik, został przywieziony do szpitala po tym, jak przejechał po nim wóz załadowany cegłami. Podczas oględzin stwierdzono u niego mosznę ogromnych rozmiarów, sięgającą ku dołowi do dwóch trzecich uda, mierzącą w obwodzie 17 cali1. Miała ona barwę czarną jak smoła, a struktura jej ściany wskutek rozdęcia była tak niezmiernie cienka, że groziła natychmiastowym pęknięciem przy najlżejszym dotknięciu.

W głowie zawirowały mi pytania. Dlaczego moszna pacjenta była tak ogromna? Co, u licha, mógł zrobić lekarz z takim urazem w roku 1829? Jak długo nieszczęsny mężczyzna jeszcze żył? W równej mierze zszokowany, co zafascynowany, nie mogłem się oderwać od lektury. Odpowiedzi okazały się tak samo intrygujące. Kiedy koła wozu przejechały po brzuchu Johna Marsha, przygniotły go z taką siłą, że jelita chorego zostały przeciśnięte przez kanał pachwinowy, wąskie przejście pomiędzy jamą brzuszną a wnętrzem worka mosznowego. Ponieważ trzewia pacjenta walczyły obecnie o miejsce w mosznie z jego jądrami, w tym stanie rzeczy chirurg miał przed sobą proste zadanie: musiał je odprowadzić z powrotem na swoje miejsce.

Po ułożeniu pacjenta w łóżku udało się bez większego trudu przywrócić trzewia do naturalnego położenia jedynie poprzez uniesienie bioder i obniżenie barków chorego oraz zastosowanie umiarkowanego i ostrożnego nacisku kompresami flanelowymi zwilżonymi gorącym naparem z maku.

Kuracji dopełniły rozgrzewające okłady (użyto butelek napełnionych gorącą wodą), środki przeczyszczające, opium i pijawki (przystawiane do skóry worka mosznowego). Moje założenia co do szans przeżycia pana Marsha okazały się nadmiernie pesymistyczne.

Dwunastego dnia od wystąpienia urazu stwierdzono, że pacjent powraca do całkowitego zdrowia i może przez kilka godzin siedzieć w łóżku, ale uprzednio jako środek ostrożności zastosowano pas przepuklinowy. Pod koniec trzeciego tygodnia został wypisany ze szpitala jako wyleczony.

Okazało się jednak, że nie całkiem wyleczony, autor dodał bowiem w dopisku:

Pacjent musi dniem i nocą nosić obustronny pas przepuklinowy, w przeciwnym razie bardzo duża masa trzewi natychmiast opada w głąb worka mosznowego2.

Wkrótce odkryłem, że niemal nie sposób przekartkować dawnego czasopisma medycznego, nie natykając się na historie fascynująco wstrętne, komiczne lub dziwaczne. Pomiędzy długimi nieciekawymi rozprawami o stanie londyńskich urządzeń sanitarnych można znaleźć rozrzucone perełki i zabawne anegdoty: opowieści o pacjentach połykających noże, przeprowadzających na własnym ciele zabiegi chirurgiczne albo wymiotujących żywymi ślimakami. Niektóre są przejmujące lub wzruszające, inne ponure, ale wszystkie są czymś więcej niż tylko barwnymi opowieściami. Bez względu na to, jak żenujące opisują schorzenia lub dziwaczne kuracje, wszystkie omawiane przypadki coś nam mówią o przekonaniach żywionych w minionych epokach oraz o ówczesnym stanie wiedzy. Medycy zaskakująco długo pozostawali pod wpływem przesądów i tradycji ludowej, ale nie ulega wątpliwości, że niektórzy wykazywali się niebywałą finezją. Zacząłem kolekcjonować owe niewiarygodne opowieści z mało znanych zakamarków literatury medycznej: historie o cudacznych kuracjach, wprawiających w osłupienie zabiegach chirurgicznych oraz cudownych ozdrowieniach w obliczu niemal pewnej śmierci.

Zawarte w tej książce opisy przypadków pochodzą z okresu obejmującego trzysta lat – od początku XVII stulecia aż do przełomu wieków XIX i XX. W tym czasie medycyna uległa radykalnej odmianie i częściowo przeobraziła się ze sztuki w naukę. Lekarze z wczesnych lat ery nowożytnej nadal ulegali wpływom starożytnych teorii medycznych zawartych zwłaszcza w pismach Galena, rzymskiego lekarza greckiego pochodzenia, nawet jeśli uświadamiali sobie, że jego opinie nie są niepodważalne. Wiele stosowanych przez nich metod leczenia opierało się na Galenowskiej idei, że zdrowie zależy od stanu równowagi między czterema płynami ustrojowymi: krwią, śluzem, żółcią żółtą i żółcią czarną. Jeśli podejrzewano nadmiar jednego z nich, można było przywrócić równowagę poprzez usunięcie go za pomocą upustu krwi albo leków przeczyszczających. Nie znano wówczas znieczulenia, operacje były zatem krótkie, bolesne i brutalne. Chociaż lekarze i aptekarze dysponowali szerokim asortymentem leków, to tylko nieliczne przynosiły większy pożytek.

Trzy stulecia później mikroskop wykazał, że większość chorób zakaźnych wywołują organizmy zbyt małe, by można je było dojrzeć gołym okiem. Lekarze nauczyli się opanowywać zakażenia, przeprowadzać zabiegi operacyjne na nieprzytomnych pacjentach i ordynować leki skutecznie działające w całym spektrum poważnych schorzeń, z niewydolnością serca i padaczką włącznie. Dawne sposoby leczenia nadal jednak pozostawały w użyciu – upusty krwi były zalecane przez mniej postępowych lekarzy jeszcze w 1894 roku, a medycy z epoki wiktoriańskiej, którzy rzadko pomijali pytania o stan wypróżnień, z szalonym zapamiętaniem przepisywali środki na przeczyszczenie.

Wiele metod leczenia opisanych w zamieszczonych tu historiach może ze współczesnej perspektywy sprawiać wrażenie niedorzecznych, a nawet barbarzyńskich, ale medycy z przeszłości wcale nie byli mniej inteligentni czy pracowici od współczesnych lekarzy. Te historie wykazują jedno – godną podziwu, nieustępliwą determinację w niesieniu pomocy pacjentom, i to w czasach, kiedy stan zaawansowania sztuki medycznej pozostawiał wiele do życzenia. Kiedy nie było skutecznych sposobów ulżenia w bólu, poszukiwano nowych, toteż nieuniknione okazywało się badanie licznych ślepych zaułków, zanim znaleziono drogę wiodącą naprzód. Stosowane przez doktorów metody odpowiadały stanowi ich wiedzy o funkcjonowaniu ludzkiego ciała i należy się tylko cieszyć, że nauki medyczne od tamtych czasów tak bardzo się rozwinęły.

W 1851 roku James Young Simpson, pionier anestezji za pomocą chloroformu, napisał artykuł o dziwnych sposobach leczenia stosowanych przez lekarzy ze starożytnego Rzymu. Przestrzegał w nim przed nieroztropnym, zbyt kategorycznym potępianiem „ekstrawagancji i dziwaczności” owych metod i dodał proroczo:

Być może za wiek lub dwa od dzisiaj nasi następcy (…) spojrzą wstecz na stosowane przez nas obecnie, podawane w ogromnych dawkach proszki pochodzenia roślinnego, olbrzymie ilości soli [leczniczych], wywołujące mdłości odwary itd. z takim samym zdumieniem i zaskoczeniem, z jakim my teraz spoglądamy na środki lecznicze naszych poprzedników3.

To samo można by rzec o medycynie XXI wieku, nauce dalekiej od doskonałości. Dodam jeszcze, że niektóre dawne sposoby leczenia były niesłychanie niedorzeczne nawet jak na ówczesne standardy, więc w uzasadnionych przypadkach nie oparłem się pokusie obdzielenia ich delikatnymi drwinami.

Większość przedstawionych przypadków zaczerpnąłem z czasopism medycznych, które pod koniec XVIII wieku zaczęły się rozpowszechniać w celu umożliwienia lekarzom dzielenia się wiedzą i doświadczeniem; korzystałem też z podręczników chirurgii i doniesień z gazet. Nieliczne (zawarte w rozdziale Niewiarygodne historie) mogą być blagą, ale olbrzymia większość to autentyczne opisy przypadków dokonane przez medyków, ich szczere relacje. Niektóre przedstawiłem w całości, inne zredagowałem w celu usunięcia zbytecznych lub nieciekawych szczegółów, niemniej niczego nie dodawałem ani nie koloryzowałem.

Na koniec jeszcze wyjaśnienie: nie jestem lekarzem, żadnych uwag na stronach tej książki nie wolno zatem traktować jak porad medycznych. Czytelnicy, którzy zechcą leczyć swoje schorzenia za pomocą wlewów doodbytniczych z wina porto, przyjmowanych doustnie odchodów węży lub palenia cygar zwilżonych rtęcią, będą to robili na własne ryzyko.

Thomas Morris

marzec 2018 roku

1 Około 43 centymetrów (przyp. tłum.).

2 Sudden protrusion of the whole of the intestines into the scrotum, „London Medical Gazette” 3, nr 72 (1829), s. 654.

3 Simpson J.Y., General observations on the Roman medicine-stamps found in Great Britain, „Monthly Journal of Medical Science” 12, nr 16 (1851), s. 338–354.

 

1

NIEFORTUNNE ZDARZENIA

W każdej izbie przyjęć regularnie zjawiają się pacjenci z żenującymi problemami zdrowotnymi, których sprawcą są oni sami. Wypytywani o naturę schorzenia i okoliczności jego pojawienia się mogą zachowywać milczenie albo przedstawić niezbyt wiarygodne wyjaśnienia. W 1953 roku do szpitala w Barnsley przyjęto mężczyznę uskarżającego się na silny ból brzucha dręczący go, jak sam twierdził, prawie od dwóch tygodni. Chirurdzy stwierdzili u niego poważne rozdarcie ściany odbytu – ewidentnie spowodowane zaledwie kilka godzin wcześniej – które należało zszyć. Pacjent, zapytany o to, w jaki sposób doznał tego urazu, twierdził, że stał „w pochylonej pozycji” zbyt blisko jednego z ogni sztucznych, które nieoczekiwanie zostały odpalone. Naciskany, by powiedział prawdę, przyznał, że pod wpływem frustracji w życiu osobistym „postanowił odpalić sobie petardę w dupie”. Przypuszczam, że miało to jakoś zaradzić jego problemom.

Piśmiennictwo medyczne roi się od przykładów bezmyślnych ludzi, protoplastów owego proktologicznego pirotechnika, wkładających dziwne przedmioty w miejsca, w których nie powinny się one znaleźć. Pewien mnich próbował na przykład wywołać ulgę w nękającym go kolkowym bólu brzucha, wlewając sobie do jelita butelkę perfum. Inna relacja dotyczy sposobu, w jaki chirurg ocalił godność chłopa, który jakimś trafem skończył z kielichem zaklinowanym w odbycie. To jednak banalne osiągnięcia w porównaniu z brawurowymi wyczynami zamieszczonymi na kolejnych stronach. Tym, co imponuje w wielu opowieściach o tego rodzaju niefortunnych zdarzeniach, jest pomysłowość doprowadzająca do powstania godnej pożałowania sytuacji, tej zaś często dorównuje zmyślność, z jaką chirurg lub inny lekarz przystąpił do leczenia nieszczęsnego pacjenta.

W ciągu kilku ostatnich stuleci medycyna niebywale się rozwinęła, ale niektóre jej aspekty nigdy się nie zmieniają. Ludzka zdolność do angażowania się w ryzykowne przygody albo wręcz popisywania się bezbrzeżną głupotą to najwyraźniej cechy, których postęp nie może wykorzenić.

Widelec w odbycie

Współczesne czasopisma medyczne nie słyną z chwytliwych tytułów. Nie pomaga w tym terminologia zawodowa – niełatwo napisać błyskotliwy nagłówek, jeśli w temacie artykułu występuje taka nazwa, jak „bestrofinopatia”, „idiopatyczna plamica małopłytkowa” lub „martwicze zapalenie powięzi”.

W ostatnich latach obserwuje się jednak ruch przeciwko temu sterylnemu żargonowi, a paru naukowców stara się przykuć uwagę czytelników za pomocą aluzji literackich, nawiązań do kultury popularnej albo kalamburów. Autor artykułu opublikowanego niedawno na łamach „New England Journal of Medicine” desperacko próbował przymilać się do fanów George’a R.R. Martina tytułem Game of TOR: the target of rapamycin rules four kingdoms (Gra o TOR: punkt uchwytu rapamycyny rządzi czterema królestwami4). Inny artykuł, o ciałach obcych w pęcherzu moczowym, nosił tytuł From urethra with shove (Z cewki moczowej w wyniku popchnięcia5)6. A jeśli chodzi o przykład czystej hucpy, to trudno przebić nagłówek Super-mesenteric-vein-expia-thrombosis, the clinical sequelae can be quite atrocious (Zakrzepica żyły krezkowej górnej – kliniczne następstwa mogą być okropne7) – nieprawdopodobny tytuł artykułu na temat poważnego powikłania zapalenia wyrostka robaczkowego.

Mój ulubiony tytuł z zakresu medycyny został napisany prawie trzysta lat temu. W 1724 roku „Philosophical Transactions”, organ prasowy Royal Society, opublikował list nadesłany przez pana Roberta Payne’a, chirurga z Lowestoft w hrabstwie Suffolk. Jego tytułu nie sposób poprawić:

Relacja o widelcu wbitym w odbyt, który później usunięto przez pośladek, przekazana w liście do wydawcy nadesłanym przez pana Roberta Payne’a, chirurga z Lowestoft.

James Bishop z Great Yarmouth, uczący się na cieślę okrętowego, lat około dziewiętnastu, przez sześć lub siedem miesięcy odczuwał gwałtowne bóle w dolnej części brzucha. Nie wydawały się być powodowane przez jakikolwiek rodzaj kolki. Pacjent niekiedy oddawał mocz z krwią, co przywiodło pana P. do przekonania, że może chodzić o kamień w pęcherzu. Medykamenty przynosiły niewielką ulgę. Wreszcie na lewym pośladku, w obrębie lub w pobliżu mięśnia pośladkowego wielkiego, pojawił się twardy guz oddalony o dwa lub trzy cale od skraju odbytu, lekko uwypuklony ku górze. Wkrótce potem chory zaczął oddawać przez odbyt treść ropną, codziennie przez jakiś czas.

Słowo „guz” zostało tu użyte w starym znaczeniu, niekoniecznie oznaczającym nieprawidłową zmianę rozrostową jakiejś tkanki, lecz opuchliznę dowolnego rodzaju. Opisany tu przykład, jak się okazało, dotyczył torbieli, której ściana w końcu pękła. Chirurg podejrzewał przetokę odbytu, czyli patologiczny kanał łączący końcowy odcinek jelita z powierzchnią skóry. Dalszy rozwój wypadków dowiódł jednak, że lekarz się mylił:

Wkrótce potem w otworze w obrębie zmiany chorobowej, ponad pół cala pod skórą, ukazały się zęby widelca. Kiedy tylko ukazały się zęby, gwałtowne bóle ustały. Rozdzieliłem ciało pomiędzy zębami, wedle mojej najlepszej oceny sytuacji, a potem wykonałem wokół nich okrężne nacięcie i za pomocą mocnej pary kleszczyków wyciągnąłem zęby, rękojeść i całość [widelca], choć nie bez wielkich trudności. Koniec rękojeści po wyjęciu był zbrukany ekskrementami.

Naturalnie. Był to zaskakująco duży element zastawy stołowej:

Jego długość wynosiła sześć i pół cala8, był to duży widelec kieszonkowy; rękojeść miał wykonaną z kości słoniowej, zabarwioną na kolor ciemnego brązu; część żelazna jest czarna i gładka, lecz niezardzewiała.

Młody mężczyzna nie chciał udzielić wyjaśnień, w jaki sposób wpadł w takie tarapaty, przynajmniej do chwili, kiedy zagrożono mu cofnięciem kieszonkowego.

Jego krewny, wielebny pan Gregory Clark, proboszcz z Blundeston, mieszkający w sąsiedztwie dżentelmen, który przysłał go do mnie, bym się nim zajął, a od którego jest on [pacjent] w dużej mierze zależny, zagroził, że nie zechce więcej na niego spojrzeć, jeśli nie powie, jak do tego doszło; [pacjent] powiedział mu, że miał obstrukcję9 i włożył sobie widelec w siedzenie, myśląc, iż tym sposobem sobie pomoże, lecz sztuciec niefortunnie wśliznął się tak daleko, że nie mógł go wydobyć.

Pan Payne dodał jeszcze postscriptum:

PS [Pacjent] Twierdzi, że nie odczuwał żadnych problemów ani bólu przez miesiąc lub dłużej po tym, jak go sobie włożył10.

Ten fakt nie zmienia morału wynikającego z owej opowieści: jeśli masz zaparcie, lepiej nie wtykaj sobie widelca w siedzenie.

4 Właściwie mTOR. Chodzi o szlak mTOR, zwany również kinazą mTOR – jego aktywacja odgrywa rolę w patogenezie niektórych chorób; rapamycyna (sirolimus) jest inhibitorem (lekiem hamującym) tego szlaku (przyp. tłum.).

5 Prawdopodobnie chodzi o nawiązanie do tytułu jednego z filmów o przygodach Jamesa Bonda, From Russia with Love, w Polsce wyświetlanego pod tytułem Pozdrowienia z Rosji (przyp. tłum.).

6 Pozostaje tylko jęknąć. Urolodzy słyną z okropnych kalamburów.

7 Pierwsze, rzeczywiście pokraczne słowo tytułu, stanowi prawdopodobnie połączenie angielskiej nazwy żyły krezkowej górnej (superior mesenteric vein) z nazwą strony internetowej służącej do publikowania blogów https://superexpia.wordpress.com (przyp. tłum.).

8* Czyli 16,5 centymetra (przyp. tłum.).

9 Zaparcie.

10 Payne R., An account of a fork put up the anus, that was afterwards drawn out through the buttock; communicated in a letter to the publisher, by Mr. Robert Payne, Surgeon at Lowestofft, „Philosophical Transactions” 33, nr 391 (1724), s. 408–409.

Połykanie noży jest niezdrowe

Osoby kompulsywnie połykające różne przedmioty zawsze mocno zaznaczały swoje istnienie w piśmiennictwie medycznym. Na łamach dziewiętnastowiecznych czasopism opisano liczne przypadki tego rodzaju; większość pacjentów w oczywisty sposób cierpiała na choroby umysłowe. Poniższy, zamieszczony na łamach „Medico-Chirurgical Transactions” z 1823 roku, jest pierwszym doniesieniem, na które się natknąłem, poświęconym pacjentowi połykającemu noże dla żartu.

Relacja o mężczyźnie, który żył dziesięć lat po połknięciu pewnej liczby scyzoryków, wraz z opisem znalezisk w jego ciele po śmierci. Autor: dr med. Alex Marcet, członek Towarzystwa Królewskiego etc., były lekarz Guy’s Hospital.

W czerwcu roku 1799 John Cummings, amerykański marynarz lat około dwudziestu trzech, po przybiciu jego statku do wybrzeży Francji zszedł na ląd wraz z kilkoma towarzyszami około dwóch mil od miasta Havre de Grace. On i cała grupa skierowali kroki w stronę dostrzeżonego na polu namiotu otoczonego przez tłum. Usłyszawszy, że odbywają się tam pokazy sztuczek, weszli do środka, gdzie natknęli się na szarlatana zabawiającego widownię udawanym pokazem połykania noży. Po powrocie na pokład, gdy jeden z członków grupy opowiedział kompanii na statku historię o nożach, Cummings, pofolgowawszy sobie w piciu, przechwalał się, że potrafi połykać noże tak samo jak ów Francuz.

Nie była to zbyt mądra przechwałka, gdyż towarzysze bez zwłoki wezwali go, by to udowodnił. Nie chcąc ich rozczarować, włożył do ust swój scyzoryk i połknął, popijając go kolejną porcją gorzały.

Widzowie nie dali się jednak zadowolić jednym eksperymentem i zapytali wykonawcę, czy mógłby połknąć więcej, na co on odpowiedział, że połknie „wszystkie noże, jakie są na pokładzie statku”, po czym natychmiast wyjęto trzy noże, które zostały pochłonięte w ten sam sposób, co poprzedni. Tak oto „dzięki tej śmiałej próbie pijanego” (by użyć jego własnych słów) „kompania tamtej nocy dobrze się bawiła”.

Działania rodzą konsekwencje, o czym powinien wiedzieć każdy żeglarz, a w przypadku połknięcia ciała obcego „konsekwencje” następują zwykle w ciągu dwunastu godzin. A oto, co się w tym przypadku urodziło11:

Następnego ranka [marynarz] miał wypróżnienie, które nie wyróżniało się niczym szczególnym; po południu miał kolejne, podczas którego wydalił jeden nóż, nie ten jednak, który połknął był jako pierwszy. Następnego dnia wydalił naraz dwa noże, z których jeden był owym pierwszym, brakującym poprzedniego dnia. Czwarty nóż nigdy nie wydostał się na zewnątrz, o ile samemu pacjentowi wiadomo, lecz z tego powodu [mężczyzna] nie odczuwał żadnych dolegliwości.

A zatem nie ma się czym martwić, czy tak?

Po tym wspaniałym występie [marynarz] przez kolejne sześć lat nie myślał o połykaniu noży. W marcu roku 1805, podczas pobytu w Bostonie w Ameryce, pewnego dnia spędzanego na pijatyce z grupą żeglarzy podkusiło go, by się pochwalić dawnymi wyczynami. Dodał też, że jest gotów powtórzyć swój występ, po czym ktoś wyjął mały nóż, który ten natychmiast połknął. Tamtego wieczoru połknął jeszcze pięć. Następnego ranka zjawił się tłum gości, by go zobaczyć; tamtego dnia [Cummings] dał się nakłonić do połknięcia jeszcze ośmiu noży, co ogółem dało liczbę czternastu.

Można w tym momencie śmiało założyć, że pan Cummings nie należał do ludzi o inteligencji, hm… ostrej niczym brzytwa.

Tym razem jednak drogo przypłacił swoje igraszki, gdyż następnego ranka chwyciły go bezustanne wymioty oraz ból brzucha i trzeba go było odstawić do charlestońskiego szpitala, gdzie, jak sam się wyraził, „od tamtego czasu do dwudziestego ósmego dnia następnego miesiąca bezpiecznie pozbył się swojego ładunku”.

Nie ulega wątpliwości, że był to powszechnie używany podówczas marynarski eufemizm, a nie autorski bon mot, niemniej pobudził mnie do śmiechu. Po „opróżnieniu ładowni” Cummings zaokrętował się na statku płynącym do Francji. Podczas rejsu powrotnego jego statek został przejęty przez HMS „Isis”, jego zaś wcielono siłą do Royal Navy.

Pewnego dnia w cieśninie Spithead, gdzie okręt jakiś czas stał na kotwicy, [Cummings] upił się i jak zwykle podjął temat swych dawniejszych szaleństw, raz jeszcze wyzwano go więc, by powtórzył eksperyment, on zaś ponownie się zgodził, gdyż – jak twierdził – „gardził możliwością, że wypadnie gorzej niż we własnych słowach”.

 

Osoba honorowa powinna dotrzymywać słowa, ale rozsądna nie zjada pięciu noży, jak ów bezmyślny Amerykanin uczynił tamtego wieczoru. A na tym wcale nie poprzestał; daleki był od tego.

Następnego ranka kompania z okrętu wyraziła gorące pragnienie powtórnego obejrzenia jego wyczynu, on zaś zgodził się ze zwykłą gotowością i „przy zachętach ludzi oraz przy pomocy dobrego grogu” połknął tamtego dnia, jak sobie dokładnie przypomina, dziewięć scyzoryków, a niektóre były bardzo duże. Po fakcie widzowie zapewniali go, że połknął jeszcze cztery, o nich jednak, jak deklarował, nic nie wiedział. W tym czasie był już bowiem niewątpliwie w stanie zbyt głębokiego upojenia, by zdawać sobie sprawę z biegu wypadków.

O rety, czy on się nigdy nie nauczy?

To jednak ostatni występ, jaki mamy do odnotowania. Ogółem dało to liczbę co najmniej trzydziestu pięciu noży połkniętych w różnych okresach. Jak się przekonamy, to właśnie ta ostatnia próba ostatecznie położyła kres jego egzystencji.

Cummings, czując się fatalnie i prawdopodobnie też nie mniej głupio, zwrócił się do okrętowego chirurga o środki na przeczyszczenie, lecz otrzymane medykamenty nie podziałały.

W końcu trzy miesiące później, przyjąwszy porcję oliwy, poczuł, że noże (jak się wyraził) „opuszczają się wzdłuż jelit”, po czym – choć nie wspominał, że w istocie je wydalił – poczuł się lepiej i tak się czuł do 4 czerwca następnego roku (1806), kiedy zwymiotował jeden bok rękojeści noża, rozpoznany przez członka załogi, do którego ów nóż był należał.

I który przypuszczalnie nie palił się do odzyskania swojej własności.

W listopadzie tego samego roku [Cummings] wydalił kilka fragmentów noży, a w lutym 1807 roku kilka dalszych. W czerwcu tego samego roku zwolniono go z okrętu jako nieuleczalnie chorego, po czym niezwłocznie przybył do Londynu, gdzie został pacjentem doktora Babingtona w Guy’s Hospital.

Lekarze nie uwierzyli w jego historię i go wypisali. Stan zdrowia Cummingsa poprawił się, a pacjent zgłosił się ponownie dopiero we wrześniu 1808 roku.

Został teraz pacjentem doktora Curry’ego i pozostawał pod jego opieką, stopniowo i żałośnie podupadając na zdrowiu pod ciężarem dolegliwości, aż w marcu 1809 roku zmarł w stanie skrajnego wycieńczenia.

Nawet w końcowym stadium choroby opiekujący się nim lekarze nie chcieli dać wiary, że pacjent połknął przeszło trzydzieści noży, do czasu aż…

Doktor Babington zbadał go razem z sir Astleyem Coo-perem i obaj dżentelmeni w wyniku szczegółowego wgłębienia się we wszystkie okoliczności tego przypadku, a zwłaszcza na podstawie smolistoczarnego koloru wydalanych przezeń mas kałowych, doszli do wniosku, że w narządach trawiennych pacjenta naprawdę doszło do nagromadzenia się substancji żelazistych12. Wniosek wkrótce zyskał pełne potwierdzenie dzięki panu Lucasowi, jednemu ze szpitalnych chirurgów, który, wprowadziwszy palec do odbytu pacjenta, wyraźnie wyczuł dotykiem część noża zdającą się leżeć w poprzek jelita, nie mógł jednak jej wyciągnąć ze względu na silny ból, który pacjent zgłaszał przy próbach uchwycenia przedmiotu.

Lekarze próbowali rozpuścić noże (lub przynajmniej stępić ich krawędzie) za pomocą kwasów azotowego i siarkowego, ten środek z pewnością przyniósł jednak więcej szkody niż pożytku. Nie mogąc pomóc pacjentowi, musieli bezsilnie patrzeć, jak mizernieje i w końcu umiera. Medycy otworzyli jego ciało i stwierdzili, że wnętrze brzucha przedstawia niezwykły widok: tkanki były zabarwione na ciemnordzawy kolor. W jelitach znaleziono kilka ostrzy, jedno z nich przebiło okrężnicę13. Już ten jeden uraz wystarczyłby do uśmiercenia chorego, to jednak nie było wszystko:

Żołądek oglądany z zewnątrz wykazywał wyraźne oznaki zmienionej chorobowo struktury. W tym czasie nie przeprowadzono oględzin narządu od wewnątrz, lecz zrobiono to wkrótce potem w obecności sir Astleya Coopera oraz pana Smitha, chirurga ze szpitala w Bristolu, przypadkowo w tym czasie obecnego. W żołądku znaleziono mnóstwo części ostrzy, sprężyn i rękojeści noży. Liczba tych fragmentów wynosiła od trzydziestu do czterdziestu, z czego trzynaście lub czternaście było ewidentnie resztkami ostrzy; niektóre z nich były bardzo skorodowane i niezmiernie pomniejszone, podczas gdy inne zachowały się w znośnym stanie.

Szczegółowe badanie narządów jamy brzusznej wyjaśniło również kwestię, która zdumiewała lekarzy: dlaczego niektóre noże przebyły drogę przez jelita praktycznie nietknięte, podczas gdy inne uległy częściowemu strawieniu.

Kiedy żołądek był w stanie szybko je wypchnąć, noże przeszły przez jelita zamknięte w rękojeściach, a tym samym stosunkowo nieszkodliwe, w okresie późniejszym natomiast zalegały w żołądku, aż rękojeści, sporządzone głównie z rogu, uległy rozpuszczeniu lub przynajmniej sporemu zmniejszeniu i nie zapewniały już ochrony przed metalowymi częściami14.


Szkic przedstawiający fragmenty noży wydobyte z żołądka pacjenta

Można z tego przypadku wyciągnąć pewne nauki: próby zaimponowania przyjaciołom, gdy jest się pod wpływem spożytego w przemysłowych dawkach alkoholu, często okazują się naprawdę okropnym pomysłem. Co ważniejsze, właściwa odpowiedź na pytanie „Czy możesz połknąć więcej noży?” nigdy nie brzmi: „Wszystkie, jakie są na pokładzie statku”.

11 Że tak powiem.

12 O barwie rdzy.

13 Jelito grube (przyp. tłum.).

14 Marcet A., Account of a man who lived ten years after having swallowed a number of clasp-knives; with a description of the appearances of the body after death, „Medico-Chirurgical Transactions” 12, cz. 1 (1823), s. 52–63.

Inne książki tego autora