Niemieccy słuchacze! Przemówienia radiowe z lat 1940-1945Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Przedmowa

Październik 1940

Listopad 1940

Grudzień 1940

Luty 1941

Marzec 1941

Kwiecień 1941

Maj 1941

Czerwiec 1941

Lipiec 1941

Sierpień 1941

Sierpień 1941 (audycja specjalna)

Wrzesień 1941

Październik 1941

Listopad 1941

24 grudnia 1941 (audycja specjalna)

Grudzień 1941

Styczeń 1942

Luty 1942

Marzec 1942

Kwiecień 1942 (audycja specjalna)

Kwiecień 1942

Maj 1942

Czerwiec 1942

Lipiec 1942

Sierpień 1942

27 września 1942

Do Amerykanów pochodzenia niemieckiego [15 października 1942]

24 października 1942

29 listopada 1942

27 grudnia 1942

[15 stycznia 1943]

24 stycznia 1943

23 lutego 1943

28 marca 1943

25 kwietnia 1943

25 maja 1943

[27 czerwca 1943]

27 lipca 1943

29 sierpnia 1943

29 września 1943

30 października 1943

9 grudnia 1943

31 grudnia 1943

30 stycznia 1944

28 lutego 1944

28 marca 1944

[1 maja 1944]

29 maja 1944

1 stycznia 1945

14 stycznia 1945

16 stycznia 1945

[31 stycznia 1945]

[16 lutego 1945]

[4 marca 1945]

20 marca 1945

5 kwietnia 1945

19 kwietnia 1945

10 maja 1945

[8 listopada 1945]

Posłowie (Michał Głowiński )

Nota edytorska

Przypisy

Redaktor prowadząca Anna Krzywania

Przypisy Izabela Sellmer

Redakcja Anna Krzywania

Korekta Michał Kunik, Anna Gądek

Redakcja techniczna Stanisława Trela

Projekt okładki i stron tytułowych Frycz i Wicha

Opracowanie typograficzne, łamanie manufaktura | manufaktu-ar.com

Przygotowanie wydania elektronicznego: eLitera s.c.

Originally published as:

Deutsche Hörer! Radiosendungen nach Deutschland aus den Jahren 1940–1945

Copyright © S. Fischer Verlag GmbH, Frankfurt am Main 1987

Copyright © for the Polish edition by Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 2017

Copyright © for the Polish translation by Małgorzata Łukasiewicz, 2018

Posłowie: Copyright © by Michał Głowiński, 2018


Tłumaczenie książki zostało dofinansowane ze środków Goethe-Institut.


Książka została wydana we współpracy z Nowym Teatrem w Warszawie.

ISBN 978-83-66267-49-7

Wydanie I elektroniczne

Wrocław 2020

Wydawnictwo Ossolineum

ul. Szewska 37

50-139 Wrocław

wydawnictwo@ossolineum.pl

www.wydawnictwo.ossolineum.pl

PRZEDMOWA[1]

Jesienią 1940 roku British Broadcasting Corp. zwróciła się do mnie z prośbą, bym przez jej rozgłośnię w regularnych odstępach czasu kierował do rodaków krótkie przemówienia, w których komentowałbym wydarzenia wojenne oraz starał się wpływać na niemiecką publiczność w duchu własnych, niejednokrotnie wyrażanych przekonań.

Uważałem, że takiej okazji, by za plecami nazistowskiego rządu, który, gdy tylko miał po temu władzę, ograbił mnie z wszelkich możliwości działania w Niemczech, nawiązać kontakt z niemiecką ludnością, a także z mieszkańcami ujarzmionych obszarów – choćby kontakt tak luźny i niepewny wskutek grożących mu niebezpieczeństw – nie wolno mi zaniechać, tym bardziej że moje słowa miano nadawać nie z Ameryki, na falach krótkich, lecz z Londynu, na falach długich, a przeto mogły być słuchane przez odbiorniki jedynego typu, jaki dopuszczono do użytku w Niemczech. Kusząca była też perspektywa pisania znowu po niemiecku ze świadomością, że napisanym słowom dane będzie oddziaływać w ich naturalnej postaci. Zgodziłem się na comiesięczne audycje i po paru próbach wyprosiłem przedłużenie czasu z pięciu minut do ośmiu.

Odbywało się to zrazu w ten sposób, że swoje teksty przekazywałem telegraficznie do Londynu, gdzie czytane były na antenie przez niemieckojęzycznego pracownika BBC. Wkrótce, za moją zachętą, obrano wprawdzie nieco kłopotliwszą, ale bardziej bezpośrednią, więc sympatyczniejszą metodę. To, co mam do powiedzenia, sam nagrywam w Recording Department NBC w Los Angeles na płytę, którą wysyła się drogą powietrzną do Nowego Jorku, a jej treść telefonicznie przegrywa się na inną płytę w Londynie i następnie puszcza przez mikrofon. Dzięki temu ci, którzy ośmielają się nadstawiać uszu, słyszą nie tylko moje słowa, lecz również mój własny głos.

 

Nadstawia uszu więcej ludzi, niż należałoby się spodziewać, nie tylko w Szwajcarii i w Szwecji, ale także w Holandii, w czeskim „Protektoracie” i w samych Niemczech, co poświadczają przedziwnie szyfrowane komunikaty zwrotne z tych krajów. Takie reakcje faktycznie docierają też z Niemiec. Widocznie na tym okupowanym terenie są ludzie, którzy tak łakną wolnego słowa, że za nic mają niebezpieczeństwa związane ze słuchaniem wrogich audycji. Najbardziej dobitnym dowodem na to – zarazem zabawnym i niesmacznym – jest fakt, że mój wódz w pewnym przemówieniu w monachijskiej piwiarni wyraźnie robił aluzje do moich słów i wymienił mnie jako jednego z tych, co próbują namówić niemiecki naród do rewolucji przeciwko niemu i jego systemowi. Ale ci ludzie – ryczał – bardzo się mylą: naród niemiecki nie jest taki, a jeśli jest, to dzięki Bogu siedzi za kratkami. Te usta tak są splugawione paskudztwem, że ogarnia mnie lekkie uczucie wstrętu, gdy pada z nich moje nazwisko. A jednak cenię sobie tę wypowiedź, choć jej absurdalność leży jak na dłoni. Wódz często dawał wyraz swojej pogardzie dla narodu niemieckiego, swemu przekonaniu o tchórzostwie, służalczości, głupocie tej populacji, o bezgranicznej łatwości, z jaką pozwala się okłamywać, i zawsze zapominał wyjaśnić, jakim cudem potrafi równocześnie widzieć w Niemcach rasę panów, powołaną do rządzenia światem. Jak naród, który wedle ustaleń psychologii nigdy nie zbuntuje się nawet przeciwko niemu, może być rasą panów? Proszę bohatera historii, by raz pomiędzy dwoma planami bitew poddał tę kwestię logicznej weryfikacji.

Może ma rację, ufając, że niemiecki naród „nie jest taki” – największą odrazę budził zawsze wtedy, gdy miał rację. Wzywać naród do zrywu nie znaczy jeszcze, że w głębi serca wierzy się, iż naród ów jest do tego zdolny. Sam wierzę niezłomnie, że Hitler nie może wygrać swojej wojny – jest to wiara raczej metafizyczna i moralna niż oparta na przesłankach militarnych, i ilekroć wyrażam ją na poniższych kartach, mówię szczerze. Jednak bynajmniej nie zamierzam umacniać w ten sposób niebezpiecznego poglądu, jakoby zwycięstwo narodów zjednoczonych było sprawą oczywiście pewną i jakoby na gruncie tej oczywistości i pewności można było sobie pozwolić nie tylko na każdy błąd, ale też na wszelką słabość woli, wszelką rozterkę serca i „polityczne” zastrzeżenia w stosunku do swoich sojuszników i do pokoju, który trzeba wywalczyć. Po wszystkim, na co sobie pozwolono w przeszłości, nie można sobie pozwolić na nic, na najdrobniejsze uchybienie. Tej wojny dałoby się przecież uniknąć, a sam fakt, że do niej doszło, jest poważnym obciążeniem moralnym naszej strony. Ta wojna ma ponurą prehistorię, której naczelne motywy wcale nie wygasły, lecz działają w ukryciu i stanowią zagrożenie dla pokoju i zwycięstwa. Przegramy tę wojnę, jeśli będziemy prowadzili złą wojnę, a nie tę właściwą – wojnę narodów o swoją wolność.

15 września 1942

PAŹDZIERNIK 1940[2]

Niemieccy słuchacze!

Mówi do was niemiecki pisarz, którego twórczość i osobę wasi władcy skazali na wygnanie i którego książki, nawet gdy traktują o czymś najbardziej niemieckim – na przykład o Goethem – mogą przemawiać tylko do obcych, wolnych narodów w ich języku, dla was zaś muszą pozostać nieme i nieznane. Wiem, że pewnego dnia moje dzieło wróci do was, nawet jeśli ja sam nie będę już mógł. Ale dopóki żyję, choćby jako obywatel Nowego Świata, będę Niemcem i będę cierpiał pod brzemieniem losu Niemiec oraz wszystkich krzywd, moralnych i fizycznych, jakie Niemcy z woli zbrodniczych tyranów od siedmiu lat wyrządzają światu. Niewzruszone przekonanie, że to nie może się dobrze skończyć, kazało mi przez te lata wciąż na nowo występować z ostrzeżeniami, z czego niektóre, jak sądzę, do was dotarły. Teraz, gdy trwa wojna, słowo pisane nie zdoła już przebić muru, wzniesionego wokół was przez tyranię. Chętnie przeto korzystam z okazji, jaką daje mi rząd angielski, by co pewien czas donieść wam, co tu widzę, w Ameryce, wielkim i wolnym kraju, gdzie znalazłem przytułek.

Kiedy pięć miesięcy temu niemieckie wojska wtargnęły do Holandii i w Rotterdamie w kilka minut dziesiątki tysięcy ludzi zginęły od bomb[3], wydawca amerykańskiego tygodnika „Life” – magazynu ilustrowanego, który skądinąd nigdy nie zabiera głosu w sprawach politycznych i czytany jest przez wszystkich – napisał: „To największe wyzwanie, przed jakim w ciągu osiemdziesięciu lat stanęła Ameryka jako kraj wolności [...]. Potężne, nikczemne nacje militarne zaatakowały to, co stanowi nasz amerykański styl życia [...]. Nie wiemy, czy przyjdzie nam walczyć zbrojnie u boku Anglii; wiemy jednak, że walka Anglii jest do głębi również naszą walką”. Tak było wtedy, po dziesiątym maja, i tak jest do dziś. Tak myślą robotnicy i ludzie interesu, republikanie i demokraci, zwolennicy Roosevelta i zwolennicy jego przeciwników. Niewiele pozostało z dawnej Ameryki, która sądziła, że może żyć sobie na osobności, nie troszcząc się o świat za oceanem. Skąd ta głęboka przemiana? Dobrze wiecie. W tym kraju żyje sto trzydzieści milionów ludzi dobrej woli i życzliwego serca. Chcą spokojnie pracować i budować. Angażują się aktywnie, tak jak każdy uważa to za słuszne, w poważne sprawy, które ich wspólnie dotyczą. Wojna, podboje obcych krajów, sojusze, osie, tajne spotkania, łamanie umów wydają im się czymś zbędnym i obłąkanym. Ale oto przychodzą gazety i sprawozdawcy radiowi i opowiadają im, co dzieje się w Europie. Donoszą, że w Norwegii, Holandii, Belgii, Polsce, Czechach, wszędzie wygląda to tak samo: niemieckie wojska, których nikt nie wzywał, stacjonują w tych krajach, które nic im nie zrobiły, ciemiężą je i grabią. Donoszą, że ci, którzy kochają swoją ojczyznę i nie chcą służyć obcemu najeźdźcy, rozstrzeliwani są jako przestępcy. Amerykanin jest naturalnie przede wszystkim obywatelem amerykańskim; często jednak bywa, że on sam albo jego ojciec, albo dziadek urodził się w Norwegii, w Holandii, w Belgii, w objętej kuratelą Danii, w Generalnym Gubernatorstwie, w Protektoracie, że ma jeszcze krewnych w jednym z tych krajów i dobre z niego wspomnienia. A nawet gdyby tak nie było, zwłaszcza jeśli jego rodzina wywodzi się z Niemiec, musi przecież jako człowiek myślący prostolinijnie oburzać się na całe to bezprawie, na całą przemoc, z jaką się styka. Nie, nie dostrzegłem żadnej różnicy między Amerykanami pochodzenia niemieckiego, pochodzenia angielskiego bądź pochodzenia włoskiego. Wszyscy czują, że to nie jest właściwa droga zjednoczenia Europy i że za tyle zbrodni musi prędzej czy później nastąpić kara.

Tak więc amerykański obywatel żywi dziś trojakie nadzieje. Pierwszą jest sama Ameryka, jej bezmierna siła ekonomiczna, jej dobrzy i sprawdzeni przywódcy. Drugą jest Anglia. Niewykluczone, że przedtem Amerykanie spoglądali na Anglików z lekką drwiną. Uważano, że są zmęczeni, przerafinowani. Dziś jednak, w obliczu obrony Londynu, słychać już wyłącznie głos podziwu. Anglia dzierży sztandar wolności. Przemawia i walczy w imieniu wszystkich narodów, zdolnych jedynie do oporu konspiracyjnego; stąd tak mocne tutaj pragnienie, by jej pomóc. Trzecią, niestety już słabszą nadzieję, budzi nadal naród niemiecki. Czy Niemcy – pada pytanie – zorientują się wreszcie, że każde ich zwycięstwo jest tylko krokiem w grzęzawisko bez końca? Że jeśli ich żołnierze napadną jeszcze trzy kraje, ich łodzie podwodne zatopią jeszcze trzy statki pełne dzieci-uchodźców, jeśli jeszcze więcej ludzi skażą na nędzę, wygnanie i samobójstwo i ściągną na siebie nienawiść świata, bynajmniej nie będą bliżsi upragnionego celu? Że jest wiele lepszych dróg do celu utęsknionego przez nas wszystkich: sprawiedliwego pokoju na świecie?

LISTOPAD 1940

Niemieccy słuchacze!

Ponowny wybór Franklina D. Roosevelta na prezydenta Stanów Zjednoczonych to wydarzenie pierwszorzędnej wagi, może decydujące o przyszłości świata – tak bez wątpienia zostało odebrane w Europie nawet przez tych, którzy na pozór traktowali wybory i ich wynik jako czysto wewnętrzną sprawę amerykańską. Burzyciele Europy i gwałciciele prawa narodów do samostanowienia słusznie widzą w Roosevelcie swego najpotężniejszego przeciwnika. Jest reprezentantem wojującej demokracji, prawdziwym rzecznikiem nowej idei wolności, uwzględniającej potrzeby socjalne, i mężem stanu, który od dawna najjaśniej widział różnicę między pokojem a appeasement[4]. W naszej epoce umasowienia, kiedy nie można obyć się bez przywódcy, Ameryka miała szczęście wyłonić nowoczesnego przywódcę mas, którego pragnieniem są dobro i duchowe wartości, to, co zapewnia przyszłość, pokój i wolność; a heroiczny opór Anglii przed najbezecniejszą tyranią, jaka kiedykolwiek zagrażała światu, daje mu czas na mobilizację potężnych utajonych sił swego kraju do walki o przyszłość.

Ta walka będzie trwała długo, co do tego nikt nie ma złudzeń. Ale im dłużej będzie trwała, tym pewniejszy jej wynik. Nikczemni awanturnicy, którzy niewolą świat, w gruncie rzeczy czują, że już dziś przegrali – czują to równie dobrze jak ich narody, zakneblowane i sterroryzowane przez żałosne rzekome sukcesy. Nikt na świecie nie wierzy, że naród niemiecki jest rad, gdy jego panowie zabawiają się robieniem historii z ludzkiej krwi i łez. Robią dobrą minę do złej gry, to oczywiste. W przemówieniu zakłamanym wręcz patologicznie, wygłoszonym niedawno w piwiarni wsławionej puczem monachijskim[5], Hitler zaręczał, że najwyższe autorytety militarne Niemiec są pewne zwycięstwa. Przede wszystkim dziwne, że powołuje się na jakiś wyższy od siebie autorytet. Czyż nie jest Cezarem, Fryderykiem[6] i Napoleonem w jednej osobie, z Karolem Wielkim na dokładkę? Szmatławi dziejopisarze narodowego socjalizmu już zadbali, żeby blagierowi, pretendującemu do odgrywania historycznej roli, podetknąć to czarno na białym. Jak może do tego stopnia wypaść z roli, żeby powoływać się na opinię generałów, którzy wykonują jego natchnione pomysły? Ale nie wszyscy generałowie są jedynie podstarzałymi kadetami i tępymi technikami czasu wojny. Opowiadano mi, że pewien wysokiej rangi oficer w Paryżu miał powiedzieć do Francuzów: Pauvre France – maintenant. Pauvre Allemagne – plus tard! [7]. Słabo znał francuski, ale przecież wystarczyło; i jestem przekonany, że znacznej części narodu niemieckiego też wystarczy.

Co będzie z kontynentem europejskim, co będzie z samymi Niemcami, jeśli wojna potrwa jeszcze trzy lata, jeszcze pięć lat? – wszyscy tutaj zadajemy sobie to pytanie, niewątpliwie ze zgrozą zadaje sobie to pytanie również naród niemiecki. Niedola, już obecnie panująca, daje tylko słabe wyobrażenie o tym, co musi nastąpić. A dlaczego musi? Ponieważ garstka głupich zbrodniarzy wykorzystuje proces ekonomicznych i społecznych przemian, jaki toczy się w naszym świecie, by wzorem Aleksandra dokonywać nonsensownie anachronicznych podbojów? Tak, wyłącznie z tego powodu. Jasne jest, co musi nadejść i nadejdzie u kresu tej wojny. Będzie to początek zjednoczenia świata; stworzenie nowej równowagi między wolnością a równością; zachowanie indywidualnych wartości w ramach tego, czego wymaga zbiorowe życie; demontaż suwerenności państwa narodowego i budowa społeczeństwa narodów mających jednakowe prawa i obowiązki, wolnych, ale związanych wzajemną odpowiedzialnością. Narody dojrzały do takiego nowego ładu świata. Jeśli nie były na to gotowe dwadzieścia dwa lata temu, to wskutek doświadczeń dojrzały. Ale może dziś są bardziej na to gotowe, niż będą po zniszczeniach, po trującym i pustoszącym działaniu wieloletniej wojny. Gdyby dziś zakończyć wojnę i przystąpić do wspólnego dzieła – każdy naród miałby lepsze widoki na szczęśliwszą przyszłość niż w razie dalszego trwania wojny.

W świecie, który ma nadejść, naród niemiecki musi zająć swoje „miejsce pod słońcem” i zajmie je. Jeśli jednak dalej będzie podążał za głosem zwodzicieli, cierpiąc i działając, do ostatka, zbyt późno rozpozna, że nie zajmuje miejsca pod słońcem ten, kto zasnuwa świat nocą i grozą. Precz z deprawatorami! Precz z narodowosocjalistycznymi hańbicielami i hyclami Europy! Wiem, że wyrażam tylko najgłębszą tęsknotę narodu niemieckiego, wołając doń: Pokój! Pokój i wolność!

GRUDZIEŃ 1940

Niemcy – oto powraca Boże Narodzenie, drogie święto, święto miłości i przez was najgoręcej ukochane, wypełnione światłem, zapachem i marzeniami dzieciństwa. Można powiedzieć, że to najbardziej niemieckie święto i bodaj żaden naród nie obchodzi go z takim przejęciem jak wy. Dlaczego? Może dlatego, że w wymiarze kosmicznym i religijnym to święto symbolizuje powstanie narodu niemieckiego i odzwierciedla dzieje jego etycznego rozwoju.[8] W pogańsko-germańskich praczasach było świętem przełomu zimy, odrodzenia światła z zimowej nocy, świtu nowej ery. Potem zaś młode światło stało się Dzieciątkiem w kolebce, w betlejemskim żłóbku; święto stało się narodzinami Syna Człowieczego i Zbawiciela, którego wielkie i pełne łagodności serce przyniosło światu nowe poczucie człowieczeństwa, nowe zasady etyczne, który swego Ojca w niebiosach nazywał ojcem wszystkich ludzi, a w jego zwiastowaniu plemienny Bóg żydowskiej rasy stał się nadziemsko-duchowym i wszechmiłującym Bogiem uniwersum.

 

Ta historia jest waszą historią. Nie było niemieckości, nim chrześcijańskie człowieczeństwo przeniknęło pierwotny stan germańsko-pogański i zjednoczyło wasz sposób odczuwania świata, waszą moralną i religijną wrażliwość z chrześcijańsko-zachodnią cywilizacją. Należycie do tej wspólnoty, świętujecie swoją przynależność do niej, gdy pod rozjarzonym drzewkiem ustawiacie żłóbek promiennego Dzieciątka, a dookoła figurki pasterzy i królów, którzy składają mu hołd. Świętujecie też znakomite dzieła niemieckiego ducha, wzbogacające chrześcijańsko-zachodnią kulturę i przez nią natchnione: twórczość Dürera i Bacha, opiewające wolność strofy Schillera, Ifigenię Goethego, Fidelia, Dziewiątą Symfonię.

Oto szykujecie się znów do obchodów tego chrześcijańskiego, niemieckiego święta, po raz drugi w czasie wojny, którą na was i na cały świat ściągnął wasz dzisiejszy wódz – wielu z was w żałobie po synach i ojcach, którzy zginęli przy napaści na sąsiednie narody, zapewne wszyscy ze ściśniętym sercem na myśl, jak długo to jeszcze potrwa, do czego to jeszcze doprowadzi. Przygotowujecie podarunki – będą skromne, bo dobrych rzeczy nie można dostać, choć wasi panowie w waszym imieniu złupili spustoszony kontynent. Ale bożonarodzeniowe świece płoną. Chciałbym was zapytać, jak w ich świetle widzicie czyny, które wasi przywódcy kazali wam jako narodowi spełnić w minionym roku, akty obłąkanej przemocy i zniszczenia, do których was z rozmysłem popchnęli, obciążając współwiną, wszystkie te obrzydlistwa, jakich dopuścili się w waszym imieniu, niezgłębioną nędzę i ludzkie cierpienie, jakie szerzą wokół narodowosocjalistyczne Niemcy – te Niemcy, które nie mogą już być ani niemieckie, ani chrześcijańskie. Powiecie mi, jak do tych uczynków mają się piękne stare pieśni, które znowu śpiewacie, razem z dziećmi i sami przepełnieni dziecięcymi emocjami – a może już ich nie śpiewacie? Może nakazano wam zamiast Cicha noc, święta noc śpiewać krwiożerczy hymn partyjny, tę załganą mieszankę wstępniaka szmatławej gazety i ulicznego szlagieru, z ponurego hultaja robiącą mitycznego bohatera? Nie wątpię, że usłuchalibyście rozkazu, bo wasze posłuszeństwo jest bezgraniczne i, dodam tylko, z każdym dniem staje się coraz bardziej niewybaczalne.

Bezgraniczna i niewybaczalna jest wasza wiara, a raczej wasza łatwowierność. Wierzycie podłemu krętaczowi i rzekomemu triumfatorowi, że za jego i waszą sprawą nastać ma świat odarty z wszystkich wartości, takich jak prawda, wolność i prawo, bez których nie tylko chrześcijanin nie może być chrześcijaninem, ale po prostu człowiek – człowiekiem. Wierzycie, że on sam jest mężem opatrznościowym, przybyłym, aby zająć miejsce Chrystusa i zbawczą naukę braterstwa ludzi w Bogu zastąpić nauką przemocy, która zabija ciała i dusze. Wierzycie, że jesteście narodem panów, wybranym, aby zaprowadzić tak zwany nowy porządek, w którym wszystkie inne narody będą waszymi niewolnikami. I jako niewolnicy jego żałosnego fanatyzmu dalej gotowi jesteście niczym berserkowie walczyć o ten straszliwy „nowy porządek”, czyli o świat, w którym obchodzenie Bożego Narodzenia, święta pokoju i miłości, byłoby jeszcze gorszym kłamstwem i bluźnierstwem, niż jest dziś. Przede wszystkim zaś wierzycie, że nastąpiłby koniec narodu niemieckiego, że byłoby już po nim, gdyby nie „zwyciężył” w tej wojnie, to znaczy gdyby nie podążał za bezecnym opętańcem bez względu na wszystko aż po kres – a ten kres w niczym nie będzie przypominał zwycięstwa. Podlec mówi tak, aby wam wpoić, że wasz los jest nierozerwalnie związany z jego losem – ten jednak będzie przypieczętowany z chwilą, gdy piękne plany Hitlera poniosą klęskę, jak to z całą pewnością można przewidzieć. W tym wypadku, więcej niż prawdopodobnym, jego imię może liczyć najwyżej na łaskę zapomnienia. A wy? Jeśli zwycięstwo odniesie nie on, lecz rozum i ludzka przyzwoitość – czy miałoby to oznaczać wasz koniec, koniec wszystkiego, co niemieckie? Nie, to oznacza początek, przełom, nową nadzieję, nowe szczęście i nowe życie! W światowym ładzie, o który walczy społecznie odnowiona Anglia, a u jej boku świat dysponujący obfitymi zasobami, w ładzie sprawiedliwości, powszechnego dobrobytu i odpowiedzialnej wolności dla wszystkich, będzie wam przyznane należne miejsce – owo „miejsce pod słońcem”, którego nie zdobywa się, sprowadzając na ziemię noc i grozę.

Taki nowy ład przyniósłby wam całkiem inne możliwości rozwoju i zaspokojenia najgłębszych duchowych potrzeb niż świat niewoli, w którym przypada wam funkcja głównego niewolnika: na przykład zaspokojenie bardzo niemieckiej potrzeby miłości. Wszak wiadomo, że mimo wszystkich zbrodni, do których się was przywodzi, nadal żywe pozostaje głębokie pragnienie, by być kochanym. Wszak wiadomo, że bynajmniej was nie uszczęśliwia, że w gruncie rzeczy przeraża was i wprawia w rozpacz konieczność odgrywania wroga ludzkości.

Niemcy, ratujcie się! Ratujcie swoje dusze, wypowiadając wiarę i posłuch tyranom, którzy myślą tylko o sobie, nie o was! Żyję w świecie, od którego was odseparowano, chociaż do niego należycie, i wiem, i powiadam wam: ten świat nigdy nie przyjmie i nie zaakceptuje „nowego porządku”, podludzkiej utopii terroru, za którą wasi uwodziciele każą wam przelewać krew i ginąć. Te wielkie chrześcijańskie narody nigdy nie zgodzą się, by pokój, do którego i wy tęsknicie, był pokojem nad grobami wolności i godności człowieka. Możecie, wedle woli, w ciągu nadchodzących lat pomnażać nieszczęścia, które posłusznie i łatwowiernie już spowodowaliście, ale na koniec ta masa nieszczęść spadnie na was, a jak będzie wyglądało to, co nastąpi w Niemczech u kresu zbrodni, lepiej sobie nie wyobrażać.

Narodzie niemiecki, to czas Bożego Narodzenia. Niech cię poruszy i wzburzy głos dzwonów, które obwieszczają pokój, pokój na ziemi!