Doktor Faustus

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

II

Nazywam się dr phil. Serenus Zeitblom[1]. Sam sobie wyrzucam dziwaczne opóźnienie w oddaniu tej wizytówki, ale jak to się czasem zdarza, literacki tok moich wynurzeń uporczywie mi w tym aż do tej chwili przeszkadzał. Lat mam 60, gdyż urodziłem się A.D. 1883, jako najstarszy z czworga rodzeństwa, w Kaisersaschern nad Saalą, w okręgu Merseburg, w tym samym mieście, gdzie również i Leverkühn spędził szkolne lata, z którego to powodu bliższą ich charakterystykę mogę odroczyć do chwili, gdy przyjdzie kolej na ich opis. Ponieważ osobisty tok mego życia w ogóle krzyżuje się wielekroć z życiem mistrza, dobrze będzie opowiadać o obu łącznie, aby nie popaść w błąd wybiegania naprzód, ku czemu i tak człowiek zawsze jest skłonny, gdy serce ma przepełnione.

Tyle tylko wspomnę tutaj, że przyszedłem na świat w niezbyt wysokiej sferze na pół wykształconego stanu średniego, ojciec mój bowiem, Wolgemut Zeitblom, był aptekarzem – zresztą najznaczniejszym w mieście: istniało jeszcze drugie przedsiębiorstwo farmaceutyczne w Kaisersaschern, lecz nie cieszyło się nigdy równie wielkim zaufaniem klienteli co apteka Zeitbloma „Pod Niebiańskimi Zwiastunami” i zawsze trudno mu było wobec niej się ostać. Rodzina moja należała do niedużej miejscowej parafii katolickiej, gdyż większość mieszkańców była oczywiście wyznania luterańskiego; zwłaszcza zaś matka moja była pobożną córką Kościoła, sumiennie wypełniającą obowiązki religijne, podczas gdy ojciec, zapewne z braku czasu, okazywał się bardziej opieszały, nie wypierając się przez to bynajmniej grupowej solidarności z współwyznawcami swojej konfesji, co miało zresztą również polityczne znaczenie. Godnym uwagi jest fakt, że obok naszego proboszcza, kanonika Zwillinga, również i rabin miejski, nazwiskiem dr Carlebach, zachodził do naszych pokoi położonych nad laboratorium i apteką, co w domach protestanckich raczej nie byłoby możliwe. Lepszą prezencję posiadał przedstawiciel Kościoła rzymskiego. Lecz we mnie pozostało wrażenie, wywołane zapewne głównie wypowiedziami ojca, że mały, długobrody, w jarmułkę przystrojony talmudysta znacznie przerastał swego innej wiary konfratra[2] uczonością i przenikliwością teologiczną. Zapewne owym doświadczeniom z czasów młodości, lecz również i wyczulonej chłonności sfer żydowskich na twórczość Leverkühna, przypisać należy, że właśnie w kwestii żydowskiej i jej traktowaniu nigdy nie mogłem w pełni zgodzić się z naszym führerem i jego paladynami[3], co nie pozostało bez wpływu na moją rezygnację z zawodu nauczycielskiego. Skądinąd jednak spotykałem nieraz na swej drodze egzemplarze owej rasy – wystarczy, że wspomnę tu tylko o docencie Breisacherze z Monachium – na których zaskakująco antypatyczne cechy obiecuję sobie rzucić nieco światła w odpowiednim na to miejscu.

Co się zatem tyczy mego katolickiego pochodzenia, ukształtowało ono oczywiście moje życie duchowe i wpłynęło na nie, nie na tyle jednak, aby to zabarwienie mej psychiki wywołało kiedykolwiek sprzeczność z mym humanistycznym światopoglądem, umiłowaniem „najlepszych sztuk i nauk”, jak to niegdyś powiadano. Pomiędzy tymi dwoma elementami mej osobowości panowała zawsze całkowita harmonia, którą też zapewne bez trudu zachować się udaje, jeśli ktoś, jak ja, wzrasta w staromiejskim otoczeniu, którego zabytki i pomniki architektury sięgają daleko wstecz, ku czasom przedschizmatyckim jednolitego chrześcijańskiego świata. Kaisersaschern leży co prawda pośrodku rodzinnego kraju Reformacji, w samym sercu terenu działalności Lutra, wyznaczonego nazwami miast Eisleben, Wittenberga, Quedlinburg, a także Grimma, Wolfenbüttel i Eisenach – co znów wyjaśnia wiele spraw dotyczących wewnętrznego życia Leverkühna, luteranina, oraz wiąże się z pierwotnym kierunkiem jego studiów, teologią. Lecz Reformację chciałbym przyrównać do mostu, który wiedzie nie tylko z czasów scholastycznych w nasz świat wolnej myśli, ale w równej mierze z powrotem, w średniowiecze – i to może głębiej niż nietknięta mimo rozłamu w Kościele chrześcijańsko-katolicka tradycja pogodnego umiłowania nauki. Co do mnie, czuję się właściwie zadomowiony w owej złotej sferze, w której Najświętszą Dziewicę nazywano Jovis alma parens[4].

Aby dalej spisać, co najkonieczniejsze, o mej vita[5], wspomnę, że rodzice umożliwili mi uczęszczanie do gimnazjum, do tej samej szkoły, w której, dwie klasy niżej, również i Adrian pobierał naukę, a która, założona w drugiej połowie piętnastego wieku, do niedawna jeszcze nosiła nazwę „Szkoły Braci Pospólnego Żywota”. Jedynie wskutek pewnego zakłopotania z racji ponaddziejowego, dla współczesnego ucha nieco komicznego brzmienia tej nazwy zaniechano jej i szkołę nazwano od sąsiedniego kościoła: gimnazjum św. Bonifacego. Opuściwszy je z początkiem bieżącego stulecia, poświęciłem się bez wahania studium języków klasycznych, w których już jako uczeń odznaczałem się w pewnym stopniu, i zgłębiałem je na uniwersytetach w Giessen, Jenie, Lipsku, a w latach 1904 do 1905 w Halle, w tym samym więc i nieprzypadkowo w tym samym czasie, gdy i Leverkühn tam studiował.

Tu, jak nieraz już, nie mogę się powstrzymać, aby mimochodem nie napawać się wewnętrznym i niemal tajemniczym związkiem pomiędzy upodobaniem filologii starożytnej a żywym i pełnym miłości zmysłem piękna i godności rozumu ludzkiego – związkiem, który już choćby w tym się wyraża, że świat języków klasycznych określa się jako humaniora, nadto zaś w tym jeszcze, że duchowa synteza językowych i humanistycznych pasji zostaje ukoronowana ideą wychowania i powołanie wychowawcy młodzieży wynika niemal samo przez się z powołania uczonego-lingwisty. Człowiek rzeczowych nauk przyrodniczych może być wprawdzie nauczycielem, nigdy jednak w tym sensie i w tym stopniu wychowawcą, co adept bonae litterae[6]. Wydaje mi się również, że owa inna, może tkliwsza, lecz cudownie nieartykułowana mowa dźwięków (jeśli wolno tak określić muzykę) nie jest włączona w pedagogiczno-ludzką sferę, mimo iż wiem doskonale, że odegrała służebną rolę w wychowaniu greckim i w ogóle w życiu publicznym polis[7]. Wydaje mi się raczej, że przy całej logiczno-moralnej surowości, której pozór sobie poniekąd nadaje, przynależy ona do tej sfery duchowej, za której bezwzględną rzetelność w sprawach rozumu i godności ludzkiej nie byłbym jednak skłonny włożyć ręki w ogień. Fakt, iż mimo to jestem jej z serca oddany, należy do owych sprzeczności, które, czy się tego żałuje, czy znajduje w tym radość, nieodłączne są od natury ludzkiej.

To wszystko odbiegając od tematu. A jednocześnie i nie, gdyż zagadnienie, czy między tym szlachetnie pedagogicznym światem ducha a ową sferą duchową, do której jedynie wśród niebezpieczeństwa można się zbliżyć, da się przeciągnąć wyraźną i zdecydowaną granicę, z pewnością, aż nadto z pewnością, należy do mego tematu. Jakiż zakres spraw ludzkich, choćby najczystszy, choćby najgodniejszy, a zarazem najprzychylniejszy, mógłby być całkiem niedostępny niskim potęgom, ba, dodać należy, całkowicie obywać się bez zapładniającej z nimi styczności? Myśl ta, nieprzystojna nawet dla kogoś, komu wszelkie sprawy demoniczne są własnej osobowości jak najbardziej dalekie, jest wspomnieniem pewnych chwil półtorarocznej niemal podróży naukowej do Włoch i Grecji, którą dobrzy moi rodzice umożliwili mi po złożeniu egzaminów państwowych; gdy z Akropolu[8] spoglądałem na Drogę Świętą[9], kędy przeciągali uczestnicy misteriów, przystrojeni w przepaski barwy szafranu, z imieniem Iaccha[10] na wargach, i potem, gdy stałem w samym miejscu wtajemniczenia, w kręgu Eubuleosa[11], na skraju przysłoniętej nawisłą skałą plutońskiej szczeliny. Tam doświadczyłem owego uczucia pełni życia, która wyraża się we wtajemniczających obrzędach olimpijskiej Grecji na cześć bogów podziemia, i później często wyjaśniałem z katedry moim maturzystom, że kultura jest właśnie nabożnym, porządkującym, rzec chciałbym, łagodzącym wprowadzeniem owych mroczno-niesamowitych problemów do kultu bogów.

Po powrocie z owej podróży znalazł dwudziestosześcioletni młodzieniec zajęcie w gimnazjum w swoim ojczystym mieście, w tej samej szkole, gdzie sam pobierał był nauki i gdzie oto teraz przez kilka lat udzielał w niższych klasach lekcji łaciny, greki, a także historii, dopóki mianowicie w czternastym roku tego stulecia nie przeszedł na służbę szkolnictwa bawarskiego i odtąd we Freising, miejscowości, która po dziś dzień pozostała jego miejscem zamieszkania, pracował ponad dwie dziesiątki lat z dużym zadowoleniem wewnętrznym jako profesor gimnazjalny oraz jako docent wyższej szkoły teologicznej, wykładając wymienione uprzednio przedmioty.

Ożeniłem się wcześnie, wkrótce po mojej nominacji w Kaisersaschern – potrzeba ładu i pragnienie moralnego podporządkowania się prawom ludzkiego współżycia kierowały mną przy tym kroku. Helena, z domu Oelhafen, moja zacna żona, która i dzisiaj jeszcze otacza mnie opieką u schyłku życia, była córką mego starszego kolegi uniwersyteckiego po fachu z Zwickau w Królestwie Saskim, i narażając się na niebezpieczeństwo wywołania uśmiechu czytelnika, wyznam, że imię wdzięcznej panienki, Helena, tak drogi mi dźwięk, niepoślednią odegrało rolę w moim wyborze. Imię takie jest uświęceniem, a działaniu tego czystego czaru nie można się oprzeć, choćby zewnętrzna postać jego nosicielki spełniała wysokie jego wymogi jedynie w mieszczańsko ograniczonej mierze, i to tylko przejściowo, wobec szybko zanikającego uroku młodości. Również i córkę naszą, która dawno już połączyła swój los z pewnym dzielnym człowiekiem, prokurentem[12] filii Bawarskiego Banku Dyskontowego w Regensburgu, nazwaliśmy Heleną. Poza nią obdarzyła mnie miła moja małżonka jeszcze dwoma synami, tak że, aczkolwiek w rozsądnych granicach, doświadczyłem jednak na ludzką miarę radości i kłopotów ojcostwa. Nic chwytającego za serce, przyznaję, nigdy w żadnym z moich dzieci się nie ujawniło. Nie mogły się równać z taką dziecięcą pięknością jak na przykład mały Nepomuk Schneidewein, bratanek Adriana i późniejsza radość jego oczu – jestem ostatnim człowiekiem, który by tak twierdził. – Obaj moi synowie służą dziś, jeden na cywilnym stanowisku, drugi w szeregach sił zbrojnych, swemu führerowi, że zaś obcość mojej postawy wobec potęg ojczystych w ogóle wytworzyła wokół mnie pewną pustkę, również i związek tych młodych ludzi z cichym domem rodzicielskim luźnym jedynie nazwać należy.

 

III

Leverkühnowie był to ród wzbogaconych rzemieślników i chłopów, który rozkwitał częściowo w okręgu szmalkaldzkim[1], częściowo zaś w prowincji saskiej nad brzegami Saali. Bliższa rodzina Adriana osiadła od kilku pokoleń na zagrodzie Buchel[2], należącej do wiejskiej gminy Oberweiler w pobliżu Weissenfels, dokąd, po trzy kwadranse trwającej jeździe koleją z Kaisersaschern, można było dotrzeć jedynie wysłaną na stację furmanką. Buchel było zagrodą tak wielką, że użyczało właścicielowi rangi zamożnego gospodarza, obejmowało jakie pięćdziesiąt morgów pól i łąk z wspólnie użytkowanym mieszanym lasem gromadzkim i bardzo rozległym budynkiem mieszkalnym z drewna i muru pruskiego, lecz na kamiennej podmurówce. Tworzył on wraz ze stodołami i zabudowaniami dla bydła otwarty czworobok, w środku którego rosła niezapomniana dla mnie stara lipa[3], potężna, okryta w czerwcu wspaniale pachnącym kwieciem, z zieloną ławeczką wokół pnia. Piękne to drzewo zapewne wadziło nieco ruchowi pojazdów na podwórzu i słyszałem, że każdy kolejny syn-spadkobierca stale w młodych latach walczył z ojcem o usunięcie lipy ze względów praktycznych, aby pewnego dnia, już jako pan obejścia, brać ją z kolei w obronę przed zamysłami własnego syna.

Jakże często lipa ta mogła była ocieniać sny wczesnego dzieciństwa i zabawy małego Adriana, który, gdy nastał czas kwitnienia roku 1885, przyszedł na świat na piętrze owego domu w Buchel jako drugi syn małżeństwa Jonathana i Elsbeth Leverkühnów. Brat jego, Georg, dziś niewątpliwie gospodarz ojcowizny, wyprzedził go był o pięć lat. Siostra, Urszula, urodziła się po Adrianie, w takimże odstępie czasu. Ponieważ do przyjaciół i znajomych, jakich Leverkühnowie posiadali w Kaisersaschern, należeli również i moi rodzice, a nawet między domami naszymi istniały z dawien dawna szczególnie serdeczne stosunki, spędzaliśmy w stosownej ku temu porze roku niejedno niedzielne popołudnie na folwarku, gdzie jako mieszczuchy z wdzięcznością raczyliśmy się prostymi darami wsi, którymi nas pani Leverkühn podejmowała: gruboziarnistym razowcem ze słodkim masłem, złocistym miodem w plastrach, pysznymi truskawkami ze śmietaną, zsiadłym mlekiem w niebieskich dzieżkach, posypanym okruchami czarnego chleba i cukrem. W okresie wczesnego dzieciństwa Adriana lub Adriego, jak go nazywano, siedzieli tam jeszcze na wycugu jego dziadkowie, podczas gdy gospodarka spoczywała już całkiem w rękach młodszego pokolenia, a stary, z szacunkiem zresztą słuchany, już tylko wieczorami, rezonując bezzębnymi usty przy stole, mieszał się do niej. Z postaci tych przodków, którzy wkrótce niemal jednocześnie pomarli, niewiele mi w pamięci pozostało. Tym wyraźniej stoją mi przed oczyma ich dzieci, Jonathan i Elsbeth Leverkühnowie, mimo iż zmienny to obraz i z biegiem mych lat chłopięcych, uczniowskich, z biegiem mych lat studenckich, przesunął się z młodości w fazy wzrastającego znużenia z ową skuteczną niepostrzeżonością, tak dobrze znaną czasowi.

Jonathan Leverkühn był Niemcem najlepszego pokroju, typem, jaki rzadko już spotkać można w naszych miastach, a z pewnością nie wśród tych, którzy dzisiaj reprezentują wobec świata nasze człowieczeństwo z jakże przygnębiającym częstokroć tupetem – fizjonomia jakby nosząca piętno dawnych czasów, niby na wsi przechowany i przekazany obraz niemieckiego życia sprzed wojny trzydziestoletniej. Przychodziło mi to na myśl, gdy dorastając przypatrywałem mu się okiem nieźle już do patrzenia ukształconym. Niesforne, jasne z popielatym odcieniem włosy spadały mu na wysmukłe, wyraźnie na dwie części podzielone czoło z widocznie występującymi żyłami na skroniach, niemodnie długie, zarastały gęsto kark, przechodząc obok pięknie ukształtowanego, małego ucha w kędzierzawą brodę, której jasny włos obrastał policzki, podbródek i zagłębienie pod wargą. Owa dolna warga wystawała krągło i wydatnie spod krótkich, z lekka ku dołowi zwisających wąsów w uśmiechu, który w sposób niezwykle pociągający kojarzył się z nieco wysilonym, lecz również na wpół uśmiechniętym i pogłębionym lekkim onieśmieleniem spojrzeniem niebieskich oczu. Nos miał grzbiet cienki i delikatnie wygięty, szczupłą, pozbawioną zarostu część twarzy pod kośćmi policzkowymi pogłębiały cienie. Żylastą szyję miał przeważnie odsłoniętą i nie lubił miejskiej, powszedniej odzieży, która też nie sprzyjała jego postaci, zwłaszcza zaś nie pasowała do jego rąk, do tej silnej, opalonej i suchej, lekko piegowatej ręki, którą obejmował gałkę laski, idąc na wieś do rady gminnej.

Konsyliarz jakiś spostrzegłby może po pewnym przymglonym wysileniu tego spojrzenia, pewnej wrażliwości owych skroni, niejaką skłonność do migreny, której Jonathan podlegał wprawdzie, lecz w dość ograniczonym stopniu, nie częściej niż raz na miesiąc i tak, że nie zmuszało go to do przerywania pracy. Lubił fajkę, półdługą, porcelanową fajkę z przykrywką, której specyficzny aromat machorkowy znacznie przyjemniej niż przestały opar cygar i papierosów przepajał atmosferę dolnych pomieszczeń. Lubił ponadto do poduszki tęgi dzban merseburskiego piwa[4]. W zimowe wieczory, gdy za drzwiami jego własność i scheda spoczywały pod śniegiem, widywano go przy lekturze, zwłaszcza przy grubej, w wytłaczaną świńską skórę oprawnej i na rzemyki zawiązywanej dziedzicznej Biblii[5], która, za książęcym zezwoleniem, około roku 1700 wydrukowana została w Brunszwiku i zawierała nie tylko „uduchowione” przedmowy i glosy marginesowe doktora Marcina Lutra, lecz także przeróżne summaria, loci paralleli[6] i każdy rozdział objaśniające historyczno-moralne wersety niejakiego pana Davida von Schweinitza[7]. O książce tej krążyła legenda, a raczej przekazywana ścisła o niej wiadomość, iż była ona własnością owej księżniczki von Braunschweig-Wolfenbüttel, która poślubiła syna Piotra Wielkiego. Potem jednak sfingowała własną śmierć, tak iż odbył się jej pogrzeb, podczas gdy ona sama uciekła na Martynikę i tam wstąpiła w związek małżeński z pewnym Francuzem. Jakże często Adrian, który miał szczególnie wyczulony zmysł komizmu, śmiał się jeszcze później wraz ze mną z tej historii, którą ojciec jego, unosząc głowę znad książki, opowiadał z łagodnym a głębokim spojrzeniem, po czym, widocznie wcale nie zrażony nieco skandaliczną proweniencją tego świętego druku, ponownie zwracał się ku wierszowanym komentarzom pana von Schweinitza lub ku Kazaniu Salomona do tyranów[8].

Obok nabożnej tendencji jego lektury jawiła się jednak jeszcze inna, którą w pewnym okresie dziejów scharakteryzowano by w ten sposób, iż pragnął on „elementa spekulować”. Oznacza to, że uprawiał na skromną skalę i skromnymi środkami studia przyrodnicze, biologiczne, a także i chemiczno-fizyczne, w czym ojciec mój wspomagał go niekiedy materiałami ze swego laboratorium. Owo zapomniane, a niewolne od wyrzutu określenie takich badań wybrałem wszakże dlatego, że daje się w nim dostrzec pewne zabarwienie mistyczne, co niegdyś byłoby chyba podejrzane jako skłonność do czarnoksięstwa. Pragnę zresztą dodać, że zawsze doskonale rozumiałem ową nieufność epoki religijno-spirytualistycznej do kiełkującej właśnie namiętności badania tajemnic natury. Bojaźń boża musiała upatrywać w tym libertyńskie zadawanie się z rzeczami zakazanymi, niezależnie od sprzeczności, którą w tym dostrzec można, iż twór boży, naturę i życie traktowano jako dziedzinę moralnie podejrzaną. Natura sama jest zbyt pełna produkcji łudząco zatrącających o czarnoksięstwo, dwuznacznych kaprysów, na pół osłoniętych i dziwacznie na niepewność wskazujących aluzji, aby skromnie sama siebie ograniczająca pobożność nie miała w zadawaniu się z nią upatrywać zuchwałego wykroczenia.

Gdy ojciec Adriana otwierał wieczorem swe barwnie ilustrowane książki o egzotycznych motylach i stworach morskich[9], spozieraliśmy nieraz, synowie jego i ja, a czasem i pani Leverkühn, ponad pokrytą skórą, bocznymi oparciami pod głowę opatrzoną, tylną poręczą jego fotela, on zaś wskazującym palcem kierował naszą uwagę na wymalowane tam wspaniałości i dziwaczności: owe we wszystkich barwach palety mroczne i jaśniejące, kołyszące się, z najbardziej wyszukanym smakiem artystycznym opatrzone wzorami i rozmaicie ukształtowane papilii i morphii[10] tropiku – owady, które w swej fantastycznie przesadnej piękności pędzą efemeryczny żywot, a spośród których pewne uchodzą wśród tubylców za złe duchy przynoszące malarię. Najwspanialsza barwa, którą ukazują, piękny jak sen lazurowy błękit, nie jest, jak nas pouczał Jonathan, bynajmniej rzeczywistą i prawdziwą barwą, lecz zostaje wywołana przez delikatne żłobkowania oraz innego rodzaju ukształtowania łuseczek na ich skrzydłach, przez mikrostrukturę, która wskutek najbardziej misternego załamywania promieni świetlnych i wyłączenia większości z nich powoduje, iż do oczu naszych dociera jedynie przepysznie jaśniejący błękit.

– Patrzajcież – słyszę jeszcze głos pani Leverkühn – a więc to złuda?

– A czy błękit nieba nazywasz złudą? – odparł jej mąż, odwracając się ku niej. – Barwnika, z którego on się bierze, także mi wymienić nie możesz.

Doprawdy, gdy to piszę, wydaje mi się, jakbym stał jeszcze z panią Elsbeth, Georgiem i Adrianem za fotelem ojca i śledził jego palec, wskazujący te twory. Były tam odmalowane motyle szklistoskrzydłe, niemające w ogóle łusek na skrzydłach, tak że wydają się z delikatnego szkła i przetkane jedynie siecią ciemniejszych żyłek. Motyl taki, w swej przezroczystej nagości miłujący mroczny cień listowia, nazywał się hetaera esmeralda[11]. Ma ona na swych skrzydłach jedną tylko ciemną plamę barwy różowofioletowej, która, ponieważ poza tym motyla tego wcale nie widać, upodabnia go w locie do unoszonego wiatrem płatka kwiatu. Była tam także tropikalna kallima[12], której skrzydła, pyszniąc się z wierzchu pełnym, soczystym trójdźwiękiem barw, od spodu z niesamowitą dokładnością upodobniają się do liścia, nie tylko formą i żyłkowaniem, lecz nadto jeszcze dzięki skrupulatnemu odtworzeniu drobnych nieczystości, naśladownictwu kropel wody, brodawkowatych narośli grzybkowych i temu podobnych jeszcze. Jeśli to przemyślne stworzenie przysiadało ze złożonymi skrzydłami wśród liści, znikało dzięki temu podobieństwu w swym otoczeniu tak całkowicie, że nawet najżarłoczniejszy wróg nie mógłby go tam wytropić.

Jonathan usiłował, i nie bez rezultatu, podzielić się z nami swoim wzruszeniem na widok tego, sięgającego w wyrafinowany sposób aż w sferę indywidualnych ułomności, ochronnego naśladownictwa.

– Jakże tego zwierz ten dokonał? – zapytywał. – Jak tego dokonuje natura poprzez zwierzę? Bo własnej jego obserwacji i wyrachowaniu takiej sztuczki w żaden sposób nie można przypisać. Tak, tak, natura zna doskonale swe listowie, nie tylko w jego doskonałości, lecz także z jego drobnymi powszednimi wadami i zwyrodnieniami, i z figlarnej życzliwości powtarza jego pozór zewnętrzny w innej dziedzinie, od spodu skrzydeł tego swojego motyla dla oszukania innych swoich tworów. Ale dlaczego właśnie ten motyl posiada ów chytry przywilej? A jeśli skądinąd celowe to dla niego, że w stanie spoczynku na włos upodabnia się do liścia – gdzież się podziewa celowość, widziana od strony jego głodnych prześladowców, owych jaszczurek, ptaków i pająków, dla których przeznaczony jest przecież na pokarm, a które go, skoro tylko zechce, najbystrzejszym nawet spojrzeniem nie zdołają wyśledzić? Pytam was o to, abyście przypadkiem wy mnie o to samo nie zapytali.

Jeśli jednak ów motyl mógł był dla własnej obrony uczynić się niewidzialnym, to wystarczyło dalej przeglądać ową książkę, aby zawrzeć znajomość z takimi, które za pomocą szczególnie rzucającej się w oczy, ba, natrętnej i najjaskrawszej widoczności osiągały ten sam cel. Były one nie tylko szczególnie wielkie, lecz nadto z wyjątkowym przepychem ubarwione i wzorzyste i, jak dodawał ojciec Leverkühn, latały swoimi drogami w tej pozornie wyzywającej szacie z ostentacyjną powolnością, której jednak nikt niechaj nie nazywa zuchwałą, lecz która miała w sobie raczej przygnębienie, latały, nigdy się nie kryjąc i nigdy też przez żadne stworzenie, małpę, ptaka ani jaszczurkę, nawet jednym spojrzeniem nieodprowadzane. Dlaczego? Dlatego, że były obrzydliwością. I dlatego, że przez swą wyzywającą piękność, a do tego jeszcze powolność swego lotu, to właśnie dawały do zrozumienia. Sok ich miał tak wstrętny smak i zapach, że, jeśli kiedykolwiek zdarzyło się jakieś nieporozumienie, jakaś pomyłka, ten, kto zamierzał był udelektować się jednym spośród nich, wypluwał kęs ów ze wszelkimi oznakami obrzydzenia. Niejadalność ich znana jest całej przyrodzie i są bezpieczne – smutno bezpieczne. My przynajmniej, stojąc za fotelem Jonathana, zadawaliśmy sobie pytanie, czy bezpieczeństwo ich nie łączy się raczej z pohańbieniem, niżby je było można nazwać radosnym. Jakiż był jednak tego skutek? Ten, że inne gatunki motyli sprytnie oblekły się tą samą ostrzegawczą wspaniałością i również w powolnym locie płynęły niedotykalne i melancholijnie bezpieczne, mimo iż były najzupełniej jadalne.

 

Zarażony uweseleniem Adriana z powodu tych nowinek, jego śmiechem, który dosłownie nim wstrząsał i łzy mu wyciskał, musiałem i ja roześmiać się serdecznie. Lecz ojciec Leverkühn uciszył nas jednym „pst!”, chciał bowiem, aby wszystkie te sprawy rozważać z troskliwą nabożnością – z tą samą tajemną nabożnością, z jaką, powiedzmy, wpatrywał się w niepojęte pismo rysunkowe na skorupach niektórych muszli, posługując się przy tym nieraz swą wielką czworokątną lupą i nam także oddając ją do dyspozycji. Zapewne widok tych stworzeń, ślimaków mianowicie i muszli morskich, był również wiele znaczący, przynajmniej jeśli się pod kierunkiem Jonathana przeglądało ich podobizny. Najbardziej zdumiewającą przy tym myślą było, że wszystkie te, ze wspaniałą pewnością i równie śmiałym, jak delikatnym poczuciem kształtu wykonane sklepienia i zwoje, ze swymi różowymi otworami i opalizującą, fajansową gładzizną różnokształtnej obudowy, były własnym dziełem ich galaretowatych mieszkańców – co najmniej jeśli się obstawało przy mniemaniu, że natura sama siebie tworzy, i nie przywoływało pomocy Stwórcy, którego dziwnie wszakże byłoby wyobrazić sobie jako pełnego fantazji plastyka i ambitnego artystę, celującego w garncarskiej glazurze, tak że nigdzie bardziej niż tu nie doświadczamy pokusy włączenia w ów proces rzemieślniczego półboga, czyli demiurga – rzec chciałem: że śliczne te konchy były produktem tychże mięczaków, które chroniły.

– Wy – mówił nam Jonathan – jak to z łatwością możecie stwierdzić, obmacując własne łokcie albo żebra, wytworzyliście, stawając się, w waszym wnętrzu mocne rusztowanie, szkielet, który daje oparcie waszemu ciału, waszym mięśniom i który obnosicie w sobie, jeśli nie lepiej byłoby powiedzieć: który was obnosi. Tu rzecz ma się odwrotnie. Te stworzenia całą swą twardość wyrzuciły na zewnątrz, nie jako rusztowanie, lecz jako dom, i właśnie fakt, że nie jest ona wnętrzem, lecz czymś zewnętrznym, jest zapewne powodem jej piękności.

Przy takich uwagach ojca, jak ta o próżności rzeczy widzialnych, my, chłopcy, Adrian i ja, spoglądaliśmy pewnie na siebie z nieco zdziwionym półuśmiechem.

Niekiedy owa zewnętrzna estetyka bywała zdradliwa, gdyż niektóre ślimaki konidialne[13], uroczo asymetryczne, w żyłkowaną, bladą różowość lub miodowy brąz upstrzony białymi plamami zanurzone zjawiska, były osławione z powodu swych jadowitych ukąszeń – i w ogóle, kiedy słuchało się gospodarza na Buchel, niejaka zła sława bądź też dwuznaczna fantastyka nie dawały się oddzielić od całego tego zadziwiającego wycinka życia. Osobliwa jakaś ambiwalencja poglądów przejawiała się zawsze w bardzo różnorodnym użytku, jaki z tych pysznych tworów czyniono. W średniowieczu należały one do stałego inwentarza kuchni czarownic i sklepionych piwnic alchemików oraz uznawane były za najodpowiedniejsze naczynia do przechowywania trucizn i napojów miłosnych. Skądinąd jednak i jednocześnie służyły podczas nabożeństw do przechowywania hostii i relikwii, a nawet jako kielichy mszalne. Ileż spraw tu się styka – trucizna i piękno, trucizna i czary, ale także czary i liturgia. Jeśli tego nie myśleliśmy, to jednak komentarze Jonathana Leverkühna dawały nam to niejasno odczuć.

Co się zaś tyczy owego pisma rysunkowego, co do którego nigdy się właściwie nie uspokoił, to znajdowało się ono na skorupie pewnej niezbyt wielkiej muszli z Nowej Kaledonii, a wykonane było w z lekka w czerwień wpadającym brązowym kolorze na białawym tle. Znaki, jakby pędzlem pociągnięte, przechodziły na skraju w kreskową wręcz ornamentykę, na większej jednak części sklepionej powierzchni miały w swej wymyślnej złożoności najwyraźniej wygląd komunikatywnych znaków. O ile sobie przypominam, wykazywały znaczne podobieństwo z wczesnoorientalnymi rodzajami pisma, na przykład z duktem staroaramejskim, i ojciec mój musiał przynosić swemu przyjacielowi z wcale nieźle zaopatrzonej biblioteki miejskiej w Kaisersaschern książki archeologiczne, dające możność badań i porównań. Oczywiście studia te nie dawały żadnych rezultatów, czy też raczej były tak pogmatwane i niedorzeczne, że do niczego nie prowadziły. Z niejaką melancholią przyznawał to również Jonathan, pokazując nam ów zagadkowy rysunek. – Zbadanie istotnego sensu tych znaków – mówił – okazało się niemożliwością. Niestety, moi drodzy, tak to jest. Wymykają się one naszemu zrozumieniu i, chociaż to bolesne, na tym zapewne się skończy. Jeśli jednak powiadam „wymykają się”, to jest to właśnie tylko przeciwieństwem słów „otwierają się”, a tego, że natura wymalowała ów szyfr, do którego brak nam klucza, na skorupie swego tworu dla samej tylko ozdoby, tego mi nikt nie wmówi. Ozdoba i znaczenie biegły zawsze obok siebie, stare pisma także służyły równocześnie ozdobie i przekazaniu. Niechaj mi nikt nie mówi, że tu nie chciano nam czegoś przekazać! Fakt, że to przekazanie jest dla nas niedostępne, zagłębianie się w tę sprzeczność to także rozkosz.

Czy zastanawiał się nad tym, że, jeśliby istotnie chodziło tutaj o jakieś tajne pismo, natura musiałaby posługiwać się własną, z niej samej zrodzoną, zorganizowaną mową? Jakąż bowiem spośród tych, które wynaleźli ludzie, miałaby wybrać, aby siebie wyrazić? Już wówczas jednak, jako chłopak, pojąłem bardzo wyraźnie, że pozaludzka natura z samej istoty rzeczy jest illiterata[14], co w moich oczach zresztą stanowi właśnie o jej niesamowitości.

Tak, ojciec Leverkühn był umysłem spekulatywnym i dociekliwym i, jak już powiedziałem, jego pociąg do badań naukowych – jeśli można mówić o naukowych badaniach tam, gdzie właściwie chodzi tylko o marzycielską kontemplację – skłaniał się zawsze w pewnym określonym kierunku, a mianowicie ku mistycyzmowi bądź też pełnemu przeczuć półmistycyzmowi, ku któremu, jak mi się wydaje, myśl ludzka zgłębiająca sprawy natury niemal z konieczności zostaje skierowana. Że przedsięwzięcie to, mianowicie doświadczenie natury, wywoływanie jej fenomenów, „kuszenie” jej przez ujawnianie jej działalności za pomocą eksperymentów – że wszystko to jest już całkiem bliskie czarnoksięstwa, ba, należy już nawet do jego zakresu i samo jest dziełem „kusiciela”, było przeświadczeniem minionych epok; przeświadczeniem godnym szacunku, jeśli mam tu wyrazić swoje zdanie. Chciałbym wiedzieć, jakimi oczami spoglądano by wówczas na owego człowieka z Wittenbergi[15], który, jak nam opowiadał Jonathan, przed stu kilkudziesięciu laty dokonał był eksperymentu z widzialną muzyką, co i nam niekiedy pokazywano. Do nielicznych przyrządów fizycznych, jakimi rozporządzał ojciec Adriana, należała okrągła i w środku jedynie na kolcu swobodnie oparta szklana płyta, na której się ów cud dokonywał. Płyta owa była mianowicie posypana drobniutkim piaskiem i ojciec, za pomocą starego smyczka do wiolonczeli, którym po jej brzegu z góry na dół przeciągał, wprawiał ją w drgania, poruszony zaś piasek przesuwał się i układał w zdumiewająco precyzyjne a różnorakie arabeski i figury. Ta wizualna akustyka, w której oczywistość i tajemnica, prawo i osobliwość nader uroczo wspólnie występowały, bardzo nam się, chłopcom, podobała; lecz nie mniej ważnym powodem, dla którego często prosiliśmy o jej pokazanie, była również chęć sprawienia przyjemności eksperymentatorowi.