Doktor Faustus

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

V

Odcinek dopiero co ukończony również nabrzmiał, jak na mój gust, nadmiernie, i aż nazbyt słusznym wydaje mi się zagadnąć o granice cierpliwości czytelnika. Dla mnie każde słowo, które tu piszę, jest niesłychanie interesujące, lecz jakże muszę strzec się, aby zainteresowania mego nie brać za rękojmię sympatii osób niezainteresowanych! Nie powinienem co prawda także zapominać, że piszę nie dla chwili obecnej i nie dla czytelników, którzy nic jeszcze nie wiedzą o Leverkühnie, a zatem nie mogą także pragnąć bliższych o nim wiadomości; lecz że przygotowuję te wyznania na chwilę, w której przesłanki dla powszechnego zainteresowania będą całkiem inne – śmiało rzec można – znacznie korzystniejsze, i gdy zręczne czy też niezręczne domaganie się bliższych szczegółów o tym wstrząsającym życiu stanie się niewybredną natarczywością.

Chwila ta nastąpi, gdy otworzy się nasze więzienie, rozległe co prawda, a jednak ciasne i dławiącym zużytym powietrzem napełnione, to znaczy: gdy szalejąca obecnie wojna tak czy tak osiągnie swój kres – a jakimże przerażeniem napełnia mnie to „tak czy tak”, dotyczącym zarówno mnie samego, jak i okropnej przymusowej sytuacji, w jaką los wpędził niemiecką duszę! Mam bowiem na myśli jedno tylko z obu „tak” – z jednym się tylko liczę i na nim buduję, memu obywatelskiemu sumieniu na przekór. Nigdy nieustająca oficjalna propaganda utwierdziła przecież głęboko w świadomości nas wszystkich druzgocące, w swej okropności ostateczne skutki niemieckiej klęski, tak że nie możemy już nie lękać się jej ponad wszystko w świecie. Jest wszakże coś, czego niektórzy z nas w chwilach, które im samym wydają się zbrodnicze, a inni jeszcze otwarcie i stale lękają się bardziej niż klęski Niemiec, a tym jest niemieckie zwycięstwo. Ledwo się ważę zadać sobie pytanie, do której z tych dwu kategorii sam należę. Może do jakiejś trzeciej, gdzie wprawdzie pragnie się porażki nieustannie i z pełną świadomością, ale też i wśród nieustannej męczarni sumienia. Pragnienia moje i nadzieje zmuszone są przeciwstawiać się ze wszystkich sił zwycięstwu niemieckiego oręża, gdyż wówczas pogrzebane zostałoby dzieło mego przyjaciela, klątwa zakazu i zapomnienia okryłaby je może na sto lat, tak że nie stałoby go w jego własnym czasie i dopiero w epoce późniejszej historia oddałaby mu cześć. Oto szczególny motyw mojej zbrodniczości, a dzielę go z rozproszoną garstką ludzi, których łatwo policzyć by można na palcach obu rąk. Lecz stan mego ducha jest tylko szczególną odmianą stanu, który – wyjąwszy wypadki niezwykłej głupoty i wulgarnej interesowności – przypadł w udziale całemu naszemu narodowi. Skłonny jestem przypisywać temu losowi szczególny, nigdy niespotykany tragizm, choć wiem, że innym narodom sądzone już było pragnąć klęski własnego państwa w imię przyszłości własnej i powszechnej. Znając jednak właściwą charakterowi niemieckiemu poczciwość, łatwowierność oraz potrzebę wierności i uległości, chciałbym móc stwierdzić, że w naszym wypadku dylemat ten w osobliwy sposób się zaostrza, i nie mogę się obronić przed wielkim rozgoryczeniem wobec tych, co tak dobry naród przyprawili o stan ducha, który według mego przekonania trudniej mu przychodzi znieść niż jakiemukolwiek innemu i w którym sam sobie staje się on beznadziejnie obcy. Wystarczy mi tylko wyobrazić sobie, że synowie moi, zaznajomiwszy się przez jakiś nieszczęśliwy przypadek z tymi oto moimi notatkami, byliby przecież zmuszeni w spartańskim zaparciu się wszelkiej roztkliwiającej czułostkowości zadenuncjować mnie przed gestapo – aby, wprost z niejaką patriotyczną dumą, zmierzyć przepastną otchłań konfliktu, w którym się oto znaleźliśmy.

Zdaję sobie całkowicie sprawę, że powyższym raz jeszcze obciążyłem znacznie także i ten nowy odcinek, który zamierzałem przecież uczynić krótszym, przy czym nie ukrywam psychologicznie umotywowanego podejrzenia, że wprost szukam wybiegów i omówień albo przynajmniej wykorzystuję każdą nadarzającą się po temu okazję, gdyż b o j ę s i ę tego, co ma nastąpić. Składam wobec czytelnika dowód mej uczciwości, pozwalając mu przypuszczać, że się ociągam, ponieważ w głębi ducha cofam się z lękiem przed zadaniem, które podjąłem wiedziony miłością i poczuciem obowiązku. Nic jednak, nawet własna słabość, nie zdoła mnie powstrzymać od dalszego jego wypełnienia – nawiązuję więc znowu do uwagi, że nasze śpiewanie kanonów z Hanne było chwilą, w której, o ile wiem, Adrian po raz pierwszy zetknął się ze sferą muzyki. Wiem wprawdzie, że jako dorastający chłopiec brał także z rodzicami udział w niedzielnych nabożeństwach w wiejskim kościele w Oberweiler, na które zwykł był przybywać z Weissenfels młody student muzyki, aby preludiować na małych organach, akompaniować śpiewom parafialnym, a także i wyjściu wiernych z kościoła towarzyszyć nieśmiałymi improwizacjami. Sam jednak prawie nigdy nie byłem obecny przy tym, gdyż zazwyczaj przyjeżdżaliśmy do Buchel dopiero po zakończeniu nabożeństwa, i mogę tylko powiedzieć, że nie usłyszałem od Adriana ani słowa, z którego mógłbym wnioskować, iż popisy artystyczne owego adepta wywarły na niego we wczesnym wieku jakikolwiek wpływ, albo, skoro już to jest mało prawdopodobne, aby zainteresował się samym fenomenem muzyki jako takim. O ile wiem, odmawiał mu on i podówczas, i jeszcze przez lata całe jakiejkolwiek uwagi i przed sobą samym ukrywał, że ma cokolwiek wspólnego ze światem dźwięków. Widzę w tym jakąś duchową rezerwę; fizjologicznie daje się to chyba również wytłumaczyć; gdyż istotnie około czternastego roku życia, a więc w początkach wieku pokwitania i utraty stanu dziecięcej niewinności, zaczął na własną rękę dokonywać pianistycznych eksperymentów w muzyce, przebywając u swego stryja w Kaisersaschern. Był to zresztą okres, w którym odziedziczona migrena jęła mu się dawać we znaki.

Przyszłość jego brata, Georga, jako dziedzica gospodarki była już przez sam ten fakt wyjaśniona, on zaś od początku godził się całkowicie ze swoim przeznaczeniem. Zagadnienie, czym ma zostać drugi z kolei syn, stało jeszcze przed rodzicami otworem i należało je rozstrzygnąć według skłonności i uzdolnień, jakie przejawi; i tu godnym uwagi jest, jak wcześnie w rodzinie jego i w nas wszystkich umocniło się przeświadczenie, że Adrian musi zostać uczonym. Jakiego rodzaju uczonym, była to rzecz dalsza, lecz już ogólny moralny habitus[1] chłopca, jego sposób wyrażania się, jego formalna stanowczość, nawet jego spojrzenie i wyraz twarzy nigdy, powiedzmy, nawet i mojemu ojcu, nie nasuwały wątpliwości, że owa latorośl rodu Leverkühnów powołana jest do „czegoś wyższego” i będzie pierwszym uczonym swego rodu.

O powstaniu i umocnieniu się tej myśli zdecydowała, chciałoby się niemal rzec: suwerenna łatwość, z jaką Adrian chłonął naukę w zakresie podstawowym, pobieraną w rodzinnym domu. Jonathan Leverkühn nie posyłał swoich dzieci do publicznej szkółki gminnej, nie tyle, jak mi się wydaje, wskutek poczucia swej rangi społecznej, ile dlatego raczej, że poważnie pragnął zapewnić im staranniejsze wykształcenie niż to, którego mogły zaznać podczas wspólnej nauki z dziećmi komorników z Oberweiler. Nauczyciel, młody jeszcze i delikatny człowiek, który nigdy nie przestał bać się psa Suso, przychodził na lekcje do Buchel po południu, po dopełnieniu swych urzędowych obowiązków, zimą przywożony saniami przez Thomasa, i przyswoił już trzynastoletniemu Georgowi prawie wszystkie wiadomości, których ten potrzebował jako podstawy do dalszego kształcenia się, kiedy ujął w swe ręce początkowe wykształcenie mającego wówczas ósmy rok życia Adriana. On to właśnie, nauczyciel Michelsen, był najpierwszym, który głośno i z niejakim podnieceniem oświadczył, że chłopak musi „na miłość boską” iść do gimnazjum i na uniwersytet, gdyż tak pojętnej a bystrej głowy on, Michelsen, nigdy jeszcze nie spotkał i hańbą wprost byłoby nie uczynić wszystkiego, aby temu uczniowi udostępnić drogę ku wyżynom wiedzy. Tak lub podobnie, nieco seminaryjnym w każdym razie językiem, wyraził się był wówczas i mówił nawet o ingenium[2], po części zapewne aby popisać się tym słowem, które nader śmiesznie brzmiało w odniesieniu do tak początkowych osiągnięć; lecz najwidoczniej wyrwało mu się to z głębi zdumionego serca.

Nigdym na tych lekcjach nie był obecny i wiem o nich tylko z opowiadań, łatwo jednak mogę sobie wyobrazić zachowanie się na nich mojego Adriana, które dla młodzieńczego bądź co bądź preceptora, nawykłego do wbijania szkolnego materiału w oporne a tępo wysilone głowy, wśród zagrzewających pochwał i rozpaczliwej nagany, musiało niekiedy mieć w sobie coś wręcz obraźliwego. „Jeśli sam już wszystko wiesz – udaje mi się słyszeć głos młodzieńca – to ja mogę sobie pójść”. Oczywiście nieprawdą było, że jego wychowanek „już wszystko wiedział”. Lecz zachowanie jego coś takiego przejawiało, po prostu dlatego, że zachodził tu przypadek owej szybkiej, zdumiewająco suwerennej i śmiałej, w równym stopniu pewnej siebie, co łatwej pojętności i umiejętności przyswajania, która wkrótce odbiera nauczycielowi ochotę do wszelkich pochwał, ponieważ czuje on, że taki umysł jest niebezpieczeństwem dla skromności serca i aż nazbyt łatwo doprowadza je do pychy. Od alfabetu aż po gramatykę i składnię, od zwykłego liczenia i czterech działań aż po regułę trzech i prosty rachunek proporcji, od uczenia się na pamięć małych wierszyków (nie było właściwie żadnego uczenia się na pamięć, chłopiec natychmiast, z wielką precyzją chwytał i opanowywał te wiersze) aż po pisemne formułowanie własnych myśli z dziedziny geografii ojczystej i przyrody – zawsze było to samo, Adrian słuchał jednym uchem, odwracał się i robił minę, jakby chciał powiedzieć: „No, dobrze, to już jasne; dosyć, dalej!”. Dla pedagoga jest w tym coś z rewolty. Ów młody człowiek doświadczał zapewne stale pokusy, aby wykrzyknąć: „Co ty sobie myślisz! Przyłóż się!”. Lecz jak, skoro najwyraźniej nie ma potrzeby się przykładać?

 

Jak już wspomniałem, nigdy przy tych lekcjach nie byłem obecny, lecz muszę wyobrazić sobie, że mój przyjaciel przyjmował naukowe dane, które mu przekazywał pan Michelsen, z zasady tym samym, niedającym się nawet chyba określić gestem, z którym kiedyś pod lipą podzielił się z nami swym doświadczeniem, że dziewięć taktów poziomej melodii, jeśli je ustawić trójkami pionowo, jeden nad drugim, może utworzyć harmonicznie współbrzmiący układ. Nauczyciel jego znał trochę łaciny, nauczył go i tego, po czym oświadczył, że chłopiec – wówczas dziesięcioletni – przygotowany jest jeśli nie do quarty[3], to w każdym razie do quinty. Jego sprawa na tym się kończy.

Na Wielkanoc roku 1895 opuścił więc Adrian dom rodzinny i przybył do miasta, aby wstąpić do naszego gimnazjum św. Bonifacego (a właściwie „Szkoły Braci Pospólnego Żywota”). Stryj jego, Mikołaj Leverkühn, brat jego ojca i szanowany obywatel Kaisersaschern, wyraził gotowość przyjęcia go do swego domu.

VI

Co się tyczy mego rodzinnego miasta nad Saalą, to należy powiadomić cudzoziemców, że leży ono nieco na południe od Halle, w stronę Turyngii. Byłbym nieomal powiedział, że tam l e ż a ł o – gdyż skutkiem długiej mojej niebytności odsunęło mi się w przeszłość. Lecz wieże wznoszą się wciąż jeszcze w tym samym miejscu i nic mi nie wiadomo, aby jego obraz architektoniczny doznał był jakiejkolwiek szkody wskutek działań lotniczych, co ze względu na historyczny jego urok byłoby doprawdy w najwyższym stopniu ubolewania godne. Dorzucam te słowa z pewną obojętnością, podzielam bowiem przekonanie bynajmniej nie małej części naszej ludności, również i tej najbardziej dotkniętej i pozbawionej dachu nad głową, że zbieramy jedynie to, cośmy posiali, jeśli zaś pokuta nasza będzie straszliwsza od winy, niechaj nam zabrzmi w uszach, że kto wiatr sieje, ten burzę zbiera.

Ani Halle, miasto Händla[1], ani Lipsk, miasto kantora Tomaszowego, ani Weimar, ani nawet Dessau czy Magdeburg nie są więc odległe; lecz węzeł kolejowy Kaisersaschern, dwadzieścia siedem tysięcy mieszkańców, sam sobie najzupełniej wystarcza i uważa się, jak każde niemieckie miasto, za ośrodek kulturalny o własnej wartości historycznej. Utrzymuje się z przeróżnych przemysłów: maszynowego, garbarskiego, przędzalniczego, metalurgicznego, chemicznego i młynarskiego, a posiada obok muzeum historii kultury, zawierającego izbę ze zbiorem straszliwych narzędzi tortur, również i bardzo cenną bibliotekę o dwudziestu pięciu tysiącach tomów i pięciu tysiącach rękopisów, wśród których znajdują się dwa aliteracyjne czarodziejskie zaklęcia[2], uważane przez niektórych uczonych za starsze nawet od merseburskich[3], w istocie swej zresztą całkiem niewinne, mające jedynie na celu sprowadzenie odrobiny deszczu, a spisane w dialekcie z okolic Fuldy. – Miasto było stolicą biskupią w wieku dziesiątym i ponownie od początku dwunastego aż po czternaste stulecie. Posiada zamek i tum[4], w którym pokazują grobowiec cesarza Ottona II, wnuka Adelajdy, a syna Teofano, który zwał się Imperator Romanorum et Saxonicus, nie dlatego jednak, że chciał być Sasem, lecz w tym sensie, w jakim Scypio nosił przydomek Afrykańczyka, a więc dlatego, że Sasów pokonał. Gdy po wygnaniu z ukochanego Rzymu zmarł był w roku 1002 ze zmartwienia, szczątki jego zostały przewiezione do Niemiec i pochowane w katedrze w Kaisersaschern – wielce wbrew jego gustom, gdyż był on typowym przykładem niemieckiej autoantypatii i przez całe życie cierpiał nad tym, że był Niemcem.

O mieście tym[5], o którym wolę jednak mówić w czasie przeszłym, gdyż jest to przecie Kaisersaschern naszej młodości – o mieście tym da się powiedzieć, że zachowało, zarówno w swej atmosferze, jak i wyglądzie zewnętrznym, mocno średniowieczny charakter. Stare kościoły, wiernie zachowane domy mieszczańskie i spichrze, budowle o belkowanych ścianach z nawisającymi piętrami, okrągłe baszty ze spiczastymi dachami w murach miejskich, okolone drzewami place z kocimi łbami, ratusz, którego architektura waha się między gotykiem a renesansem, z dzwonnicą o wysokim dachu, z loggiami pod nią i jeszcze z dwiema ostro zakończonymi wieżyczkami, które, tworząc wykusz, ciągną się w dół frontonu aż po parter – wszystko to tworzy w poczuciu ludzi nieprzerwaną więź z przeszłością, więcej nawet, zdaje się nosić piętno owej słynnej formuły bezczasowości, owego scholastycznego nunc stans[6]. Autentyczność tego miejsca, które pozostało takie samo jak przed trzystu i przed dziewięciuset laty, opiera się falom czasu, który nad nim przepływa i wiele rzeczy nieustannie zmienia, podczas gdy inne – i to decydujące o jego obrazie – pozostają niezmienne z pietyzmu, czyli z nabożnej walki z czasem, oraz dla dumy, jaką wzbudzają, na pamiątkę i dla zachowania godności.

Tyle o obrazie miasta. Lecz w jego powietrzu pozostało coś ze stanu umysłów w ostatnich dziesiątkach lat piętnastego stulecia, z histerii wygasającego już średniowiecza, coś z utajonej, duchowej epidemii: dziwnym wydaje się to twierdzenie wobec rozsądnie trzeźwego, nowoczesnego miasta (ale nie było ono nowoczesne, było stare, starość zaś jest przeszłością przemienioną w teraźniejszość, przeszłością przez teraźniejszość jedynie przytłoczoną) – i, jakkolwiek to zabrzmi zbyt śmiało, można sobie wyobrazić, że nagle wybuchnie tu jakiś taniec św. Wita[7], wyruszy krucjata dziecięca[8], rozpoczną się wizjonersko-komunistyczne kazania jakiegoś prostaczka, połączone z paleniem na stosie marności tego świata, pojawią się stygmaty i mistyczne pochody ludowe. Oczywiście nic podobnego się nie działo – jakże mogło się dziać? Policja by do tego nie dopuściła, w zgodzie z epoką i jej prawami. A jednak! Czegóż to już nie tolerowała w milczeniu za naszych dni policja – i znowu w zgodzie z epoką, która podobne rzeczy teraz właśnie najspokojniej dopuszcza. Nasze czasy same skłaniają się potajemnie, albo i bynajmniej nie potajemnie, lecz całkowicie świadomie, z osobliwie w sobie samej rozmiłowaną świadomością, która wątpić każe w rzetelność i prostotę życia i stwarza, może całkowicie fałszywą, nieszczęsną historyczność – czasy, powiadam, same skłaniają się na powrót ku owym epokom i z entuzjazmem powtarzają symboliczne poczynania, które mają w sobie coś ponurego i ubliżającego jak policzek duchowi współczesności, choćby palenie książek i inne rzeczy, których wolę słowami nie tykać.

Oznaką takiego ukrytego, średniowiecznie-neurotycznego opętania i utajonej duchowej predyspozycji miasta są liczne postaci „oryginałów”, dziwaków i nieszkodliwych półwariatów, żyjących w obrębie jego murów i na równi ze starymi budowlami należących do jego obrazu. Kontrastem ich są dzieci, „szczeniaki”, które za nimi biegają, wyśmiewają ich i w zabobonnej, panicznej trwodze uciekają pędem przed nimi. Pewien typ „starej baby” był przecież w niektórych epokach z reguły podejrzewany o czary: wynikało to po prostu z brzydkiej, a zarazem malowniczej postury, która jednak chyba dopiero pod wpływem tego podejrzenia należycie się ukształtowała i wydoskonaliła w ludowej fantazji – mała, zgarbiona staruszka, chytra z pozoru, o zaropiałych oczach, haczykowatym nosie, wąskich wargach, groźnie wymachująca zakrzywionym kosturem, a nadto jeszcze hodująca koty, sowę albo gadającego ptaka. W Kaisersaschern zawsze można było spotkać kilka przedstawicielek tego typu, z których najbardziej popularną, wydrwiwaną i przejmującą lękiem była „Liza z lochu”, nazywana tak dlatego, że gnieździła się w piwnicy jakiegoś domu na Małych Kotlarach. Postać owej staruszki tak dalece przystosowała się do powszechnych przesądów, że nawet całkiem nieuprzedzony przechodzień, spotkawszy ją, mimo iż z pewnością nic złego w owej babinie nie było, mógł był doznać dreszczu archaicznej grozy, zwłaszcza jeśli ścigali ją właśnie ulicznicy, ona zaś oganiała się, skrzecząc przekleństwa.

Tu pozwolę sobie wtrącić śmiałe słowo, oparte na doświadczeniach naszych dni. Dla zwolennika Oświecenia samo słowo i pojęcie „lud” zawiera w sobie zawsze coś archaicznie agresywnego, wie on bowiem, iż chcąc motłoch sprowadzić na drogę złowrogiego wstecznictwa, wystarczy go nazwać „ludem”. Czegóż to już na naszych oczach, bądź też i nie na naszych akurat oczach, dokonywano w imieniu „ludu”, czego nie można było dokonać w imię Boga ani prawa, ani ludzkości! – Faktem jest wszakże, że w rzeczywistości lud zawsze ludem pozostanie, przynajmniej w pewnej określonej warstwie swojej istoty, w owej warstwie archaicznej właśnie, i że mieszkańcy i sąsiedzi z Małych Kotlarów, którzy w dzień wyborów oddali swe kartki na socjaldemokratów, zdolni byli jednocześnie dopatrywać się czegoś demonicznego w nędzy staruszki, zbyt biednej na to, żeby mieszkać gdzie indziej niż w suterenie, i za jej zbliżeniem zgarniali swoje dzieci, aby osłonić je przed złym okiem czarownicy. Gdyby kobietę taką miano znów spalić na stosie, co dziś bynajmniej nie jest już rzeczą nie do pomyślenia, gdyż wystarczyłoby jedynie zmienić nieco motyw wyroku, wszyscy oni stanęliby za ogrodzeniem ustawionym przez magistrat i gapili się, lecz prawdopodobnie wcale by się nie buntowali. – Mówię tu o ludzie, lecz owa ludowo-archaiczna warstwa istnieje w każdym z nas i aby rzec, jak myślę: nie uważam religii za najodpowiedniejszy środek do utrzymania tej warstwy w bezpiecznym zamknięciu. Ratunek, moim zdaniem, może tu przynieść jedynie literatura, wiedza humanistyczna, ideał pięknego i wolnego człowieka.

Wracając do owych oryginałów w Kaisersaschern, był tam jeszcze pewien człowiek w nieokreślonym wieku, który za każdym nagłym zawołaniem zmuszony był wykonywać coś w rodzaju pląsu z wysoko uniesioną nogą, a zarazem z tak brzydkim i smutnym wyrazem twarzy, jakby wszystkich za to przepraszał; uśmiechał się przy tym do ścigających go wyciem uliczników. – Nadto była tam jeszcze osobistość imieniem Matylda Spiegel, wystrojona na całkiem inną epokę, w ogoniastej sukni, obszytej falbankami, i z „fladusem” – śmieszne to słowo jest przekręconym francuskim wyrażeniem flûte douce, co właściwie chyba znaczy „komplement”, tu jednak określało dziwaczną fryzurę z loczków wraz z ozdobami. Kobieta ta, uszminkowana, choć bynajmniej nie lekkich obyczajów, zdecydowanie zresztą na to za głupia, wędrowała ulicami miasta z wariacko-wyniosłą miną, otoczona sforą mopsów w atłasowych kubraczkach. – Wreszcie był tam i ubogi emeryt o purpurowym, usianym brodawkami nosie, z grubym sygnetem na palcu, a zwał się właściwie Schnalle, dzieci jednak wołały nań „Fiut-fiut”, miał bowiem manię dodawania tych bezsensownych gwiżdżących dźwięków do każdego słowa, jakie wymawiał. Lubił chodzić na dworzec, a gdy odjeżdżał pociąg towarowy, podnosił palec ozdobiony sygnetem i ostrzegał człowieka siedzącego w budce hamulcowego przy ostatnim wagonie: „Niech pan stamtąd nie spadnie, niech pan stamtąd nie spadnie, fiut-fiut!”.

Nie powiem, żebym nie odczuwał pewnej niegodności mego postępowania, włączając tutaj te groteskowe wspomnienia; lecz opisane postaci, stanowiące poniekąd coś w rodzaju instytucji publicznych, były przecież tak niezwykle charakterystyczne dla psychicznego obrazu naszego miasta, dla środowiska, w którym upłynęło życie Adriana aż do jego odejścia na uniwersytet, osiem lat jego młodości, która była i moją, a którą spędziłem u jego boku; choć bowiem z racji mego starszeństwa wyprzedzałem go o dwie klasy, podczas pauz trzymaliśmy się przeważnie razem na otoczonym murem podwórzu, z dala od wspólnych kolegów; widywaliśmy się także po południu w naszych uczniowskich pokoikach, gdyż albo on przychodził do apteki „Pod Niebiańskimi Zwiastunami”, albo ja odwiedzałem go w domu jego stryja, przy ulicy Parafialnej 15, gdzie na piętrze znajdował się słynny Leverkühnowski skład instrumentów muzycznych.