Doktor FaustusTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Podobne upodobanie znajdował on w lodowych kwiatach w dni zimowe; gdy owe krystaliczne opady pokrywały małe, chłopskie szybki domostwa w Buchel, potrafił przez pół godziny zgłębiać ich strukturę gołym okiem i przez swoje powiększające szkło. Rzec chciałbym: wszystko byłoby dobrze i można by było przejść nad tym do porządku dziennego, gdyby owe twory, tak jak być powinno, trzymały się symetryczno-figuralnego, ściśle matematycznego i regularnego porządku. Lecz fakt, że z jakimś bezwstydnym kuglarstwem naśladowały roślinność, że prześlicznie udawały wachlarze paproci, trawę, gwiazdy i kielichy kwiatów, że za pomocą swych lodowatych środków wdzierały się po dyletancku w sprawy organiczne, najbardziej przejmował Jonathana i bez końca z niejakim potępieniem, lecz także z podziwem potrząsał nad tym głową. – Czy te fantasmagorie – brzmiało jego pytanie – stanowią w z ó r dla kształtów roślinnych, czy też ich n a ś l a d o w n i c t w o? Ani jedno, ani drugie, odpowiadał zapewne sam sobie; były to twory równoległe. Twórcza natura śniła i tu, i tam ten sam sen, a jeśli można mówić o naśladownictwie, to z pewnością o wzajemnym tylko. Czyż należało stawiać za wzór prawdziwe dzieci pól i łąk tylko dlatego, że posiadały głębię organicznego istnienia, podczas gdy lodowe kwiaty były jedynie zjawiskiem? Lecz pojawianie się ich było wynikiem nie mniej skomplikowanego współgrania materii niż to, które występowało u roślin. Jeśli dobrze zrozumiałem naszego gospodarza, to zajmowało go zagadnienie jedności ożywionej i owej tak zwanej nieożywionej przyrody oraz myśl, że wobec niej grzeszymy, przeciągając zbyt wyraźną granicę między tymi dwiema dziedzinami, gdyż w istocie jest ona przecież przenikalna i właściwie nie ma takiej elementarnej zdolności, która byłaby wyłącznie zastrzeżona dla stworzeń żywych i której biolog nie mógłby studiować również na nieożywionym modelu.

W jak zaskakujący sposób dziedziny te istotnie się zazębiają, pouczyła nas „pożerająca kropla”, której ojciec Leverkühn niejeden raz w naszych oczach podawał pożywienie. Kropla, z czegokolwiek by się składała, z parafiny, oleju eterycznego – nie przypominam już sobie dokładnie, z czego składała się tamta, wydaje mi się jednak, że był to chloroform – otóż kropla, powiadam, nie jest zwierzęciem, choćby najbardziej prymitywnym, nie jest nawet amebą, zakładamy więc, że nie może odczuwać apetytu na pożywienie ani zatrzymywać tego, co jej służy, a tego, co nie służy, wydalać. To wszystko jednak robiła właśnie nasza kropla. Wisiała odosobniona w szklance wody, gdzie Jonathan zapewne za pomocą cieniutkiej strzykawki był ją umieścił. Potem zaś robił, co następuje. Brał pincetą cieniutką szklaną sztabkę, właściwie tylko nitkę ze szkła, którą nasmarował uprzednio szelakiem, i podsuwał w pobliże kropli. Robił jedynie to, reszty zaś dokonywała kropla. Wyrzucała na swą powierzchnię mały bąbelek, coś jakby wzgórek chłonny, przez który wchłaniała w siebie całą sztabkę, w całej jej długości. Sama rozciągała się przy tym wzdłuż, przybierała kształt gruszki, chcąc całkowicie pochłonąć swój łup, tak aby końce jego nie wystawały, i, daję na to słowo, zaczynała, znów się stopniowo zaokrąglając, przyjmować ponownie kształt jajowaty, zjadać ów szelak ze szklanej sztabki i zasilać nim swoje ciało. Dokonawszy tego, wyrzucała, powracając do kulistego kształtu, czysto wylizany sprzęt, w poprzek, poza swoje brzegi, w otaczającą ją wodę.

Nie mogę twierdzić, że oglądałem to chętnie, ale przyznaję, że porywało mnie to, i Adriana zapewne także, mimo iż zawsze przy tego rodzaju pokazach ogromnie korciło go do śmiechu i tłumił wesołość jedynie ze względu na ojcowską powagę. Pożerającą kroplę można było od biedy uważać za śmieszną; lecz uczucia tego nie doznawałem bynajmniej na widok pewnych niewiarygodnych i niesamowitych tworów natury, które udawało się ojcu Adriana wyhodować w najdziwaczniejszej kulturze i które również pozwalał nam oglądać. Nigdy nie zapomnę tego widoku. Naczynie krystalizacyjne, w którym się owe twory znajdowały, było w trzech czwartych napełnione z lekka kleistym płynem, mianowicie rozcieńczonym szkłem wodnym, a z piaszczystego dna wyrastał groteskowy pejzażyk rozmaicie zabarwionych porostów, pomieszana wegetacja niebieskich, zielonych i brązowych latorośli, przypominających algi, grzyby, narosłe polipy, a także mchy, również muszle, kolbki nasienne, drzewka lub konary drzewek, tu i ówdzie zaś po prostu ludzkie członki – najosobliwsze rzeczy, jakie kiedykolwiek miałem przed oczami: osobliwe nie tyle ze względu na swój dziwaczny wprawdzie i zdumiewający wygląd, ile z powodu swej głęboko melancholijnej natury. Gdy bowiem ojciec Leverkühn pytał nas, co o tym sądzimy, a my odpowiadaliśmy nieśmiało, że to chyba rośliny. – Nie – odpowiadał – to nie są rośliny, one je tylko udają. Ale nie szanujcie ich mniej z tego powodu! Właśnie to, że tak czynią i z całych sił starają się o to, godne jest wszelakiego szacunku.

Okazało się, że owe porosty były całkowicie nieorganicznego pochodzenia, uformowały się za pomocą materiałów pochodzących z apteki „Pod Niebiańskimi Zwiastunami”. Piasek na dnie naczynia posypał Jonathan, przed napełnieniem go roztworem szkła wodnego, rozmaitymi kryształkami; były to, jeśli się nie mylę, kryształki chromokwaśnego potasu i siarczanu miedzi i z tego posiewu rozwinęła się, jako rezultat procesu fizycznego określanego mianem „ciśnienia osmotycznego”, ta pożałowania godna hodowla, dla której jej opiekun usiłował w większym jeszcze stopniu pozyskać naszą sympatię. Pokazał nam mianowicie, że te żałosne imitacje życia pożądają światła, są „heliotropiczne”, jak to nauka o życiu nazywa. Wystawił nam owo akwarium na światło słoneczne, osłoniwszy uprzednio trzy jego boki i, patrzcież, ku ścianie szklanego naczynia, przez którą wpadało światło, skłoniła się wkrótce cała ta podejrzana kolonia; grzyby, falliczne łodygi polipów, drzewka i źdźbła alg wraz z na wpół ukształtowanymi członkami ludzkimi, i to z tak tęsknym dążeniem do ciepła i radości, że dosłownie uczepiły się szyby i mocno do niej przywarły.

– A przecież są martwe – powiedział Jonathan i łzy napłynęły mu przy tym do oczu, podczas gdy Adrianem, jak widziałem, wstrząsnął hamowany śmiech.

Co się mnie tyczy, nie zdołam rozstrzygnąć, czy zjawiska takie powinny pobudzać do śmiechu, czy do płaczu. Jedno tylko powiadam: upiorne wybryki tego rodzaju są wyłącznie sprawą natury, zwłaszcza zuchwale przez człowieka kuszonej natury. W czcigodnym królestwie humaniorów jest się od takich strachów bezpiecznym.

IV

Ponieważ poprzedni odcinek i tak rozrósł się ponad miarę, dobrze zrobię, otwierając nowy, aby choćby w kilku słowach złożyć hołd również i portretowi gospodyni na Buchel, drogiej matce Adriana. Być może, iż wdzięczność, którą odczuwa się wobec własnego dzieciństwa, nadto zaś smakowite poczęstunki, jakimi nas podejmowała, obraz ten upiększają – twierdzę wszakże, że w życiu nie spotkałem bardziej pociągającej kobiety nad Elsbeth Leverkühn, a mówię o tej skromnej, niemającej pretensji intelektualnych osobie z szacunkiem, który wpaja mi przekonanie, że geniusz syna wiele zawdzięczał witalnej udatności jego matki.

Jeśli sprawiało mi radość przypatrywanie się pięknej, staroniemieckiej głowie jej męża – wzrok mój z nie mniejszą przyjemnością zatrzymywał się na jej tak na wskroś miłej, swoiście wyrazistej postaci o harmonijnych proporcjach. Urodzona w okolicach Apoldy, była tak ciemnowłosa, jak to się niekiedy zdarza w krajach niemieckich, mimo iż w konkretnym wypadku genealogia nie daje podstaw do przypisywania tego domieszce krwi romańskiej. Z uwagi na ciemną czerń jej włosów, jak i spokojnie a przyjaźnie spoglądające oczy można by było uważać ją za Włoszkę, gdyby nie przeczyła temu pewna germańska twardość rysów twarzy. Twarz ta stanowiła dość krótki owal, z raczej spiczasto ściągniętą brodą, niezbyt regularnym, z lekka wgniecionym, na końcu trochę zadartym nosem i ze spokojnymi, nie nadmiernie pełnymi, ale i nie nazbyt ostro zarysowanymi ustami. Zakrywające połowę uszu włosy, o których już mówiłem i które, podczas gdy dorastałem, z wolna się posrebrzały, ściągnięte były tak mocno, że lśniły jak lustro, a przedziałek nad czołem ukazywał białą skórę głowy. Mimo to – nie zawsze wprawdzie, a więc zapewne i nieumyślnie – nieco włosów zwisało luźno i nader wdzięcznie koło uszu. Warkocz, za naszych lat dziecinnych jeszcze gruby, był na chłopską modłę zwinięty w tyle głowy, a w dni świąteczne nieraz przepleciony barwnie haftowaną wstążką.

Odzieży miejskiej nie lubiła, podobnie jak i jej mąż, powierzchowność mieszczanki nie pasowała do niej, znakomicie natomiast strój wiejski, na wpół kostiumowy, w którym ją widywaliśmy: gruba samodziałowa, jak to u nas zwano, spódnica, do niej rodzaj lamowanego gorsetu z kwadratowym wycięciem, odsłaniającym jej nieco przykrótką szyję i górną część piersi, na których, bywało, zwisał niekiedy skromny złoty klejnocik. Opalone, nawykłe do pracy ręce, ani stwardniałe, ani nadmiernie wypielęgnowane, z obrączką na prawej, miały, rzec chciałbym, coś tak po ludzku prawego i rzetelnego, że przyglądaliśmy się im z przyjemnością, tak jak i zdecydowanie stąpającym, niedużym i nie nazbyt małym, zgrabnym nogom w wygodnych butach na niskim obcasie i w zielonych albo szarych wełnianych pończochach, opinających zgrabnie ukształtowane kostki. Wszystko to było przyjemne. Najładniejszy wszakże był jej głos o brzmieniu ciepłego mezzosopranu, w mowie zaś, przy z lekka turyńskim zabarwieniu głosek, wprost niezwykle powabny. Nie mówię „przymilny”, gdyż kryłby się w tym jakiś świadomy zamiar. Urok tego głosu wywodził się z wewnętrznej muzykalności, która zresztą pozostawała w ukryciu, gdyż Elsbeth nie troszczyła się o muzykę, niejako wcale się do niej nie przyznawała. Zdarzało się, iż mimochodem brała parę akordów na starej gitarze, stanowiącej ozdobę ściany saloniku, a nawet nuciła przy tym tę czy inną oderwaną zwrotkę jakiejś pieśni; lecz w pełnym tego słowa znaczeniu w śpiewanie się nie wdawała, choć gotów jestem się założyć, że miała znakomity materiał głosowy.

 

W każdym razie nigdy nie słyszałem milszej mowy, choć wszystko, co mówiła, było zawsze najprostsze i najbardziej rzeczowe; moim zaś zdaniem znaczy wiele, że to naturalne i z instynktownym smakiem urobione piękne brzmienie macierzyńskiego głosu od pierwszej chwili dochodziło uszu Adriana. Mnie osobiście pomaga to w zrozumieniu niewiarygodnego zmysłu dźwięku, przejawiającego się w jego dziełach, choć można by tu wysunąć zarzut, że brat jego, Georg, doświadczał tego samego przywileju, co wszakże nie miało wpływu na kształtowanie się jego życia. Był on zresztą podobniejszy do ojca, podczas gdy Adrian fizycznie wziął znacznie więcej po matce – a jednak i w tym przejawia się pewna sprzeczność, gdyż Adrian, nie Georg, odziedziczył po ojcu skłonność do migreny. Lecz całokształt postaci drogiego zmarłego, jak i wiele szczegółów: ciemna cera, wykrój oczu, zarys ust i brody, pochodziły od matki, co szczególnie było wyraźne, gdy chodził gładko ogolony, a więc zanim zapuścił bródkę w klin, która mocno jego twarz zmieniała, co zresztą nastąpiło dopiero w późniejszych latach. Czerń macierzyńskiej i lazur ojcowskiej tęczówki zmieszały się w jego oczach w przyćmioną błękitnoszarozieloną barwę, nakrapianą cętkami o metalicznym refleksie i z rdzawym otokiem wokół źrenic. Zawsze też byłem w głębi duszy przekonany, że owo przeciwieństwo między oczami rodziców i zmieszanie obu barw w jego własnych oczach stanowiło o chwiejności jego ideału estetycznego w tym względzie i przez całe życie nie pozwalało mu zdecydować, jakim oczom, czarnym czy niebieskim, daje pierwszeństwo u innych. Zawsze jednak urzekały go skrajności; smolisty połysk spośród rzęs albo promienny błękit.

Wpływ pani Elsbeth na czeladź w Buchel, nieliczną zresztą w spokojniejszych dla gospodarstwa porach roku, a zwiększaną jedynie w okresie żniw spośród okolicznego chłopstwa, był jak najlepszy i, jeśli to dobrze postrzegłem, autorytet jej wśród tych ludzi był nawet większy niż jej męża. Obraz niektórych majaczy jeszcze przede mną: na przykład postać koniucha Thomasa, tego właśnie, który zwykł był przyjeżdżać po nas na dworzec w Weissenfels i znów nas tam odwozić, jednookiego, niezwykle kościstego i wysokiego, przy tym jednak garbem u nasady karku obarczonego człowieka, który zresztą często obnosił na nim małego Adriana jak na koniu; było to, jak mnie później jeszcze niejednokrotnie mistrz zapewniał, nader praktyczne i wygodne siedzisko. Przypominam sobie nadto pewną dziewkę stajenną, imieniem Hanne, o trzęsących się piersiach i bosych, wiecznie ugnojonych nogach, z którą Adrian również zawiązał był w wieku chłopięcym ściślejszą przyjaźń ze względów, które później trzeba będzie jeszcze wyjaśnić. Była tam także zarządzająca gospodarką mleczarską wdowa w czepcu, pani Luder[1], której mina nacechowana niezwykłą godnością miała zapewne po części na celu protest przeciwko własnemu nazwisku, z drugiej jednak strony wiązała się z faktem, że osoba ta umiała wyrabiać wyśmienity ser z kminkiem. Ona to, pod nieobecność pani domu, podejmowała nas poczęstunkiem w oborze, w tym dobroczynnym miejscu, gdzie spod palców przycupniętej na stołeczku dójki spływało dla nas do szklanek ciepłe, pieniste i pożytecznym bydlątkiem pachnące mleko.

Nie gubiłbym się z pewnością w drobiazgowych wspomnieniach o tym dziecięcym wiejskim świecie wraz z otaczającą go prostą scenerią pól, lasów, wzgórz i jezior, gdyby nie to, że one właśnie stanowiły najwcześniejsze otoczenie Adriana, aż do dziesiątego roku jego życia, stanowiły jego dom rodzinny, krajobraz jego pierwszych dni, który tak często bywał wspólny dla nas obu. Był to czas, z którego wyrosło nasze „ty” i w którym on również musiał był mówić mi po imieniu – nie słyszę tego już teraz, lecz rzeczą nie do pomyślenia jest, żeby sześcio- czy ośmiolatek nie nazywał mnie „Serenus” lub po prostu „Seren”, tak jak ja jego „Adri”. Nie potrafię ustalić momentu – musiał to być już jednak początek naszych lat szkolnych – w którym przestał mnie tym darzyć i zaczął, jeśli w ogóle to czynił, zwracać się do mnie już tylko po nazwisku, podczas gdy mnie wydawałoby się czymś wręcz brutalnym i niemożliwym odpłacać mu tym samym. Tak było – i tylko tego brak, aby zaczęło wyglądać na to, że chcę się uskarżać. Godnym wzmianki jedynie zdawał mi się fakt, że ja zwałem go „Adrian”, on mnie natomiast, jeśli nie unikał tego w ogóle, nazywał „Zeitblom”. – Poniechajmy jednak tej osobliwości, do której się najzupełniej przyzwyczaiłem, i wróćmy do Buchel!

Przyjacielem jego, a także moim, był pies podwórzowy Suso[2] – właśnie tak dziwnie się wabił – nieco sparszywiały ogar, który, gdy mu przynoszono pożywienie, zwykł był śmiać się szeroko całą gębą, lecz dla obcych wcale nie był łagodny, wiódł zaś osobliwy żywot psa łańcuchowego, przywiązanego przez cały dzień do swej budy i misek, który jedynie cichą nocą swobodnie przemyka po podwórzu. Razem zaglądaliśmy w niechlujne skłębienie chlewu, a wspomnienia dawnych opowieści dziewek służebnych o tym, że te brudne stworzenia o chytrych, jasną rzęsą otoczonych niebieskich oczkach i ociężałych od słoniny tułowiach, barwą przypominających ludzkie ciała, pożerają niekiedy małe dzieci, zmuszały nasze gardła do naśladowania jakby spod ziemi wydobywającego się „chrum-chrum”, po czym oglądaliśmy miot różowych, drgających prosiąt u sutek maciory. Wspólnie bawiliśmy się pedantycznym życiem czeredy kur za drucianą siatką, upływającym przy akompaniamencie godnie umiarkowanych odgłosów, niekiedy tylko wyradzających się w histerię, oraz składaliśmy pełne rezerwy wizyty ulom stojącym za domem, obeznani już ze świdrującym, choć dającym się wytrzymać bólem, którego się doznawało, gdy jedna z tych niestrudzonych zbieraczek zabłąkała się na twój nos i poczuwała się do niemądrego wysiłku, żeby cię ukłuć.

Przypominam sobie porzeczki w sadzie, których szypułki przeciągaliśmy między wargami, liście szczawiu, których kosztowaliśmy na łące, pewne kwiaty, z których kielichów wysysaliśmy drobinę słodkiego nektaru, żołędzie, które żuliśmy, leżąc na wznak w lesie, purpurowe, słońcem przegrzane jeżyny, które zbieraliśmy z przydrożnych krzaków i których cierpki sok gasił nasze dziecięce pragnienie. Byliśmy dziećmi – a to spojrzenie wstecz rzucam nie z uwagi na własną wrażliwość, lecz ze względu na niego, myśląc o jego przeznaczeniu, o pisanym mu wstąpieniu z doliny niewinności na niegościnne, ba, straszliwe wyżyny. Było to życie artysty; a ponieważ mnie, prostemu człowiekowi, dane było oglądać je z tak bardzo bliska, wszystka czułość mojej duszy wobec życia i losu człowieczego skupiła się na tym jednym ludzkim przypadku. Życie to dzięki mojej przyjaźni z Adrianem wydawało mi się paradigma[3] wszelkiego kształtowania się losu, klasyczną podnietą do wzruszenia wobec wszystkiego, co nazywamy stawaniem się, rozwojem, powołaniem – i tym też może było w istocie. Artysta bowiem, mimo iż przez całe życie pozostaje bliższy, żeby nie rzec: wierniejszy swemu dzieciństwu niż człowiek wyspecjalizowany w realistycznym praktycyzmie; mimo iż, można by powiedzieć: w odróżnieniu od tamtego znajduje się on stale w owym igrającym i marzycielskim, a czysto ludzkim stanie dzieciństwa, to jednak droga jego od niepokalanych początków aż do późnych, nieprzeczuwanych stadiów stawania się jest nieskończenie dłuższa, pełniejsza przygód i dla obserwatora bardziej wstrząsająca niż droga przeciętnego mieszczanina, a myśl, że również i tamten był niegdyś dzieckiem, ani w połowie tak do łez nie pobudza.

Usilnie proszę zresztą czytelnika, aby to, co tu wyraziłem pod wpływem uczucia, wyłącznie na moje, kreślącego te słowa, zapisał konto i nie mniemał przypadkiem, że wypowiedziałem to po myśli Leverkühna. Jestem człowiekiem starej daty, przywiązanym do niektórych miłych mi romantycznych poglądów, do nich zaś należy również patetyczne przeciwstawianie artyzmu i mieszczaństwa[4]. Adrian sprzeciwiłby się chłodno takiej wypowiedzi – gdyby w ogóle osądził wartym zachodu zaprzeczanie jej. Miał on bowiem na temat sztuki i artyzmu skrajnie trzeźwe, ba, na zasadzie reakcji wręcz radykalne poglądy i taki wstręt czuł do owej „romantycznej paplaniny”, którą świat te sprawy przez pewien czas otaczał, że nawet niechętnie słuchał słów „sztuka” i „artysta”, co wyraźnie widać było z jego miny, gdy je przy nim wymawiano. Tak samo rzecz się miała ze słowem „natchnienie”, którego w jego obecności należało starannie unikać, a co najmniej zastępować słowem „pomysł”. Nienawidził tego słowa i drwił z niego – ja zaś nie mogę się powstrzymać od uniesienia ręki opartej na bibule rozłożonej pod moim manuskryptem i osłonięcia oczu teraz, gdy wspominam ową nienawiść i drwinę. Ach, wynikały one ze zbyt głębokiej udręki, aby być jedynie bezosobowym wynikiem intelektualnych przemian czasu. Oczywiście, epoka także tu swój wpływ wywarła i przypominam sobie, że już jako student powiedział był kiedyś do mnie, iż wiek dziewiętnasty musiał być niezwykle przyjemnym okresem, gdyż nigdy jeszcze ludzkości nie było tak gorzko zerwać z poglądami i nawykami poprzedniej epoki jak obecnie żyjącemu pokoleniu.

Wspomniałem już pobieżnie staw otoczony wierzbami, o dziesięć minut tylko odległy od domu w Buchel. Zwał się on Kuhmulde[5], zapewne dla swego podłużnego kształtu i dlatego, że krowy chętnie chodziły tu do wodopoju, miał zaś, nie wiem dlaczego, niebywale zimną wodę, tak że wolno nam było kąpać się w nim jedynie w godzinach popołudniowych, gdy słońce już długo nad nim stało. Co się tyczy wzgórza, to wiódł do niego – chętnie zresztą podejmowany – półgodzinny już spacer. Wzgórze to nosiło pochodzącą zapewne z bardzo dawnych czasów, lecz całkiem nieodpowiednią nazwę Zionsberg[6] i w okresie zimy, kiedy to zresztą rzadko na wsi przebywałem, nadawało się doskonale do saneczkowania. Latem natomiast, ze swym „szczytem” uwieńczonym cienistymi klonami i postawioną na koszt gminy ławeczką, stanowiło przewiewny i przestronny zakątek, gdzie często w niedzielne popołudnia wraz z rodziną Leverkühnów spędzałem przed kolacją miłe chwile.

Teraz jednak zmuszony jestem zanotować, co następuje. Sielsko-domowe ramy, w których Adrian później, jako dojrzały już człowiek, zawarł swe życie, mianowicie gdy obrał sobie na stałą kwaterę dom Schweigestillów[7] w Pfeiffering koło Waldshut w Górnej Bawarii, tworzyły najbardziej zdumiewające podobieństwo z okresem jego dzieciństwa i jakby jego powtórzenie, inaczej mówiąc: miejsce, gdzie przeżył swe ostatnie dni, było przedziwnym odbiciem otoczenia jego lat dziecinnych. Nie dość, że w okolicy Pfeiffering (czy Pfeffering, pisownia nie jest bowiem ostatecznie ustalona) było również wzgórze, ozdobione wzniesioną na koszt gminy ławeczką, zwane wprawdzie nie Zionsberg, lecz Rohmbühel; nie dość, że był również staw, tu nazywany Klammerweiher, i to mniej więcej w tej samej odległości od domu co Kuhmulde, i o równie zimnej wodzie. Nie, także i dom, gospodarstwo i stosunki rodzinne odpowiadały w uderzający sposób domostwu w Buchel. Na podwórzu rosło drzewo, też zawadzające nieco i także z uczuciowych względów zachowane – nie była to jednak lipa, tylko wiąz. Zgoda, że istniały charakterystyczne różnice między architekturą domu Schweigestillów a rodzinnym domem Adriana, dom Schweigestillów był bowiem dawnym budynkiem klasztornym o grubych murach, głębokich, sklepionych niszach okiennych i nieco pleśnią zalatujących korytarzach. Lecz aromat machorki z fajki gospodarza przesycał tu jak i tam atmosferę dolnych pomieszczeń, gospodarz zaś i jego żona, pani Schweigestill, byli „rodzicami”, co znaczy: on spokojnym i rozważnym rolnikiem, raczej małomównym, o długiej twarzy, ona zaś już także posuniętą w latach, nieco otyłą, lecz proporcjonalnie zbudowaną, żywą i energiczną kobietą o gładko zaczesanych włosach i zgrabnie ukształtowanych rękach i nogach – mieli zresztą dorosłego już syna spadkobiercę imieniem Gereon (nie Georg), młodzieńca bardzo postępowego w sprawach gospodarstwa i bardzo interesującego się nowymi maszynami, oraz później urodzoną córkę, Klementynę. Pies podwórzowy w Pfeiffering również umiał się śmiać, mimo iż nie nazywał się Suso, tylko Kaschperl[8], a przynajmniej pierwotnie tak się był nazywał. O tym właśnie, co było „pierwotnie”, miał lokator owej zagrody swe własne zdanie, ja zaś byłem świadkiem, jak pod jego wpływem imię Kaschperl stało się stopniowo jedynie wspomnieniem i pies sam w końcu chętniej słuchał na zawołanie Suso. Drugiego syna nie było, co jednak raczej jeszcze podkreślało, niż osłabiało analogię; kimże bowiem być mógłby ów drugi syn?

Z Adrianem nigdy nie rozmawiałem o całym tym uderzającym paralelizmie; nie robiłem tego przedtem i dlatego nie chciałem czynić tego później; lecz fenomen ten nigdy mi się nie podobał. Wybór takiego właśnie mieszkania, odtwarzającego przeszłość, owa ucieczka w dawno przebrzmiałe przeżycia, w dzieciństwo lub przynajmniej w jego zewnętrzną oprawę, może świadczyć o przywiązaniu, lecz rzuca również posępne światło na stan ludzkiej duszy. W wypadku Leverkühna było to tym dziwniejsze, że, jak zauważyłem, jego stosunek do rodzinnego domu nigdy nie był szczególnie serdeczny ani przepojony uczuciem i że oderwał się on od niego już wcześnie, bez widocznego żalu. Czyżby ów sztuczny „powrót” był więc tylko zwykłą igraszką? Nie mogę w to uwierzyć. Cała ta sprawa przypomina mi raczej jednego z moich znajomych, o wyglądzie barczystego brodacza, który jednak był tak przewrażliwiony, że gdy zachorował – a skłonny był do chorób – pozwalał się leczyć jedynie specjaliście od chorób dziecięcych. W dodatku doktor, któremu powierzał swoje zdrowie, był tak małego wzrostu, iż leczenie dorosłych dosłownie mu nie przystawało, tak że mógł był zostać jedynie lekarzem dziecięcym.

 

Wydaje mi się słusznym samemu stwierdzić, że anegdota o owym znajomym i lekarzu chorób dziecięcych stanowi tu pewną dygresję, gdyż ani jeden, ani drugi nie pojawiają się już w tych notatkach. Jeśli to jest błąd z mojej strony i jeśli błędem było już niewątpliwie, że ulegając skłonności do antycypacji, już tu zacząłem był mówić o Pfeiffering i Schweigestillach, proszę czytelnika, aby niewłaściwość tę przypisał podnieceniu, które od samego początku podjęcia przeze mnie tej biografii – i to nie tylko podczas godzin pisania – mnie opanowuje. Od szeregu dni pracuję już przecież nad tymi kartkami, lecz fakt, iż usiłuję zachować moje zdania w równowadze, a myślom dać właściwy wyraz, niech nie zwodzi czytelnika, znajduję się bowiem w stanie ciągłego podniecenia, które przejawia się nawet w drżeniu mego zazwyczaj całkiem jeszcze pewnego pisma. Wierzę zresztą, że ci, którzy mnie czytają, zdołają nie tylko z czasem pojąć ów wstrząs duchowy, lecz że im samym nie na długo obcym pozostanie.

Zapomniałem nadmienić, że w obejściu Schweigestillów, późniejszym miejscu zamieszkania Adriana, była również, co z pewnością nikogo nie zdziwi, dziewka stajenna o rozłożystych piersiach i wiecznie ugnojonych nogach, tak podobna do owej Hanne z Buchel, jak tylko jedna dziewka do drugiej podobna być może, a która w tym powtórzeniu zwała się Waltpurgis[9]. Nie o niej tu mówię, lecz o jej pierwowzorze Hanne, z którą mały Adrian zaprzyjaźnił się był dlatego, że lubiła śpiewać i urządzała z nami małe ćwiczenia wokalne. Rzecz co najmniej osobliwa: temu, czego przez niejaką wstydliwość odmawiała sobie pięknogłosa Elsbeth Leverkühn, oddawało się swobodnie to stworzenie pachnące oborą, śpiewając nam wieczorami na ławeczce pod lipą wrzaskliwym wprawdzie głosem, lecz bynajmniej nie fałszywie, przeróżne ludowe, żołnierskie, a także uliczne śpiewki, przeważnie ociekające sentymentem lub okrucieństwem, których melodie i słowa przyswoiliśmy sobie wkrótce. Gdy śpiewaliśmy je wraz z nią, brała tercję, z której niekiedy przeskakiwała w dolną kwintę albo sekstę[10], pozostawiając nam pierwszy głos, podczas gdy sama nader ostentacyjnie i donośnie śpiewała drugim. Miała przy tym zwyczaj, zapewne aby nas zachęcić do godnej oceny tej harmonicznej uciechy, rozciągać twarz w szerokim uśmiechu, całkiem jak Suso, kiedy mu przynoszono żarcie.

Mówiąc „my”, mam na myśli Adriana, siebie i Georga, który miał już lat trzynaście, podczas gdy brat jego i ja mieliśmy zaledwie osiem i dziesięć. Siostrzyczka ich, Urszula, zawsze była za mała, by brać udział w tych ćwiczeniach, lecz i spośród pozostałych czterech śpiewaków jeden był w pewnym sensie zbędny przy tym rodzaju wokalnych występów, do jakiego Hanne z obory potrafiła wznieść nasze gromadne rozśpiewanie. Uczyła nas ona bowiem kanonów – najbardziej dziecięcych oczywiście: Jak to miło wieczór bywa, Dźwięczą pieśni oraz innego jeszcze, o kukułce i ośle. Owe chwile o zmierzchu, gdy się tym zabawialiśmy, stały się dlatego tak ważkim wspomnieniem – lub raczej wspomnienie o nich nabrało później tak wielkiej wagi – że one to właśnie, o ile mogę tu być wystarczającym świadkiem, po raz pierwszy zetknęły mego przyjaciela z „muzyką” artystycznie nieco bardziej zorganizowaną niż zwyczajne wyśpiewywanie piosenek unisono. Były to jakieś splecenia w czasie, jakieś imitujące wejścia, o których Hanne przypominała, w odpowiedniej chwili sójką w bok, gdy śpiew już się rozpoczął, melodia zaś już się do pewnego punktu rozwinęła, lecz bynajmniej jeszcze nie kończyła. Było to różnorodne rozmieszczanie poszczególnych części melodii, skutkiem którego jednak wcale nie powstawało zamieszanie, lecz gdzie kolejne odśpiewanie pierwszej frazy przez drugiego śpiewaka, punkt po punkcie, w bardzo miły sposób łączyło się z dalszym ciągiem, wykonywanym przez śpiewaka pierwszego. Skoro jednak ów pierwszy, na czele podążający, dotarł już – załóżmy, że chodzi o piosenkę Jak to miło wieczór bywa – aż do powtarzanego „do snu wzywa” i zaczynał owo ilustrujące „bim-bam-bum”, wówczas tworzyło ono basowy wtór nie tylko do „kiedy dzwonek”, przy którym właśnie drugi śpiewak się znajdował, lecz także do początkowego „Jak to miło”, z którym, dzięki nowemu kuksańcowi, trzeci śpiewak wkraczał w ów czas muzyczny, aby z kolei, gdy osiągnął był już drugie stadium melodii, zostać zastąpiony przez pierwszego śpiewaka, zaczynającego rzecz całą na nowo i odstępującego drugiemu owo fundamentalne, barwne a dźwięczne „bim-bam-bum” – i tak dalej. Partia czwartego spośród nas dublowała z konieczności głos jednego z pozostałych, lecz starał się on urozmaicać tę dwoistość, mrucząc w oktawie; lub też zaczynał jeszcze przed pierwszym śpiewakiem i poniekąd przedwcześnie owo tworzące podstawę harmoniczną dzwonienie i uprawiał je aż do końca, bądź też nucił niezmordowanie „la-la-la”, obrysowując uprzednie stadia melodii, przez cały czas trwania piosenki.

Tak oto byliśmy w czasie zawsze rozdzieleni, choć przecie melodyczna obecność każdego z nas mile wiązała się z obecnością innych, to zaś, co wykonywaliśmy, tworzyło wdzięczną tkaninę, dźwięczną całość, jaką „równoczesny” śpiew nigdy nie był, wielogłosową strukturę, której harmonią cieszyliśmy się, nie dochodząc jej natury ani przyczyny. Ośmio- czy dziewięcioletni Adrian zapewne również się nad tym nie zastanawiał. Czy też może ów krótki, raczej drwiący niż zdumiony śmiech, którym wybuchał, gdy ostatnie „bim-bam” przebrzmiało już w wieczornym powietrzu, a który potem tak dobrze znałem – czyżby ów śmiech znaczył, że Adrian przejrzał na wskroś chwyt owej piosenki, polegający po prostu na tym, że początek melodii tworzy drugi głos dalszego ciągu, a trzecia część może służyć im obu jako bas? Żaden z nas nie zdawał sobie sprawy, że tak oto, pod kierunkiem prostej dziewczyny, zawędrowaliśmy na stosunkowo wysoki stopień kultury muzycznej, w dziedzinę imitatorskiej polifonii[11], którą odkryć musiał wiek piętnasty, aby nam dostarczyć tej przyjemności. Gdy jednak przypomnę sobie śmiech Adriana, stwierdzam dziś, że miał on w sobie coś z wiedzy i szyderczego wtajemniczenia. Śmiech ten pozostał mu na zawsze i później często go słyszałem, gdy u boku Adriana siadywałem na koncertach lub w teatrze i uderzał go jakiś trick artystyczny, jakieś pomysłowe, uwagi tłumu uchodzące zjawisko w wewnętrznej strukturze muzycznej, jakaś cienka, intelektualna aluzja w dialogu dramatu. Podówczas śmiech ten wcale jeszcze nie odpowiadał jego wiekowi, był już jednak zupełnie ten sam co później u dorosłego. Składało się na niego lekkie wytchnienie powietrza przez nos i usta przy jednoczesnym odrzuceniu głowy w tył, krótko, chłodno, ba, wzgardliwie lub najwyżej jakby chciał powiedzieć: „Dobre to, dowcipne, interesujące, zabawne!”. – Lecz oczy jego nabierały wówczas dziwnie uważnego wyrazu, szukając czegoś w dali, a ich metalicznie cętkowana mroczność osnuwała się głębszym jeszcze cieniem.