Przestańmy być grzeczni, bądźmy sobąTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Przed­mowa

2  Wstęp

3  Roz­dział 1. Dla­czego jeste­śmy ode­rwani od sie­bie, od swo­ich uczuć lub potrzeb

4  Roz­dział 2. Jak uświa­do­mić sobie, co czu­jemy naprawdę

5  Roz­dział 3. Jak uświa­do­mić sobie, co inni czują naprawdę

6  Roz­dział 4. Spo­tka­nie

7  Roz­dział 5. Bez­pie­czeń­stwo emo­cjo­nalne i sens – dwa klu­cze do poro­zu­mie­nia

8  Roz­dział 6. Mówić sobie wza­jem­nie o swo­ich potrze­bach i dzie­lić się war­to­ściami

9  Roz­dział 7. Metoda

10  Epi­log. Pie­lę­gno­wa­nie pokoju

11  Listy potrzeb i uczuć

12  Biblio­gra­fia

13  Cen­trum Poro­zu­mie­nia bez Prze­mocy

14  Podzię­ko­wa­nia

15  Przy­pisy

Tytuł ory­gi­nału: Ces­sez d’être gen­til, soyez vrai !

Prze­kład: Łukasz Musiał

Redak­cja: Marta Stę­plew­ska, Anna Stro­żek

Korekta: Maria Zalasa

Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Joanna Wasi­lew­ska/KATA­KA­NA­STA

Copy­ri­ght © 2001, Éditions de L’Homme, divi­sion of Gro­upe Sogi­des inc. (Montréal, Québec, Canada)

Copy­ri­ght for the Polish edi­tion and trans­la­tion © 2021, JK Wydaw­nic­two Sp. z o. o. sp. k.

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Żadna część tej publi­ka­cji nie może być powie­lana ani roz­po­wszech­niana za pomocą urzą­dzeń elek­tro­nicz­nych, mecha­nicz­nych, kopiu­ją­cych, nagry­wa­ją­cych i innych bez uprzed­niego wyra­że­nia zgody przez wła­ści­ciela praw.

ISBN 978-83-8225-066-4

Wyda­nie I, Łódź 2021

JK Wydaw­nic­two sp. z o.o. sp. k.

ul. Kro­ku­sowa 3, 92-101 Łódź

tel. 42 676 49 69

www.wydaw­nic­two­fe­eria.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer firmy Eli­bri

Dla Valérie

i naszych dzieci: Camille, Anny i Julie

z wyra­zami miło­ści i sza­cunku.

Prze­la­tuję z żerdki na żerdkę

w male­ją­cej klatce,

któ­rej drzwiczki są otwarte, sze­roko otwarte.

Gyula Illyes (poeta węgier­ski, 1902–1983)

Moja histo­ria zaczyna się w dniu, w któ­rym posta­no­wi­łem prze­stać żyć tak, jak­bym wcho­dził po rucho­mych scho­dach suną­cych w dół.

Pas­cal de Duve (poeta bel­gij­ski, 1964–1993)

Przed­mowa

Przed­mowa


Prze­stać być grzecz­nym, by stać się sobą

Wyra­żajmy swoją prawdę z sza­cun­kiem dla innych oraz dla tego, kim jeste­śmy – zachęca w swo­jej książce Tho­mas d’Ansem­bo­urg. I zapra­sza, by dogłęb­nie przyj­rzeć się temu, jak poro­zu­mie­wamy się ze sobą i z innymi ludźmi. Dowiemy się zatem, jak prze­pro­gra­mo­wać nasz spo­sób wyra­ża­nia sie­bie, nasz tryb wypo­wia­da­nia sie­bie, tak by odna­leźć radość prze­by­wa­nia w bli­sko­ści ze sobą oraz z innymi, i by otwar­cie na dru­giego czło­wieka dawało nam poczu­cie szczę­ścia. Prze­ko­namy się także, że wszy­scy mamy moż­li­wość wyj­ścia z kom­for­to­wej strefy nie­świa­do­mo­ści i wkro­cze­nia do świata ofe­ru­ją­cego swo­bodę i wol­ność wyboru.

Pro­jekt piękny i ambitny! – warto dodać. Metoda pro­po­no­wana przez Tho­masa d’Ansem­bo­urga, choć zdaje się nie doty­kać sedna spraw lub zale­d­wie prze­my­kać po ich powierzchni, czyli tym, co komu­ni­ku­jemy na zewnątrz sie­bie, w rze­czy­wi­sto­ści wnika w struk­turę psy­cho­lo­giczną każ­dego z nas. Przed­się­wzię­cie wyma­ga­jące, gdyż aby jasno nazwać to, co prze­ży­wamy w swoim wnę­trzu, trzeba naj­pierw pozbyć się spo­rego bagażu nie­uświa­do­mio­nych uwa­run­ko­wań. Przed­się­wzię­cie rewo­lu­cyjne, gdyż po dro­dze odkry­jemy, że dąże­nie do szcze­rego wypo­wia­da­nia sie­bie każe nam odsła­niać czułe punkty i wysta­wia na próbę naszą dumę. Pro­jekt zaska­ku­jący, gdyż obnaża naszą skłon­ność do pozo­sta­wia­nia rze­czy takimi, jakie są, z obawy, że prze­szko­dzimy innym, ale także dla­tego, że inni mogliby prze­szko­dzić nam – gdy­by­śmy zechcieli roz­ma­wiać naprawdę. Pro­jekt pro­wo­ka­cyjny i sty­mu­lu­jący, gdyż zachęca każ­dego do pracy nad tym, by zmie­nić sie­bie, zamiast cze­kać, aż zmie­nią się inni.

Poten­cjał poro­zu­mie­nia bez prze­mocy obja­wił mi się w peł­nej kra­sie na pustyni. Jean-Marie Dela­croix i ja zabra­li­śmy na wyprawę po Saha­rze grupę dwu­dzie­stu czte­rech męż­czyzn w ramach warsz­ta­tów La flamme intérieure (Wewnętrzny ogień). Ule­gł­szy suge­stiom Tho­masa d’Ansem­bo­urga, zgo­dzi­łem się na udział chło­pa­ków i kilku doro­słych ani­ma­to­rów ze sto­wa­rzy­sze­nia Flics et Voy­ous. Mieli oni zapew­nić wspar­cie tech­niczne pod­czas tej eks­pe­dy­cji. Misją sto­wa­rzy­sze­nia było poma­ga­nie mło­dzieży z pro­ble­mami; dowie­dzia­łem się o nim kilka lat wcze­śniej, gdy Pierre-Ber­nard Velge, zało­ży­ciel Flics et Voy­ous, i Tho­mas d’Ansem­bo­urg, jego prawa ręka, zapro­sili mnie jako psy­cho­loga na podobną wyprawę po Saha­rze z ich pod­opiecz­nymi. Zre­wan­żo­wa­łem się więc, włą­cza­jąc ich grupę do naszej eks­pe­dy­cji. Spodo­bał mi się kon­cept przy­gody jako spo­sobu na rein­te­gra­cję spo­łeczną.

Pomysł wyda­wał się dobry, jed­nak zwąt­pi­łem, gdy w gru­pie tech­nicz­nej jeden z nasto­lat­ków zaczął gro­zić opie­ku­nowi nożem. Zło wykieł­ko­wało nawet tu, dzie­siątki kilo­me­trów od naj­bliż­szej cywi­li­za­cji. Abso­lut­nie nie godzi­łem się na to, by wysta­wiać na nie­bez­pie­czeń­stwo moją grupę, mia­łem więc w gło­wie tylko jedną myśl: jak naj­szyb­ciej ode­słać wichrzy­cieli do domu. W rze­czy­wi­sto­ści był to pro­sty spo­sób, żeby pozbyć się pro­blemu.

O swo­ich zamia­rach powie­dzia­łem Tho­ma­sowi. Nie sprze­ci­wił się, popro­sił jed­nak, bym dał mu kilka godzin. Na wydmie, nieco z dala od obo­zo­wi­ska, roz­po­częły się dłu­gie per­trak­ta­cje. Ku mojemu wiel­kiemu zdzi­wie­niu dys­ku­sja dopro­wa­dziła do zawar­cia ugody w gru­pie tech­nicz­nej. Odtąd do końca podróży nie było żad­nego incy­dentu, który zakłó­ciłby jej prze­bieg. Podzi­wia­jąc cier­pli­wość Tho­masa, prze­ko­na­łem się jed­no­cze­śnie o war­to­ści zasto­so­wa­nego przez niego bez­prze­mo­co­wego spo­sobu komu­ni­ka­cji.

Od tego czasu Tho­mas d’Ansem­bo­urg bywa regu­lar­nym gościem na orga­ni­zo­wa­nych przeze mnie warsz­ta­tach jako doradca i współ­pro­wa­dzący. W ramach dzia­łań sto­wa­rzy­sze­nia Coeur.com czę­sto pro­szę go o pomoc w kry­zy­so­wych sytu­acjach. Ukoń­czy­łem pro­wa­dzony przez niego kurs wpro­wa­dza­jący do poro­zu­mie­nia bez prze­mocy, a pod­sta­wowe zało­że­nia tej dys­cy­pliny wykła­dam na swo­ich semi­na­riach.

Dla­czego? Ponie­waż zda­łem sobie sprawę, że w kwe­stii komu­ni­ka­cji więk­szość z nas, ze mną na czele, wciąż znaj­duje się na eta­pie nie­po­rad­nego beł­kotu. Przy­wy­kli­śmy do oce­nia­nia i osą­dza­nia innych, do przy­pi­na­nia im łatek, choć sami nie mamy na tyle śmia­ło­ści, by odsło­nić przed nimi wła­sne uczu­cia i wypo­wie­dzieć sie­bie. W rze­czy samej, kto spo­śród nas mógłby pochwa­lić się, że przed sfor­mu­ło­wa­niem oceny doko­nuje prze­glądu swo­ich odczuć? Kto pra­cuje nad tym, by roz­po­zna­wać i nazy­wać tłu­mione potrzeby, które masku­jemy wypo­wia­da­nymi sło­wami? Kto stara się for­mu­ło­wać wobec oto­cze­nia reali­styczne i nego­cjo­walne prośby?

W mojej opi­nii ten model komu­ni­ka­cji, oparty wła­śnie na reali­stycz­nych i nego­cjo­wal­nych proś­bach, zasłu­guje na uwagę przede wszyst­kim dla­tego, że jest kom­ple­men­tarny wzglę­dem roz­wią­zań pro­po­no­wa­nych w innych meto­dach, głów­nie Jacques’a Salomégo i Tho­masa Gor­dona. Wszyst­kie słusz­nie pod­kre­ślają koniecz­ność zdo­by­cia umie­jęt­no­ści wypo­wia­da­nia się w imie­niu wła­snego „ja” w opar­ciu o indy­wi­du­alne doświad­cze­nia oraz przy­zna­nia, że odczu­wa­nie wła­snych potrzeb jest cał­ko­wi­cie upraw­nione. To upraw­nie­nie ma jed­nak swoje gra­nice. Nie może wykra­czać poza komu­ni­ko­wa­nie innym nego­cjo­wal­nych próśb, w prze­ciw­nym razie ist­nieje ryzyko zamknię­cia się w bańce ego­ty­zmu. Bo o ile nasze potrzeby są słuszne jako takie, o tyle nie wszyst­kie mogą zostać zaspo­ko­jone. Należy szu­kać kom­pro­mi­sów akcep­to­wal­nych dla wszyst­kich stron. To tutaj, w moim odczu­ciu, tkwi cała siła poro­zu­mie­nia bez prze­mocy.

W poli­tyce taka tech­nika zdzia­ła­łaby cuda. Powinno zresztą nauczać się tej metody już w szkole pod­sta­wo­wej, tak żeby unie­moż­li­wić uczniom nie­pra­wi­dłowe kształ­to­wa­nie poprzez odcię­cie się od wła­snego „ja” i wła­ści­wego im spo­sobu eks­pre­sji. Par excel­lence spraw­dza się ona rów­nież w związ­kach, gdzie napię­cia mię­dzy part­ne­rami bywają dotkliwe i ura­stają do nie­bez­piecz­nych roz­mia­rów. Poro­zu­mie­nie bez prze­mocy wydaje mi się czymś w rodzaju przed­sionka psy­cho­lo­gii, a zara­zem tym, co pozwala prze­ło­żyć teo­re­tyczną wie­dzę o psy­chice czło­wieka w świe­tle sto­ją­cych przed nim wyzwań na kon­kretne dzia­ła­nia w naszym codzien­nym życiu.

 

To prawda, że o ile gene­ral­nie łatwo jest przy­swoić sobie zasady dowol­nej metody komu­ni­ka­cji, o tyle zasto­so­wa­nie prak­tyczne nastrę­cza trud­no­ści. W tym sen­sie niniej­szy porad­nik będzie punk­tem odnie­sie­nia. Uka­zuje bowiem cały talent i otwar­tość umy­słu autora, który odma­lo­wuje nam świat uczuć i potrzeb w spo­sób będący wypad­kową dwóch cech, jakie stały się jego atu­tem pod­czas dłu­giej kariery praw­ni­czej: dokład­no­ści ana­li­tycz­nej i nama­cal­nej sku­tecz­no­ści.

Spo­śród ludzi, któ­rzy potra­fią śmiało wypo­wia­dać sie­bie, Tho­mas d’Ansem­bo­urg jest tym, któ­remu przy­cho­dzi to z naj­więk­szą zręcz­no­ścią. Ten poeta komu­ni­ka­cji i eks­plo­ra­tor wewnętrz­nych i zewnętrz­nych pustyń zro­zu­miał, że aby osią­gnąć realne poro­zu­mie­nie z innymi, należy zre­zy­gno­wać z rela­cji opar­tych na sto­sunku sił i posta­wić na szali swoją wła­sną prawdę. Widzia­łem, jak się zmie­niał, jak w ciągu kilku lat prze­ista­czał się z grzecz­nego, boją­cego się zaan­ga­żo­wa­nia chłopca w kocha­ją­cego męża i odda­nego ojca. Widzia­łem, jak stop­niowo porzu­cał obo­wiązki adwo­kata i kon­sul­tanta finan­so­wego po to, by pozo­stać wier­nym sobie i pomóc tym, któ­rzy chcie­liby podą­żyć tą samą ścieżką. Z rado­ścią widzę, jak wraz z tą książką – napi­saną, by powie­dzieć nam, że nie ma zaży­ło­ści z innymi bez zaży­ło­ści ze sobą, tak jak nie ma zaży­ło­ści ze sobą bez zaży­ło­ści z innymi – roz­wi­nął cały swój poten­cjał. Z wraż­li­wo­ścią i ele­gan­cją Małego Księ­cia Saint-Exupéry’ego Tho­mas d’Ansem­bo­urg przy­po­mina nam, że możemy wyjść na spo­tka­nie dru­giego czło­wieka, nie prze­sta­jąc być sobą.

Guy Cor­neau

Wstęp

Wstęp

I żad­nej nadziei, żebym sam wyszedł z samot­no­ści. Kamień nie ma żad­nej nadziei bycia czymś innym niż kamie­niem. Ale współ­dzia­ła­jąc z innymi kamie­niami, two­rzy całość i staje się świą­ty­nią.

Anto­ine de Saint-Exupéry, Twier­dza

(tłum. A. Olędzka-Fry­be­sowa)

Byłem grzecz­nie sfru­stro­wa­nym i uprzej­mie zbla­zo­wa­nym adwo­ka­tem. Dzi­siaj z zapa­łem udzie­lam się na kon­fe­ren­cjach, semi­na­riach oraz jako tera­peuta. Byłem zatwar­dzia­łym kawa­le­rem, spa­ra­li­żo­wa­nym na myśl o zaan­ga­żo­wa­niu w zwią­zek i kom­pen­su­ją­cym samot­ność nadak­tyw­no­ścią. Dzi­siaj jestem speł­nio­nym mężem i ojcem. Żyłem w głę­boko ukry­tym, lecz nie­usta­ją­cym smutku. Dzi­siaj wypeł­niają mnie wiara i szczę­ście.

Co się wyda­rzyło?

Uświa­do­mi­łem sobie, że igno­ru­jąc wła­sne potrzeby, od lat uży­wa­łem wobec sie­bie prze­mocy, a odpo­wie­dzial­no­ścią za nią ocho­czo obar­cza­łem innych. Zaak­cep­to­wa­łem fakt, że mam potrzeby, że mogę ich słu­chać, roz­róż­niać je i sze­re­go­wać wedle prio­ry­te­tów, że mogę trosz­czyć się o sie­bie, zamiast uża­lać się, że nikt się mną nie zaj­muje. Całą ener­gię, którą wcze­śniej trwo­ni­łem na bia­do­le­nie, nie­zgodę i defe­tyzm, zaczą­łem powo­lutku łączyć w jeden stru­mień, który prze­kie­run­ko­wa­łem na prze­mianę wewnętrzną, kre­atyw­ność i rela­cje. Poją­łem rów­nież oraz zaak­cep­to­wa­łem fakt, że inni także mają swoje potrzeby i że nie­ko­niecz­nie jestem jedyną osobą, która będzie potra­fiła – i mogła – je zaspo­koić.

Zało­że­nia poro­zu­mie­nia bez prze­mocy były dla mnie – i wciąż pozo­stają – czy­tel­nym i wia­ry­god­nym dro­go­wska­zem na dro­dze pro­wa­dzą­cej do zmian. Chciał­bym, żeby w spo­sób rów­nie czy­telny i wia­ry­godny pomo­gły czy­tel­ni­kowi odna­leźć się we wła­snych rela­cjach, począw­szy od tej, którą utrzy­muje ze sobą.

Tą książką chciał­bym więc zilu­stro­wać tech­nikę, którą Mar­shall B. Rosen­berg1 opra­co­wał na pod­sta­wie i w duchu prac Carla Rogersa. Ci, któ­rzy znają spu­ści­znę Tho­masa Gor­dona, z pew­no­ścią roz­po­znają kilka pojęć zapo­ży­czo­nych rów­nież stam­tąd. Tym samym daję wyraz prze­ko­na­niu, że jeśli każdy z nas zgo­dziłby się przyj­rzeć prze­mocy – tej, któ­rej czę­sto nie­świa­do­mie i bar­dzo sub­tel­nie używa wobec sie­bie oraz innych (nie­jed­no­krot­nie zresztą w jak naj­lep­szych inten­cjach) – i posta­rał się zro­zu­mieć napę­dza­jące ją mecha­ni­zmy, stwo­rzyłby sobie oka­zję, by owe mecha­ni­zmy zablo­ko­wać i roz­broić. Każdy miałby wów­czas swój wkład w budo­wa­nie satys­fak­cjo­nu­ją­cych rela­cji mię­dzy ludźmi jed­no­cze­śnie bar­dziej wol­nymi i świa­do­mymi wła­snej odpo­wie­dzial­no­ści za sie­bie.

Mar­shall B. Rosen­berg nazywa swój spo­sób komu­ni­ko­wa­nia się poro­zu­mie­niem bez prze­mocy. Ja sam mówię o komu­ni­ka­cji świa­do­mej i bez­prze­mo­co­wej. Prze­moc jest bowiem skut­kiem naszego braku świa­do­mo­ści. Gdy­by­śmy byli bar­dziej świa­domi tego, co fak­tycz­nie prze­ży­wamy w swoim wnę­trzu, łatwiej byłoby nam oka­zy­wać siłę bez koniecz­no­ści ucie­ka­nia się do wza­jem­nej agre­sji. Moim zda­niem prze­moc poja­wia się w chwili, gdy zaczy­namy uży­wać siły nie po to, by two­rzyć, sty­mu­lo­wać czy chro­nić, lecz by wywie­rać przy­mus – wobec sie­bie lub wobec dru­giego czło­wieka. Owa siła może być natury emo­cjo­nal­nej, psy­chicz­nej, moral­nej, hie­rar­chicz­nej czy insty­tu­cjo­nal­nej. W tym sen­sie prze­moc sub­telna, ubrana w białe ręka­wiczki, w szcze­gól­no­ści prze­moc emo­cjo­nalna, zda­rza się o wiele czę­ściej niż agre­sja wyra­ża­jąca się w ręko­czy­nach, prze­stęp­stwach, obe­lgach, i jest tym groź­niej­sza, iż pozo­staje nie­na­zwana.

Dzieje się tak dla­tego, że wkrada się ona pod­stęp­nie mię­dzy słowa, któ­rych uży­wamy nie­win­nie każ­dego dnia. Nasz powsze­dni język jest jej nośni­kiem. Słowa są prze­cież wehi­ku­łem dla naszych myśli i jaźni. Sta­jemy więc tutaj przed wybo­rem, czy nasze myśli i świa­do­mość ubie­rać w słowa, które dzielą, prze­ciw­sta­wiają, skłó­cają, porów­nują, kate­go­ry­zują lub karzą, czy w słowa, które jed­no­czą, wycho­dzą naprze­ciw, godzą i sty­mu­lują. Pra­cu­jąc zatem nad naszą świa­do­mo­ścią i języ­kiem, możemy wyple­nić z nich to, co zakłóca komu­ni­ka­cję i rodzi codzienną prze­moc.

Zasady poro­zu­mie­nia bez prze­mocy nie są więc nowe. Od wie­ków sta­no­wią część mądro­ści tego świata – mądro­ści rzadko sto­so­wa­nej, być może dla­tego, że ucho­dzą­cej za mało prak­tyczną. To, co wydaje mi się odkryw­cze i czego wymiar prak­tyczny mam oka­zję testo­wać każ­dego dnia, to pro­po­no­wany przez Mar­shalla B. Rosen­berga porzą­dek.

Z jed­nej strony, w war­stwie języ­ko­wej, mamy porzą­dek zesta­wia­jący dwa znane nam poję­cia: poro­zu­mie­nie i bez­prze­mo­co­wość. Jak­kol­wiek atrak­cyjne, oby­dwa te ter­miny, wraz z opi­sy­wa­nymi przez nie war­to­ściami, czę­sto budzą w nas poczu­cie nie­mocy: czy zawsze ist­nieje moż­li­wość bez­prze­mo­co­wej komu­ni­ka­cji? W jaki spo­sób, pod­czas roz­mowy, skon­kre­ty­zo­wać, urze­czy­wist­nić i usku­tecz­nić owe war­to­ści, z któ­rymi każdy w duchu się zga­dza: sza­cu­nek, wol­ność, wza­jemną życz­li­wość, odpo­wie­dzial­ność?

Z dru­giej strony, w war­stwie men­tal­nej, mamy porzą­dek poszcze­gól­nych ele­men­tów i celów komu­ni­ka­cji. To czte­ro­eta­powy pro­ces, który ma nam uświa­do­mić, że zawsze reagu­jemy na coś, na jakąś sytu­ację, co do któ­rej mamy swoje spo­strze­że­nia (ele­ment 1), że owe spo­strze­że­nia zawsze wzbu­dzają w nas uczu­cia (ele­ment 2), że za owymi uczu­ciami kryją się potrzeby (ele­ment 3), a te z kolei skła­niają nas do sfor­mu­ło­wa­nia prośby (ele­ment 4). Metoda ta opiera się na zało­że­niu, że czu­jemy się lepiej, gdy jasno widzimy to, na co reagu­jemy, gdy dokład­nie rozu­miemy zarówno nasze uczu­cia, jak i potrzeby, i gdy udaje nam się for­mu­ło­wa­nie nego­cjo­wal­nych próśb bez obawy o to, jak zare­aguje druga osoba – bez względu na to, jaka to będzie reak­cja. Metoda ta opiera się rów­nież na zało­że­niu, że czu­jemy się lepiej, gdy jasno widzimy to, do czego odwo­łuje się lub na co reaguje druga osoba, gdy dokład­nie rozu­miemy zarówno jej uczu­cia, jak i potrzeby, i gdy sły­szymy nego­cjo­walną prośbę, pozo­sta­wia­jącą nam moż­li­wość odmowy i szu­ka­nia roz­wią­za­nia, które zado­woli obie strony – a nie pierw­szą stronę kosz­tem dru­giej czy drugą kosz­tem pierw­szej. Poro­zu­mie­nie bez prze­mocy jest więc czymś wię­cej niż tech­niką komu­ni­ka­cji – jest sztuką pie­lę­gno­wa­nia rela­cji w posza­no­wa­niu sie­bie, innych oraz oto­cze­nia.

W erze cyfry­za­cji coraz wię­cej ludzi poro­zu­miewa się nie tylko coraz szyb­ciej, ale i coraz gorzej, cier­piąc z powodu samot­no­ści, nie­zro­zu­mie­nia, utraty punk­tów odnie­sie­nia oraz poczu­cia bez­sensu. Nad jakość rela­cji wciąż wyraź­nie przed­kłada się dobrą orga­ni­za­cję i efek­tyw­ność. Zna­le­zie­nie nowych spo­so­bów komu­ni­ka­cji stało się palącą kwe­stią.

Wielu z nas jest sfru­stro­wa­nych ludzką nie­zdol­no­ścią do praw­dzi­wego wyra­ża­nia sie­bie oraz bycia praw­dzi­wie wysłu­cha­nymi i zro­zu­mia­nymi. Nawet jeśli dzięki dzi­siej­szym tech­no­lo­giom potra­fimy wymie­niać ogromne ilo­ści infor­ma­cji, nasza praw­dziwa zdol­ność wyra­ża­nia się i słu­cha­nia są jakby ułomne. Wyni­ka­jąca z tego bez­sil­ność oży­wia lęki, które skut­kują zna­nym efek­tem toż­sa­mo­ścio­wej rady­ka­li­za­cji: fun­da­men­ta­li­zmem, nacjo­na­li­zmem, rasi­zmem. Czy uczest­ni­cząc w pasjo­nu­ją­cej rewo­lu­cji tech­no­lo­gicz­nej, w szcze­gól­no­ści tej, która doty­czy glo­bal­nych narzę­dzi komu­ni­ka­cji, sto­jąc wobec zja­wi­ska bez­pre­ce­den­so­wego prze­ni­ka­nia się grup etnicz­nych, ras, reli­gii, kul­tur, modeli poli­tycz­nych i eko­no­micz­nych, co stało się moż­liwe dzięki owym narzę­dziom, nie ryzy­ku­jemy pomi­nię­cia cze­goś mniej spek­ta­ku­lar­nego, ale praw­dzi­wego i na tyle cen­nego, że poszu­ki­wa­nie speł­nie­nia na każ­dym innym polu może oka­zać się ślepą uliczką: spo­tka­nia – real­nego, bez uda­wa­nia i bez masek, wol­nego od lęków, przy­zwy­cza­jeń i uprze­dzeń, nie­ob­cią­żo­nego naszymi uwa­run­ko­wa­niami i zako­rze­nio­nymi reflek­sami? Spo­tka­nia czło­wieka z czło­wie­kiem, które wycią­gnie nas z baniek, w jakich zamy­kamy się z naszymi tele­fo­nami, ekra­nami i wir­tu­alną rze­czy­wi­sto­ścią?

Wydaje się, że czeka na nas nie­zu­peł­nie jesz­cze odkryty i budzący strach kon­ty­nent praw­dzi­wych rela­cji pomię­dzy wol­nymi i odpo­wie­dzial­nymi ludźmi.

Jeżeli wzbra­niamy się przed zej­ściem na ten ląd, to dla­tego, że będąc w rela­cji, czę­sto oba­wiamy się zatra­ce­nia sie­bie. Nauczono nas bowiem odci­nać się od sie­bie, by móc być z innymi.

Pro­po­nuję, aby­śmy przyj­rzeli się mojemu pomy­słowi na stwo­rze­nie praw­dzi­wych rela­cji pomię­dzy wol­nymi i odpo­wie­dzial­nymi ludźmi; pomy­słowi wyro­słemu na grun­cie pyta­nia, które regu­lar­nie powraca do mnie jako istota trud­no­ści „bycia” wielu z nas: Jak być sobą, nie prze­sta­jąc być z innymi, jak być z innymi, nie prze­sta­jąc być sobą?

Gdy pisa­łem tę książkę, zaj­mo­wała mnie regu­lar­nie pewna kwe­stia. Wiem, że książki bywają poucza­jące i mogą mieć wpływ na nasz roz­wój. Zdaję sobie jed­nak sprawę, że zro­zu­mie­nie inte­lek­tu­alne nie wystar­czy, by prze­isto­czyć serce. Prze­isto­cze­nie to wynika ze zro­zu­mie­nia emo­cjo­nal­nego, to zna­czy z doświad­cze­nia i prak­tyki roz­cią­gnię­tych w cza­sie. Niniej­sza książka jest zresztą tego przy­kła­dem: opiera się głów­nie na doświad­cze­niu i prak­tyce.

Po tym, jak po raz pierw­szy zetkną­łem się z poro­zu­mie­niem bez prze­mocy, zale­żało mi, aby przy­swoić sobie jego zało­że­nia w spo­sób prak­tyczny wła­śnie dla­tego, iż nie ufam książ­ko­wej wie­dzy, która czę­sto daje poczu­cie, że wszystko zro­zu­mie­li­śmy – co może być prawdą na pozio­mie men­tal­nym – pod­czas gdy w rze­czy­wi­sto­ści niczego sobie nie przy­swo­ili­śmy; złu­dze­nie, które pozwala nam uni­kać oka­zji do praw­dzi­wej i trwa­łej prze­miany.

To wyja­śnia, dla­czego w umiesz­czo­nej przeze mnie biblio­gra­fii, oprócz książki Mar­shalla B. Rosen­berga, znaj­duje się tak nie­wiele pozy­cji, mimo iż wiem – i cie­szy mnie to! – że poru­szane przeze mnie zagad­nie­nia, same w sobie wcale nie nowe, są tema­tem docie­kań rów­nież innych auto­rów.

 

Ow­szem, prze­le­wa­jąc na papier za pomocą nie­oży­wio­nych słów i pojęć to, czego uczymy się na żywo pod­czas warsz­ta­tów i semi­na­riów poprzez odgry­wa­nie sce­nek, pro­ces przy­swa­ja­nia, wsłu­chi­wa­nie się w emo­cje, feed­back, ciszę i reak­cje grupy, zdaję sobie sprawę, że ów zamysł może nie­któ­rym wydać się naiw­nie uto­pijny. Podej­muję to ryzyko, ponie­waż cho­dzi o pro­ces, a nie jakiś chwyt mar­ke­tin­gowy, co ozna­cza, że mamy tutaj do czy­nie­nia ze sta­nem świa­do­mo­ści, który należy prak­ty­ko­wać tak, jak prak­ty­kuje się język obcy. Każdy wie, że jed­no­ra­zowe prze­czy­ta­nie roz­mó­wek pol­sko-angiel­skich nie sprawi, iż zde­cy­du­jemy się wziąć udział w kon­kur­sie ora­tor­skim na Oks­for­dzie ani nawet w salo­no­wej kon­wer­sa­cji z pierw­szym lep­szym lor­dem! Naj­pierw skrom­nie poćwi­czymy pod­stawy. Poza tym, czy słowo „uto­pia” nie budzi sko­ja­rzeń z odle­głą kra­iną?

Otóż książka ta adre­so­wana jest do osób, które podą­żają ku takiej kra­inie, miej­scu praw­dzi­wego spo­tka­nia czło­wieka z czło­wie­kiem. Mój zawód pozwala mi spo­ty­kać takie osoby codzien­nie w naj­róż­niej­szych śro­do­wi­skach: biz­ne­so­wym, socjal­nym i oświa­to­wym, w związ­kach i rodzi­nach wywo­dzą­cych się ze wszyst­kich warstw spo­łecz­nych, w służ­bie zdro­wia, wśród wyklu­czo­nej mło­dzieży lub mena­dże­rów. I codzien­nie utwier­dzam się w prze­ko­na­niu, że to miej­sce ist­nieje – wystar­czy tylko chcieć do niego dotrzeć.