Bratanek WittgensteinaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Thomas Bernhard

Bratanek Wittgensteina

Przyjaźń

Przełożył i posłowiem opatrzył

Marek Kędzierski

Czytelnik

Spis treści

Strona tytułowa

Bratanek Wittgensteina. Przyjaźń

Posłowie

Przypisy końcowe

Strona redakcyjna

Dwustu przyjaciół przyjdzie na mój pogrzeb,

a ty masz wygłosić nad grobem mowę

Bratanek Wittgensteina. Przyjaźń

W roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym siódmym na wzgórzu Baumgartner jedna z niezmordowanie aktywnych sióstr zakonnych w tamtejszym pawilonie Hermann położyła na moim łóżku dopiero co wydane Zaburzenie, które napisałem rok wcześniej w Brukseli przy rue de la croix 60, byłem jednak za słaby, żeby wziąć książkę do ręki, parę minut wcześniej obudziłem się bowiem z wielogodzinnej narkozy, w którą wprowadzili mnie ci sami lekarze, którzy rozcięli mi gardło, aby z klatki piersiowej operacyjnie usunąć guz wielkości pięści. Pamiętam, było to w czasie wojny sześciodniowej, a w następstwie przeprowadzonej na mnie bez pardonu terapii kortyzonowej wytworzyło się u mnie, zgodnie z życzeniem lekarzy, tak zwane księżycowe oblicze. Owo księżycowe oblicze lekarze komentowali w czasie obchodu na swój dowcipny sposób, co nawet mnie, któremu, według ich własnych przewidywań, pozostało zaledwie parę tygodni, w najlepszym razie miesięcy życia, przyprawiało o śmiech. W pawilonie Hermann było na parterze tylko siedem sal, jakichś trzynastu, czternastu pacjentów czekało w nich już wyłącznie tylko na śmierć. W szpitalnych szlafrokach człapali tam i z powrotem po korytarzu, by pewnego dnia odejść bezpowrotnie. Raz w tygodniu pojawiał się w pawilonie Hermann osławiony profesor Salzer, największy autorytet w dziedzinie chirurgii płucnej, zawsze w białych rękawiczkach, krokiem napawającym niesłychanym szacunkiem wchodził otoczony chmarą sióstr zakonnych, które go, mężczyznę nadzwyczaj postawnego i niezwykle eleganckiego, niemal bezszelestnie wprowadzały na salę operacyjną. Ów osławiony profesor Salzer, któremu dawali się operować pacjenci pierwszej klasy, ponieważ gotowi byli postawić wszystko na jego sławę (co do mnie, to dałem się operować starszemu lekarzowi oddziałowemu, krępemu synowi wieśniaka z Waldviertel), był wujem mojego przyjaciela Paula, bratanka filozofa, którego Tractatus logico-philosophicus znany jest dziś całemu światu naukowemu, a jeszcze bardziej pseudonaukowemu, i akurat wtedy, gdy ja leżałem w pawilonie Hermann, mój przyjaciel Paul leżał jakieś dwieście metrów dalej, w pawilonie Ludwig, nienależącym wszakże, tak jak pawilon Hermann, do oddziału płucnego, a tym samym do tak zwanego wzgórza Baumgartner, tylko do zakładu dla obłąkanych, Am Steinhof. Na Wilhelminenbergu, terenach rozciągających się na olbrzymim obszarze w zachodniej części Wiednia, od dziesiątków lat podzielonych na dwie części, jedną dla chorych na płuca, określaną w skrócie jako wzgórze Baumgartner, która była moją domeną, drugą dla umysłowo chorych, znaną w świecie jako Am Steinhof, pawilony nazywane są męskimi imionami. Już sama myśl, że mój przyjaciel Paul przebywa akurat w pawilonie Ludwig, zakrawała na groteskę. Na widok profesora Salzera, który nie oglądając się na nic, walił prosto na salę operacyjną, za każdym razem przychodziły mi na myśl słowa mojego przyjaciela, który swego wuja nazywał na zmianę geniuszem lub mordercą, więc widząc tego profesora, czy to wchodził na salę operacyjną, czy z niej wychodził, myślałem, czy to geniusz wchodzi, czy też morderca, czy to morderca wychodzi, czy też geniusz. Niezmiernie mnie fascynowała ta światowa sława medyczna. Wprawdzie jeszcze nim trafiłem do pawilonu Hermann, który po dziś dzień przeznaczony jest wyłącznie do chirurgii płucnej, a specjalizuje się przede wszystkim w tak zwanej chirurgii płucnej rakowej, widziałem wielu lekarzy i wszystkich tych lekarzy studiowałem, bo weszło mi to już w nawyk, jednakże wszystkich tych lekarzy usunął w cień profesor Salzer już w momencie, kiedy go po raz pierwszy zobaczyłem. Jego genialność pozostawała dla mnie w każdym względzie absolutnie nieprzenikniona, dla mnie składał się on wyłącznie z tego, co, obserwując go, w nim podziwiałem, oraz tego, co o nim ludzie mówili. Profesor Salzer był ponoć, również w opinii mojego przyjaciela Paula, przez wiele lat istnym cudotwórcą – pacjenci, którym nie dawano najmniejszych szans, przeżywali jakoby o dziesiątki lat Salzerowską operację, inni znowu, i to też wciąż powtarzał mój przyjaciel, na skutek nagłego a nieprzewidzianego załamania pogody umierali pod nerwowym nagle nożem. Mniejsza o to. Nie pozwoliłem się operować owemu profesorowi Salzerowi, będącemu faktycznie światową sławą, a do tego jeszcze wujem mego przyjaciela Paula, właśnie dlatego, iż niesłychanie mnie on fascynował, a także dlatego, iż jego absolutna światowa sława napawała mnie jedynie śmiertelnym lękiem, którym owładnięty, i w końcu również za sprawą tego, co opowiedział mi o swoim wuju Salzerze mój przyjaciel Paul, opowiedziałem się za starszym lekarzem oddziałowym, poczciwcem z Waldviertel, przeciw autorytetowi z pierwszej stołecznej dzielnicy. W ciągu pierwszych tygodni pobytu w pawilonie Hermann zaobserwowałem również niejeden raz, iż właśnie tych pacjentów, którzy operacji nie przeżywali, operował profesor Salzer i chociaż dla światowej sławy był to tylko być może niefortunny okres, ja jednak, ze strachu, naturalną koleją rzeczy, opowiedziałem się za starszym lekarzem z Waldviertel, co z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się szczęśliwym zrządzeniem losu. Takie spekulacje są jednak bezcelowe. W czasie, kiedy nawet ja, przynajmniej raz w tygodniu, widywałem profesora Salzera, choćby nawet początkowo przez szparę w drzwiach, mój przyjaciel Paul, a profesor Salzer był przecież jego wujem, w ciągu wielu miesięcy pobytu w pawilonie Ludwig nie widział go ani razu, choć wiadomo mi, że profesor Salzer wiedział, iż jego siostrzeńca umieszczono w pawilonie Ludwig i z łatwością mógł przecież przejść tych parę kroków z pawilonu Hermann do pawilonu Ludwig. Nie jest mi wiadomo, z jakich powodów profesor Salzer powstrzymywał się przed odwiedzeniem swego siostrzeńca Paula, być może i ważkich, ale może jedynie wygodnictwo przeszkodziło mu w odwiedzeniu siostrzeńca, którego, w czasie gdy ja po raz pierwszy leżałem w pawilonie Hermann, już wielokrotnie umieszczano w pawilonie Ludwig. W ciągu ostatnich dwudziestu lat życia co najmniej dwa razy na rok, za każdym razem bez uprzedzenia i zawsze w najbardziej przerażających okolicznościach, mojego przyjaciela Paula trzeba było umieszczać w zakładzie dla obłąkanych Am Steinhof, a z biegiem lat, w coraz krótszych odstępach czasu, coraz częściej również w tak zwanym szpitalu Wagnera-Jauregga w pobliżu Linzu, gdy atak zaskakiwał go w Górnej Austrii, niedaleko jeziora Traunsee, gdzie Paul urodził się i wychował i gdzie aż do śmierci posiadał prawo zamieszkiwania w starej, wiejskiej posiadłości Wittgensteinów. Choroba umysłowa, którą mamy prawo określić jedynie jako tak zwaną chorobę umysłową, wystąpiła u niego bardzo wcześnie, mniej więcej w trzydziestym piątym roku życia. Opowiadał o tym skąpo, lecz ze wszystkiego, czego się od niego dowiedziałem, nietrudno wyrobić sobie pogląd na temat źródła tej tak zwanej choroby umysłowej. Już w dziecku Paulu tkwiła ta tak zwana choroba umysłowa, której zresztą nigdy dokładnie nie sklasyfikowano. Już noworodek narodził się umysłowo chory, z tą tak zwaną chorobą umysłową, która opanowała już Paula na całe życie. Aż do śmierci żył z tą swoją tak zwaną chorobą umysłową w najoczywistszy sposób, tak jak inni żyją bez takiej choroby umysłowej. Wobec tej jego tak zwanej choroby umysłowej w najbardziej deprymujący sposób ujawniła się bezradność lekarzy i nauk medycznych. Owa medyczna bezradność lekarzy i ich nauk wymyślała coraz bardziej kuriozalne określenia tej tak zwanej choroby umysłowej Paula, naturalną koleją rzeczy żadne z nich nie było jednak właściwe, w swojej bezmyślności i konfuzji lekarze nie byli do tego zdolni, wszystkie ich próby określenia tej tak zwanej choroby umysłowej mojego przyjaciela okazywały się fałszywe, wręcz absurdalne, a każde z nich w najhaniebniejszy, a zarazem deprymujący sposób unieważniało i znosiło poprzednie. Tak zwani lekarze psychiatrzy określali chorobę mojego przyjaciela raz tak, raz inaczej, nigdy nie starczało im jednak odwagi, by przyznać, że na chorobę, jak zresztą i na każdą inną, nie ma żadnego prawdziwego określenia, lecz jedynie tylko fałszywe, jedynie tylko wprowadzające w błąd, gdyż koniec końców tak ci, jak i wszyscy inni lekarze ułatwiali sobie życie, podając coraz to nowe fałszywe określenie choroby, po prostu dla własnego komfortu, ale koniec końców zbrodniczo. Co chwila padało słowo maniakalny, co chwila słowo depresyjny, w każdym wypadku zawsze fałszywe. Lekarze co chwila próbowali uciekać (jak wszyscy inni lekarze!) w inne uczone słowo, aby siebie (no bo nie pacjentów!) chronić i asekurować. Jak wszyscy inni lekarze, również ci, którzy zajęli się Paulem, obwarowali się łaciną, z której wznosili między sobą a pacjentami niezdobyte, nieprzeniknione mury obronne, jak zresztą od stuleci ich poprzednicy, po to tylko, by zatuszować brak kompetencji i otoczyć zasłoną mgły własną szarlatanerię. Jak murem, wprawdzie niewidocznym, lecz przecież bardziej nieprzeniknionym niż jakikolwiek inny, lekarze odgradzają się od swoich ofiar łaciną, i to od razu, już na samym początku leczenia, którego metody, jak wiadomo, muszą w każdym wypadku okazać się nieludzkie, zabójcze i śmiertelne. Psychiatra to najmniej kompetentny lekarz, bliższy zawsze zabójstwa z lubieżności niż swojej nauki. Przez całe życie nic nie napawało mnie większym lękiem niż to, że wpadnę w szpony lekarzy psychiatrów, w porównaniu z którymi wszyscy inni lekarze, bo zawsze przecież każdy lekarz sprowadza na pacjenta chorobę, są znacznie mniej niebezpieczni, psychiatrzy bowiem w naszym obecnym społeczeństwie to państwo w państwie, są praktycznie nietykalni, a ponieważ miałem możność przebadać ich metody, przez tyle lat bez skrupułów stosowane na moim przyjacielu Paulu, tym bardziej się bałem. Lekarz psychiatra to faktycznie demon naszych czasów. Za naszymi plecami, bezczelnie i absolutnie bezkarnie, psychiatrzy uprawiają swój niecny proceder, nic sobie nie robiąc z prawa czy sumienia. Gdy stan mego zdrowia poprawił się na tyle, iż mogłem już podnieść się z łóżka i najpierw podejść do okna, a w końcu także wyjść na korytarz i, jak wszyscy pozostali zdolni do chodzenia kandydaci na śmierć, chodzić po tym korytarzu z jednego końca pawilonu na drugi i z powrotem, i gdy w końcu byłem już nawet w stanie pewnego dnia wyjść z pawilonu Hermann, podjąłem próbę dotarcia do pawilonu Ludwig. Jednakże mocno przeceniłem własne siły i już koło pawilonu Ernst musiałem przystanąć. Musiałem usiąść na przyśrubowanej do muru ławce i uspokoić się na tyle przynajmniej, żeby móc dojść o własnych siłach do pawilonu Hermann. Jeżeli pacjent całymi tygodniami, a nawet miesiącami leży w łóżku, zawsze całkowicie przecenia swoje siły i kiedy może wreszcie wstać, bierze na siebie po prostu zbyt wiele, w następstwie czego, przez własną głupotę, wraca na dalsze tygodnie do łóżka, wielu spośród tych, którym dzięki operacji udało się ujść śmierci, znajduje ją właśnie w takich raptownych eskapadach. Chociaż jestem chorym o wielkim stażu i całe życie przyszło mi żyć z ciężkimi i najcięższymi, a wreszcie nawet z tak zwanymi nieuleczalnymi chorobami, i tak wciąż na nowo popadałem w chorobowy dyletantyzm i popełniałem wiele głupstw, niewybaczalnych. Najpierw kilka kroków, cztery, pięć, następnie dziesięć, jedenaście, potem trzynaście, czternaście, wreszcie dwadzieścia, trzydzieści, tak powinien postępować chory, a nie wstawać i od razu wyprawiać się dokąd tylko nogi poniosą, najczęściej bowiem równa się to śmierci. Jednakże chory, całymi miesiącami zamknięty, cały czas w ciągu tych miesięcy chce wyjść na zewnątrz, i nie może się doczekać chwili, gdy będzie mu wolno opuścić salę szpitalną i, naturalną koleją rzeczy, nie zadowoli się paroma krokami po korytarzu, nie, tylko wychodzi na zewnątrz i sam się zabija. Tak właśnie umiera wielu, z powodu zbyt wczesnego wyjścia, a nie dlatego, że zawiodła sztuka lekarska. Wszystko można lekarzom zarzucić, w gruncie rzeczy jednak oczywiście chcą oni przecież tylko poprawy zdrowia pacjenta, choćby byli nie wiem jak indolentni, ba, pozbawieni sumienia, a do tego tępi, pacjent jednakże musi się również przykładać i nie wolno mu niweczyć wysiłków lekarzy tym, że za wcześnie (albo za późno!) wstanie lub za wcześnie wyjdzie, i za daleko. Wówczas zaszedłem zdecydowanie za daleko, nawet pawilon Ernst był już przecież za daleko. Powinienem był zawrócić jeszcze przed pawilonem Franz. Koniecznie jednak chciałem zobaczyć mojego przyjaciela. Wyczerpany, zupełnie nie mogąc złapać tchu, siedziałem na ławce przed pawilonem Ernst i poprzez pnie drzew patrzyłem na pawilon Ludwig. I tak prawdopodobnie nie wpuszczono by mnie, chorego na płuca, nie chorego umysłowo, do pawilonu Ludwig, myślałem sobie. Chorzy na płuca mieli surowy zakaz opuszczania własnego terenu i wchodzenia na teren chorych umysłowo, jak i odwrotnie. Wprawdzie tereny dla chorych na płuca i chorych umysłowo były od siebie oddzielone wysokim ogrodzeniem, lecz miejscami było ono tak przerdzewiałe, że już nie trzymało, pełno w nim było wielkich dziur, przez które każdy mógł z łatwością chociażby przeczołgać się z własnego areału na obcy, i pamiętam, że codziennym widokiem byli na terenie chorych na płuca chorzy umysłowo i odwrotnie, chorzy na płuca na terenie umysłowo chorych, wtedy jednakże, gdy po raz pierwszy spróbowałem przejść z pawilonu Hermann do pawilonu Ludwig, o tym codziennym ruchu między jednym a drugim terenem nie miałem jeszcze pojęcia. Później umysłowo chorzy na tak zwanym terenie płucnym stali się dla mnie znajomym widokiem. Strażnicy musieli ich wieczorem wyłapywać, zakładać im kaftany bezpieczeństwa i gumowymi pałkami wypędzać z terenu płucnego na teren umysłowo chorych, widziałem to na własne oczy, przy czym nie obywało się bez pełnych trwogi krzyków, które mnie potem prześladowały nocami w snach. Chorzy na płuca opuszczali własny teren i zapuszczali się na teren umysłowo chorych jedynie przez ciekawość, codziennie bowiem spodziewali się ujrzeć coś sensacyjnego, coś, co skróciłoby tę przerażającą codzienność śmiertelnej nudy i wiecznie tych samych myśli o śmierci. I faktycznie opłacało się, wychodziłem na swoje, opuszczając teren płucny i idąc do chorych umysłowo, którzy wszędzie, gdziekolwiek by się spojrzało, wycinali swoje numery. Może kiedyś, później, odważę się w innym miejscu opisać sytuacje na oddziale dla umysłowo chorych, których przecież byłem świadkiem. Teraz siedziałem na ławce przed pawilonem Ernst i myślałem, że przyjdzie mi jeszcze przeczekać cały tydzień, nim będę w stanie dokonać drugiej próby dotarcia do pawilonu Ludwig, jasne bowiem było, że tego dnia wchodził w rachubę jedynie powrót do pawilonu Hermann. Z ławki przyglądałem się wiewiórkom, które śmigały w tę i z powrotem po całym olbrzymim i, jak się wydawało z mojej perspektywy, bezkresnym parku, wskakując na drzewa i z nich zeskakując, pochłonięte bez reszty, jak się wydawało, jedną tylko pasją, chwytaniem wyrzuconych przez pacjentów chorych na płuca, leżących wszędzie papierowych chusteczek i wskakiwaniem z nimi na drzewa. Z papierowymi chusteczkami w zębach ganiały po całym terenie, każda w inną stronę, aż w zapadającym zmroku można było dostrzec wyłącznie tylko śmigające w tę i z powrotem białe punkciki papierowych chusteczek, trzymanych przez nie w zębach. Siedziałem, kontemplując ten widok i, naturalną koleją rzeczy, dodając do tych obserwacji własne myśli. Był czerwiec, okna pawilonów były pootwierane, a z tych pootwieranych okien w kontrapunktowo zaiste genialnie pomyślanym, a także i skomponowanym rytmie, kaszleli pacjenci w nadchodzący wieczór. Nie chciałem wystawiać sióstr na próbę cierpliwości, wstałem więc i wróciłem do pawilonu Hermann. Po operacji, pomyślałem sobie, faktycznie lepiej mi się oddycha, tak, faktycznie całkiem lekko oddychać, serce bije swobodnie, no ale przecież rokowania nie są dobre, myślałem, a myśli moje zasępiało słowo kortyzon oraz związana z tym słowem terapia. Ale przecież nie cały dzień pozostawałem bez nadziei. Budziłem się bez nadziei, potem owej beznadziei próbowałem umknąć i udawało mi się to zwykle koło południa. Po południu ponownie wpadałem w szpony tej beznadziei, pod wieczór znowu przechodziła, zaś w nocy, gdy się budziłem, naturalną koleją rzeczy znowu nachodziła mnie ona z całą brutalnością. Ponieważ lekarze, tak samo jak mnie, leczyli i pacjentów, których śmierć dane było mi już oglądać, ponieważ prowadzili z nimi takie same rozmowy, takie same opowiadali żarty, myślałem sobie, że i ja przebędę tę samą drogę, jak już umarli. Umierali oni w pawilonie Hermann niepostrzeżenie, bez najmniejszego krzyku, wołania o pomoc, najczęściej zupełnie bezgłośnie. Z samego rana łóżko umarłego stało wystawione z sali na korytarz, puste, świeżo posłane dla następnego. Siostry uśmiechały się tylko, gdyśmy obok przechodzili, nic sobie nie robiąc z tego, że wiemy. Czasami zadawałem sobie pytanie, czemu ja zwlekam z pójściem tą drogą, czemu i ja nie przyłączę się do wszystkich, którzy nią przeszli? Po co mam się wysilać, zaraz po obudzeniu, żeby nie chcieć umrzeć, po co? Naturalnie, jeszcze i dziś często się pytam, czy nie lepiej było wówczas odpuścić, wówczas bowiem z pewnością i ja błyskawicznie odbyłbym tę drogę, umarłbym w parę tygodni, na pewno już by mnie nie było. A jednak nie umarłem, żyłem dalej i jeszcze dziś żyję. Za dobry omen uznałem fakt, że mój przyjaciel Paul przebywał w pawilonie Ludwig akurat wtedy, kiedy ja leżałem w pawilonie Hermann, przy czym nie wiedział on przecież w pierwszym okresie mojego pobytu w pawilonie Hermann, że ja akurat leżę w pawilonie Hermann, wyszło to na jaw dopiero wskutek gadulstwa odwiedzającej nas na zmianę naszej wspólnej przyjaciółki Iriny. Wiedziałem, że mój przyjaciel już od wielu lat całymi tygodniami, a nawet miesiącami przebywał w Steinhofie i że za każdym razem stamtąd wychodził, myślałem więc, że i ja wyjdę, nawet jeśli nie można go było porównywać ze mną, pod żadnym względem, to przecież przekonywałem siebie, że zostanę parę tygodni albo miesięcy i wyjdę, jak on. I w końcu nie omyliłem się. Po czterech miesiącach mogłem w końcu opuścić wzgórze Baumgartner. Nie umarłem, jak inni, a on wyszedł dużo wcześniej. Wówczas jednak, w drodze z pawilonu Ernst do pawilonu Hermann, całkiem jeszcze żywo widziałem w myślach swoją śmierć. Nie sądziłem, że uda mi się opuścić pawilon Hermann żywym, zbyt wiele w pawilonie Hermann już widziałem i słyszałem, by w to wierzyć, nie miałem w sobie już choćby iskierki nadziei. Zmierzch nie uczynił tego, jak można by sądzić, znośniejszym, tylko jeszcze cięższym, niemal nie do zniesienia. Po wysłuchaniu przemowy siostry dyżurnej na temat mojego nieodpowiedzialnego zachowania, więcej, mojego głupiego wybryku, rzuciłem się na łóżko i natychmiast zasnąłem. Na wzgórzu Baumgartner nie byłem jednak w stanie przespać nawet jednej całej nocy, w pawilonie Hermann budziłem się najczęściej już po godzinie, albo przerażony snem, który, jak wszystkie moje sny, prowadził mnie na skraj otchłani istnienia, albo wyrwany ze snu przez hałas na korytarzu, kiedy ktoś z innego pokoju wzywał nagle pomocy lub umierał, albo gdy mój sąsiad z łóżka obok korzystał z basenu, czego, mimo iż tyle razy mówiłem mu, jak ma sięgać po basen, żeby nie robić hałasu, nigdy nie robił bez hałasu, przeciwnie, zazwyczaj potrącał basenem o moją żelazną szafkę, i to nie raz, lecz kilkakrotnie, przez co musiał za każdym razem wysłuchiwać cierpliwie mojego wściekłego wykładu, w którym wyjaśniałem mu po raz nie wiem który, w jaki sposób należy posługiwać się basenem, by mnie nie budzić, ale na próżno. Za każdym razem budził też sąsiada po drugiej stronie, przy drzwiach, bo ja zajmowałem łóżko przy oknie, pana Immervolla, policjanta i nałogowego gracza w oczko, który i mnie nauczył grać w oczko, czego zresztą od tamtej pory do dziś dnia nie mogę zaprzestać i co nieraz doprowadza mnie do wściekłości, a nawet obłędu. Jak wiadomo, pacjent zasypiający dopiero po zażyciu proszka nasennego, w dodatku w takim szpitalu, jak szpital na wzgórzu Baumgartner, w którym umieszcza się jedynie ciężko i najciężej chorych, raz obudzony, nie może już zasnąć. Moim sąsiadem był student teologii, syn pary sędziowskiej z Grinzingu, a dokładnie ze Schreiberwegu, a więc jednej z najwytworniejszych i najdroższych części Wiednia, młodzieniec o spaczonym do cna charakterze. Nigdy przedtem nie mieszkał z kimś w tym samym pokoju, a ja byłem niewątpliwie pierwszą osobą, która zwróciła mu uwagę na to, że kiedy przebywa się z innymi w tym samym pomieszczeniu, trzeba się bezwzględnie z tymi innymi liczyć, co powinno być dla niego czymś oczywistym, właśnie dlatego, że jest studentem teologii. Studenta nie można było jednak pouczać, w każdym razie nie od razu, przyszedł bowiem na naszą salę już po mnie, również w beznadziejnym stanie, również jemu, tak samo jak i mnie oraz wszystkim innym, przecięto gardło i wycięto guz, przy czym w czasie operacji nieszczęśnik ów znalazł się, jak to się mówi, o włos od śmierci, a operował go profesor Salzer. Co naturalnie nie oznacza, że pod nożem innego chirurga uniknąłby tego dotknięcia śmierci. Nic tylko studiować teologię, pomyślałem sobie, kiedy człowiek ten przyszedł do naszego pokoju – siostry zakonne rozpuszczały go w odrażający sposób, a podczas gdy jego rozpuszczały wszelkimi dostępnymi środkami, mnie oraz policjanta Immervolla równie intensywnie zaniedbywały. Przykładowo, jedna z dyżurujących sióstr oddawała studentowi teologii wszystko, co jej w ciągu nocy dali w podarunku pacjenci: czekoladę, wino, wszystkie dostępne w mieście słodycze i to, naturalną koleją rzeczy, jedynie z pierwszorzędnych cukierni, od Demela, od Lehmanna i z równie znanej jak te dwie cukierni Sluka w pobliżu Ratusza, wszystko to rano kładła na szafce studenta teologii. Dostawał też zawsze nie jedną, jak było przewidziane i jak nam wszystkim przysługiwało, lecz dwie porcje chaudeau, chaudeau, które do dziś dnia uwielbiam najbardziej w świecie i które stanowiło w pawilonie Hermann regułę, w pawilonie Hermann leczyło się bowiem wyłącznie śmiertelnie chorych, zatem przyniesione do łóżka chorego chaudeau jest nieomylnie znakiem śmiertelnej choroby. Bardzo szybko odzwyczaiłem jednak mojego studenta teologii od wielu niestosowności, za co wdzięczny był mi również jego sąsiad, policjant Immervoll, podobnie bowiem jak mnie, tak i jemu egoizm naszego współpacjenta dał się we znaki w nieznośny sposób. Przewlekle chorzy, tacy jak ja czy Immervoll, dawno przystosowali się do wyznaczonej im roli tego niepozornego, wyrozumiałego, niewyróżniającego się, tylko ta rola bowiem pozwala znosić przewlekłe schorzenia, natomiast krnąbrność, niegrzeczność, upór z biegiem czasu śmiertelnie osłabią organizm, na co przewlekle chory nie może już sobie pozwolić. Ponieważ mój student teologii w gruncie rzeczy zdolny był wstać i przejść do toalety, zabroniłem mu pewnego dnia używania basenu, czym od razu zraziłem do siebie siostry, które oczywiście z wielką chęcią wynosiły basen studenta teologii, nie mogłem bowiem zrozumieć, dlaczego ja oraz Immervoll mielibyśmy wstawać i wychodzić, by oddać mocz, natomiast student teologii miałby prawo oddawać mocz w łóżku do basenu, co jeszcze bardziej psuło powietrze w pokoju, i tak już nie do wytrzymania. Dopiąłem swego i od tej pory student, nie pamiętam, jak się nazywał, chyba Walter, ale nie wiem już dokładnie, sam chodził do ustępu. Siostry przez kilka dni nie raczyły na mnie nawet spojrzeć, ale było mi to obojętne. Wyczekiwałem dnia, kiedy będę wreszcie w stanie odwiedzić mojego przyjaciela Paula, zaskoczyć go niespodziewaną wizytą, jednakże po fiasku pierwszej próby, kiedy to już przy pawilonie Ernst zmuszony byłem zatrzymać się i zawrócić, odkładałem ten dzień w myślach na odległą przyszłość. Leżałem w łóżku i patrzyłem w okno, a moim oczom ukazywał się wciąż ten sam widok, korona olbrzymiej sosny. Z tyłu za nią wschodziło i zachodziło słońce, a ja przez cały tydzień nie miałem odwagi opuścić sali. Wreszcie odwiedziła mnie, uprzednio odwiedziwszy mojego przyjaciela Paula, nasza wspólna przyjaciółka Irina, w której mieszkaniu, na Blumenstockgasse, poznałem Paula Wittgensteina – wszedłem w środku dyskusji na temat symfonii Haffnerowskiej w wykonaniu orkiestry Londyńskich Filharmoników pod batutą Schurichta. Woda na mój młyn, ponieważ, podobnie jak moi rozmówcy, dzień wcześniej w sali Musikverein wysłuchałem tej symfonii pod batutą Schurichta z przekonaniem, że w całej swej muzycznej biografii nie przeżyłem jeszcze równie doskonałego wykonania. Wszyscy troje, ja, Paul oraz jego przyjaciółka Irina, osoba wysoce muzykalna i jedna z absolutnie wyjątkowych znawczyń sztuki generalnie, mieliśmy o tym koncercie identyczną opinię. Podczas tej dyskusji, w której nie szło, naturalną koleją rzeczy, o sprawy zasadnicze, niemniej jednak decydujące, co cała nasza trójka spostrzegła nie od razu i nie z jednakową wyrazistością, w ciągu kilku godzin zawiązała się moja przyjaźń z Paulem. Wprawdzie już od lat go widywałem, nigdy przedtem jednak nie zamieniłem z nim ani słowa, dopiero tu, na Blumenstockgasse, wysoko, na czwartym piętrze kamienicy z przełomu wieków, bez windy, wszystko się zaczęło. Tu, w olbrzymim pokoju, umeblowanym prosto, lecz komfortowo, rozprawialiśmy we trójkę przez wiele godzin, aż do zupełnego wyczerpania, o Schurichcie, moim ulubionym dyrygencie, o symfonii Haffnerowskiej, mojej ulubionej symfonii, a także o tym koncercie, dla naszej przyjaźni rozstrzygającym. Ujęło mnie natychmiast bezwzględne, nieliczące się z niczym, oddanie Paula Wittgensteina muzyce, zawsze zresztą cechujące również naszą przyjaciółkę Irinę, ujęła jego zupełnie wyjątkowa wiedza muzyczna, a zwłaszcza znajomość dzieł orkiestrowych Mozarta i Schumanna, nie wspominając już o jego operowym fanatyzmie, który zresztą dość szybko zaczął mnie niepokoić, fanatyzmie, którego cały Wiedeń się lękał, a który stał się chorobliwym i jak miało się wkrótce okazać faktycznie morderczym. Ujął mnie wysoki poziom jego wiedzy nie tylko muzycznej, ale w ogóle znajomości sztuki, odróżniający go od innych ludzi tym na przykład, że potrafił on niemal bez przerwy dokonywać w każdej chwili weryfikowalnych porównań muzyki, której słuchał, koncertów, na których bywał, wirtuozów i orkiestr, które studiował, a wszystkie jego porównania cechowała nadzwyczaj precyzyjna trafność, jak się po niedługim czasie przekonałem, co sprawiło, iż bez trudu przyszło mi uznać i zaakceptować Paula Wittgensteina jako mojego nowego, absolutnie wyjątkowego przyjaciela. Na Wilhelminenberg przychodziła do nas często nasza wspólna przyjaciółka Irina, której losy są co najmniej tak niepospolite i niesamowite jak Paula Wittgensteina, która przykładowo tyle razy była w związkach i tyle razy wychodziła za mąż, że trudno byłoby zliczyć to na palcach, a w tym trudnym okresie zjawiała się nagle na Wilhelminenbergu w czerwonym swetrze włóczkowym, nie zważając na godziny odwiedzin. Niestety, pewnego dnia, jak już wspomniałem, wyjawiła Paulowi, że przebywam w pawilonie Hermann, niwecząc tym samym moje plany zaskoczenia Paula nagłą wizytą w pawilonie Ludwig. To właśnie Irinie, która jest dziś żoną tak zwanego muzykologa i wdała się w wiejską idyllę w Burgenlandzie, zawdzięczam swoją przyjaźń z Paulem. Nim trafiłem do pawilonu Hermann, znałem już Paula od dwóch, trzech lat, a faktu, iż znów naraz jednocześnie znaleźliśmy się obaj na Wilhelminenbergu, że się tak wyrażę, u kresu życia, nie uważam za przypadek. Chociaż w fakcie tym nie doszukiwałem się zbytniej tajemnicy. Jestem w pawilonie Hermann, myślałem, mam przyjaciela w pawilonie Ludwig i z tego powodu nie jestem sam. Ale, prawdę mówiąc, w ciągu tych dni, tygodni i miesięcy na wzgórzu Baumgartner i bez Paula nie byłbym sam, miałem bowiem swego życiowego towarzysza, po śmierci dziadka najbliższą mi istotę w Wiedniu, towarzyszkę życia, prawdziwą przyjaciółkę, której, od chwili, gdy pojawiła się u mego boku przed trzydziestu z górą laty, zawdzięczam nie tylko bardzo wiele, lecz, mówiąc otwarcie, w pewnym sensie wszystko. Bez niej nie zdołałbym w ogóle utrzymać się przy życiu, w każdym razie nie byłbym tym, kim dzisiaj jestem, choć taki zwariowany, taki nieszczęśliwy, ale też, jak to zwykle bywa, szczęśliwy. Wtajemniczeni wiedzą, co kryje się za określeniem życiowy towarzysz, od tego towarzysza i z tego towarzysza przez ponad trzydzieści lat czerpałem siłę, by przeżyć, bo przecież od nikogo innego, taka jest prawda, znikąd. Odwiedzała mnie wówczas prawie codziennie, siedziała u mego łóżka ta kobieta dla mnie pod każdym względem wzorowa, mądra i inteligentna, która nie zawiodła mnie w żadnej rozstrzygającej chwili, kobieta, od której w ciągu ostatnich trzydziestu lat prawie wszystkiego się nauczyłem, a przynajmniej rozumieć, i od której wciąż jeszcze uczę się tego, co rozstrzygające, a przynajmniej wciąż uczę się pojmować. W niemiłosiernej spiekocie przywlekała góry książek i czasopism na wzgórze Baumgartner, w już wiadomo jaką atmosferę. A bądź co bądź ten mój życiowy towarzysz przekroczył już siedemdziesiątkę. Ale i dzisiaj, jestem o tym przekonany, przy swoich osiemdziesięciu siedmiu latach, postępowałaby ona tak samo. Wszakże w centrum niniejszych zapisków nie stoi ten mój życiowy towarzysz, skupiają się one na osobie Paula, nawet jeśli wówczas, gdy kwaterowałem na Wilhelminenbergu, odseparowany, odsunięty i spisany na straty, to ona odgrywała w moim życiu, w moim istnieniu, największą rolę. Centralną postacią tych zapisków jest mój przyjaciel Paul, który wówczas, jak ja, miał kwaterę na Wilhelminenbergu, odseparowany, odsunięty i spisany na straty, mój przyjaciel Paul, którego postać raz jeszcze chcę sobie uwydatnić tymi zapiskami, tymi strzępami wspomnień, a one powinny mi przypomnieć, powinny jasno mi uprzytomnić nie tylko ową sytuację bez wyjścia, w jakiej znalazł się mój przyjaciel, lecz także moją własną ówczesną bezwyjściowość, wtedy bowiem, gdy Paul raz jeszcze znalazł się w ślepym zaułku życia, ja także znalazłem się w ślepym zaułku życia, a jeszcze lepiej powiedzieć: zostałem w ślepy zaułek zapędzony. Tak jak Paul, po raz kolejny, muszę to przyznać, istniałem do przesady, czyli moje istnienie przeceniłem, czyli wykorzystałem ponad wszelką możliwość. Tak jak Paul, ja też kolejny raz wyeksploatowałem siebie ponad (wszelkie) własne siły, wszystko ponad wszelkie siły wyeksploatowałem, z chorobliwą bezwzględnością zwróciłem przeciw sobie i przeciw wszystkiemu, co Paula pewnego dnia zniszczyło, i co mnie, tak samo jak Paula, pewnego dnia zniszczy, gdyż tak jak Paul doszczętnie zrujnował się swoim chorobliwym przecenianiem siebie i świata, tak i mnie prędzej czy później moje chorobliwe przecenianie siebie i świata zrujnuje doszczętnie. Tak jak Paul, również ja, wówczas, w szpitalnym łóżku na Wilhelminenbergu, przebudziłem się jako produkt owego przeceniania siebie i świata, prawie doszczętnie zrujnowany, przy czym najlogiczniej w świecie Paul przebudził się w zakładzie dla obłąkanych, a ja w zakładzie płucnym, to znaczy Paul w pawilonie Ludwig, a ja w pawilonie Hermann. Tak jak Paul przez długie lata niemal śmiertelnie zapędzał się w swoje zwariowanie, tak i ja niemal śmiertelnie zapędzałem się przez długie lata w moje. Tak jak droga Paula coraz to musiała się kończyć w zakładzie dla obłąkanych, musiała się tam urywać, tak moja droga coraz to musiała kończyć się w zakładzie płucnym, tam musiała się urywać. Tak jak Paul coraz to osiągał apogeum niechęci do siebie oraz swojego otoczenia, tak że trzeba go było umieszczać w zakładzie dla obłąkanych, tak i ja coraz to osiągałem apogeum niechęci do siebie oraz mojego otoczenia i umieszczano mnie w zakładzie płucnym. Tak jak Paul raz po raz i w coraz krótszych odstępach czasu, jak można sobie wyobrazić, nie potrafił już znosić siebie i świata, tak i ja w coraz krótszych odstępach czasu nie potrafiłem już znosić siebie i świata, więc w zakładzie płucnym, zupełnie tak samo jak Paul w zakładzie dla obłąkanych, jak to się mówi, znowu do siebie dochodziłem. Tak jak Paula coraz to doprowadzali do ruiny specjaliści od obłędu, by jednak w końcu przywrócić mu siły i postawić go na nogi, tak i mnie coraz to doprowadzali do ruiny specjaliści od płuc, a potem przywracali mi siły i stawiali mnie na nogi, tak jak na nim, muszę powiedzieć, odcisnęły w końcu swoje piętno domy dla obłąkanych, tak na mnie, jak myślę, odcisnęły swoje piętno szpitale dla chorych na płuca, tak jak jego na dłuższą metę wychowywali wariaci, tak mnie wychowywali chorzy na płuca, tak jak on ukształtował się ostatecznie w społeczności wariatów, tak ja ukształtowałem się w społeczności chorych na płuca, a uformowanie się pośród wariatów niewiele się różni od uformowania się pośród chorych na płuca. Wariaci nauczyli go w decydującej mierze życia i istnienia, a mnie z równym zdecydowaniem, jak jego wariactwa, uczyli choroby na płuca chorzy na płuca. Paul stał się, że tak powiem, wariatem, pewnego dnia bowiem, jak to się mówi, stracił panowanie, podobnie jak ja zapadłem na płuca, także bowiem pewnego dnia straciłem panowanie. Paul zwariował, albowiem zwrócił się nagle przeciw wszystkiemu i został, naturalną koleją rzeczy, przez wszystko powalony, tak jak ja zostałem pewnego dnia powalony, zwróciłem się bowiem, tak jak on, przeciw wszystkiemu, tylko że z tej samej przyczyny, z jakiej ja zapadłem na płuca, on zwariował. Ale Paul nie bardziej był zwariowany niż ja jestem dzisiaj, jestem bowiem co najmniej tak zwariowany, jak zwariowany był Paul, co najmniej tak, jak ludzie mówią, że Paul był zwariowany, tylko że ja do mojego zwariowania jeszcze dodałem chorobę na płuca. Różnica między mną a Paulem sprowadza się wyłącznie do tego, że Paul całkowicie dał się opanować swojemu zwariowaniu, podczas gdy ja nigdy nie dałem mojemu, równie wielkiemu zwariowaniu, opanować się całkowicie, on, że tak powiem, zatracił się bez reszty w swoim zwariowaniu, podczas gdy ja moje zwariowanie przez całe życie eksploatowałem, nad swoim zwariowaniem panowałem, podczas gdy Paul nigdy nie panował nad swoim, ja nad moim zawsze panowałem i z tego być może powodu moje zwariowanie było zwariowaniem znacznie bardziej zwariowanym niż zwariowanie Paula. Paul posiadał wyłącznie tylko swoje zwariowanie, żył i egzystował wyłącznie z tego swojego zwariowania, ja zaś posiadałem do tego, oprócz mojego zwariowania, również jeszcze chorobę na płuca i tak moje zwariowanie, jak moją chorobę na płuca, dokładnie tak samo, eksploatowałem – uczyniłem z nich źródło egzystencji, pewnego dnia, w jednej chwili, na całe życie. Tak jak Paul przez dziesiątki lat wariatem żył, ja żyłem przez dziesiątki lat chorym na płuca, i jak Paul przez dziesiątki lat odgrywał wariata, ja odgrywałem przez dziesiątki lat chorego na płuca, i tak jak on dla własnej korzyści wariata eksploatował, tak ja dla własnej korzyści eksploatowałem chorego na płuca. Tak jak inni w każdej chwili usiłują przez całe życie posiąść i zachować jakąś fortunę, większą czy mniejszą, lub jakąś sztukę, wysoką lub wyższą, i ową fortunę, czy też sztukę, dopóki żyją, wszelkimi środkami tudzież w każdej okoliczności usiłują eksploatować, jak też bez skrępowania obracać ją w jedyną treść życia, tak i Paul całym swoim wariactwem zapewniał sobie całe swoje życie i zachowywał dla siebie swoje wariactwo tudzież je eksploatował, i to bez reszty, i wszelkimi środkami obracał w jedyną treść swego życia, jak ja moją chorobę na płuca i moje zwariowanie, tak i ja ostatecznie ową chorobę na płuca i owo zwariowanie obróciłem, że tak powiem, w swą sztukę. Jednakże tak jak Paul w końcu coraz bezwzględniej obchodził się ze swoim zwariowaniem, ja coraz bezwzględniej obchodziłem się ze swoją chorobą na płuca oraz ze swoim zwariowaniem, a obaj obchodząc się, że tak powiem, coraz bezwzględniej z naszymi chorobami, zaczęliśmy też coraz bezwzględniej obchodzić się z otaczającym nas światem, przez co naturalną koleją rzeczy nasze otoczenie, działając w przeciwnym kierunku, zaczęło coraz bezwzględniej obchodzić się z nami, tak że coraz częściej, w coraz krótszych odstępach czasu, wysyłano nas do należnych nam zakładów, Paula dla obłąkanych, mnie do płucnych. Ale podczas gdy zazwyczaj wysyłano nas do zakładów bardzo od siebie odległych, w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym siódmym trafiliśmy naraz, obaj jednocześnie, na Wilhelminenberg i na Wilhelminenbergu pogłębiliśmy naszą przyjaźń. Gdybyśmy w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym siódmym roku nie trafili na Wilhelminenberg, być może nie doszłoby do takiego pogłębienia przyjaźni. Po wielu latach niezamierzonej abstynencji od przyjaźni znowu faktycznie miałem przyjaciela, który rozumiał najbardziej zwariowane eskapady mojej dość skomplikowanej przecież, wcale niełatwej do rozgryzienia głowy i który miał odwagę zapuszczać się ze mną na najbardziej zwariowane eskapady tej głowy, do czego nikt z otaczających mnie ludzi nigdy nie był zdolny, wszystkim bowiem brakło ku temu woli. Zaledwie podsunąłem, jak to się mówi, jakiś temat, rozwijał się on dokładnie w tym kierunku, w jakim w naszych umysłach rozwijać się musiał, temat niekoniecznie związany z muzyką, jego i moją pierwszą i podstawową specjalnością, lecz także z wszystkich innych dziedzin. Nie znałem człowieka o przenikliwszym darze obserwacji, nikogo o większym kapitale myślowym. Tylko że Paul ów kapitał myślowy wyrzucał przez okno, równie nieustannie jak swój kapitał pieniężny, lecz podczas gdy jego kapitał pieniężny bardzo prędko został raz na zawsze przez niego ostatecznie przez to okno wyrzucony i wyczerpany, jego kapitał myślowy był faktycznie niewyczerpany; Paul wyrzucał go nieustannie przez okno, a ten (jednocześnie) pomnażał się nieustannie, im więcej kapitału myślowego wyrzucał Paul przez okno (swojej głowy), ten jego kapitał tym bardziej się pomnażał, a przecież cechą charakterystyczną ludzi, którzy najpierw wariują, a których określa się w końcu jako szalonych, jest właśnie to, że wciąż nieustannie wyrzucają przez okno (swojej głowy) coraz więcej swego kapitału duchowego, a jednocześnie w tej ich głowie z tą samą szybkością, z jaką wyrzucają ten swój kapitał duchowy przez okno (swojej głowy), on się pomnaża. Wciąż wyrzucają coraz więcej kapitału duchowego przez okno (swojej głowy), a jednocześnie tego kapitału w ich głowie robi się coraz więcej i, naturalną koleją rzeczy, coraz bardziej on im zagraża, aż wreszcie nie nadążają już z tym wyrzucaniem kapitału duchowego (ze swojej głowy) i tego nieustannie pomnażającego się w niej i w niej spiętrzonego kapitału duchowego głowa nie może już utrzymać i eksploduje. I tak też eksplodowała głowa Paula, po prostu nie mógł już nadążyć z wyrzucaniem (ze swojej głowy) swego kapitału duchowego. I podobnie eksplodowała głowa Nietzschego. I tak, koniec końców, eksplodowały głowy wszystkich tych zwariowanych filozofów, nie mogli już bowiem nadążyć z wyrzucaniem z głowy swego kapitału duchowego. W takich głowach powstaje przecież ustawicznie, faktycznie nieustannie, kapitał duchowy z szybkością o wiele większą i bardziej przerażającą niż szybkość, przy której można by jeszcze podołać wyrzucaniu go przez okno (głowy), więc pewnego dnia głowa ta eksploduje, oni zaś przestaną żyć. Tak też pewnego dnia eksplodowała głowa Paula i Paul przestał żyć. Byliśmy tacy sami, a przecież całkiem inni. Paula, na przykład, zajmowali biedacy i przejmowali, mnie natomiast, owszem, zajmowali, ale nie przejmowali, ponieważ mój mechanizm myślenia na ten stary jak świat temat nie pozwala mi przejąć się na sposób Paula, nigdy nie byłem do tego zdolny i dziś też nie jestem. Paul zalał się raz łzami na widok dziecka, które przykucnęło nad brzegiem jeziora Traunsee, dziecka, które w rzeczywistości zostało, a ja oczywiście nie mogłem tego przeoczyć, posadzone nad brzegiem Traunsee przez matkę w odrażającym zamyśle poruszenia przechodniów i wywołania w nich wyrzutów sumienia, po to by skłonić ich do otwarcia portfela. W odróżnieniu od Paula zauważyłem nie tylko niegodnie wykorzystane przez zachłanną matkę dziecko oraz jego nędzę, lecz również wykorzystującą swoje dziecko w najnikczemniejszy sposób matkę, która, przyczajona w zaroślach, z obrzydliwą, handlarską skrupulatnością przeliczała spory plik banknotów. Paul widział tylko dziecko oraz jego nędzę, nie widział natomiast siedzącej z tyłu matki liczącej pieniądze, nawet rozbeczał się i, że tak powiem, wstydząc się swego istnienia, dał dziecku banknot stuszylingowy. Podczas gdy ja przejrzałem całą tę scenę, Paul ujrzał tylko jej wymiar zewnętrzny, ubóstwo absolutnie niewinnego dziecka, nie dostrzegł natomiast nikczemnej matki z tyłu ani, że tak powiem, perfidnego, perwersyjnego wykorzystywania czyjejś dobroduszności, tego mój przyjaciel nie widział, ale ja to widzieć musiałem. Jakże to charakterystyczne dla mojego przyjaciela, że ujrzał tylko powierzchowny obraz cierpiącego dziecka i że dał dziecku banknot stuszylingowy, gdy tymczasem ja musiałem przejrzeć na wskroś całą tę cyniczną scenę, no i, naturalną koleją rzeczy, niczego dziecku nie dałem. I jakże charakterystyczne jest dla relacji między nami, że to, co zobaczyłem, zachowałem dla siebie, aby chronić przyjaciela, nie wyjawiłem mu, że za krzakiem podła, nikczemna matka liczyła pieniądze, w czasie gdy dziecko, przez nią zmuszone, musiało odgrywać dramat nędzy. Zostawiłem Paula tej powierzchownej kontemplacji całej sceny, pozwoliłem mu dać dziecku banknot stuszylingowy, rozbeczeć się, a i później nie wytłumaczyłem mu całości. Paul bardzo często wspominał potem tę scenę z dzieckiem nad brzegiem Traunsee, mówił o tym, jak dał biednemu, opuszczonemu dziecku banknot stuszylingowy (w mojej obecności), a ja nigdy nie objaśniłem mu całej tej sceny w jej faktycznym wymiarze. Co się tyczy nędzy i tak zwanej nędzy człowieka (i człowieczeństwa), Paul widział zawsze jedynie powierzchnię, jak powierzchnię tej sceny nad brzegiem Traunsee, nigdy nie widział, tak jak ja, całości i myślę, że może po prostu wzbraniał się, i to przez całe życie, przed dostrzeżeniem każdej takiej sceny w całości, że w obronie własnej zadowalał się każdorazowo tylko jej powierzchnią. Ja natomiast nigdy nie zadowalałem się tylko powierzchnią (podobnej sceny), również w obronie własnej. Na tym polega różnica. Paul w pierwszej połowie swojego życia, że tak powiem, wyrzucił przez okno wiele milionów, w wierze, iż pomaga bezradnym (a tym samym i sobie!), gdy w rzeczywistości naprawdę rzucił te miliony w paszczę tego, co najniegodziwsze i najnikczemniejsze, choć sobie samemu istotnie w ten sposób pomagał. Tak długo rzucał pieniądze rzekomo cierpiącym nędzę i godnym litości, aż samemu nic mu nie zostało. Aż do momentu, kiedy musiał zdać się całkowicie na łaskę swoich krewnych, którzy jednak wyświadczali mu tę łaskę przez bardzo niedługi czas i wkrótce potem zaprzestali, ponieważ zawsze było im obce pojęcie łaski. Zaiste karygodne, Paul pochodził bowiem z jednej z trzech, czterech najbogatszych rodzin w Austrii, których miliony za monarchii pomnażały się z roku na rok same z siebie, i dopiero proklamowanie republiki doprowadziło do stagnacji wittgensteinowskich fortun. Swoją część Paul postradał bardzo wcześnie, wyrzuciwszy wszystko przez okno, na ogół w wierze, że w ten sposób przyczyni się do likwidacji ubóstwa, tak że przez większą część życia nie posiadał w zasadzie nic, uważając, tak jak jego wuj Ludwig, że te brudne miliony należy rzucać czystemu ludowi, owemu czystemu ludowi idąc na ratunek – i samemu sobie. Paul chodził po ulicach z całymi plikami banknotów stuszylingowych tylko w tym celu, by te brudne banknoty stuszylingowe rozdawać czystemu ludowi. Na ogół jednak swoje pieniądze zawsze rozdawał jedynie takim dzieciom znad Traunsee, jakie przed chwilą opisałem. Wszyscy ludzie, którym dawał pieniądze, byli wyłącznie tacy, jak owe dzieci znad jeziora Traunsee, którym Paul zawsze wmuszał pieniądze, aby im pomóc, a także aby zadowolić siebie. Gdy już nie miał nic, przez krótki czas utrzymywali go krewni, kierując się jakimś perwersyjnym poczuciem honoru, nie wielkodusznością i w gruncie rzeczy również nie dlatego, że było to czymś oczywistym. Trzeba im bowiem przyznać, że również oni widzieli nie tylko powierzchnię sceny, lecz także całą straszliwość całości. Przez stulecie Wittgensteinowie fabrykowali broń i maszyny, aż w końcu sfabrykowali Ludwiga i Paula, słynnego, epokowego filozofa oraz nie mniej słynnego, przynajmniej w Wiedniu, a może właśnie tam jeszcze słynniejszego wariata, który w gruncie rzeczy był tak samo filozoficzny jak jego wuj Ludwig, jak i odwrotnie, filozoficzny Ludwig – równie zwariowany jak jego bratanek Paul. Jednemu, Ludwigowi, sławę przyniosła filozofia, drugiemu, Paulowi, zwariowanie. Jeden, Ludwig, był być może bardziej filozoficzny, drugi, Paul, być może bardziej zwariowany, prawdopodobnie jednak o filozoficznym Wittgensteinie mówi się, że to on był filozofem, tylko dlatego, że swoją filozofię, nie swoje zwariowanie, jak to się mówi, przelewał na papier, natomiast o drugim, Paulu, że był wariatem, dlatego że swoją filozofię tłumił (w sobie) i nie ogłaszał jej drukiem, wystawiając na pokaz jedynie swoje zwariowanie. Obaj byli ludźmi całkowicie wyjątkowymi i zarazem całkowicie wyjątkowymi mózgami, przy czym jeden swój mózg publikował, a drugi nie. Mógłbym nawet powiedzieć, że jeden swój mózg publikował, a drugi swój mózg praktykował. A na czym polega różnica między mózgiem publikowanym i wciąż się publikującym, a mózgiem praktykowanym i wciąż się praktykującym? Naturalnie gdyby Paul je publikował, jego pisma byłyby zupełnie inne niż publikowane przez Ludwiga, jak też, rzecz jasna, i Ludwig praktykowałby zupełnie inne zwariowanie niż Paul. W każdym wypadku nazwisko Wittgenstein gwarantowało wysoki, nawet najwyższy poziom. Wariat Paul osiągnął niewątpliwie poziom filozofa Ludwiga, jeden reprezentuje absolutny szczyt filozofii i dziejów ducha, drugi absolutny szczyt dziejów zwariowania, jeśli chcemy filozofię jako filozofię i ducha jako ducha i zwariowanie tak określić, jak się je określa: jako perwersyjne koncepcje historyczne. Wprawdzie od mojego przyjaciela dzieliło mnie w pawilonie Hermann tylko dwieście metrów, lecz przecież byłem od niego absolutnie oddalony, niczego nie pragnąłem równie gorąco jak naszego pierwszego spotkania po tylu miesiącach, w ciągu których zmuszony byłem obywać się bez umysłu Paula i prawie się dusiłem pośród setek innych, w olbrzymiej większości niestety absolutnie jałowych głów, nie oszukujmy się bowiem, umysły, które mamy najczęściej pod ręką, są nudne, nie ma z nich większego pożytku niż z towarzystwa przerośniętych ziemniaków, kaczych łbów wetkniętych w żałosne ciała, odziane w tandetną na ogół odzież, które naszym kosztem wiodą swą nędzną i, niestety, wcale niezasługującą na litość egzystencję. Nadejdzie jednak dzień, myślałem sobie, kiedy faktycznie będę mógł odwiedzić Paula, i zapisałem sobie nawet w punktach, o czym będę z nim rozmawiał, o tym wszystkim, o czym przez wiele miesięcy nie mogłem z nikim rozmawiać. Bez Paula nie była w moim wypadku możliwa żadna rozmowa o muzyce, nie było mowy o żadnej rozmowie o filozofii, polityce czy matematyce. Gdy na przykład zamierały już we mnie myśli o muzyce, wystarczało tylko odwiedzić Paula, aby je ożywić. Biedak, myślałem sobie, siedzi zamknięty w pawilonie Ludwig, może nawet w kaftanie bezpieczeństwa, a wolałby być w operze. Paul był największym entuzjastą opery, jakiego znał Wiedeń, wiedzą o tym wtajemniczeni. Był fanatykiem opery, który nawet wtedy, gdy popadł w całkowite ubóstwo, a koniec końców również w rozgoryczenie, co było nieuniknione, musiał sobie pozwolić na codzienną wizytę w operze, choćby na miejscu stojącym. Śmiertelnie chory potrafił wystać sześciogodzinnego Tristana, a na koniec miał jeszcze dość siły, by gromko wykrzyczeć brawa lub wygwizdać spektakl, tak jak nikt, ani przed nim, ani po nim, w gmachu na Ringu nie potrafił. Lękano się go jako kogoś, kto decyduje o sukcesie lub klęsce. Władca premier, całą operę porywał swym entuzjazmem, ponieważ wybuchał nim kilka sekund wcześniej niż reszta sali. Z drugiej strony, największe i najdroższe inscenizacje już w momencie jego pierwszego gwizdu doznawały sromotnej porażki, a działo się tak, bo on tak chciał, bo on akurat miał taki nastrój. Jeśli zechcę, każdą inscenizację jestem w stanie położyć na łopatki, przy sprzyjających temu okolicznościach, a okoliczności zawsze ku temu istnieją, powiadał Paul, a jeśli mam ochotę, potrafię każdą inscenizację postawić na nogi, jeśli są ku temu przesłanki, a takie zawsze się znajdą: Wystarczy, że pierwszy zacznę gwizdać albo pierwszy krzyknę brawo. Przez dziesiątki lat wiedeńczycy nie zauważyli, że ostatecznie to Paul w gmachu na Ringu był pierwszym motorem ich triumfów operowych, najwyższych wzlotów, tak samo jak i zapaści, najniższych upadków, które, jeśli on o tym zadecydował, nie mogły być sromotniejsze, bardziej druzgocące. Te jego operowe za i przeciw nie miały wszakże nic wspólnego z obiektywizmem, tylko z jego chwilowym nastrojem, jego zacietrzewieniem, jego zwariowaniem. Wielu dyrygentów, których Paul nie cierpiał, wpadło w Wiedniu w jego sidła. Wygwizdywał ich i pomstował na nich, dosłownie z pianą na ustach. Nie udało mu się tylko z Karajanem, którego nienawidził. Geniusz Karajana był zbyt wielki, by Paul mógł go choćby zadrapać. Przez dziesiątki lat obserwowałem i analizowałem Karajana, który pozostaje dla mnie największym dyrygentem stulecia obok uwielbianego przeze mnie Schurichta i muszę przyznać, że Karajana już od dzieciństwa z doświadczenia podziwiałem, a przynajmniej ceniłem tak wysoko jak wszyscy muzycy, z którymi on pracował. Paul nienawidził Karajana na wszelki dostępny mu sposób i powodowany nałogową wręcz nienawiścią określał go wyłącznie mianem szarlatana, ja natomiast, opierając się na własnych kilkudziesięcioletnich obserwacjach, widziałem w nim wciąż pierwszego w świecie muzycznego fachowca, a im słynniejszy stawał się Karajan, tym stawał się lepszy, czego mój przyjaciel, tak jak i cały świat muzyczny, nie chciał zauważyć. Od dzieciństwa obserwowałem, jak rozwijał się i doskonalił geniusz Karajana, byłem świadkiem niemal wszystkich jego prób koncertów i oper, które prowadził w Salzburgu i w Wiedniu. Pierwsze koncerty w moim życiu dyrygował Karajan, pierwsze opery, na których byłem, również Karajan. Był to dla mnie, muszę powiedzieć, solidny fundament rozwoju muzycznego. Nazwisko Karajan z góry zapowiadało dzikie spory między mną a Paulem, i zawsze, dopóki Paul żył, spieraliśmy się o Karajana. Jednakże ani ja swoimi argumentami na rzecz Karajana nie mogłem przekonać Paula o Karajanie geniuszu, ani też Paul mnie swoimi o jego Karajanie, czyli szarlatanie. Opera aż do śmierci była dla Paula, i nie burzyło to jego systemu filozoficznego, że tak powiem, szczytem absolutu, podczas gdy dla mnie już w tym czasie pasją młodości, zepchniętą lekko na dalszy plan, sztuką, którą wciąż kocham, bez której jednak już od wielu lat świetnie sobie radzę. Paul przez wiele lat, kiedy miał jeszcze pieniądze i czas, zjeżdżał całą kulę ziemską, od jednej opery do drugiej, aby na końcu obwieścić wszem i wobec, że wiedeńska jest jednak największa. Met jest niczym. Covent Garden to zero. Scala się nie liczy. W porównaniu z Wiedniem nic się nie liczyło. Tylko Wiedeń się liczył, jednak naturalnie, mówił Paul, Opera Wiedeńska naprawdę dobra też jest tylko raz w roku. Tylko raz w roku, ale jednak. Paula stać było na to, żeby w ciągu zwariowanej trzyletniej podróży odwiedzić wszystkie po kolei tak zwane teatry operowe o światowej randze. Poznał wtedy niemal wszystkich większych, wielkich i naprawdę znaczących dyrygentów, prawie wszystkich hołubionych czy też poddawanych przez tychże dyrygentów dyscyplinie śpiewaków tudzież prawie wszystkie śpiewaczki. Miał w gruncie rzeczy operową głowę, a jego życie, które coraz bardziej, a w ostatnich latach z zastraszającą szybkością, przemieniało się w przerażającą egzystencję, też było operą, naturalnie wielką operą, ze wszystkim, co do niej należy, z tragicznym finałem włącznie. W tej chwili ta jego opera rozgrywała się w Steinhofie i w pawilonie Ludwig, jednym z najbardziej zaniedbanych w całym Steinhofie, o czym wkrótce miałem się przekonać. Pan baron, jak wszyscy mojego przyjaciela tytułowali, biały frak, który, jak mi wiadomo, uszył sobie u Knizego i który również w ostatnich latach życia bardzo często zakładał, że tak powiem, za moimi plecami, zwłaszcza gdy szedł do tak zwanego baru Eden, zamienił teraz na kaftan bezpieczeństwa. Kolację u Sachera albo w Imperialu, dokąd od czasu do czasu zapraszali go wciąż jeszcze liczni dobrze sytuowani i nieprzyzwoicie bogaci arystokratyczni i niearystokratyczni przyjaciele, zamienił na blaszaną miskę na marmurowym stoliku w pawilonie Ludwig, natomiast eleganckie angielskie skarpety i obuwie z pracowni Maglego albo Rosellego, a może Janko na regulaminowe w pawilonie Ludwig grube białe pończochy z wełny i toporne filcowe kapcie. Miał już wtedy za sobą kolejną serię elektrowstrząsów, które, gdy po raz kolejny wypuszczono go ze Steinhofu, nie bez ironii i sarkazmu opisywał, nazywając po imieniu okrucieństwo, podłość i niegodziwość, a więc i nieludzkość. Gdy tylko jego otoczenie czuło się zagrożone, gdy nagle, z dnia na dzień, groził, że wszystkich powybija, a własnym braciom obwieszczał, ni mniej, ni więcej, tylko że ich powystrzela albo podusi, odstawiano go do Steinhofu, natomiast zwalniano go stamtąd zupełnie zniszczonego przez lekarzy i ich megalomanię, kiedy prawie nic już się w nim nie kołatało, gdy nawet głowy nie był w stanie podnieść, a tym bardziej głosu. Wycofywał się wtedy nad jezioro Traunsee, gdzie jego rodzina do dziś ma rozmaite, rozproszone pośród lasów posiadłości, na różnych cudownych odnogach jezior i przesmykach, wzgórzach, szczytach górskich, w kotlinach przeróżnych, wszystkie te wille i domy wiejskie, te tak zwane przybudówki i zameczki, w których jeszcze dziś spędzają Wittgensteinowie przymusowe okresy przestoju w procesie bogacenia się. W tej chwili jego rezydencją stał się pawilon Ludwig. A ja zacząłem się nagle wahać, czy z mojej strony, a więc z pawilonu Hermann, wskazane jest nawiązywanie kontaktu z pawilonem Ludwig, czy nie przyniesie to nam więcej szkody niż pożytku. No bo kto wie, w jakim stanie faktycznie znajdował się Paul, niewykluczone, że w takim, który mnie mógłby tylko zaszkodzić, więc może lepiej, żebym jeszcze poczekał, nie nawiązywał kontaktu między pawilonem Hermann a pawilonem Ludwig. I odwrotnie, myślałem sobie, moje pojawienie się w pawilonie Ludwig, w dodatku niespodziane, także na mojego przyjaciela może mieć zgubny wpływ. Naraz zacząłem się faktycznie obawiać naszego spotkania i pomyślałem sobie, że decyzję, czy podjęcie kontaktu między pawilonem Hermann a pawilonem Ludwig jest czymś stosownym, czy nie, lepiej pozostawić naszej przyjaciółce Irinie. Lecz myśl tę od razu porzuciłem, nie chcąc, by z jakiejkolwiek decyzji nas tylko dotyczącej wynikły jakieś trudności dla naszej przyjaciółki. Na razie i tak przecież nie mam siły, żeby pójść do pawilonu Ludwig, myślałem sobie, i z pomysłu, by odwiedzić pawilon Ludwig, całkowicie zrezygnowałem, wydawał mi się bowiem zbyt absurdalny. Zresztą nie wiem przecież, czy sam Paul pewnego dnia z głupia frant nie pojawi się tutaj, przecież to całkiem możliwe, myślałem sobie, skoro nasza gadatliwa przyjaciółka Irina powiedziała mu już, że tu jestem, w pawilonie Hermann. I faktycznie zacząłem się tego lękać. A jeśli tu, na tym oddziale o tak ścisłej dyscyplinie, naznaczonym śmiercią jak żaden inny, nagle pojawi się on w tym swoim wariackim ubraniu, w tych swoich wariackich pantoflach, myślałem sobie, w tej swojej wariackiej koszuli, w tym swoim wariackim kaftanie tudzież w tych swoich wariackich spodniach. Zacząłem się bać. Nie wiedziałbym, jak go przywitać, jak go przyjąć, jak go poskromić. Myślałem też, że jemu łatwiej byłoby odwiedzić mnie niż mnie jego. Jeżeli jest w stanie choć trochę się poruszać, to pojawi się tu pierwszy. Taka wizyta w każdych okolicznościach musiałaby się skończyć katastrofą, myślałem, odsuwając od siebie tę myśl i próbując myśleć zupełnie o czymś innym, lecz mi się to, naturalnie, nie udawało. Myśl, że Paul mnie odwiedzi, stała się w końcu dla mnie koszmarem. Miałem wrażenie, że już za chwilę otworzą się drzwi i stanie w nich Paul. W swoim wariackim stroju. I w duchu widziałem już, jak go tu odnajdują strażnicy, ubierają w kaftan bezpieczeństwa i pałkami zapędzają z powrotem do Steinhofu, ten straszliwy obraz nie dawał mi spokoju. Jest na tyle nieostrożny, mówiłem sobie, żeby popełnić ten błąd, czołga się pod ogrodzeniem, wbiega do pawilonu Hermann, rzuca się na moje łóżko i mnie obejmuje. W tak zwanych stanach krytycznych Paul podbiegał do człowieka i obejmował go tak mocno, że delikwentowi wydawało się, iż go tym objęciem zadusi, po czym wypłakiwał się na piersiach objętego. Faktycznie, lękałem się, że Paul może ni stąd, ni zowąd wpaść, objąć mnie i rozbeczeć się na mojej piersi. Kochałem go, nie chciałem jednak, by mnie obejmował, nienawidziłem, kiedy mi się wypłakiwał na piersi pięćdziesięciodziewięcio-, sześćdziesięcioletni mężczyzna. W takich sytuacjach wyrzucał z siebie niezrozumiałe słowa, a całe jego ciało ogarniały drgawki. Z pianą na ustach tak długo przywierał do człowieka, że po niedługim czasie nie można już było wytrzymać, więc trzeba się było od niego uwalniać siłą. Musiałem go często odpychać, co oczywiście robiłem niechętnie, nie miałem jednak żadnej innej możliwości, zgniótłby mnie przecież. W ostatnich latach te ataki obejmowania przybrały jeszcze na sile, więc uwolnienie się z jego objęć wymagało niesłychanego samozaparcia i niemal nadludzkiej mocy. Od dawna stało się jasne, że ten człowiek znalazł się już całkowicie w szponach śmiertelnej choroby. Pozostawało jedynie kwestią czasu, kiedy w trakcie takiego niespodziewanego ataku udusi się ostatecznie. Ty jesteś jedynym przyjacielem, który mi pozostał, jedynym człowiekiem, jednym i jedynym, bełkotał do objętego, który nie wiedział, jak go uspokoić, jak złagodzić spazmy tego nieszczęśnika. Lękałem się tego obejmowania, bałem się, że Paul może znienacka pojawić się w drzwiach mojej sali. Lecz nie przychodził. Lękałem się codziennie, ba, w każdej godzinie, że wpadnie, lecz przecież nie wpadał. Od Iriny dowiedziałem się, że leży jak umarły na swojej pryczy w pawilonie Ludwig i kategorycznie odmawia przyjmowania posiłków. Ta metoda doprowadzała do jego całkowitego osłabienia, a lekarze, gdy go już zniszczyli, zostawiali go w spokoju. Kiedy był już wyschnięty jak szkielet i lekarze wiedzieli, iż jeszcze przez dłuższy czas nie będzie mógł wstać o własnych siłach, zwalniali go. Wówczas jechał autem jednego ze swych braci, a jeśli nie jednego ze swych braci, to taksówką, nad Traunsee, i tam zaszywał się na parę dni, a nawet tygodni w owej posiadłości Wittgensteinów, gdzie miał dokładnie określone kontraktem prawo zamieszkiwania aż do śmierci, w dwustuletnim wiejskim domu, położonym w głębokiej dolinie między Altmünster a Traunkirchen, gdzie wiernie oddana i przypisana na całe życie Wittgensteinom stara służąca prowadziła małe gospodarstwo na prywatne potrzeby przebywających na wakacjach Wittgensteinów. Jego żona Edith zostawała w takich wypadkach w Wiedniu. Wiedziała, że wtedy tylko dochodził do siebie, kiedy nie miał obok siebie nikogo, nawet jej, która w ostatecznym rachunku była mu zawsze najbliższa i którą faktycznie aż do śmierci nazywał ukochaną. Paul zawsze mnie odwiedzał, kiedy przyjeżdżał nad Traunsee, może nie od razu, w pierwszych dniach po przyjeździe, lecz później, kiedy znowu ośmielał się wejść między ludzi, kiedy nie obawiał się już zwróconych na siebie oczu, pełnych bezwzględności i węszących niezdrową sensację, kiedy znowu skłonny był do rozmów, nawet do filozofowania. Wtedy pojawiał się w Nathalu i gdy tylko pogoda temu sprzyjała, siedząc tam z zamkniętymi oczami na dziedzińcu, wsłuchiwał się w dźwięki muzyki z puszczanej przeze mnie płyty, w dźwięki, które dochodziły przez otwarte okno na pierwszym piętrze i które, przy otwartym na oścież oknie, doskonale było z dziedzińca słychać. Teraz proszę Mozarta. Teraz proszę Straussa. Teraz proszę Beethovena, mówił. Wiedziałem, jaką nastawić płytę, aby wprawić go w pozytywny nastrój. Całymi godzinami słuchaliśmy razem muzyki Mozarta, Beethovena, nie wypowiadając przy tym ani słowa. Uwielbialiśmy to obaj. Dzień kończył się małą, przygotowaną przeze mnie kolacją, po czym w nastającym zmierzchu autem odwoziłem Paula do domu. Nie zapomnę nigdy tych naszych wieczorów muzycznych bez słowa. Trzeba mu było jakichś dwóch tygodni, by się, jak to sam określał, unormalizować. Pozostawał na wsi dopóki wieś nie zaczynała mu działać na nerwy, wtedy miał w głowie tylko Wiedeń. Jechał tam na cztery, pięć miesięcy, aż znowu odzywały się pierwsze oznaki choroby, et cetera. Przez pierwsze lata naszej przyjaźni Paul pił prawie bez ustanku, co naturalną koleją rzeczy przyspieszało proces chorobowy. Gdy rzucił picie, zresztą bez oporów, stan jego najpierw niepokojąco się pogorszył, ale potem uległ znacznej poprawie. Odtąd Paul nie pił już alkoholu. A nikt nie pił tak chętnie jak on, już przed południem u Sachera opróżniał całe butelki szampana, dla niego śmieszny detal, niewart wzmianki. W Obenaus, małym lokalu przy Weihburggasse, w ciągu jednego wieczora potrafił litrami pić białe wino. Zemściło się to na nim. Rzucił picie jakieś pięć, sześć lat przed śmiercią. Gdyby tego nie uczynił, umarłby pewnie trzy, cztery lata wcześniej, co, jak myślę, stanowiłoby niepowetowaną szkodę. Dopiero bowiem w ostatnich latach życia stał się prawdziwym filozofem, wcześniej był tylko filozofującym koneserem, smakoszem życia, który jednakże, co czyniło go tak mi drogim, umiał je smakować jak nikt spośród znanych mi ludzi. Dopiero w śmiertelnym lęku, w pawilonie Hermann, uświadomiłem sobie jasno istotną wartość związku z moim przyjacielem Paulem jako w istocie najwartościowszego ze wszystkich związków łączących mnie z jakimkolwiek mężczyzną, jedynego, w jakim mogłem wytrzymać dłużej niż tylko krótką chwilę i jakiego w żadnym wypadku nie chciałbym się wyrzec. Nagle zacząłem się lękać o tego człowieka, który stał się dla mnie najbliższym ze wszystkich, zląkłem się, że mogę go stracić, i to z dwojakiej przyczyny, wskutek mojej, jak i wskutek jego śmierci, tak blisko bowiem, jak ja sam znalazłem się śmierci w ciągu tych tygodni i miesięcy w pawilonie Hermann, co przecież, koniec końców, sam czułem, tak blisko śmierci znalazł się i on w pawilonie Ludwig. Naraz bardzo zaczęło mi brakować tego człowieka, jedynej istoty płci męskiej, z którą mogłem rozmawiać w sposób, który mi całkowicie odpowiadał, wyszukać temat, a potem go rozwijać, obojętne jaki, choćby i najtrudniejszy. Od jak dawna już muszę się obywać bez takich rozmów, bez tej zdolności słuchania, objaśniania, a jednocześnie rejestrowania, myślałem, ile to czasu upłynęło od naszych rozmów o Webernie, o Schönbergu, o Satiem, o Tristanie i Zaczarowanym flecie, o Don Juanie i Uprowadzeniu. Ile czasu minęło od dnia, kiedy na podwórku w Nathalu słuchał razem ze mną Reńskiej pod batutą Schurichta. Dopiero teraz, w pawilonie Hermann, rozumiem, bez czego muszę się obywać, co odebrała mi ostatnia choroba i bez czego w gruncie rzeczy nie sposób mi się obywać, jeśli chcę istnieć. Mam wprawdzie przyjaciół, najlepszych na świecie, żaden jednak nie może równać się z Paulem, jeśli idzie o bogactwo pomysłów i wrażliwość, pomyślałem i od tej chwili robiłem wszystko, aby jak najprędzej nawiązać znowu osobisty kontakt z tym moim nieszczęśliwym partnerem duchowym. Kiedy obaj będziemy znów na wolności i obaj zdrowi, mówiłem sobie, nadrobię wszystko to, co zaniedbałem z powodu pobytu na wzgórzu Baumgartner, i odczułem w głowie niesamowitą, że tak powiem, potrzebę nadrobienia wszystkiego, czego była pozbawiona. Spiętrzyło się w niej nieskończenie wiele tematów oczekujących na partnera do rozmowy. Ten jednak może faktycznie leżał wciąż w kaftanie bezpieczeństwa na pryczy, o czym opowiadała mi kilka dni wcześniej nasza przyjaciółka Irina, i w dalszym ciągu, wpatrując się w sufit sali zajmowanej przez niego oraz dwudziestu czterech innych nieszczęśników, odmawiał przyjęcia pokarmu. Muszę do niego natychmiast pójść, mówiłem sobie. Od paru tygodni panowały olbrzymie upały, co dało się we znaki przede wszystkim Immervollowi. Musiał zaprzestać gry w oczko i z dnia na dzień okazało się, że nie może już podnieść się z łóżka. Jego twarz raptem się zapadła, nos stał się nagle olbrzymi, kości policzkowe uwydatniały to w niesamowity, groteskowy sposób. Jego skóra zrobiła się szara i przezroczysta, zazwyczaj leżał, wyzbyty wstydu, całkowicie odkryty, a w końcu z szeroko rozstawionymi nogami, z których zostały już tylko kości. Nie był w stanie sam przysunąć sobie basenu, a ponieważ musiał bez przerwy oddawać mocz, a siostry naturalną koleją rzeczy nie mogły być cały czas w naszej sali, ja podawałem mu basen, lecz Immervoll był już tak nieporadny, że za każdym razem robił obok. Z otwartych zazwyczaj ust wydobywała się żółtozielona ciecz, już od południa barwiąca całą poduszkę. I naraz zaczął wydawać dobrze znany mi zapach, zapach umierającego. Nasz student teologii leżał w ciągu tych dni zwrócony częściej do mnie niż do Immervolla, czytał zazwyczaj jakąś książkę teologiczną, innych, takie miałem wrażenie, nie czytał w ogóle. Gdy odwiedzali go rodzice z Grinzingu, przysiadłszy na skraju łóżka, przekonywali go głównie o tym, że poza nim nie mają już nic na świecie, więc za nic w świecie nie powinien ich opuszczać. Ja jednak nie miałem wrażenia, że student umierał. Immervolla wywieźli w końcu kiedyś nocą, razem z łóżkiem, na korytarz, przespałem jego śmierć. Gdy wczesnym rankiem z wykresem temperatury szedłem do ambulatorium na kontrolę wagi, jego łóżko stało już na korytarzu, świeżo posłane. Ja sam też wychudłem aż do kości, z wyjątkiem owego księżycowego oblicza i grubego brzucha, który stał się przerażającą, odrętwiałą kulą, mogącą w każdej chwili pęknąć, takie miałem wrażenie, i na którym powstały liczne małe przetoki. Kiedy przez radio mojego sąsiada-studenta teologii usłyszałem transmisję z wyścigów samochodowych w Monzy, od razu przyszło mi na myśl, że obok pasji muzycznej mój przyjaciel Paul niczemu nie oddawał się równie intensywnie, jak tak zwanym wyścigom automobilowym. Paul we wczesnej młodości sam startował w wyścigach samochodowych, a do jego najlepszych przyjaciół należało całe grono mistrzów świata w tej dyscyplinie, która dla mnie osobiście była odpychająca, uważam bowiem, że głupszej nie ma. Lecz taki już był ten mój przyjaciel: nic niemal nie było mu obce. Niewyobrażalne, że ten sam człowiek, który w moim mniemaniu wypowiadał najmądrzejsze sądy o kwartetach smyczkowych Beethovena, człowiek, który jako jedyny poprawnie rozszyfrował dla mnie symfonię Haffnerowską i sprowadził ją do matematycznego cudu, za co uważam ją od tej pory, był jednocześnie wielbicielem i fanatykiem wyścigów samochodowych, że dla jego ucha ryk samochodów, w szalonym tempie pędzących po morderczym torze, był równie piękną muzyką. Wittgensteinowie, którzy zawsze byli i są do dziś dnia fanatykami wyścigów automobilowych, przez wiele lat zapraszali w lecie do swojej posiadłości nad jeziorem Traunsee najlepszych kierowców wyścigowych, ja sam pamiętam, jak na żądanie Paula siedziałem całymi wieczorami do późnej nocy w jego domu na wzgórzu Traunseehügel, w towarzystwie, przykładowo, Jackiego Stewarta i Grahama Hilla, tych arcykomicznych wesołków, a także rozmawiałem z Jochenem Rindtem, który wkrótce potem zginął w wypadku na torze w Monzy. Teraz oczywiście, po sześćdziesiątce, Paul inaczej patrzył, jak sam mówił, na te sprawy, teraz faktycznie uważał je również za głupotę, którym to mianem ja zawsze określałem wyścigi automobilowe. Formuła I miała jednak na niego zawsze wpływ do tego stopnia, że nie pamiętam rozmowy, aby przy tej czy innej okazji nie wspominał o tak drogich mu wyścigach automobilowych i zawsze znajdował sposobność, by nagle włączyć do rozmowy wyścigi automobilowe, a wtedy, oczywiście, nie potrafił już przestać mówić na ten temat, co zmuszało do zastanawiania się, jak odwieść go od wyścigów automobilowych, które nagle znów zaczynały nad nim panować i rzeczywiście, na całe życie stały się dla niego okrutną obsesją. W rzeczy samej, Paul miał dwie pasje, zarazem również dwie główne choroby: muzykę i wyścigi samochodowe. W pierwszej połowie życia jego światem były wyścigi samochodowe, w drugiej muzyka. I żeglarstwo. Ale gdzie teraz miałby realizować owe pasje sportowe? Kiedy go poznałem, jego pasja do samochodowych wyścigów miała już charakter wyłącznie teoretyczny, praktycznie bowiem od dawna nie startował w wyścigach, nie uprawiał też żeglarstwa. Sam nie miał już pieniędzy, a krewni trzymali go krótko – w tak zwanym międzyczasie, kiedy Paula wciąż na nowo gnębiła długoletnia depresja, zamknęli go w zakładzie ubezpieczeń przy Schottenringu, w tak zwanej Wieży na Ringu, gdzie, ponieważ nie miał wyjścia, nagle sam musiał zarabiać pieniądze, a można przypuszczać, że przenosząc akta i sporządzając listy, zarabiał niewiele. No ale miał przecież żonę i musiał opłacać mieszkanie na Stallburggasse, dwa kroki od Hiszpańskiej Szkoły Jeździeckiej. A czynsze w pierwszej dzielnicy są najwyższe. Wolny dotychczas pan baron musiał stawiać się z rana już o wpół do ósmej w biurze, w którym nie oszczędzano mu niczego, co tylko takie biuro ma do zaoferowania. Ale to go nie złamało. Najczęściej robił sobie z tego żarty, a jego fantazja rozkwitała, kiedy żartobliwie opisywał stosunki panujące w tak zwanym miejskim zakładzie ubezpieczeń. Przez cały wieczór potrafił zabawiać towarzystwo wyłącznie tymi historyjkami, twierdząc, że jest tak szczęśliwy, iż chociaż raz udało mu się wstąpić między lud i zobaczyć, jak tam jest naprawdę i co tam się wyprawia. Najprawdopodobniej krewni umieścili Paula w owym zakładzie ubezpieczeń wyłącznie dlatego, że znali dyrektora tego zakładu, bez znajomości zakład ubezpieczeń nie przyjąłby go do pracy, w dodatku już prawie sześćdziesięciolatka, a więc w wieku, w jakim żadna firma nie przyjmuje do pracy ludzi jego kategorii. To, że musi pracować, żeby zarabiać pieniądze na tak zwane własne utrzymanie, było dla niego czymś kompletnie nowym, więc wszyscy wróżyli mu porażkę. Omylili się jednak, Paul bowiem niemal do końca życia, do dnia, kiedy już po prostu nie mógł iść do zakładu ubezpieczeń na Schottenring, chodził do biura, punktualnie, i punktualnie, jak się należy, z niego wychodził. Wzorowy ze mnie urzędnik, pod każdym względem, mawiał często, a ja tego jego przeświadczenia nigdy nie podawałem w wątpliwość. Edith, swoją żonę, drugą, poznał, jak sądzę, w Berlinie, przypuszczam, że przy okazji przedstawienia w operze – przed, po lub w trakcie. Była siostrzenicą kompozytora Giordana, autora opery André Chenier, miała krewnych głównie we Włoszech, dokąd jeździła co roku, po to by dojść do siebie, z Paulem albo bez Paula, swojego trzeciego męża. Bardzo ją lubiłem i niezmiernie się radowałem, widząc ją przypadkowo w Bräunerhofie, pochyloną nad filiżanką kawy. Prowadziliśmy niesłychanie miłe rozmowy. Oprócz tego, że pochodziła z doskonałej rodziny, odznaczała się wysoką inteligencją, znacznie wyższą od wysokiej przeciętnie, i do tego była czarującą damą. A skoro była żoną Paula Wittgensteina, musiała, rzecz jasna, być również bardzo elegancka. W tych dla niej niewątpliwie pełnych goryczy latach, gdy stan męża pogarszał się szybko i niepowstrzymanie, gdy można było już przewidywać śmierć, gdy ataki następowały w coraz krótszych odstępach, gdy w Steinhofie oraz w szpitalu Wagnera-Jauregga w Linzu Paul przebywał dłużej niż w Wiedniu bądź nad Traunsee, nie skarżyła się, aczkolwiek dobrze wiedziałem, w jakich niesłychanie ciężkich warunkach przyszło im żyć. Kochała Paula i nie opuściła go ani na minutę, choć zazwyczaj żyli w rozłące, ona zawsze bowiem pozostawała na Stallburggasse, w ich małym mieszkaniu z przełomu wieków, kiedy jej mąż wegetował w Steinhofie albo w Linzu w szpitalu Wagnera-Jauregga, dawniej znanym jako Niedernhart, w kaftanie bezpieczeństwa, w jakiejś okropnej sali, razem ze swoimi pobratymcami. Jego ataki nie przychodziły nagle, dawały się przewidzieć już parę tygodni wcześniej, gdy naraz zaczynały mu drżeć ręce, gdy nie potrafił dokończyć zdania, ale mówił bez przerwy, całymi godzinami, i nie można było przerwać potoku jego słów, gdy jego chód stawał się naraz całkowicie nieregularny, a więc gdy wykonywał nagle bardzo szybko dziesięć, jedenaście kroków, a potem trzy, cztery, pięć niezwykle powoli, gdy bez ważnego powodu zagadywał nieznajomych na ulicy, albo gdy, na przykład, o dziesiątej rano zamawiał u Sachera butelkę szampana, lecz go nie pił, tylko zostawiał na stole i czekał, aż stanie się ciepły. Lecz to były tylko nieszkodliwe dziwactwa. Gorzej, gdy zamówiony przez Paula i przyniesiony przez kelnera pełny zestaw śniadaniowy lądował na obitej jedwabnymi tapetami ścianie. Raz, jak mi wiadomo, Paul wsiadł na Petersplatz do taksówki i powiedział tylko jedno słowo: Paryż, na co kierowca, który go znał, faktycznie zawiózł go do Paryża, gdzie mieszkająca tam jedna z wittgensteinowskich ciotek musiała zapłacić za kurs. Również do mnie, do Nathalu, przyjeżdżał wiele razy taksówką, tylko na pół godzinki, żeby cię tylko zobaczyć, jak mawiał, a potem wrócić do Wiednia, bądź co bądź dwieście dziesięć kilometrów w jedną stronę, a więc w sumie czterysta dwadzieścia. Kiedy znów go to brało, jak powiadał, nie potrafił utrzymać szklanki w dłoni, co chwila tracił panowanie nad sobą i wybuchał głośnym płaczem. Pokazywał się ludziom ubrany zawsze z najwyższą elegancją, nosił ubrania odziedziczone po zmarłych przyjaciołach albo podarowane przez żyjących, przykładowo o dziesiątej rano siedział u Sachera w kompletnie białym garniturze, o wpół do jedenastej w Bräunerhofie w szarym tenisie, po południu o wpół do drugiej w Ambasadorze w czarnym gładkim, zaś o wpół do czwartej znów u Sachera w żółtym wypłowiałym. Obojętnie gdzie stał lub szedł, łamiącym się głosem intonował nie tylko całe arie wagnerowskie, lecz bardzo często wręcz połowę Zygfryda albo Walkirii, nie zwracając uwagi na otoczenie. Zaczepiał na ulicy zupełnie obcych ludzi i pytał, czy nie podzielają jego poglądu, że po Klempererze słuchanie muzyki stało się nieznośne. Większość zaczepionych przez niego ludzi nigdy nie słyszała o Klempererze i nie miała żadnego pojęcia o muzyce, wcale mu to jednak nie przeszkadzało. Kiedy miał do tego nastrój, na środku ulicy wygłaszał tyrady na temat Strawińskiego albo Kobiety bez cienia i oznajmiał, że Kobietę bez cienia niebawem wystawi na scenie nad Traunsee w wykonaniu najlepszych muzyków świata. Kobieta bez cienia była jego ulubioną operą, pomijając opery Wagnera. I faktycznie, najsłynniejsze śpiewaczki i najlepszych śpiewaków wciąż prosił o podanie wysokości honorarium za gościnny występ w Kobiecie bez cienia na Traunsee. Wybuduję na jeziorze pływającą scenę, powiadał często, a filharmonicy grać będą na drugiej pływającej scenie, od strony góry Traunstein. Traunsee to właściwe miejsce dla Kobiety bez cienia, powinno się ją przedstawiać między Traunkirchen a Traunstein, twierdził. Śmierć Klemperera zniweczyła moje plany, powiadał, Kobieta bez cienia z Böhmem przyprawi mnie o mdłości. Pewnego razu zamówił u Knizego, najdroższego i najlepszego krawca w Wiedniu, dwa białe fraki naraz. Gdy ubiory były gotowe, oświadczył firmie Knize, że wysyłać mu dwa białe fraki to kompletny absurd, skoro w firmie Knize nie zamówił nawet jednego czarnego, a może firma Knize ma go za wariata? Faktem jest jednak, że przez wiele tygodni chodził do firmy Knize w tym tylko celu, by zlecać bez przerwy coraz to nowe poprawki w obu zamówionych frakach. Nie tygodniami, lecz wręcz miesiącami zamęczał firmę Knize, domagając się kolejnych poprawek, a w chwili, kiedy oba fraki zostały ukończone, wyparł się, że w ogóle kiedykolwiek zamówił w tej firmie dwa fraki, białe fraki, co oni sobie myślą, przecież nie jestem wariatem, żeby zamawiać dwa białe fraki, i to akurat w firmie Knize. Firma Knize, dysponująca całym plikiem materiałów dowodowych, zażądała od Paula honorarium, które, naturalną koleją rzeczy, wypłacić musiała rodzina Paula, ponieważ on sam nie miał pieniędzy. Po tej aferze Paul wylądował oczywiście znowu w Steinhofie. Krewni chętniej widzieli go tam niż na wolności, której, jak zapewne myśleli, rażąco nadużywał. Nienawidzili go, chociaż, a faktycznie dlatego, że był ich własnym produktem, dla mnie zresztą najsympatyczniejszym. Zakrawało na groteskę, że naraz obaj znaleźliśmy się na górze naszego przeznaczenia, czyli na Wilhelminenbergu. Ja na właściwym mi oddziale płucnym, on na właściwym sobie oddziale dla obłąkanych. Wciąż próbował mi wyliczyć na palcach, ile to już razy był w Steinhofie i w Niedernhart, czyli w szpitalu Wagnera-Jauregga, nie starczało mu jednak palców, wskutek czego nigdy nie doszedł do właściwej liczby. Jeśli w pierwszej połowie życia pieniądze nie odgrywały dla niego żadnej roli, ponieważ, tak jak wuj Ludwig, dysponował zawsze niesłychaną i, jak się im obu wydawało, również niespożytą ich ilością, to w drugiej połowie życia, kiedy ich już w ogóle nie miał, pieniądze odegrały rolę największą. Przez wiele lat drugiej połowy życia Paul postępował tak jak w pierwszej, co naturalną koleją rzeczy prowadziło do licznych waśni z krewnymi, wobec których, przynajmniej prawnie, nie mógł wysuwać już żadnych roszczeń. Kiedy nagle, z dnia na dzień, okazało się, że nie ma już pieniędzy, pozdejmował po prostu ze ścian swoich posiadłości obrazy i sprzedał je za bezcen pozbawionym skrupułów handlarzom z Wiednia i Gmunden. Również większość kosztownych mebli poznikała w ciężarówkach raczej pozbawionych skrupułów tak zwanych handlarzy starociami, którzy za te kosztowności płacili mu marne grosze. Za józefińską komodę dostał mniej więcej tyle, ile kosztowała butelka szampana, wypił ją zresztą od razu z handlarzem, który tę komodę od niego kupił. Pod koniec Paul miał tylko jedno życzenie, żeby przynajmniej pojechać do Wenecji, aby choć raz porządnie się wyspać w hotelu Gritti, mówił o tym wielokrotnie, na spełnienie tego życzenia było już jednak za późno. O swoich pobytach w Steinhofie, jak również w szpitalu Wagnera-Jauregga opowiadał Paul najbardziej niewiarygodne historie, które warto byłoby przytoczyć, ale tutaj nie ma na to miejsca. Dopóki miałem pieniądze, miałem wielu przyjaciół-lekarzy, mawiał Paul, ale jak już ich nie ma, traktują cię jak bydło, powtarzał często. Pielęgniarze zamykali pana barona w jednej z klatek, czyli w jednym z setek okratowanych łóżek, które są całkowicie zakratowane nie tylko z boku, lecz także od góry, i tak długo go tam trzymali, aż go całkiem złamali, a więc wykończyli. Po wielotygodniowej terapii wstrząsowej i uderzeniowej. Bałem się spotkania z Paulem. Ale stało się. Któregoś dnia, między obiadem a porą odwiedzin, gdy w pawilonie Hermann panuje bezwzględna cisza, zbudziła mnie jego dłoń, złożona na moim czole. Stał nade mną i pytał, czy może usiąść. Usiadł obok mnie na łóżku i od razu dostał ataku śmiechu, i jemu bowiem wydało się naraz komiczne, że razem ze mną przebywa na Wilhelminenbergu, ty tu, w twoim miejscu, rzekł, a ja tam, w moim. Niedługo pobył, postanowiliśmy często się spotykać, raz ja miałem chodzić do Steinhofu, raz on ze Steinhofu do mnie, na wzgórze Baumgartner, ja z pawilonu Hermann do pawilonu Ludwig, a on z pawilonu Ludwig do mnie, do pawilonu Hermann. Ale tylko jeden raz udało nam się nasze postanowienie obrócić w czyn. Spotkaliśmy się w połowie drogi między pawilonem Hermann a pawilonem Ludwig i usiedliśmy na ławce, należącej jeszcze do terenu płucnego. Groteska, jaka groteska!, powiedział Paul i zaczął płakać, i już płakać nie przestał. Płacz wstrząsał całym jego ciałem bardzo długo. Odprowadziłem go do pawilonu Ludwig, w którego drzwiach czekało już nań dwóch strażników. W najposępniejszym nastroju wróciłem do pawilonu Hermann. Do głębi mnie przejęło to nasze spotkanie na ławce, obaj w regulaminowych uniformach, ja w moim dla chorych na płuca, on w swoim dla wariatów ze Steinhofu. Po owym spotkaniu mogliśmy się spotykać znowu, lecz już się więcej nie spotkaliśmy, obaj nie chcieliśmy bowiem obarczać się tym nieznośnym ciężarem, czuliśmy obaj, że to jedno spotkanie uniemożliwiło jakiekolwiek dalsze na Wilhelminenbergu, nie miało sensu nawet o tym mówić. Kiedy wreszcie zwolniono mnie z pawilonu Hermann i nie umarłem, jak mi przepowiadano, tylko wróciłem do Nathalu, przez dłuższy czas nie miałem wieści o moim przyjacielu. Z największym trudem starałem się unormalizować, o nowej pracy nie było mowy, ale postanowiłem doprowadzić do porządku dom, faktycznie dość zaniedbany w czasie mojej nieobecności, powoli, mówiłem sobie, tylko powoli, krok po kroku, a pewnego dnia wrócę do stanu, który pozwoli mi powrócić do pracy. Chory, który przez długie miesiące jest z dala od domu, wraca jako ktoś, komu wszystko stało się obce i kto krok po kroku, z olbrzymim trudem będzie musiał na nowo z wszystkim się oswoić i pogodzić, bez względu na to, co to jest, co podczas swej nieobecności chory faktycznie już stracił, a teraz musi na nowo odzyskać. A ponieważ chory, już z założenia, zawsze jest pozostawiony samemu sobie, kto twierdzi coś innego, jest perfidnym kłamcą, chory musi dokładać absolutnie nadludzkich starań, jeśli chce podjąć życie w punkcie, w którym wiele miesięcy, a nawet, jak mnie samemu wielokrotnie się przydarzyło, wiele lat wcześniej je zostawił. Zdrowy tego nie pojmuje, od razu się niecierpliwi i swoją niecierpliwością utrudnia choremu, który właśnie wrócił do domu, to wszystko, co powinien mu ułatwiać. Zdrowi nigdy nie mieli cierpliwości do chorych ani, naturalną koleją rzeczy, chorzy do zdrowych, o tym też nie należy zapominać. Chory, naturalną koleją rzeczy, od wszystkiego oczekuje bowiem dużo więcej niż zdrowy, który nie ma potrzeby tyle oczekiwać, z tej prostej przyczyny, że jest zdrowy. Chorzy nie rozumieją zdrowych, jak i odwrotnie, zdrowi chorych, a konflikt ten bardzo często staje się starciem na śmierć i życie, któremu chory nie potrafi w końcu sprostać, naturalną koleją rzeczy, tak samo jak zdrowy, który często nabawia się z powodu takiego konfliktu choroby. Niełatwo obchodzić się z chorym, który zjawia się nagle znowu tam, skąd wiele miesięcy albo wiele lat wcześniej wyrwała go choroba, a wyrwała go ze wszystkiego, najczęściej też zdrowi nie mają wcale woli, by pomagać choremu, w gruncie rzeczy przez cały czas obłudnie udają samarytan, którymi nie są ani nie chcą być, symulują tylko samarytanizm, który jest udawany, a więc choremu tylko szkodzi i nie przynosi ani odrobiny pożytku. Chory jest w rzeczywistości zawsze sam, a pomoc, jakiej udziela mu się z zewnątrz, okazuje się niemal zawsze, jak wiadomo, jedynie przeszkodą albo perturbacją. Chory potrzebuje pomocy jak najmniej widocznej, a takiej, niestety, zdrowi nie są w stanie mu udzielić. Swoją samolubnie w ostatecznym rachunku obłudną chęcią niesienia pomocy szkodzą tylko choremu i wszystko mu utrudniają, zamiast mu wszystko ułatwiać. Pomagający najczęściej choremu nie pomagają, tylko swoją pomocą dokuczają. A przecież chory, który powrócił do domu, w żadnym wypadku nie może sobie pozwolić na to, by mu ktoś dokuczał. Gdy zaś chory zwróci uwagę, że zamiast mu pomagać, tak naprawdę tylko mu dokuczają, to ryzykuje, że zrazi do siebie tych, którzy udają, że mu pomagają. Będą go obwiniali o pychę, o bezgraniczne samolubstwo, kiedy jemu chodzi przecież tylko o najbardziej elementarną samoochronę. Świat zdrowych wita wracającego do domu chorego z pozorną jedynie życzliwością, z pozorną jedynie gotowością niesienia pomocy, z pozorną jedynie ofiarnością; gdy tylko jednak chory faktycznie wystawi na próbę ową życzliwość, gotowość niesienia pomocy i ofiarność, okazuje się, że to tylko gotowość pozorna, a więc na pokaz, więc lepiej, by chory ich się wyrzekł. Jednakże, naturalną koleją rzeczy, nie ma nic trudniejszego od faktycznej przyjaźni, faktycznej gotowości niesienia pomocy i faktycznej ofiarności, zaś granicę między faktycznym a pozornym również w tym względzie trudno wyznaczyć. Bardzo długo możemy sądzić, że idzie o coś faktycznego, gdy tymczasem szło o coś pozornego, a myśmy tego przez długi czas wcale nie dostrzegli. Obłuda zdrowych wobec chorego to zjawisko bardzo powszechne. W gruncie rzeczy zdrowy nie chce już mieć z chorym do czynienia i niechętnie patrzy, gdy chory, a mówię tu o faktycznie ciężko chorym, nagle znowu zgłasza swoją pretensję do zdrowia. Zdrowi zawsze nadzwyczajnie utrudniają chorym powrót do zdrowia lub choćby normalizację, lub choćby poprawę choroby. Zdrowy, jeśli jest uczciwy, z chorym nie będzie chciał mieć nic do czynienia, nie chce, aby mu przypominano o chorobie, a przez to, naturalną koleją rzeczy i logicznie, także o śmierci. Zdrowy pragnie się obracać pośród swoich i sobie podobnych, chorego w gruncie rzeczy nie toleruje. Mnie też zawsze utrudniano powrót ze świata chorych do świata zdrowych. W czasie choroby, a więc w okresie przejściowym, zdrowi całkowicie odwrócili się od chorego i go zostawili, czyli po prostu poszli za instynktem samozachowawczym. A tu naraz ten, którego stratę już przetrawiono i który właściwie nie wchodził już zupełnie w rachubę, wraca i upomina się o swoje prawa. Więc, naturalną koleją rzeczy, od razu daje mu się do zrozumienia, że w gruncie rzeczy nie ma już prawa do czegokolwiek. Z perspektywy zdrowych chorzy nie mają już prawa do niczego. Mówię wciąż tylko o ciężko chorych, chorych na chorobę na całe życie, tak jak ja i Paul Wittgenstein. Chorzy są przez swoją chorobę ubezwłasnowolnieni, mają już tylko jeść łaskawy chleb zdrowych. Chory, ponieważ zachorował, ustąpił już swego miejsca, a teraz nagle raz jeszcze rości sobie do tego miejsca pretensje. Dla zdrowych stanowi to zawsze akt absolutnego tupetu. Przeto wracający do domu chory ma zawsze uczucie, jakby wdzierał się nagle na teren, na którym nie ma już czego szukać. To najpowszechniejsze w świecie zjawisko: chory odchodzi i znika z horyzontu, zdrowi natychmiast zajmują jego miejsce i miejsce to faktycznie biorą w posiadanie, a tu naraz znowu pojawia się chory, który nie umarł, jak przypuszczano, i który chce na nowo zająć swoje miejsce, ponownie objąć je w posiadanie, co zdrowych oburza, jako że wraz z ponownym zjawieniem się już usuniętego, spisanego na straty, muszą ponownie się ograniczać, ku czemu absolutnie nie mają woli, a co od chorego wymaga nadludzkich wprost sił, jeśli chce odzyskać swoje miejsce i objąć je w posiadanie. Z drugiej strony wiemy też jednak, że ciężko chorzy, wróciwszy do domu, z wielką natarczywością, nie licząc się z niczym, nastają na ponowne objęcie w posiadanie. Czasem mają nawet dość siły, by wypchnąć zdrowych i całkiem ich wypędzić, nawet zabić. Takie przypadki są jednak niezwykle rzadkie, codziennym zjawiskiem jest natomiast to, o czym już wcześniej mówiłem: powracający do domu chory oczekuje choć odrobiny delikatności, w ostatecznym rachunku spotyka się jednak tylko z brutalną obłudą, którą, ponieważ jasno widzi, potrafi natychmiast przejrzeć na wskroś. Powracających do domu chorych, to znaczy ciężko chorych, trzeba traktować choć z odrobiną delikatności. Lecz jest to tak trudne, że nie zdarza się niemal, żeby chorego powracającego do domu traktowano z odrobiną delikatności. Zdrowi dają mu od razu odczuć, że już do nich nie należy, wszelkimi środkami próbują chorego powracającego do domu zniechęcić, równocześnie twierdząc coś przeciwnego. No ale akurat ja nie miałem wówczas żadnych takich trudności, ponieważ wróciłem do całkiem pustego domu. A Paul, którego również w tym czasie wypuścili, wrócił na szczęście do swej żony Edith. Nigdy chyba nie spotkałem osoby bardziej uczynnej od żony mojego przyjaciela Paula, która tak długo otaczała go miłością, troszczyła się o niego, aż pewnego dnia, jakieś pół roku przed jego śmiercią, sama doznała wylewu, a potem częściowego paraliżu. Wprawdzie po długim, kilkumiesięcznym pobycie w szpitalu widywało się ją jeszcze w śródmieściu, ale naturalną koleją rzeczy nie była to już jednak ta sama Edith co przedtem. Jeszcze bardziej nieśmiała niż przed wylewem, troszczyła się już wyłącznie o to, żeby zrobić zakupy w najbliższym sąsiedztwie domu oraz, ponieważ gotowanie przysparzało jej teraz zbyt wiele trudu, odebrać obiad z położonego przy Dorotheergasse hotelu Graben, w którym zawsze jadało się tanio, tyle że wówczas, nie tak jak dzisiaj, również znakomicie. Kiedy właściciele hotelu Graben, którzy byli też właścicielami hoteli Regina i Royal, zmarli na tak zwaną chorobę Parkinsona, jedzenie w restauracjach wszystkich trzech hoteli stało się niejadalne, więc już dawno przestałem tam chodzić jeść, szkoda zresztą, bo właśnie w sali hotelu Graben miło przesiadywać. Pewnego dnia Edith umarła i mój przyjaciel został, jak to się mówi, całkiem sam. Wtedy gwałtownie się posunął. Czasami wyglądał jeszcze tak jak dawny Paul, lecz śmierć miał już wypisaną na twarzy, jak to się mówi, i sam zdał sobie sprawę, że nie ma już na świecie absolutnie nic do stracenia. Kilkakrotnie próbował naprawić zdrowie w Salzkammergut, lecz nie zdało się to już na nic. Jeśli za życia Edith zostawiał ją zazwyczaj samą w mieszkaniu nad Bräunerhofem, to teraz, po jej śmierci, nie mógł już bez niej egzystować. Robił wrażenie przegranego i nie można było mu już pomóc. Często, razem z innymi przyjaciółmi, zabieraliśmy go do restauracji, aby go, jak to się mówi, podtrzymać na duchu, jednakże bezskutecznie. On sam też kilka razy po śmierci żony zaprosił mnie i moich przyjaciół do Sachera, zamówił tak jak przedtem szampana, ale popadł przez to w jeszcze większą depresję. Do Traunkirchen, dokąd w ostatnich latach często jeździł z Edith, gdy nie przebywał akurat w Steinhofie czy w szpitalu Wagnera-Jauregga (również Wagner-Jauregg, którego imieniem ochrzczono ten szpital psychiatryczny, był jednym z jego krewnych), podróżował teraz Paul samotnie, ale teraz wyprawy te miały na niego niszczący wpływ. Z daleka rzucała się w oczy jego rozpacz, gdy krążył bez ustanku po okolicy, nie mogąc już nigdzie znaleźć dla siebie przystani. W jego kwaterze, wysoko na wzgórzu, między Altmünster a Traunkirchen, w domu, który w połowie należał nie do niego, lecz do jednego z jego braci, przez większą część roku przebywającego w Szwajcarii, było zawsze, a więc o każdej porze roku, tak zimno, że natychmiast po przestąpieniu progu człowiek miał uczucie, że za chwilę zamarznie. Na wysokich ścianach, które aż po sam sufit były całkiem mokre, wisiały cztery, pokryte grzybem, obrzydliwe malowidła z czasów Klimta, a obok jeszcze jedno, namalowane przez samego Klimta, któremu fabrykanci broni Wittgensteinowie zlecali się malować, jak zresztą i innym słynnym malarzom tamtych czasów, pośród bowiem tak zwanych nowobogackich z przełomu wieków było w modzie zlecanie własnych portretów pod płaszczykiem mecenatu. W gruncie rzeczy Wittgensteinowie, tak jak wszyscy im podobni, wcale sztuki nie lubili, chcieli jednak być jej mecenasami. W rogu pokoju stał bösendorfer, na którym, jak można się domyślać, grali wszyscy słynni wirtuozi fortepianu owych czasów. W domu panował lodowaty chłód z tego głównie powodu, że w dużym pokoju na parterze stał olbrzymi piec kaflowy, w którym, ponieważ od kilkudziesięciu lat był popsuty, od kilkudziesięciu lat nie można było rozpalić, wskutek czego piec zamiast wytwarzać ciepło magazynował chłód. Ilekroć widziałem przy tym piecu Paula i Edith, zawsze siedzieli opatuleni w futra. W tak zwanym Salzkammergut trzeba palić aż do końca czerwca, a potem znowu już od połowy sierpnia. Jest to okolica zimna i nieprzyjazna, którą z przewrotną pieszczotliwością określa się jako idealną na letnisko. Salzkammergut to jednak wyłącznie kraina zimna i nieprzyjazna, a dla wszystkich wrażliwych osób zgoła trucicielska. W Salzkammergut wszyscy bez wyjątku chorują na reumatyzm, a ludzie w podeszłym wieku są zawsze pokrzywieni i koślawi. Żeby tu się utrzymać, człowiek musi być bardzo silny. Salzkammergut, kraina wspaniała na parę dni, niszczy każdego, kto zostanie tu dłużej. Paul uwielbiał Salzkammergut, była to bowiem kraina jego dzieciństwa, lecz przecież Salzkammergut coraz bardziej go deprymował. Jeździł tam z Wiednia z nadzieją podreperowania swej kondycji, ale w Salzkammergut jego kondycja jeszcze się pogarszała. Salzkammergut przytłaczał go tylko, coraz bezwzględniej ciążył mu tak na duszy, jak na ciele. Na nic się już nie zdawały spacery w okolicy Altmünster, na które wybierałem się w tym czasie z Paulem, wprawdzie dochodziło na nich jeszcze do wprost idealnych rozmów, lecz po śmierci Edith wszystko stało się dla Paula nagle faktycznie bez wyjścia, w każdym razie inne, jakby rozbite. Jeśli śmiał się, to tylko wymuszonym śmiechem. Pomijając to, że umarła mu żona i ukochana, wkroczył w wiek, w którym naraz wszystko stało się dlań dwa razy trudniejsze niż przedtem. W pokoju, w którym siedzieliśmy, powietrze przesiąknięte było wilgocią i stęchlizną do tego stopnia, iż myślałem, że się uduszę, choć na dworze w najlepsze świeciło słońce. Zrozumiałem, dlaczego prawie nigdy nie mieszkali z żoną w tym mieszkaniu, tylko zatrzymywali się najczęściej w małym pensjonacie przy głównej ulicy. Nie musieli też tam wszystkiego robić sami, po sześćdziesiątce nikt nie ma ochoty wszystkiego dookoła siebie robić samemu, a Edith, gdy umarła, miała już niemal osiemdziesiąt lat. Raz jeszcze, pamiętam, wybrał się Paul ze mną i z moim bratem na przejażdżkę żaglówką po Traunsee, zupełnie bez sensu. Paul, śmiertelnie chory, był zachwycony i, jak dawniej, w swoim żywiole, podczas gdy ja tę przejażdżkę żaglówką po wzburzonym jeziorze przeklinałem. Mój brat zachęcał go do dalszych przejażdżek, ale już do nich nie doszło. W końcu Paul był już na to o wiele za słaby. Jeśli nawet ta przejażdżka żaglówką ze mną i z moim bratem sprawiła mu radość, to tylko na jeziorze, a na brzegu znowu wpadł w przygnębienie, uświadomił sobie bowiem, że była to jego przejażdżka ostatnia. Raz po raz, przy każdej okazji, powtarzał: to już ostatni raz, weszło mu to w nawyk. Gdy byli u mnie przyjaciele, szedł z tymi przyjaciółmi i ze mną na spacer, niechętnie, ale szedł. Ja też nie jestem amatorem spacerów, przez całe życie chodziłem na spacery niechętnie, lecz z przyjaciółmi na spacery chodzę, i to tak, że przyjaciele myślą, że jestem prawdziwym pasjonatem spacerów, ponieważ na spacery chodzę z taką teatralną pasją, że są pod wrażeniem. Nie jestem w ogóle amatorem spacerów, nie jestem też przyjacielem natury ani jej znawcą. Ale gdy tylko pojawią się przyjaciele, chodzę z nimi zawsze, i to tak, że myślą, iż jestem amatorem spacerów tudzież przyjacielem i znawcą natury. A ja natury wcale nie znam, ja jej nienawidzę, gdyż mnie zabija. Żyję na łonie natury tylko dlatego, że lekarze powiedzieli mi, że jeśli chcę przeżyć, mam żyć na łonie natury, z żadnego innego powodu. Faktycznie jednak uwielbiam wszystko z wyjątkiem natury, gdyż z naturą jest mi nieswojo i nie po drodze, na własnym ciele i na własnej duszy poznałem bowiem jej złośliwość i nieprzejednanie, ponieważ zaś jej piękno rozpatruję zawsze tylko razem z jej złośliwością i nieprzejednaniem, lękam się jej i unikam, jak tylko mogę. Ja jestem człowiekiem miasta, a naturę zaledwie toleruję, taka prawda. Poza miastem, gdzie wszystko w sumie zwrócone jest przeciwko mnie, egzystuję całkowicie wbrew własnej woli. Naturalnie i Paul był, tak jak ja, na wskroś człowiekiem miasta, człowiekiem, którego, tak jak mnie, natura zawsze od razu wyczerpywała. Pewnego dnia musiałem zdobyć „Neue Zürcher Zeitung”, chciałem bowiem przeczytać zapowiadany w „Neue Zürcher Zeitung” artykuł na temat Zaidy Mozarta, a ponieważ, jak sądziłem, „Neue Zürcher Zeitung” można tylko dostać w odległym o osiemdziesiąt kilometrów Salzburgu, pojechałem autem przyjaciółki, z nią i z Paulem, po „Neue Zürcher Zeitung” do Salzburga, do tego tak zwanego światowej sławy miasta festiwali. Jednakże w Salzburgu nie było „Neue Zürcher Zeitung”. Wówczas wpadłem na pomysł, by po „Neue Zürcher Zeitung” pojechać do Bad Reichenhall, więc pojechaliśmy do Bad Reichenhall, owego kurortu światowej sławy. Lecz także w Bad Reichenhall nie mieli „Neue Zürcher Zeitung”, więc zawróciliśmy, wszyscy troje raczej rozczarowani, do Nathalu. Jednakże już niedaleko od Nathalu Paulowi nagle przyszło do głowy, że powinniśmy jechać do Bad Hall, owego światowej sławy kurortu, tam bowiem z pewnością dostaniemy „Neue Zürcher Zeitung”, a więc i artykuł o Zaidzie, no i faktycznie przejechaliśmy te osiemdziesiąt kilometrów z Nathalu do Bad Hall. Ale i w Bad Hall nie mieli „Neue Zürcher Zeitung”. A ponieważ z Bad Hall do Steyr jest zaledwie parę kroków, dwadzieścia kilometrów, również do Steyr pojechaliśmy, ale i w Steyr nie mieli „Neue Zürcher Zeitung”. Spróbowaliśmy więc szczęścia w Wels, ale i w Wels nie mieli „Neue Zürcher Zeitung”. Po „Neue Zürcher Zeitung” przejechaliśmy w sumie trzysta pięćdziesiąt kilometrów i ostatecznie nic z tego nie wyszło. Całkowicie wyczerpani, jak można się domyślać, poszliśmy w Wels do restauracji, żeby coś zjeść i trochę ochłonąć, gdyż polowanie na „Neue Zürcher Zeitung” przywiodło nas na skraj fizycznej wytrzymałości. Pod wieloma względami, myślę sobie teraz, gdy przypominam sobie tę historię z „Neue Zürcher Zeitung”, byliśmy, Paul i ja, prawie tacy sami. Gdybyśmy nie byli już w stanie całkowitego wyczerpania, z pewnością pojechalibyśmy jeszcze do Linzu i do Pasawy, być może do Ratyzbony i Monachium, a w końcu przecież po „Neue Zürcher Zeitung” mogliśmy się przejechać do Zurychu i po prostu tam ją kupić, w Zurychu bowiem, jak sądzę, z pewnością mieliby „Neue Zürcher Zeitung”. Ponieważ w żadnej z odwiedzonych przez nas wówczas miejscowości nawet w miesiącach letnich nie mają „Neue Zürcher Zeitung”, każdą z tych odwiedzonych przez nas miejscowości mam prawo określić jedynie jako zatęchłą dziurę, bo każda z nich na to niepiękne miano w pełni sobie zasłużyła. Jeśli nie na jeszcze bardziej zatęchłe. I wówczas zdałem sobie sprawę również z tego, że żadna istota duchowa nie może istnieć w miejscowościach, w których nie mają „Neue Zürcher Zeitung”. Pomyśleć tylko, że nawet w Hiszpanii, w Portugalii, w Maroku przez okrągły rok, w najmniejszej miejscowości z jednym jedynym zapoznanym hotelikiem, mieli dla mnie „Neue Zürcher Zeitung”. A u nas nie! I z faktu, że w tylu rzekomo ważnych miejscowościach, nawet w Salzburgu, nie mieli „Neue Zürcher Zeitung”, zrodził się w nas gniew przeciwko temu krajowi, zacofanemu, małostkowemu, zaściankowemu, a przy tym jeszcze ogarniętemu na wskroś odpychającą manią wielkości. Człowiek winien żyć tylko tam, gdzie mają przynajmniej „Neue Zürcher Zeitung”, stwierdziłem, a Paul w pełni podzielał mój pogląd. A więc z całej Austrii został nam teraz tak naprawdę tylko Wiedeń, powiedział Paul, gdyż we wszystkich innych miastach, w których niby można dostać „Neue Zürcher Zeitung”, tak naprawdę „Neue Zürcher Zeitung” nie mają. W każdym razie nie codziennie, a zwłaszcza nie wtedy, kiedy absolutnie tej gazety potrzebujemy. Nawiasem mówiąc, teraz sobie uzmysławiam, że do dziś dnia nie udało mi się zdobyć artykułu o Zaidzie. Dawno już o nim zapomniałem, naturalną koleją rzeczy jakoś bez tego artykułu udało mi się przeżyć. Ale w tamtej chwili myślałem, że za wszelką cenę muszę go zdobyć. A Paul w tym moim bezkompromisowym żądaniu tylko mnie utwierdzał, ba, faktycznie popychał mnie do poszukiwania tego artykułu, a tym samym i „Neue Zürcher Zeitung”, przez pół Austrii, aż po Bawarię. W dodatku jeszcze, trzeba to jasno powiedzieć, w otwartym aucie, przez co niewątpliwie wszyscy troje nabawiliśmy się na długie tygodnie przeziębienia. Które zwłaszcza Paula na długi czas przykuło do łóżka, jak to się mówi. Chodziłem z nim na wielogodzinne spacery brzegiem rzeki Traun. Poczynając od tak zwanego Kohlwehr powyżej Steyrermühl, oddalonego o dwa kilometry od mojego domu, brzegi Traun już wkrótce, jak mi wiadomo, wskutek chciwości pozbawionego wszelkich skrupułów właściciela, który postanowił cały teren podzielić na drobne parcele, przestaną być jedynym w swym rodzaju parkiem, ciągnącym się aż do oddalonego o trzynaście kilometrów Traunsee, właśnie tego jeziora, które słynny Ritz sklasyfikował jako najważniejszy spośród światowych akwenów pstrąga. W przyjemnym tak zwanym półcieniu, czując wspaniały chłodny powiew znad rzeki, nagle znowu zaczęliśmy snuć i rozwijać rozmowy takie jak dawniej, choć teraz, naturalną koleją rzeczy, ich tematem, w całkowitej zgodzie z ewolucją Paula, nie była już wielka opera, lecz tak zwana muzyka kameralna. Również duchowo Paul wycofał się z wielkich teatrów operowych. Przedmiotem rozmów nie był już Szalapin ani Gobbi, już nie Di Stefano ani Simionato, tylko Thibaud i Casals oraz ich sztuka. A także Julliard Quartet i Amadeus-Quartett oraz jakże Paulowi drogie Trio di Trieste. Teraz mówił, jak gra Arturo Benedetti Michelangeli w przeciwieństwie do Polliniego, Rubinstein w przeciwieństwie do Arraua czy Horowitza et cetera. Był już, jak to się mówi, naznaczony śmiercią. Znałem go od ponad dziesięciu lat i przez cały ten czas był już śmiertelnie chory i naznaczony śmiercią. Na Wilhelminenbergu raz na zawsze, jak powiedziałem, bez słowa przypieczętowaliśmy naszą przyjaźń, na owej ławce, na której powiedział tylko: Groteska, jaka groteska. Już tylko z trudem można było sobie wyobrazić, że trzynaście, czternaście lat wcześniej jeździł po całym świecie za swoją ukochaną, Amerykanką, sopranistką, która niemal we wszystkich wielkich operach świata śpiewała Królową nocy i Zerbinettę, po czym musiał dać za wygraną i odtąd wyłącznie już tylko o niej śnić. Było czymś niewyobrażalnym, że w nie tak przecież odległej przeszłości jeździł na najsłynniejsze tory wyścigowe w Europie i sam startował w wyścigach samochodowych, i że był jednym z najlepszych żeglarzy. Było czymś niewyobrażalnym, że przez dziesiątki lat nie kładł się nigdy wcześniej do łóżka niż o trzeciej, czwartej nad ranem, ponieważ większą część nocy całymi latami spędzał w najsłynniejszych barach Europy. Że wreszcie był raz fordanserem, wbrew wszelkim wittgensteinowskim pryncypiom. Że był tym, który do najlepszych hoteli starej i do tego jeszcze nowej Europy wkraczał jak pan i jak pan z nich wychodził. I było już czymś niewyobrażalnym, że to właśnie on przez kilkadziesiąt lat w Operze Wiedeńskiej krzykiem lub gwizdem kreował najwyższe wzloty i najniższe upadki. Wszystko, co przeżył, w ostatnich żałosnych latach stało się już niewyobrażalne. Siedział ze mną na dziedzińcu w Nathalu pod murem i w zachodzącym słońcu wyliczał, ile to razy był w Paryżu, ile razy w Londynie i Rzymie, ile to wypił tysięcy butelek szampana, ile to uwiódł kobiet, ile to przeczytał książek. Ponieważ tę, jak się wydaje, powierzchowną egzystencję wiódł jednak człowiek żadną miarą niepowierzchowny, przeciwnie. Nie było chyba tematu, nad którym rozmyślanie, którego rozwijanie i o którym współmyślenie sprawiałoby mu najmniejszą trudność, całkiem przeciwnie, to on często wprawiał mnie w zakłopotanie w dziedzinach, którymi sam się parałem, które uważałem za swoje, co do których byłem przekonany, że świetnie się w nich orientuję; on dawał mi lekcję. Bardzo często myślałem sobie, to on jest filozofem, nie ja, on jest matematykiem, nie ja, on jest znawcą, nie ja. Nie mówiąc już o tym, że w dziedzinie muzyki nie było chyba niczego, czego by w lot nie pochwycił i co by mu od razu nie dostarczyło impulsu i nie stworzyło okazji co najmniej do interesującej dyskusji o muzyce. A poza tym wszystkim był jeszcze zupełnie nadzwyczajnym koordynatorem wszystkiego, co tyczyło domeny intelektualnej i artystycznej. Z drugiej strony można o nim powiedzieć wszystko, tylko nie to, że był gadułą, a już na pewno nie plotkarzem, i to w świecie, który, jak się wydaje, składa się już wyłącznie i tylko z gaduł i plotkarzy. Pewnego razu, prawdopodobnie pod wpływem jednej z jego, jak zawsze całkowicie wyjątkowych opowieści z życia, zaproponowałem mu, by to wszystko, co opowiedział mi z całą filozoficzną podbudową, spisał, aby się z biegiem czasu nie zmarnowało. Jednakże trzeba było lat, nim zdołałem go nakłonić do spisywania własnych doświadczeń i przeżyć, które przecież każdego by zainteresowały. Musiałby w tym celu, oświadczył mi po zakupieniu grubego pliku papieru, uciec od swego otoczenia, a więc wyrwać się ze szponów swych niegrzeszących mądrością powinowatych, wrogich sztuce i duchowi, naturalną koleją rzeczy uciec również z wszystkich tych wittgensteinowskich domostw, zbudowanych przeciwko duchowi i sztuce, i w tym celu zaszyć się w jakimś pokoju, w którym nie można byłoby go wytropić. No i wynajął sobie w tym celu pokój przy małej gospodzie w sąsiedztwie Traunkirchen. Ale już po pierwszej próbie wszystkiego zaniechał. Później, półtora roku przed śmiercią, nagle faktycznie zaangażował sekretarkę, aby jej, że tak powiem, podyktować swoją osobliwą egzystencję. Jednakże, również z powodu jego sytuacji finansowej, w ostatnich latach nadzwyczaj trudnej, próba ta, oczywiście, zakończyła się dosyć żałośnie. Sekretarce, o czym wiem i od niej, i od Paula, obiecał majątek, jeśli tylko pozwoli mu dyktować sobie jego osobliwą egzystencję, obiecał olbrzymie bogactwo, Paul był bowiem pewien, że te jego głupie wspomnienia, jak sam je określał, staną się niesłychanym sukcesem światowym. Mimo wszystko udało mu się wyprodukować jakieś dziesięć, piętnaście stron. W gruncie rzeczy może nie bez racji liczył, mówiąc jego własnymi słowami, na niesłychany sukces, ponieważ taka książka faktycznie mogłaby ten niesłychany sukces odnieść, byłaby bowiem bez wątpienia tak zwanym unikatem, ale Paul nie był człowiekiem, który z myślą o takim celu potrafiłby odizolować się od wszystkiego przynajmniej na rok. Szkoda wszakże, że nie ma więcej tych napisanych przez Paula fragmentów. Wittgensteinowie zawsze myśleli w kategoriach milionów, gdy szło o własne interesy, całkiem oczywiste było więc, że również Paul, czarna pośród nich owca, w kategoriach milionowych myślał o swym drukowanym dyktandzie. Napiszę około trzystu stron, powiadał, a o dobrego wydawcę przecież nietrudno. Myślał, że ja zaniosę jego rękopis pod właściwy adres. Miała to być opowieść na wskroś filozoficzna, bez andronów, jak się wyraził. Faktycznie, widywałem go bardzo często z plikiem papierów pod pachą, w części już zapisanych, a możliwe też, że naprawdę napisał więcej niż się do dziś zachowało, a nawet, że zniszczył może nawet większą część manuskryptu podczas jednego z wielu ataków, w podyktowanym stanem ducha przystępie absolutnego samokrytycyzmu, byłoby to nawet, na ile go znam, czymś najzupełniej naturalnym. Albo że to, co napisał, w inny sposób, wrogi sztuce i filozofii, uległo, że tak powiem, zniszczeniu i przepadło, zepchnięte na margines, jak to się mówi. Trudno bowiem sobie wyobrazić, że przez co najmniej dwa lata wciąż pracował nad tymi samymi dziesięcioma, piętnastoma stronicami i obnosił się z nimi po Wiedniu oraz nad brzegiem Traunsee. Któż jednak miałby to zbadać? W kręgu przyjaciół mawiał, gdy znów był w formie, że jest znacznie lepszym pisarzem ode mnie, kogo wprawdzie podziwia, ale kto z nim nie może się równać, wprawdzie, mówił, jestem dla niego wzorem tak w literaturze, jak i w filozofowaniu, on jednak dawno już poszedł dalej, wzniósł się ponad moje myśli, dawno już się uniezależnił i zostawił mnie w tyle. Gdy wyda swoją książkę, świat literacki, jak twierdził, nie posiądzie się ze zdumienia. Na koniec, u kresu życia, w najwyższej pisarskiej udręce, skomponował Paul, że tak powiem lewą ręką, niewątpliwie bowiem łatwiej mu to przyszło niż pisać prozą, wiele rymowanych wierszy, których zwariowanie i dowcip faktycznie skłaniały do śmiechu. On sam, najczęściej tuż przed kolejnym odstawieniem do jednego ze swoich domów dla obłąkanych, odczytywał najdłuższy z tych błazeńskich wierszy, obojętne komu. Istnieje tak zwana taśma dźwiękowa z nagraniem owego wiersza, którego głównymi bohaterami są Paul i Faust Goethego, jego recytacja musi słuchacza w najwyższym stopniu rozbawić i do głębi wstrząsnąć. Mógłbym teraz związane z Paulem anegdoty przytaczać do woli, istnieją nie setki, lecz tysiące takich, których główną postacią jest Paul i które słynne są w Wiedniu w tak zwanych wyższych sferach, do których on należał i które od wieków żyją tylko i wyłącznie anegdotami, nie to jest jednak moim zamiarem. Paul był typem narwańca, nerwusa i furiata, nigdy nie mógł się opanować. Wciąż rozmyślał o czymś i czymś się martwił, bez ustanku filozofował i nieustannie kogoś obwiniał. Ponieważ był niesamowicie wyszkolonym obserwatorem, a w swoich obserwacjach, które z czasem podniósł do rangi prawdziwej sztuki obserwacji, był niepohamowany, nie szedł na żadne kompromisy, więc miał nieustannie wszelkie powody do obwiniania. Nic nie mogło umknąć jego sztuce obwiniania. Ludzie, którzy znaleźli się w zasięgu jego wzroku, natychmiast padali jej łupem, od razu ściągali na siebie podejrzenie i stawali się winni przestępstwa, albo przynajmniej przewinienia, od razu chłostał ich batogiem słów, których i ja używam, gdy się sprzeciwiam albo bronię, gdy muszę stawić czoło tupetowi świata, gdy nie chcę, żeby mnie ktoś wyprowadził w pole, żeby mnie zniszczyli. Latem siadywaliśmy przy naszym stoliku na tarasie u Sachera i długimi godzinami czerpaliśmy siłę do egzystencji wyłącznie z tego obwiniania. Obojętne, co ukazało się naszym oczom, natychmiast musiało być przez nas obwinione. Całymi godzinami mogliśmy siedzieć na tarasie u Sachera i obwiniać. Siedzieliśmy nad filiżanką kawy i obwinialiśmy cały świat, aż udało nam się obwinić go doszczętnie. Siedzieliśmy na tarasie u Sachera i wprawialiśmy w ruch nasz dobrze zgrany mechanizm obwiniania, za tyłkiem Opery, jak się Paul wyrażał, kiedy bowiem siedzi się przed Sacherem na tarasie i patrzy prosto przed siebie, widzi się tylną ścianę Opery. Rozkoszował się takimi definicjami jak tyłek Opery, dobrze wiedząc, że nazywa tym mianem po prostu tylną ścianę tak przez siebie uwielbianego gmachu na Ringu, z którego przez kilkadziesiąt lat czerpał niemal wszystko, co potrzebne mu było do egzystencji. Całymi godzinami siedzieliśmy na tarasie u Sachera, obserwując przechodzących ludzi. W gruncie rzeczy i dziś nie ma prawie dla mnie większej (wiedeńskiej) przyjemności niż siedzieć sobie letnią porą na tarasie u Sachera i obserwować przechodzących obok ludzi. Ponieważ nie ma dla mnie większej przyjemności niż obserwowanie ludzi, możliwość obserwowania ich z tarasu Sachera stanowiła dla mnie nie lada frykas, a Paul bardzo często kosztował go razem ze mną. Pan baron i ja wyszukiwaliśmy sobie na tarasie u Sachera kąt szczególnie przydatny do naszych celów. Widzieliśmy wszystko, co chcieliśmy widzieć, a nas samych, z drugiej strony, nie widział nikt. Gdy szedłem z Paulem przez tak zwane ścisłe śródmieście, uderzało mnie zawsze, jak wielu ludzi znał oraz z jak wieloma spośród tych znajomych był spowinowacony. O swojej rodzinie mówił rzadko, a jeśli już, to tylko o tym, że w gruncie rzeczy nie chciał mieć z nią nic wspólnego, jak też i odwrotnie, jego rodzina z nim. Od czasu do czasu wspominał swą żydowską babkę, która w zamiarze samobójczym rzuciła się z okna swego domu przy Neuer Markt, oraz ciotkę Irminę, która w czasach nazistowskich była tak zwaną führerką Rolników Rzeszy i którą poznałem w czasie licznych wizyt w jej wiejskim domu na wzgórzu, nad Traunsee. Gdy mówił moi bracia, to mówił tym samym zawsze tylko moi dręczyciele, tylko o mieszkającej w Salzburgu siostrze wyrażał się życzliwie. Czuł zawsze ze strony swojej rodziny zagrożenie, czuł, że jest przez nią opuszczony, określał ją zawsze tylko jako wrogą sztuce i duchowi, jako rodzinę, która swoimi milionami już się zadławiła. Ale przecież, koniec końców, to właśnie ona wydała Ludwiga i Paula. Jak też w dogodnym dla siebie momencie Ludwiga i Paula odepchnęła. Siedząc pod murem na dziedzińcu w Nathalu z przyjacielem Paulem, zastanawiałem się, jaką drogę przebył on przez ponad siedemdziesiąt lat. Ten człowiek, przez swoje pierwsze lata jak nikt inny wychowany w dostatku, a jednocześnie w bezpieczeństwie owej, że się tak wyrażę, Austrii niewyczerpanych możliwości, uczęszczał rzecz jasna do słynnego Theresianum, potem jednak z całą świadomością obrócił się na utorowanej przez rodzinę drodze i poszedł w kierunku przeciwnym, odwracając się od wszystkiego, co, powierzchownie rzecz ujmując, stanowiło wittgensteinowski etos, a mianowicie od życia w bogactwie, dostatku oraz bezpieczeństwie, po to by ostatecznie obrać drogę tak zwanej egzystencji duchowej, aby siebie ratować. Zniknął im z oczu, jak można się wyrazić, tak jak już kilkadziesiąt lat wcześniej jego wuj Ludwig, odwrócił się od wszystkiego, co w końcu przecież tak jego, jak i jego wuja Ludwiga, umożliwiło i stał się bezwstydnie, tak jak jego wuj już wcześniej, zakałą rodziny. Jeśli Ludwig obrócił się w bezwstydnego filozofa, to Paul obrócił się w bezwstydnego wariata, a przecież nigdzie nie jest powiedziane, że filozofa tylko wtedy można określić tym mianem, gdy, tak jak Ludwig, swoją filozofię spisuje i ogłasza drukiem, jest filozofem także ten, kto niczego z tego, co wyfilozofował, nie opublikuje, a więc również, gdy nie pisze niczego i niczego nie ogłasza drukiem. Przecież ogłoszenie drukiem tylko czyni oczywistym i ogłasza wszem i wobec to, co oczywiste, a co nie mogłoby stać się oczywistym, i być ogłoszone wszem i wobec bez ogłoszenia drukiem. Ludwig był tym, który ogłaszał drukiem (swoją filozofię), Paul tym, który nie ogłaszał drukiem (swojej filozofii), i tak jak Ludwig w ostatecznym rachunku urodził się po to, żeby ogłaszać drukiem (swoją filozofię), Paul po to się urodził, żeby drukiem (swojej filozofii) nie ogłaszać. Obaj byli jednak, każdy na swój sposób, wielkimi, zawsze pobudzającymi, oryginalnymi, przełomowymi myślicielami, którymi szczycić się może ich i nie tylko ich epoka. Szkoda oczywiście, że Paul nie dostarczył nam, tak jak Ludwig, spisanych i wydrukowanych, czyli publicznie ogłoszonych drukiem dowodów swojej filozofii, podczas gdy podobne dowody ze strony Ludwiga mamy i pod ręką, i w głowie. Nie ma jednak sensu dokonywać porównań między Ludwigiem a Paulem. Z Paulem nie rozmawiałem nigdy o Ludwigu, nie mówiąc już o filozofii Ludwiga. Czasami tylko, dość dla mnie nieoczekiwanie, mówił Paul: Znasz przecie mojego wuja Ludwiga. I nic więcej. Ani razu przedmiotem naszej rozmowy nie był Tractatus. Raz jednak powiedział Paul, że jego wuj Ludwig był najbardziej zwariowanym w całej tej familii. Multimilioner wiejskim nauczycielem, to przecie czysta perwersja, nie uważasz?, powiedział Paul. Do dziś dnia nie wiem nic o faktycznych relacjach między Paulem a jego wujem Ludwigiem. Nigdy go zresztą o to nie pytałem. Nie wiem nawet, czy w ogóle widzieli się kiedyś na oczy. Wiem tylko, że Paul swojego wuja Ludwiga zawsze brał w obronę, ilekroć napadała nań rodzina Wittgensteinów, ilekroć stroiła sobie żarty z filozofa Ludwiga Wittgensteina, który całe życie był dla nich źródłem zażenowania. Ludwig Wittgenstein, tak samo jak Paul Wittgenstein, był dla nich zawsze tylko durniem, wielkim uczyniła go zagranica, która zawsze dawała posłuch durnym dziwakom. Potrząsali głową i natrząsali się z tego, że świat nabrał się na ich durnego błazna, że nieużytek zrobił się nagle sławny w Anglii i został okrzyczany duchowym olbrzymem. W swojej pysze Wittgensteinowie odmawiali swojemu filozofowi dosłownie wszystkiego, nie mieli dla niego ani odrobiny szacunku, karali go tylko i karzą do dzisiaj pogardą. Jak w Paulu, tak w Ludwigu widzą do dziś dnia wyłącznie zdrajcę. Tak jak Paula, również i Ludwiga wykluczyli. Wstydzili się Paula, dopóki żył, tak jak do dziś wstydzą się Ludwiga, taka jest prawda, nawet rosnąca sława Ludwiga nie zdołała zmniejszyć ich pogardy dla filozofa, weszło im już w nawyk, w kraju, w którym ostatecznie i dzisiaj Ludwig Wittgenstein nic niemal nie znaczy i w którym i dzisiaj nikt go prawie nie zna. Wiedeńczycy do dziś dnia nie uznali jeszcze Zygmunta Freuda, taka jest prawda, nawet go nie zauważyli, takie są fakty, są na to bowiem zbyt perfidni. Nie inaczej z Wittgensteinem. Mój wuj Ludwig to były dla Paula zawsze słowa pełne najwyższego szacunku, słowa, których jednakże nigdy nie ośmielił się rozwinąć i na których, sam również napiętnowany, wolał zawsze poprzestać. Nigdy nie wyrobiłem sobie jasnego poglądu na temat postawy Paula wobec wuja, który zdobył sławę w Anglii. Mój związek z Paulem, który zaczął się w pokoju naszej przyjaciółki Iriny przy Blumenstockgasse, był, naturalną koleją rzeczy, niełatwy, nie była to przyjaźń bez codziennych zmagań o nią i codziennego jej odnawiania, a z biegiem czasu okazała się nadzwyczaj męcząca, rozpięta między wzlotami i upadkami oraz nieodłącznymi częstokroć dowodami przyjaźni. Myślę teraz na przykład o roli, jaką odegrał Paul w związku z tak zwanym wręczeniem mi Nagrody Grillparzera. To Paul, jako jedyny, oprócz mojego życiowego towarzysza, przejrzał na wskroś całą przebiegłą niedorzeczność uroczystości wręczenia mi owej nagrody i określił tę groteskę mianem, na które naprawdę zasługiwała, a mianowicie jako iście austriacką perfidię. Przypominam sobie, że na uroczystość wręczenia mi owej nagrody w Akademii Nauk kupiłem sobie nowy garnitur, uważałem bowiem, że tylko w nowym garniturze wypada mi wystąpić w Akademii Nauk, więc z moim życiowym towarzyszem poszedłem do domu odzieżowego na Kohlmarkt, wybrałem odpowiedni garnitur, przymierzyłem i już go z siebie nie zdjąłem. Ten nowy garnitur był ciemnoszary i pomyślałem sobie, że w tym nowym garniturze lepiej będę mógł odegrać swą rolę w Akademii Nauk niż w starym. Jeszcze rankiem w dniu wręczenia mi nagrody wręczenie mi nagrody jawiło mi się jako spore wydarzenie. Wypadało ono akurat w setną rocznicę śmierci Grillparzera, a to, że Nagrodą Grillparzera wyróżniano mnie właśnie w setną rocznicę śmierci Grillparzera, uważałem za coś niezwykłego. Moi krajanie, Austriacy, którzy do tej chwili zawsze mną tylko pomiatali, teraz mnie wyróżniają, i to Nagrodą Grillparzera, myślałem sobie i naprawdę sądziłem, że dożywam oto dnia swego najwyższego wzlotu. Może nawet z samego rana drżały mi ręce, a niewykluczone, że kręciło mi się w głowie. Fakt, że Austriacy, dotąd zawsze ignorujący mnie tylko albo urągający mi, dają mi naraz swoją najwyższą nagrodę, jawił mi się jako dowód ostatecznego uznania i powetowania krzywd. Nie bez dumy, wyszedłszy w nowym garniturze ze sklepu z odzieżą, kroczyłem po Kohlmarkt, udając się do Akademii Nauk, nigdy jeszcze w tak podniosłym nastroju nie szedłem przez Kohlmarkt, a potem przez Graben koło pomnika Gutenberga. Wprawdzie w podniosłym nastroju, ale skłamałbym, twierdząc, że w wygodnym stroju, bo niezbyt komfortowo czułem się w nowym garniturze. Błędem jest zawsze kupować odzież, że tak powiem, pod nadzorem i w towarzystwie, a ja po raz kolejny popełniłem ten błąd – nowy garnitur był na mnie za ciasny. Ale chyba całkiem nieźle wyglądam w tym nowym garniturze, myślałem sobie, dochodząc do Akademii w towarzystwie Paula oraz mego życiowego towarzysza. Wręczanie nagród, pomijając pieniądze, jakie owe nagrody przynoszą, to najnieznośniejsza rzecz pod słońcem, doświadczyłem tego już w Niemczech, nagrody nie wywyższają, jak sądziłem, zanim wręczono mi pierwszą nagrodę, lecz poniżają, i w dodatku poniżają najbezwstydniej w świecie. Jedynie dlatego, że zawsze miałem na względzie to, że przynoszą pieniądze, byłem w stanie nagrody tolerować, tylko z tej przyczyny udawałem się do różnych ratuszy i wchodziłem do wszystkich tych auli bez gustu. Do czterdziestego roku życia. Godziłem się na związane z przyjmowaniem nagród poniżanie. Do czterdziestego roku życia w owych ratuszach i aulach dawałem z siebie robić durnia, przyjmowanie nagrody nie jest bowiem niczym innym niż robieniem z siebie durnia. Przyjąć nagrodę to nic innego niż pozwolić komuś zrobić z siebie durnia, ponieważ dostaje się za to pieniądze. Wręczanie nagrody uważałem zawsze za największe poniżenie, jakie można dla kogoś wymyślić, nie za wywyższenie. Nagrodę bowiem przyznają zawsze ludzie niekompetentni, który pragną zrobić z człowieka durnia i którzy istotnie robią durnia z człowieka, jeśli przyjmie ich nagrodę. A mają oni pełne prawo robić z człowieka durnia, ten bowiem jest tak nikczemny i niegodziwy, że przyjmuje ich nagrodę. Tylko w najpilniejszej potrzebie, w bezpośrednim zagrożeniu życia i egzystencji i tylko do czterdziestego roku życia człowiek ma prawo przyjmować związaną z pieniędzmi albo jakąkolwiek nagrodę lub wyróżnienie. Przyjmowałem nagrody, nie będąc w najpilniejszej potrzebie i bez zagrożenia życia czy egzystencji, przez co uczyniłem z siebie nikczemnika i niegodziwca, człowieka odrażającego, w najprawdziwszym sensie tego słowa. W drodze po Nagrodę Grillparzera myślałem jednak, że tym razem rzecz ma się inaczej. Ta nagroda nie jest związana z żadnymi pieniędzmi. Akademia Nauk to jest coś i jej nagroda to też jest coś, myślałem sobie w drodze do Akademii Nauk. I myślałem, kiedy wszyscy troje, Paul, mój życiowy towarzysz i ja, dochodziliśmy do Akademii Nauk, że ta nagroda, ponieważ nazywa się Nagrodą Grillparzera, stanowi wyjątek. I faktycznie, w drodze do Akademii Nauk wymyśliłem sobie, że zostanę powitany już przed gmachem Akademii Nauk, tak jak przystoi, jak myślałem, z należnym szacunkiem. Lecz absolutnie nikt mnie nie powitał. Kiedy już wszyscy troje przeczekaliśmy dobry kwadrans w hallu wejściowym Akademii Nauk, a mnie absolutnie nikt nie rozpoznał, nie mówiąc o tym, że nie powitał, i choć wszyscy wciąż wkoło się rozglądaliśmy, mojej obecności w ogóle nikt nie zauważył, gdy napływające na tę uroczystość tłumy zaczęły się wlewać do wewnątrz, zajmować już miejsca w przepełnionej sali, pomyślałem sobie, że teraz po prostu wejdziemy do auli, jak wszyscy inni, którzy już tam weszli. I wpadłem na myśl, żeby usiąść w samym środku sali, gdzie zostało jeszcze trochę wolnych miejsc, weszliśmy więc tam wszyscy troje i usiedliśmy. Kiedy usiedliśmy, sala była już pełna i sama pani minister już też zajęła miejsce w pierwszym rzędzie tuż przy podium. Orkiestra filharmonii brzdąkała już nerwowo na swych instrumentach, zaś prezes Akademii Nauk, który nazywał się Hunger, to znaczy Głód, biegał niespokojny tam i z powrotem po całym podium. Oprócz naszej trójki nikt nie wiedział, dlaczego uroczystość jeszcze się nie rozpoczęła. Jacyś członkowie Akademii ganiali po podium, tam i z powrotem, wypatrując bohatera całej tej uroczystości. Również pani minister wykręcała głowę na wszystkie strony. Nagle jeden z panów z podium wypatrzył mnie, siedzącego w głębi sali, szepnął coś na ucho prezesowi Hungerowi, zszedł z podium i ku mnie się skierował. Niełatwo mu było między wypełnionymi po brzegi rzędami torować sobie drogę do mnie, siedzącego pośrodku. Wszyscy siedzący w moim rzędzie musieli powstać z miejsc i robili to z wyraźną niechęcią i, jak zaobserwowałem, rzucając w moim kierunku nieprzyjazne spojrzenia. Pomyślałem, że faktycznie był to perfidny pomysł, ażeby zająć miejsce w samym środku sali, ponieważ dotarcie do mnie kosztowało pana torującego sobie do mnie drogę, naturalną koleją rzeczy członka Akademii, sporo wysiłku. Jasne, pomyślałem sobie w tym momencie, oprócz tego pana nikt cię tu wcześniej nie rozpoznał. Teraz natomiast, gdy ów pan wreszcie przede mną stanął, spojrzenia wszystkich skierowały się na mnie, ale jakie, karcące, przeszywające. Jakaś akademia, która przyznaje mi nagrodę, chociaż mnie absolutnie nie zna, i ponieważ przyznaje mi nagrodę, chociaż absolutnie mnie nie zna, i ponieważ nie dałem się jej poznać, napada na mnie od razu karcącymi i przeszywającymi spojrzeniami, zasługuje na coś jeszcze o wiele perfidniejszego, pomyślałem sobie. W końcu pan ten zwrócił mi, jak to się mówi, uwagę, że moje miejsce nie jest tam, gdzie siedzę, lecz w pierwszym rzędzie, obok pani minister, i że powinienem, z łaski swojej, udać się do pierwszego rzędu i zająć miejsce obok pani minister. Nie usłuchałem tego pana, zwrócił się bowiem do mnie w sposób naprawdę niemiły i arogancki, a poza tym był tak odrażająco pewny swego triumfu, a więc tego, że go usłucham, że aby zachować godność, musiałem odmówić przejścia z nim z głębi sali na podium. Pan Hunger osobiście ma tu przyjść, oświadczyłem. Nikt inny, nie ktokolwiek inny, tylko sam prezes Akademii Nauk osobiście miał mnie wezwać do udania się na podium. W gruncie rzeczy miałem wielką ochotę razem z moimi towarzyszami wyjść z Akademii Nauk bez nagrody. Siedziałem jednak. Sam wszedłem do tej klatki, sam zastawiłem na siebie pułapkę. Sam dałem się zamknąć w Akademii Nauk. Nie było wyjścia. W końcu podszedł do mnie prezes Akademii i z prezesem Akademii udałem się na podium, i usiadłem obok pani minister. W chwili, gdy siadałem obok pani minister, mój przyjaciel Paul nie mógł się opanować i wybuchnął gromkim śmiechem, wstrząsającym całą salą, i śmiał się dopóty, dopóki nie zaczęli grać kameraliści z filharmonii. Wygłoszono parę przemówień o Grillparzerze i powiedziano parę słów o mnie, mówiono w sumie jednak godzinę, a więc, jak zwykle przy takich okazjach, o wiele za dużo i naturalną koleją rzeczy same niedorzeczności. Pani minister w czasie tych przemówień ucięła drzemkę, a nawet, co dobrze słyszałem, chrapała, obudziła się zaś dopiero, gdy zaczęli na nowo grać kameraliści z filharmonii. Kiedy uroczystość dobiegła końca, ilu tylko mogło otoczyło na podium panią minister oraz prezesa Hungera. Mnie już nikt nie zauważał. Ponieważ nie opuściłem sali od razu, zdołałem jeszcze usłyszeć, jak pani minister raptem gromkim głosem zawołała: A gdzież to się podział nasz literacik? Tego już było stanowczo za wiele, więc jak najprędzej opuściłem Akademię Nauk. Żadnych pieniędzy, a do tego jeszcze dać z siebie zrobić durnia, w tym momencie już nie mogłem wytrzymać. Wybiegłem na ulicę, właściwie niemal ciągnąc za sobą moich towarzyszy. Usłyszałem jeszcze słowa Paula: Dałeś się nabrać! Zrobili z ciebie durnia! Faktycznie, pomyślałem sobie, zrobili z ciebie durnia. Dziś znowu zrobili z ciebie durnia, tak jak zawsze durnia z ciebie robili. Ale sam dałeś im zrobić z siebie durnia, pomyślałem sobie, do tego jeszcze w Wiedniu, w Akademii Nauk. Zanim we troje poszliśmy do Sachera, aby przy stoliku przetrawić całą przewrotność owej procedury wręczania nagrody, zaszedłem jeszcze do sklepu z odzieżą na Kohlmarkt, w którym przed uroczystością kupiłem sobie nowy garnitur. Garnitur jest za ciasny, chcę wybrać jakiś inny, powiedziałem w sklepie, i powiedziałem to z taką bezwstydną emfazą, że ekspedienci bez najmniejszego sprzeciwu pozwolili mi natychmiast poszukać innego garnituru. Przymierzyłem dwa, może trzy własnoręcznie zdjęte z wieszaka garnitury i wybrałem sobie najwygodniejszy. Wziąłem go, dokonując małej dopłaty, i już na ulicy pomyślałem sobie, że wkrótce garnitur, w którym występowałem w czasie tak zwanego wręczenia Nagrody Grillparzera w Akademii Nauk, będzie nosił ktoś inny, wydało mi się to zabawne, że ktoś inny będzie ten garnitur obnosił po Wiedniu. Inny, nie mniej dobitny dowód siły charakteru Paula: tak zwane wręczenie (małej) Nagrody Państwowej w dziedzinie literatury (na długo przed Nagrodą Grillparzera), zakończone, jak pisały wówczas gazety, skandalem. Minister, który w sali audiencyjnej ministerstwa wygłaszał tak zwaną mowę pochwalną na moją cześć, mówił o mnie w tej swojej pochwalnej mowie same bzdury, odczytywał bowiem tylko z kartki to, co napisał mu jeden z podległych mu urzędników odpowiedzialnych za literaturę, na przykład, że napisałem powieść o morzach południowych, której oczywiście nie napisałem. Chociaż zawsze byłem Austriakiem, minister twierdził, że jestem Holendrem. Chociaż nie mam pojęcia o powieści przygodowej, minister twierdził, że jestem w tej dziedzinie specjalistą. Wielokrotnie też w swojej mowie twierdził, że jestem cudzoziemcem, a w Austrii gościem. Bzdury odczytywane z kartki przez ministra wcale mnie jednak nie oburzyły, dobrze bowiem wiedziałem, że tego tępego człowieczka ze Styrii, który nim został ministrem, był w Grazu sekretarzem Izby Rolnej odpowiedzialnym przede wszystkim za hodowlę, na nic innego nie było stać. Minister ten, jak wszyscy inni bez wyjątku ministrowie, głupotę wypisaną miał przecież na twarzy, było to wstrętne, lecz niewarte nadmiernej ekscytacji, więc cierpliwie tę ministerialną mowę pochwalną wytrzymałem. Gdy jednak ja, że tak powiem, dziękując za nagrodę w kilku zdaniach, bardzo niechętnie i w wielkim pośpiechu zapisanych na kartce papieru na krótko przed uroczystością wręczenia nagrody, wygłosiłem, że tak powiem, małą filozoficzną dygresję, w której nie powiedziałem nic oprócz tego, że życie człowieka jest nędzne, a śmierć jego pewna, i wykład mój nie trwał w sumie dłużej niż trzy minuty, minister ów, który z tego, co powiedziałem, w ogóle nic nie zrozumiał, zerwał się oburzony ze swego miejsca i podstawił mi pod nos zaciśniętą pięść. Rozwścieczony, z pianą na ustach warknął jeszcze do mnie w obecności wszystkich zebranych: Pies i opuścił salę, nie omieszkawszy przy tym trzasnąć szklanymi drzwiami z taką furią, że roztłukły się na tysiące kawałków. Wszyscy zebrani w sali audiencyjnej zerwali się z miejsc i spoglądali w oszołomieniu za ministrem, który wypadł zupełnie jak bomba. Przez moment panowała, jak to się mówi, absolutna cisza. Potem zdarzyło się coś osobliwego: całe towarzystwo, które mogę określić tylko mianem zgrai oportunistów, wybiegło za ministrem, uprzednio podchodząc do mnie, a każdy podchodził nie tylko z obelgami, lecz również z zaciśniętą pięścią, dobrze pamiętam podstawioną mi pod nos zaciśniętą pięść prezydenta Senatu Sztuki, pana Henza, jak i wszystkie inne okazane mi wówczas przejawy szacunku. Całe towarzystwo, paruset prebendarzy sztuki, głównie jednak pisarzy, a więc, jak to się mówi, kolegów po piórze, pobiegło wraz ze swoimi orszakami za ministrem, nie chcę teraz wyliczać wszystkich tych nazwisk, które wybiegły za ministrem przez roztłuczone przez niego szklane drzwi, nie mam bowiem ochoty z powodu takiej śmiechu wartej sprawy stanąć przed sądem, jednakże to ludzie najbardziej znani, najbardziej poważani i najsłynniejsi wypadli za ministrem z sali audiencyjnej i błyskawicznie zniknęli na schodach, w sali audiencyjnej pozostawiwszy mnie i mojego życiowego towarzysza. Jak trędowatego. Nikt nie pozostał przy mnie i moim życiowym towarzyszu, wszyscy przebiegli obok ustawionego dla nich bufetu, wypadli za ministrem i zniknęli na schodach – z wyjątkiem Paula. On był jedynym, który pozostał przy mnie i mojej towarzyszce życia, czyli moim życiowym towarzyszu, jednocześnie wstrząśnięty i ubawiony tym zajściem. Później, gdy już nikomu nie mogło to w niczym zaszkodzić, paru innych, którzy uprzednio zniknęli, odważyło się wrócić do mnie, cichaczem powrócić do sali audiencyjnej, mała garstka, która w końcu uradziła, dokąd pójść, aby całe zajście przełknąć wraz z posiłkiem. Jeszcze wiele lat później wyliczaliśmy z Paulem nazwiska tych, którzy wówczas w tej swojej pozbawionej skrupułów państwowo-ministerialnej uniżoności wybiegli za tępogłowym ministrem ze Styrii, a o każdym z nich wiedzieliśmy dlaczego. Dzień później austriackie gazety pisały o kalającym własne gniazdo Bernhardzie, który znieważył ministra, gdy tymczasem w rzeczywistości zdarzyło się akurat odwrotnie, to minister Piffl-Perčević znieważył pisarza Bernharda. Za granicą jednak, gdzie ludzie nie są zdani na austriackich ministrów i meandry praktykowanego przez nich subwencjonizmu, komentowano to wydarzenie tak, jak się należało. Przyjąć nagrodę to już jest perwersja, powiedział mi wówczas mój przyjaciel Paul, ale przyjąć nagrodę państwową to perwersji szczyt. Ponieważ wizyty na Blumenstockgasse u Iriny, naszej muzycznej przyjaciółki, stały się dla niego miłym nawykiem, przeprowadzkę naszej przyjaciółki na wieś odczuliśmy jako katastrofę. W dodatku jeszcze zaszyła się ona w położonej całkowicie na uboczu dziurze w Dolnej Austrii, dokąd można było dotrzeć tylko po dwugodzinnej jeździe autem, bo nawet kolej tam nie docierała. Nie mogliśmy zrozumieć, czego Irina, człowiek wielkomiejski, szuka na wsi. Kobieta, która przez długie lata dzień w dzień chodziła wieczorem na koncert do opery bądź do teatru, naraz wynajęła sobie parterowy dom wiejski, którego połowę stanowił chlew, co ku naszemu przerażeniu stwierdziliśmy razem z Paulem, dom, który nie tylko przeciekał w czasie deszczu, ale który też, ponieważ nie był podpiwniczony, aż po sam dach przeżarła wilgoć. Tam właśnie Irina i jej muzykolog, który uprzednio przez wiele lat pisał do wiedeńskich czasopism i gazet, siedzieli w wytartych i zniszczonych ubraniach, oparci o żeliwny piec Franklina, jedząc tak zwany wiejski chleb własnego wypieku, a gdy ja z powodu przenikającej wszystko woni chlewu musiałem sobie zatykać nos, oni chwalili wieś i przeklinali miasto. Muzykolog nie pisał już artykułów o Webernie i Bergu, o Hauerze i Stockhausenie, tylko rąbał pod oknem drewno albo z zatkanego wychodka wybierał gnojówkę. Irina nie mówiła już o Szóstej czy Siódmej symfonii, lecz wyłącznie o wędzonce, którą własnoręcznie wieszała w wędzarni, nie o Klempererze i Schwarzkopf, tylko o traktorze sąsiadów, już o piątej rano budzącym ją wraz z ćwierkaniem ptaków. Początkowo sądziliśmy, że po krótkim czasie Irina i jej muzykologiczny mąż zapomną o rolniczych fascynacjach i z łona natury wrócą na łono muzyki, pomyliliśmy się jednak. O muzyce już wkrótce nie było absolutnie mowy, jakby nigdy nie istniała. Jeździliśmy do Iriny, a ona, częstując nas chlebem własnego wypieku, stawiała przed nami własnoręcznie przyrządzoną zupę i jeszcze też rzodkiew z własnego pola oraz pomidorki własnej uprawy, a my czuliśmy się oszukani, zawiedzeni, wodzeni za (jej) nos. Z wyrafinowanej istoty wielkomiejskiej i wiedeńskiej pasjonatki, z Iriny, w ciągu kilku miesięcy zrobiła się wieszająca wędzonkę w wędzarni wiejska poczciwina, uprawiająca warzywa dolnoaustriacka prowincjuszka, co z naszego punktu widzenia równało się drastycznej autodegradacji i co musiało nas odpychać. Dlatego też rychło przestaliśmy do niej jeździć i Irina faktycznie zniknęła nam z oczu. Byliśmy zmuszeni szukać sobie nowej scenerii naszych rozmów, lecz bezskutecznie, nie było już żadnej Blumenstockgasse. Zdani na samych siebie, bez Iriny, straciliśmy ochotę na rozmowy o muzyce, nagle opuściły nas wszystkie muzyczne dobre duszki, gdy siadaliśmy teraz u Sachera albo w Bräunerhofie, albo w Ambasadorze, w idealnym dla takich jak my kącie, z którego można było wszystko widzieć, samemu nie będąc widzianym, i w którym dyskusje nie zamierały zaraz po rozpoczęciu. Ponieważ niezbyt lubiliśmy spacery, po przywitaniu się śpieszyliśmy natychmiast do Sachera albo do jakiejś innej kawiarni, nadającej się, jak nam się wydawało, do naszych celów. Jak tylko siedliśmy u Sachera w naszym kącie, od razu pojawiała się ofiara naszych spekulacji. Na początek szedł przykładowo jakiś łapczywie, niemal w konwulsjach wchłaniający swoją porcję tortu albo praskiej szynki owiniętej wokół ulubionego chrzanu w śmietanie, pijący kawę, wyczerpany trudami zwiedzania miasta i z tego powodu zbyt szybko wchłaniający tort i zbyt chciwie wlewający w siebie kawę krajowiec czy obcokrajowiec, braliśmy go, że tak powiem, na muszkę, po to by potępić szerzącą się coraz bardziej od kilkudziesięciu lat bezmyślną żarłoczność. Od jakiejś Niemki, która jakby za karę ubrana w jakieś niegustowne futro zmiatała z talerza bitą śmietanę, potrafiliśmy wywieść naszą niechęć do wszystkich Niemców w Wiedniu, natomiast przez siedzącego pod oknem Holendra, który sądząc, że nikt go nie obserwuje, prawym palcem wskazującym bez przerwy wyciągał duże kozy z nosa, całkowicie przeklęliśmy wszystkich Holendrów, którzy nagle stali się nam na całe życie nienawistni. Nieznajomi musieli nam wystarczyć dopóty, dopóki naszym oczom nie ukazał się jakiś znajomy, a gdy tylko przed naszymi oczyma ukazał się jakiś znajomy, to do niego przyczepialiśmy nasze akurat do niego pasujące myśli, które, raz wypowiedziane, mogły nas bawić całymi godzinami, nadużywaliśmy ich bowiem do rozważań na jakiś, jak się nam wydawało wznioślejszy temat w celu przepędzenia nudy, jako punktu wyjścia do czegoś całkowicie innego, o czym ośmielaliśmy się myśleć, że jest godne miana ni mniej, ni więcej, tylko filozofii. Nierzadko więc po prostu całkiem prosty i całkowicie zwyczajny mężczyzna, który popijał sobie kawę, naprowadzał nas na Schopenhauera, a znowu jakaś starsza pani w towarzystwie niegrzecznego wnuka, spożywająca ogromne porcje strudla pod obrazem arcyksięcia, przywodziła nam na myśl, przykładowo, dworskich błaznów Velázqueza z Prado, co ewentualnie stawało się okazją do wielogodzinnej konwersacji. Parasol, który upadł na podłogę, natychmiast naprowadzał nas nie, jak można by sądzić, na Chamberlaina, lecz na prezydenta Roosevelta, przechodzień z pekińczykiem – na niezwykle wystawny tryb życia indyjskich maharadżów i tak dalej. Kiedy jestem na wsi i nie mam żadnej podniety, moje myśli jałowieją, jałowieje bowiem cała moja głowa, natomiast wielkie miasto oszczędza mi takich katastrofalnych doświadczeń. Ludzie, którzy wyjeżdżają z wielkiego miasta na wieś i chcą utrzymać na wsi swój standard duchowy, jak mówi Paul, muszą dysponować niesamowitym potencjałem, a więc mieć niezwykły zapas substancji mózgowej, ale i oni prędzej czy później wyczerpią się i wyjałowieją, a w momencie, gdy zauważą u siebie ten proces jałowienia, jest już najczęściej za późno, nie ma już ratunku, zamierają i cokolwiek by robili, na nic się to nie zda. Również i ja przez wszystkie te lata przyjaźni z Paulem przyswoiłem sobie własny, niezbędny do życia rytm krążenia między miastem a wsią i nie zamierzam zmieniać tego rytmu do końca życia: do końca życia co najmniej czternaście dni w Wiedniu, co najmniej czternaście dni na wsi. Umysł bowiem równie szybko napełnia się w Wiedniu, jak poza Wiedniem się opróżnia, a właściwie opróżnia się na wsi szybciej, niż się w mieście napełnia, wieś zawsze bowiem okrutniejsza jest dla umysłu i jego dobra niż kiedykolwiek mogłoby być miasto, to znaczy wielkie miasto. Człowiekowi ducha wieś zabiera wszystko, a (prawie) niczego nie daje, gdy tymczasem wielkie miasto nieustannie tylko daje, oczywiście trzeba to tylko zauważyć, i naturalną koleją rzeczy też poczuć, bardzo jednak niewielu to zauważa i również niewielu to czuje, więc ciągnie ich w odrażająco sentymentalny sposób na wieś, gdzie za każdym razem w najkrótszym czasie muszą duchowo się opróżnić, wypompować i ostatecznie w końcu doszczętnie zrujnować. Duch nie może nigdy rozwinąć się na wsi, lecz jedynie w wielkim mieście, dziś jednak wszyscy uciekają z wielkiego miasta na wieś, w gruncie rzeczy bowiem zbyt są wygodni, by używać głowy, od której miasto naturalnie zdecydowanie więcej wymaga, taka jest prawda, wolą przymierać w naturze, do której, nie znając jej, w swojej tępej ślepocie czują sentymentalny podziw, niż wykorzystać zalety wielkiego miasta, do czego jednak prawdopodobnie absolutnie nie byliby zdolni, a zwłaszcza dzisiejszego wielkiego miasta, zalety, które w cudowny sposób powiększają się i niesłychanie pomnażają z biegiem czasu i historii. Ja znam tę zabójczą wieś i uciekam od niej, kiedy tylko mam możność, za cenę możności mieszkania w wielkim mieście, może się ono koniec końców nie wiadomo jak nazywać, może być nie wiadomo jak szpetne, a i tak jest dla mnie sto razy lepsze niż wieś. Ileż to razy przeklinałem swoje płuca, które nie pozwoliły mi na mieszkanie przez cały czas w wielkim mieście, co odpowiadałoby mojej naturze. Nie ma jednak sensu wiecznie rozmyślać o czymś, czego nie da się odmienić i co już przed tyloma laty przestało być tematem dyskusji i o czym w moim wypadku i dzisiaj nie ma chyba sensu dyskutować. On to miał dobrze, mój przyjaciel Paul zawsze miał wyśmienite płuca, nie był zdany na zdrowiem wymuszony przymusowy pobyt na wsi. Mógł sobie pozwolić na rzecz w moim odczuciu najwyższą i najważniejszą, na pobyt w wielkim mieście, na który ja nigdy nie mogłem sobie pozwolić na dłużej, jeśli chciałem jeszcze żyć. Chociaż od lat nie pił już alkoholu, to nawet w ostatnim roku życia jego ulubionym miejscem w Wiedniu był wciąż nocny bar Eden, ponieważ po śmierci swojej Edith, naturalną koleją rzeczy nie mógł już w ogóle wytrzymać w domu. Teraz stało mi się jasne, dlaczego, choć przecież setki razy przesiadywałem z nim w Bräunerhofie, a więc praktycznie u niego w domu, nigdy mnie nie zaprosił do swego mieszkania. Składało się ono tylko z jednego obszernego pokoju, natomiast kuchnia i toaleta znajdowały się w pomieszczeniu obok. Z wysiłkiem, zaledwie parę miesięcy przed śmiercią, wszedł ze mną na górę, do tego swojego mieszkania, muszę zresztą powiedzieć, że mnie ta wspinaczka po schodach przysporzyła prawdopodobnie o wiele więcej kłopotu, od dziesiątków lat prawie nie mogę wchodzić po schodach, już po sforsowaniu trzech, czterech stopni braknie mi tchu. Winda była zepsuta, korytarz niemal całkowicie pogrążony w mroku, wlekliśmy się więc po omacku, dopingując się nawzajem własnym dyszeniem, na górę. Samo mieszkanie to wprawdzie nic szczególnego, powiedział, gdy przestąpiliśmy jego próg, ale punkt jest przecież idealny, a o punkt (bardziej w centrum się nie da, mawiał) właśnie mu chodziło, poza tym to mieszkanie leżało jeszcze w granicach jego możliwości finansowych, większe już nie. Dla Edith było to jednak bardzo deprymujące, rzekł, wskazując uchylone drzwi do kuchni i klozetu. Piętrzyły się tam stosy brudnych naczyń i ubrań oraz olbrzymia góra niezużytej i już nieużytecznej żywności. Ostatnia nora przegranego, pomyślałem sobie. Siedliśmy na obciągniętej ciemnozielonym aksamitem sofie, żeby trochę odsapnąć i móc pomyśleć o czymś innym niż te pełne zakłopotania uwagi o ciasnocie i brudzie, mroku oraz idealnym punkcie. Ta sofa to jego ulubiony mebel, wyjaśnił, jeszcze z czasów dzieciństwa, z domu rodziców. Dzisiaj nie mogę już sobie przypomnieć, o czym rozmawialiśmy, siedząc na tej sofie – wkrótce wstałem, pożegnałem się i zostawiłem siedzącego bezradnie na ciemnozielonej sofie przyjaciela samemu sobie. Nagle nie mogłem już wytrzymać, przez cały czas myślałem, że już nie z żywym siedzę, lecz z kimś od dawna martwym. Odsunąłem się od niego. Jeszcze zanim wyszedłem za próg jego mieszkania, zaczął płakać, ściskając dłonie kolanami, bo naraz znowu całkiem wyraźnie pojął, że to już koniec, nie obejrzałem się jednak, tylko w największym pośpiechu zbiegłem po schodach na zewnątrz. Biegłem przez Stallburggasse, a potem Dorotheergasse, dotarłem przez Stephansplatz na Wollzeile, dopiero tam byłem w stanie przejść spokojnie kilka kroków. W tak zwanym Stadtpark, czyli Parku Miejskim, usiadłem na ławce i narzucając sobie nakazany przez głowę rytm oddychania, próbowałem wyzwolić się ze stanu, w jakim się znalazłem, straszliwego stanu, miałem bowiem przez cały czas uczucie, że się duszę. Siedząc na ławce w Parku Miejskim, myślałem sobie, że prawdopodobnie po raz ostatni widziałem swojego przyjaciela. Nie wierzyłem, że tak osłabione ciało, w którym nie tliła się już niemal żadna iskierka, nie było w nim już bowiem najmniejszej chęci do życia, mogłoby przetrzymać więcej niż kilka dni. Najgłębiej poruszyło mnie to, jak nagle człowiek ten został całkiem sam. Właśnie on, który urodził się, rósł i dojrzewał, a w końcu starzał się i zestarzał, cały czas znany jako tak zwana dusza towarzystwa. Myślałem też o tym, jak zawarłem znajomość z tym człowiekiem, który stał się moim prawdziwym przyjacielem, który moją egzystencję, może nie nieszczęśliwą, a jednak najczęściej mozolną, tyle razy i tak bardzo uszczęśliwił. Który wyjaśnił mi tyle rzeczy, uprzednio całkiem mi obcych, wskazał tyle dróg, uprzednio całkowicie przede mną zamkniętych, który przywrócił mnie samemu sobie w rozstrzygającej chwili, kiedy to, gdyby nie on, zmarniałbym zapewne doszczętnie na wsi w Nathalu. Faktycznie bowiem, w tamtym okresie, zanim poznałem mojego przyjaciela, całymi latami musiałem zmagać się z chorobliwą melancholią, a nawet depresją, wydawało mi się, że jestem już stracony, całymi latami nad niczym istotnym już nie pracowałem, mój dzień zaczynał się zazwyczaj i kończył kompletną obojętnością na wszystko. Jakże często niewiele brakowało, bym własnymi rękami położył kres własnemu życiu. Przez całe lata czułem bezsens wszystkiego, co mnie otaczało i z powodu ogólnej słabości zapewne, nade wszystko zaś słabości charakteru, zagłębiałem się wyłącznie tylko w przerażające, zabójcze dla ducha spekulacje o samobójstwie, które wpędzały mnie wciąż w ślepy zaułek i które uczyniły mi wszystko nieznośnym, a siebie samego najnieznośniejszym. Od dłuższego czasu nie mogłem sobie nawet wyobrazić, że miałbym dalej żyć lub choćby tylko dalej egzystować, nie potrafiłem już wyznaczyć sobie żadnego celu życia, a przez to nie potrafiłem już nad sobą panować i nieodmiennie, budząc się rano, oddawałem się we władanie mechanizmowi samobójczych myśli, od których przez cały dzień nie byłem już w stanie się uwolnić. Wszyscy mnie też wówczas opuścili, a to dlatego, że ja sam wszystkich opuściłem, taka jest prawda, a to dlatego, że już ich wszystkich nie chciałem, tak jak w ogóle niczego już nie chciałem, ale za wielkim byłem tchórzem, by samemu z sobą skończyć. I gdy rozpacz moja zapewne sięgnęła szczytu, nie krępuję się wypowiedzieć tych słów, nie mam bowiem zamiaru okłamywać dłużej samego siebie ani upiększać tego, czego nie powinno się upiększać, w społeczeństwie i w świecie, w którym upiększa się wszystko ustawicznie i to w najobrzydliwszy sposób, wtedy właśnie pojawił się Paul, poznałem go na Blumenstockgasse u naszej wspólnej przyjaciółki Iriny. Był w tym momencie człowiekiem tak zdecydowanie innym, nowym dla mnie, do tego jeszcze nosił nazwisko, które od dziesiątków lat podziwiałem bardziej niż jakiekolwiek inne, że od razu ogarnęło mnie uczucie, że właśnie pojawił się mój wybawiciel. Na ławce w Parku Miejskim wszystko to naraz tak odżyło w mojej świadomości, że przestałem się wstydzić i patosu, i wielkich słów, choć przedtem nigdy ich do siebie nie dopuszczałem, teraz gwałtownie do siebie dopuściłem, naraz poczęły przynosić mi błogą ulgę, nie chciałem ich w najmniejszym stopniu osłabiać. Pozwoliłem, żeby wszystkie te słowa spłynęły na mnie, zalały jak orzeźwiający deszcz. Dzisiaj myślę, że ludzi, którzy w naszym życiu cokolwiek znaczyli, możemy zliczyć na palcach jednej ręki, bardzo często nawet ta jedna ręka sroży się na perwersyjną myśl, że aby zliczyć owych ludzi, potrzeba nam jej całej, gdy tymczasem, gdyby ktoś chciał powiedzieć uczciwie, wyszłoby na to, że nawet jeden palec to dużo. W egzystencji jeszcze w miarę znośnej, którą, jak wiadomo, musimy sobie stwarzać nie bez uciekania się do wyrafinowanych sztuczek, wszelkich możliwych i niemożliwych forteli naszego umysłu, i tak przecież udręczonego do granic wytrzymałości, możemy jednak niekiedy, bo inaczej musielibyśmy skapitulować, doliczyć się trzech, może czterech osób, od których na dłuższą metę otrzymaliśmy nie tylko coś, lecz bardzo wiele, którzy w pewnych rozstrzygających o naszym istnieniu chwilach i okresach znaczyli dla nas wszystko i faktycznie też byli dla nas wszystkim, przy czym jednocześnie nie wolno zapominać o tym, że ci nieliczni ludzie już nie żyją, że zmarli już, może nawet dawno, z naszego gorzkiego doświadczenia naturalną koleją rzeczy wynika bowiem, że nie możemy w naszym obliczeniu uwzględnić tych, co jeszcze żyją, z nami współegzystują, a nawet ewentualnie są po naszej stronie, jeśli nie chcemy narazić się na niebezpieczeństwo fundamentalnej, najbardziej żenującej i śmiechu godnej pomyłki, a więc skompromitować się w pierwszym rzędzie we własnych oczach. Co się tyczy Paula, bratanka filozofa Ludwiga Wittgensteina, absolutnie nie miałem takich obaw, przeciwnie, człowiek ten, z którym przez tyle lat, aż do jego śmierci, dzieliłem wszystkie możliwe pasje i choroby tudzież idee, ustawicznie z tych pasji i chorób się rodzące i przez nas rozwijane, należał właśnie do tych, którzy przez wszystkie te lata tyle dobrego mi uczynili i w każdym względzie zawsze moją egzystencję polepszali, i to w sposób nadzwyczaj mi przydatny, to znaczy odpowiadający moim talentom, możliwościom i potrzebom, ba, często w ogóle umożliwiali mi egzystencję, co teraz, dwa lata po śmierci Paula, jasno sobie uświadamiam i co do czego nie mam w ten styczniowy chłód i w tę styczniową pustkę w domu najmniejszej wątpliwości. Ponieważ do tego celu nie mogę się posłużyć żadnym z żywych, mówię sobie, że przynajmniej z umarłymi chcę bronić się przed tym styczniowym chłodem i tą styczniową pustką, a spośród wszystkich umarłych żaden w te dni i w tej chwili nie jest mi bliższy niż mój przyjaciel Paul. Podkreślam wyraźnie słowo mój, zapiski te kreślą bowiem na papierze portret mojego przyjaciela Paula Wittgensteina tak, jak ja go widziałem, tylko tak. Ponieważ z czasem odkryliśmy w sobie i w związku z sobą tyle wspólnego, jednocześnie jednak tyle przeciwieństw, już niedługo po pierwszym spotkaniu na Blumenstockgasse wkroczyliśmy w fazę poważnych, a potem, naturalną koleją rzeczy, jeszcze poważniejszych, w końcu zaś najpoważniejszych trudności związanych z naszą przyjaźnią, która istotnie przez wszystkie te lata, aż do śmierci Paula, przeniknęła głęboko we mnie i mną sterowała, czy byłem tego świadomy, czy nie, zawsze w elementarny sposób, z czego dzisiaj zdaję sobie sprawę: przyjaźnią, której nie znaleźliśmy ot tak, po prostu, by ją potem zachować na zawsze, lecz nad którą musieliśmy przez cały czas w mozole i trudzie pracować, aby ją móc zatrzymać, z odpowiednim pożytkiem i z korzyścią dla siebie, nieprzerwanie i z najwyższą ostrożnością bacząc na jej kruchość. Podczas gdy on, myślałem na ławce w Parku Miejskim, wolał przesiadywać w prawej sali Sacherowskiej kawiarni, jak zawsze twierdził, z powodu wygodniejszych foteli, przede wszystkim zaś z powodu dużo lepiej namalowanych obrazów, które tam wisiały, ja, z powodu zagranicznych, zwłaszcza angielskich czy francuskich gazet, oddanych przez cały czas do dyspozycji gości, a także dużo lepszego powietrza, wolałem, naturalną koleją rzeczy, salę lewą i dlatego, gdy byłem w Wiedniu, a w tych latach najczęściej byłem w Wiedniu, i gdy szliśmy do Sachera, a do Sachera chodziliśmy najchętniej, chodziliśmy raz do salonu po lewej stronie, raz do salonu po prawej stronie Sacherowskiej kawiarni, która faktycznie jak żadna inna nadawała się do naszych spekulacji, była wręcz idealna. Całkiem oczywiste więc, że umawialiśmy się u Sachera albo, gdy z jakiegoś względu Sacher nie był możliwy, w Ambasadorze. Znam Sachera z czasów sprzed niemal trzydziestu lat, kiedy to niemal codziennie przesiadywałem w nim z przyjaciółmi z kręgu w równej mierze genialnego, jak zwariowanego kompozytora Lampersberga, którzy pod koniec moich najcięższych czasów, studenckich czasów, w pięćdziesiątym siódmym mniej więcej, wprowadzili mnie w delikatny świat tej najprzedniejszej ze wszystkich wiedeńskich kawiarni, na całe szczęście, jak muszę dziś przyznać, nie w świat typowej kawiarni literatów, zawsze mnie w gruncie rzeczy odstręczających, lecz kawiarni ich ofiar. O każdej porze miałem u Sachera dostęp do wszystkich tych gazet, które mi były niezbędne od dwudziestego drugiego, dwudziestego trzeciego roku życia, i w jednym z przytulnych zakątków salonu po lewej mogłem studiować te gazety całymi godzinami w absolutnym spokoju, ba, jeszcze dziś widują mnie tam ludzie, jak przesiaduję rano całymi godzinami nad rozłożonym „Le Monde’em” albo „Timesem”, i ani na moment nie daję sobie przerwać tej przyjemności, u Sachera faktycznie, jak tylko sięgam pamięcią, nigdy mi się to nie przydarzyło. W kawiarni u literatów nigdy nie miałbym możności w niezakłóconym spokoju rano, całymi godzinami poświęcać się moim gazetom, nie upływało bowiem nawet pół godziny, a już mój spokój zakłócało wkroczenie jakiegoś pisarza ze swoją świtą, towarzystwa, które zawsze było mi do cna wstrętne, nieustannie bowiem odwodziło mnie od mojego zasadniczego zamiaru, zawsze na swój grubiański sposób przeszkadzając mi w tym, co istotne, wręcz to uniemożliwiając. W kawiarniach literatów panuje smrodliwy zaduch, powietrze drażni tam nerwy i zabija ducha, nigdy niczego tam nie poznałem, wszystko zawsze mnie tylko tam drażniło, rozdrażniało i najniedorzeczniej w świecie przygnębiało. U Sachera natomiast nigdy nic mnie nie drażniło, przygnębiało ani też rozdrażniało, u Sachera bardzo często mogłem nawet pracować, na swój sposób, mój własny, a nie tych, co pracują w kawiarniach literackich. W Bräunerhofie, kawiarni, nad którą mój przyjaciel, nim go poznałem, mieszkał już od dziesiątków lat, jeszcze dziś przeszkadza mi niedobre powietrze oraz stale zredukowane do absolutnego minimum, zapewne z powodu perwersyjnej oszczędności, światło, przy którym nigdy nie byłem w stanie przeczytać bez wysiłku choćby jednej linijki, w Bräunerhofie nie lubię też kanap, ponieważ już po chwili siedzenia nieodmiennie i trwale uszkadzają kręgosłup, nie mówiąc już o przejmującym odorze kuchennym, który nawet po krótkim pobycie w Bräunerhofie przeżera na długi czas całe ubranie, choć przecież Bräunerhof ma również wiele dużych plusów, choć za mało, by zaspokoić moje elementarne potrzeby indywidualne, jednym z nich jest na przykład najskwapliwsza uwaga, którą obdarzają gości obsługujący tam kelnerzy, oraz uprzejmość właściciela, zgoła idealna, czyli ani zbyt skąpa, ani przesadna. W Bräunerhofie jednakże panuje przez cały dzień niezdrowy mrok, na rękę młodym zakochanym i starym schorowanym, ale nie człowiekowi takiemu jak ja, skupionemu na lekturze książek i gazet, dla którego codzienne poranne studiowanie książek i gazet ma wartość większą niż wszystko inne i który w trakcie swego życia duchowego wyspecjalizował się w czytaniu przede wszystkim angielskich i francuskich książek i gazet, odkąd bowiem tylko zaczął czytać, nie znosił książek i gazet w języku niemieckim. Czymże, powiadałem wciąż i mówię to również dzisiaj, jest na przykład studiowanie „Frankfurter Allgemeine” w porównaniu z „Timesem”, czy „Süddeutsche Zeitung” w porównaniu z „Le Monde’em”! Ale też Niemcy to nie Anglicy, a już zupełnie nie Francuzi, rzecz jasna. A ja możność czytania angielskich i francuskich gazet już od najwcześniejszej młodości uważam za największy skarb, jaki posiadam. Czym byłby mój świat, wciąż sobie myślę, gdyby zdany był jedynie na gazety niemieckie, które, razem wzięte, to pospolite szmatławce, nie wspominając już o austriackich, które w ogóle nie są przecież gazetami, tylko ukazującymi się dzień w dzień w milionowym nakładzie stertami nieużytego papieru klozetowego. W Bräunerhofie myśli duszą się natychmiast w kłębach dymu i wyziewach z kuchni tudzież w popłuczynach wiedeńskich trzy czwarte, pół- i ćwierćinteligentów, którzy tam koło południa wypuszczają swoją towarzyską parę. W Bräunerhofie ludzie mówią dla mnie albo zbyt głośno, albo zbyt cicho, kelnerzy wietrzą mi albo za często, albo za rzadko, Bräunerhof, w gruncie rzeczy, właśnie ponieważ jest przeciwieństwem moich codziennych aspiracji, jest też uosobieniem kawiarni wiedeńskiej, dokładnie tak samo, jak w ostatnich latach wchodząca w modę i równie szybko schodząca na psy Café Hawelka. Do typowej kawiarni wiedeńskiej, słynnej na cały świat, zawsze pałałem nienawiścią, bo wszystko jest tam przeciwko mnie. Z drugiej strony przez dziesiątki lat właśnie w Bräunerhofie, kawiarni, która była zawsze całkowicie zwrócona przeciwko mnie (jak Hawelka), czułem się jak we własnym domu, jak w Café Museum, jak w innych kawiarniach Wiednia, do których uczęszczałem w moich wiedeńskich latach. Do wiedeńskiej kawiarni pałałem zawsze nienawiścią, a jednak wciąż do tej przeze mnie znienawidzonej wiedeńskiej kawiarni chodziłem, codziennie tam przesiadywałem, zawsze bowiem, mimo że zawsze pałałem nienawiścią do kawiarni wiedeńskiej, a nawet dlatego właśnie, że zawsze pałałem do niej nienawiścią, chorowałem w Wiedniu na chorobę przesiadywania w kawiarni i na tę kawiarnianą chorobę chorowałem bardziej niż na jakąkolwiek inną. I jeszcze dziś, szczerze mówiąc, choruję na tę kawiarnianą chorobę wiedeńską, jak się bowiem okazało, owa choroba przesiadywania w kawiarni to najbardziej nieuleczalna ze wszystkich moich chorób. A zawsze pałałem nienawiścią do wiedeńskich kawiarni, ponieważ byłem w nich konfrontowany z sobie podobnymi, taka jest prawda, a nie chcę być z sobą bez przerwy konfrontowany, a zwłaszcza w kawiarni, do której po to przecież chodzę, by od siebie uciec, właśnie jednak tam jestem z sobą i z podobnymi sobie konfrontowany. Nie znoszę siebie, nie mówiąc już o całej zgrai takich jak ja, co tylko nad czymś dumają i czymś się martwią oraz piszą. Unikam literatury, jak tylko mogę, unikam bowiem samego siebie, jak tylko mogę, i dlatego muszę sobie zabraniać siedzenia w kawiarni w Wiedniu albo przynajmniej, ilekroć w Wiedniu jestem, napominać siebie, żeby pod żadnym absolutnie pozorem nie chodzić nigdy do tak zwanej wiedeńskiej kawiarni literatów. Ponieważ jednak choruję na tę kawiarnianą chorobę, wciąż na nowo jestem zmuszony wchodzić do kawiarni literatów, nawet wtedy, gdy wszystko we mnie jest temu przeciwne. Im bardziej i im głębszą pałałem nienawiścią do wiedeńskich kawiarni literatów, tym częściej i tym intensywniej wstępowałem do nich, taka jest prawda. Kto wie, jakimi torami potoczyłyby się moje losy, gdybym nie poznał Paula Wittgensteina, właśnie wtedy, u szczytu kryzysu, który, gdyby nie Paul, strąciłby mnie na łeb, na szyję w świat literatów, a więc w świat ze wszystkich światów najbardziej godny absolutnej pogardy, w wiedeński świat literacki i jego duchowe bagno, wówczas bowiem, u szczytu tego kryzysu, z pewnością najprościej byłoby pójść drogą najłatwiejszą, wygodnie i nikczemnie stać się uległym i giętkim, a więc skapitulować i wmieszać się między literatów. Paul mnie przed tym uchronił, bo i on zawsze do kawiarni literatów pałał nienawiścią. Z dnia na dzień, w pewnym stopniu, by siebie uratować, zacząłem chodzić z nim do Sachera, a nie do tak zwanych kawiarni literatów, do Ambasadora, a nie do Hawelki et cetera, aż do chwili, w której znowu mogłem zezwolić sobie na chodzenie do kawiarni literatów, kiedy nie miały one już na mnie zabójczego wpływu. Kawiarnie literackie mają bowiem na pisarzy zabójczy wpływ, taka jest prawda. Z drugiej strony, i również to jest prawdą, w wiedeńskich kawiarniach literatów jeszcze dziś czuję się bardziej u siebie w domu niż u siebie w Nathalu, a w ogóle w Wiedniu bardziej niż w Górnej Austrii, którą przepisałem sobie przed szesnastu laty jako receptę na utrzymanie się przy życiu i o której nigdy nie mogłem myśleć jako o swoim rodzimym kraju, być może z tego istotnego względu, że w Nathalu już na samym początku odizolowałem się od o wiele zbyt wielu rzeczy i nic przeciwko tej izolacji nie przedsięwziąłem, przeciwnie, doprowadziłem, tyleż świadomie, co nieświadomie, tę izolację do najbardziej rozpaczliwego stopnia. Byłem przecież zawsze człowiekiem miasta, człowiekiem wielkomiejskim, a to, że w wielkim mieście, w największym porcie Europy, w Rotterdamie, przeżyłem swój najwcześniejszy okres życia, odgrywało w moim życiu zawsze wielką rolę. Nie bez powodu, gdy tylko przyjeżdżam do Wiednia, od razu zaczynam oddychać. Ale i odwrotnie, gdy już w Wiedniu spędzę parę dni, muszę uciekać do Nathalu, jeśli nie chcę zadusić się ohydnym powietrzem wiedeńskim. W ostatnich latach przywykłem więc w rytmie co najmniej dwutygodniowym zmieniać Wiedeń na Nathal i odwrotnie, Nathal na Wiedeń: co czternaście dni uciekam z Nathalu do Wiednia, a potem znowu z Wiednia do Nathalu, i tak, aby w ogóle móc utrzymać się przy życiu, stałem się postacią przepędzaną w tę i z powrotem między Wiedniem a Nathalem, kimś, kto może egzystować wyłącznie dzięki owemu z taką determinacją wytworzonemu rytmowi. Przyjeżdżam do Nathalu, aby uspokoić się po Wiedniu, i odwrotnie, do Wiednia, by wyleczyć się z Nathalu. Ów niepokój odziedziczyłem po dziadku od strony matki, który przez całe życie musiał się zmagać z tym szarpiącym nerwy niepokojem i koniec końców został przez ten niepokój pokonany. Wszyscy moi przodkowie dotknięci byli takim niepokojem i niedługo wytrzymywali w jednym miejscu, w jednym fotelu. Trzy dni Wiednia i nie mogę już wytrzymać, trzy dni Nathalu i już nie mogę wytrzymać. W ostatnich latach życia mój przyjaciel przyłączył się do mojego rytmu podróży w tę i z powrotem i bardzo często jeździł ze mną do Nathalu i z powrotem oraz odwrotnie. Gdy tylko przyjeżdżam do Nathalu, zadaję sobie pytanie, czego właściwie w Nathalu szukam, a gdy tylko przyjeżdżam do Wiednia, zadaję sobie pytanie, czego szukam w Wiedniu. Jak dziewięćdziesiąt procent wszystkich ludzi, chcę w gruncie rzeczy wciąż być tylko tam, gdzie mnie nie ma, tam, skąd właśnie uciekłem. W ostatnich latach ten fatalizm nie tylko nie uległ poprawie, lecz nawet się pogorszył, i w coraz krótszych odstępach czasu jeżdżę do Wiednia i z powrotem do Nathalu, a z Nathalu znów do jakiegoś innego wielkiego miasta, do Wenecji albo Rzymu i znów z powrotem, do Pragi i znów z powrotem. A prawda jest taka, że tylko siedząc w aucie między jedną miejscowością, z której wyjechałem, a drugą, do której jadę, jestem szczęśliwy, tylko w aucie i w czasie jazdy jestem szczęśliwy, jestem najnieszczęśliwszym przyjezdnym, jakiego można sobie wyobrazić, jak tylko przyjeżdżam, jeżeli przyjeżdżam, to jestem nieszczęśliwy. Należę do ludzi, którzy w gruncie rzeczy nie mogą wytrzymać w żadnej miejscowości na świecie i którzy są szczęśliwi tylko pomiędzy miejscowościami, tymi, z których wyjeżdżają, i tymi, do których jadą. Przed laty sądziłem, że ten chorobliwy fatalizm musi bardzo szybko i nieodwołalnie prowadzić do kompletnego zwariowania, ale nie doprowadził mnie on do takiego kompletnego zwariowania, faktycznie bowiem obronił mnie przed tym zwariowaniem, a lękałem się go przez całe życie. I właśnie mój przyjaciel Paul dotknięty był tą samą chorobą co ja, również on przez długie lata, dziesiątki lat, wciąż jeździł z jednej miejscowości do drugiej, jedynie w tym celu, by z jednej z nich wyjechać, a do drugiej pojechać, przyjechawszy zaś, obojętne dokąd, nie mógł się czuć szczęśliwy, również i jemu nigdy się to nie udawało, a rozmawialiśmy o tym wielokrotnie. W pierwszej połowie życia kursował wciąż tam i z powrotem między Paryżem a Wiedniem, a także między Madrytem a Wiedniem, Londynem a Wiedniem, jak przystało komuś z jego pochodzeniem i możliwościami, ja natomiast na mniejszą skalę, jak można sobie wyobrazić, choć z równie chorobliwym opętaniem, z Nathalu do Wiednia i z powrotem, i z Wenecji do Wiednia, później również z Rzymu do Wiednia et cetera. Jestem najszczęśliwszym podróżnym, jeżdżącym, jadącym dalej, odjeżdżającym, szczęśliwym wyjezdnym, a najnieszczęśliwszym ze wszystkich przyjezdnym. Naturalną koleją rzeczy, od dawna jest to już stan chorobowy. Dzieliliśmy z Paulem jeszcze jedną obsesję, którą można również zaliczyć do chorób, mianowicie tak zwaną manię liczenia, na którą cierpiał także Bruckner, zwłaszcza w ostatnich latach życia. Przez całe tygodnie, a nawet miesiące, na przykład jadąc tramwajem do miasta, gdy tylko wyglądam przez okno, nachodzi mnie przymus liczenia odstępów między oknami budynków albo samych okien, albo drzwi, albo odstępów między drzwiami, im szybciej jedzie tramwaj, tym szybciej muszę liczyć, i tak liczę coraz szybciej i nie mogę przestać, aż do granicy zwariowania, jak mi się zdaje. Aby nie dać się opanować manii liczenia, wyrobiłem w sobie nawyk, że jadąc tramwajem przez Wiedeń albo inne miasto, nie wyglądam przez okno, lecz po prostu kieruję wzrok na podłogę, co wymaga jednak niesłychanego opanowania, do którego nie zawsze jestem zdolny. Również mój przyjaciel Paul dotknięty był manią liczenia, ale na dużo większą skalę, przez co, jak mi często opowiadał, nie znosił jazdy tramwajem. Miał również ten sam nawyk, który mnie często niemal doprowadzał do obłędu, mianowicie nawyk chodzenia po chodniku nie w najprostszy sposób, jak inni, lecz według dokładnie obmyślonego systemu, a więc stawiając nogę, przykładowo, na co trzecią płytę, i to nie tak po prostu stawiając nogę byle gdzie na środku płyty, lecz wyłącznie akurat na jej dolnym albo, zależnie od okoliczności, górnym krańcu. Ludzie tacy jak my dwaj nie mogą niczego pozostawić, że tak powiem, przypadkowi, wszystko dla nich musi odznaczać się na wskroś przemyślaną geometrią, symetrią, matematyką. Na przykładzie Paula przestudiowałem zarówno manię liczenia, jak i zwyczaj stąpania po płytach chodnika nie dowolnie, lecz od początku wedle dokładnie przemyślanego systemu. Wciąż się powtarza, że to przeciwieństwa się przyciągają, w naszym jednak wypadku były to raczej podobieństwa, a tych były setki, tysiące, niemal od razu dostrzegłem je u niego, jak zresztą i on u mnie. I mieliśmy tyle setek, tyle tysięcy wspólnych upodobań, co setek i tysięcy wspólnych awersji, przyciągali nas bardzo często ci sami ludzie, ci sami odpychali. Oczywiście, nie znaczy to, że w absolutnie każdej kwestii byliśmy zgodni, że mieliśmy ten sam smak i tę samą uznawaliśmy logikę. Paul, na przykład, uwielbiał Madryt, ja pałałem doń nienawiścią. Ja uwielbiałem Adriatyk, którego Paul nienawidził, et cetera. Obaj jednak uwielbialiśmy Schopenhauera, Novalisa, Pascala, Velázqueza, Goyę, obu w równie wielkim stopniu odstręczał El Greco, drapieżny wprawdzie, lecz przecież całkowicie pozbawiony artyzmu. Pan baron w ostatnich miesiącach życia faktycznie stał się cieniem samego siebie sprzed lat i od tego cienia, przybierającego coraz bardziej rysy upiora, coraz bardziej wszyscy się odwracali. I ja sam, naturalną koleją rzeczy, do tego Paulowego cienia odnosiłem się inaczej niż do Paula z dawnych czasów. Już się prawie nie widywaliśmy, on bowiem często całymi dniami nie wychodził z mieszkania na Stallburggasse, z rzadka tylko umawialiśmy się na spotkanie. Pan baron rzeczywiście, jak to się mówi, jakby wygasł. Kilkakrotnie natknąłem się na niego w śródmieściu, nie zauważał, że go obserwuję, z wielkim wysiłkiem szedł przez Kohlmarkt, pod ścianami domów przy Graben, do Michaelerkirche, a stamtąd na Stallburggasse, nieustannie zważając na to, by nosić się tak jak zazwyczaj, a faktycznie i w ścisłym znaczeniu tego słowa był to już tylko cień człowieka, którego naraz się zląkłem. Nie ośmieliłem się go zagadnąć, wolałem wyrzuty sumienia niż spotkanie z nim. Patrzyłem na niego i tłumiąc w sobie wyrzuty sumienia, nie podszedłem do niego, naraz zacząłem się go bać. Unikamy naznaczonych śmiercią i ja również popełniłem tę niegodziwość. W ostatnich miesiącach całkiem świadomie unikałem przyjaciela, z niskich pobudek uległem instynktowi samozachowawczemu, czego teraz nie mogę sobie wybaczyć. Z jednej strony ulicy patrzyłem, jak szedł po drugiej stronie, jak na kogoś, kto, choć już dawno wypisany został z tego świata, nadal zmuszony był na nim być, kto do tego świata już nie należy, lecz nadal musi na nim być. U wychudłych ramion wisiały, groteska, jaka groteska, siatki ze sprawunkami, dźwigał w nich kupione warzywa i owoce, wlokąc się z nimi do domu, naturalną koleją rzeczy cały czas bojąc się, że ktoś może go zobaczyć w ubóstwie i nędzy i wyciągnąć z tego jakieś wnioski, ale może także z mojej strony znalazłby się równie krępujący powód, dla którego również ja chciałem go uchronić przede mną, coś, co nie pozwoliło mi zacząć z nim rozmowy, powstrzymało mnie przed nią, nie wiem, może przestraszyłem się człowieka, będącego już chodzącą śmiercią, może chciałem oszczędzić mu spotkania ze mną, który swojej drogi jeszcze nie przeszedłem, a zapewne jedno i drugie. Obserwowałem go i wstydziłem się jednocześnie. Jako godny wstydu przyjmowałem bowiem fakt, że ja nie jestem jeszcze u kresu, podczas gdy mój przyjaciel już był. Po prostu nie jestem dobrym człowiekiem. Odsunąłem się od przyjaciela, tak jak i inni jego przyjaciele, tak jak oni bowiem chciałem odsunąć się od śmierci. Lękałem się konfrontacji ze śmiercią. Ponieważ wszystko w moim przyjacielu było już śmiercią. Naturalną koleją rzeczy w ostatnim okresie prawie już nie wychodził, to ja miałem się u niego zgłaszać, co też czyniłem, tyle że zgłaszałem się w coraz większych odstępach czasu, znajdując wciąż nowe, coraz żałośniejsze wymówki. Od czasu do czasu chodziliśmy jeszcze do Sachera i Ambasadora, no i do Bräunerhofu, bo dla niego, naturalnie, tak było najwygodniej. Chodziłem, gdy już nie można było tego uniknąć, do niego sam, wolałem jednak chodzić z przyjaciółmi, tak, by dzielili ze mną tę absolutną straszliwość, którą emanował teraz mój przyjaciel, bo sam na sam już bym z nim nie wytrzymał. Im bardziej bezlitosny stawał się jego upadek, tym elegantsze stroje nosił, lecz właśnie te kosztowne, a zarazem eleganckie ubrania z jego garderoby, odziedziczone po zmarłym przed laty księciu Schwarzenbergu, sprawiały, że widok tego człowieka u kresu życia stawał się istną torturą. Obraz, który Paul teraz sobą przedstawiał, nie był już wcale groteskowy, tylko wstrząsający. Naraz nikt nie chciał już mieć z nim do czynienia, taka jest prawda, ten bowiem, którego czasem widywało się jeszcze w śródmieściu, gdy szedł ze swoimi siatkami na zakupy albo gdy, całkowicie wyczerpany, stał gdzieś pod ścianą, nie był już tym samym człowiekiem, który przyciągał ich przez całe lata, przez dziesiątki lat, tym, który z nimi konwersował i który ich tolerował, tym, który skracał ich głupią nudę swymi niespożytymi błazeństwami z całego świata i który w swych dowcipach tudzież anegdotach musiał przeciwstawić ich wiedeńskiej oraz górnoaustriackiej tępocie to właśnie, do czego oni sami nigdy nie byli zdolni. Skończył się raz na zawsze czas jego absurdalnych relacji z podróży po całym świecie, jak i czas jego z niczym się nieliczącego bezwzględnego przedstawiania, a właściwie wystawiania na pośmiewisko własnej rodziny, gardzącej nim, a w końcu już wyłącznie tylko pałającej doń nienawiścią, rodziny, którą on sam, z najwyższą ironią i największym sarkazmem, wykorzystując wszystkie wrodzone zdolności aktorskie, określał zawsze wyłącznie jako faktycznie niewyczerpany gabinet osobliwości katolicko-żydowsko-narodowosocjalistycznej proweniencji i treści. To, co teraz jeszcze niekiedy z siebie dawał, było nie, jak onegdaj, tchnieniem i wonią, jak to się mówi, wielkiego świata, lecz w najlepszym razie zapachem nędzy i śmierci. Jego ubranie, aczkolwiek eleganckie jak przedtem, nie sprawiało już takiego światowego wrażenia, nie wywoływało podziwu obserwatora, stało się naraz wyświechtane i liche, tak jak wszystko, co jeszcze ośmielał się mówić Paul. Nie jeździł też już taksówką do Paryża, nawet nie do Traunkirchen czy Nathalu, teraz przyszło mu jeździć pociągiem, obojętne czy do Gmunden czy Traunkirchen, wtłoczonemu w kąt przedziału drugiej klasy, w wełnianych skarpetach na nogach, z małą torebką plastikową, w której trzymał brudne trampki, które z czasem awansowały do roli jego ulubionych butów. W czasie swej ostatniej wizyty w Nathalu miał na sobie nigdy niepraną, pochodzącą jeszcze sprzed wojny i niemal od półwiecza niemodną koszulę polo, fanatykowi żeglarstwa skrojoną jednak na miarę, i do tego wspomniane już trampki. Wchodząc na dziedziniec, nie podnosił już wzroku, tylko spuszczał oczy ku ziemi. Nawet najprzyjemniejsza muzyka, grana przeze mnie z płyt, czeski kwintet na instrumenty dęte, tylko na chwilę była w stanie wyrwać go z objęć absolutnego smutku. Wciąż wymieniał nazwiska ludzi, którzy byli mu towarzyszami przez całe życie, lecz już dawno się od niego odsunęli. Do prawdziwej rozmowy jednak nie dochodziło, z Paula bowiem wydobywały się wyłącznie już tylko strzępy zdań, których, przy najlepszych nawet chęciach, nie można było ze sobą logicznie powiązać. Gdy sądził, że nikt go nie widzi, usta miał najczęściej otwarte i drżały mu ręce. Kiedy odwoziłem go do Traunkirchen, na jego wzgórze, ściskał bez słowa białą plastikową torebkę z paroma jabłkami, które pozbierał w moim ogrodzie w Nathalu. Wioząc go, przypominałem sobie, jak zachował się przy okazji tak zwanej prapremiery mojej Kompanii myśliwskiej w Burgtheater. Ponieważ Burg stworzył wszelkie ku temu warunki, zakończyła się ona kompletnym fiaskiem bez precedensu, gdyż występujący w sztuce absolutnie trzeciorzędni aktorzy ani na chwilę nie wsparli mojej sztuki, co od razu stało się dla mnie jasne, po pierwsze bowiem nic z niej nie zrozumieli, po drugie zaś bardzo nisko ją ocenili, a do tego musieli w niej w dużej mierze występować jako obsada zastępcza, co, jak mi wiadomo, było ich winą tylko pośrednio, gdy upadł plan, by wystąpili w niej Paula Wessely i Bruno Ganz, z myślą o których przecież tę sztukę napisałem. W końcu nie zagrali oni w mojej Kompanii myśliwskiej, ponieważ zespół Burga, jak się tę kompanię z perwersyjną afektacją nazywa, z wielką determinacją zaprotestował przeciwko występowi Brunona Ganza na scenie Burgtheater, ogarnięty, że tak powiem, nie tylko egzystencjalnym strachem, lecz wręcz egzystencjalną zawiścią, ponieważ Bruno Ganz, największy aktor, jakiego kiedykolwiek wydała Szwajcaria, po prostu napędził całemu zespołowi Burgtheater artystycznego stracha, i to na śmierć, że tak powiem. Jako smutna i zarazem ohydna perwersja w teatralnej historii Wiednia, również jako niepowetowana hańba dla całego teatru niemieckojęzycznego, zapisał się w mojej pamięci i pozostał do dziś dnia fakt, że aktorzy Burgtheater usiłowali, jak to sformułowano, kategorycznie i wszelkimi środkami nie dopuścić, i jak wiadomo nie dopuścili, do występu Brunona Ganza, uciekając się nawet do pisemnej rezolucji tudzież gróźb pod adresem dyrekcji, w Wiedniu bowiem, odkąd istnieje tam teatr, a istnieje on tam od lat dwustu, w istocie decyduje nie dyrektor, lecz aktorzy, dyrektor natomiast, zwłaszcza dyrektor Burgtheater, nie ma nic do powiedzenia, w Burgtheater decydowali zawsze tak zwani aktorzy-ulubieńcy, wyłącznie ci aktorzy-ulubieńcy, których bez skrupułów określić można jako niedorozwiniętych, ponieważ, po pierwsze, ze sztuki teatralnej nic nie rozumieją, po drugie zaś, z tupetem niemającym sobie równego oddają się teatralnej prostytucji, na szkodę teatru i na szkodę publiczności, która, trzeba też powiedzieć, od dziesiątków lat, jeśli nie od stuleci, kupuje sobie tych sprostytuowanych aktorów Burgtheater i daje im uprawiać najgorszy spośród złych teatrów – tym tak zwanym aktorom-ulubieńcom z tymi wszystkimi ich słynnymi nazwiskami i z całym ich debilnym rozumieniem teatru, którzy wyłącznie dzięki całkowitemu zlekceważeniu środków aktorskich i najbezwstydniejszemu w świecie wykorzystywaniu swojej popularności, na pleśni tej popularności, wśród głupiej wiedeńskiej widowni wyrośli i utrzymują się w Burgtheater, że tak powiem, na szczycie swojej antysztuki, przez dziesiątki lat, a najczęściej do śmierci. W chwili, gdy przez nikczemność wiedeńskich kolegów obsadzenie Brunona Ganza stało się niemożliwe, również Paula Wessely, moja pierwsza i jedyna Generałowa, wycofała się z prób, a ponieważ ja nie mogłem już wycofać się z najidiotyczniej w świecie zawartego kontraktu z Burgtheater na wystawienie Kompanii myśliwskiej, musiałem zgodzić się w końcu na premierę takiego wystawienia mojego utworu, jakie mogę określić tylko mianem niesmacznego, w którym, jak już wcześniej zaznaczyłem, nie można się było dopatrzyć nawet dobrej woli, jak prawie w niczym na scenie wiedeńskiego Burgtheater, ponieważ ci kompletnie pozbawieni talentu aktorzy, grający główne role, przy najmniejszym oporze sprzymierzali się z publicznością w ten sam bezwstydny sposób, jak wszyscy wiedeńscy aktorzy, tradycyjnie już od stuleci pospolitujący się i sprzymierzający z publicznością przeciwko granej przez siebie sztuce i przeciw granemu przez siebie autorowi, którego od razu i bez najmniejszych skrupułów powalają na plecy, jeśli tylko zauważą, że publiczność już od pierwszej chwili nie chce tego autora, ponieważ ani jego, ani jego sztuki nie rozumie, zarówno sztuka, jak i autor są bowiem dla niej zbyt trudni, ponieważ wiedeńscy aktorzy, a zwłaszcza tak zwani aktorzy Burga, nie idą za autorem i jego sztuką, jak to się mówi, w ogień, co byłoby całkowicie zrozumiale i co też czynią aktorzy w reszcie Europy, tym bardziej jeśli jest to sztuka nowa, jeszcze niesprawdzona, lecz momentalnie odwracają się od autora i jego sztuki, gdy tylko zauważą, że publiczność nie od razu jest zachwycona tym, co jej się zaraz po podniesieniu kurtyny daje oglądać i słuchać. Momentalnie pospolitują się z publicznością, prostytuują i robią z tej tak zwanej pierwszej sceny niemieckiego obszaru językowego, jak się sami z infantylną przesadą nazywają, absolutnie pierwszy teatralny burdel świata, a zrobili z niej ten burdel nie tylko przy okazji owej nieszczęsnej premiery mojej Kompanii myśliwskiej. Natychmiast po podniesieniu kurtyny, co mogłem dojrzeć ze swego miejsca na galerii, aktorzy z Burgtheater, ponieważ publiczność nie od razu przyjęła sztukę z zachwytem, jak to się mówi, wrogo się do mnie i do niej nastawili i natychmiast zaczęli grać przeciwko mnie i przeciwko mojej sztuce, wskutek czego tak ordynarnie położyli cały pierwszy akt, jakby ktoś, że tak powiem, z urzędu ich zmuszał do grania mojej Kompanii myśliwskiej, jakby chcieli powiedzieć: występujemy przeciwko tej ohydnej, bezwartościowej, odrażającej sztuce, dyrekcja nas zmusiła do grania w niej. Gramy tę sztukę, lecz nie chcemy mieć z nią nic wspólnego, gramy tę sztukę, lecz jest ona nic niewarta, gramy tę sztukę, lecz całkowicie wbrew własnej woli. Momentalnie spospolitowali się z niemającą przecież o niczym pojęcia publicznością, aby mnie oraz moją sztukę, jak to się mówi, zakatrupić, jednocześnie zdradzając też reżysera i wypędzając, najbezczelniej w świecie, ducha z mojej Kompanii myśliwskiej. Napisałem, naturalną koleją rzeczy, zupełnie inną sztukę niż to, co zagrali na owej prapremierze nikczemni aktorzy, zdrajcy własnej sztuki. Ledwie wytrzymałem do końca pierwszego aktu, natychmiast po opuszczeniu kurtyny zerwałem się z miejsca i ze świadomością, że umyślnie i odrażająco mnie zdradzono, wybiegłem z sali. Już po wysłuchaniu pierwszych zdań wiedziałem, że aktorzy grają przeciwko mnie i że zniszczą moją sztukę, już od pierwszych minut wypełnili ją swoją antysztuką i podlizywaniem się publiczności, zdradzili mnie, ośmieszyli bezwstydnie moją sztukę, zamiast z całą pasją odegrać rolę jej akuszerów. Gdy wybiegłem z galerii i przeszedłem do szatni, szatniarka zapytała: Szanownemu panu też się nie podobało, prawda!? Zbiegłem po schodach i wybiegłem z Burga, wściekły na swoją graniczącą z przewrotnością głupotę, na to, że przyznałem Burgtheater pierwszeństwo w wystawieniu Kompanii myśliwskiej, że podpisałem ten idiotyczny kontrakt. W tej kompanii myśliwskiej nie chciałem być ani chwili dłużej. Pamiętam, uciekałem z Burgtheater nie tylko tak, jakbym uciekał z zakładu zagłady mej sztuki, lecz wręcz z zakładu zagłady całego mojego kapitału duchowego, uciekałem biegiem przez cały Ring, a potem z powrotem do ścisłego śródmieścia i naturalnie nie mogłem się ani rusz tym bieganiem tam i z powrotem uspokoić, popychany wyłącznie tylko wściekłością. Po zakończeniu przedstawienia zobaczyłem się z przyjaciółmi, którzy na nim byli, wszyscy powiedzieli mi, przytaczam ich własne słowa, że był to wielki sukces, że niesamowitą owacją się zakończyło. Okłamywali mnie. Wiedziałem, że mogła to być tylko katastrofa, bo zawsze miałem dobrą intuicję. Wielki sukces, niesamowita owacja, powtarzali wciąż, gdy siedzieliśmy w restauracji, a ja za to zakłamanie mógłbym ich był spoliczkować. Ba, chwalili nawet aktorów, choć ci byli najgłupsi, bez cienia artyzmu, w sumie przecież grabarze mojej Kompanii myśliwskiej. Jedynym, który powiedział mi prawdę, był mój przyjaciel Paul. Scharakteryzował całą inscenizację jako kompletne nieporozumienie, a także jako całkowitą klapę i jako typowy objaw wiedeńskiego kulturchamstwa, tudzież sztandarowy przykład nikczemności Burgtheater wobec autora i jego sztuki. Ty też padłeś ofiarą tępactwa, intryg i skrytego podpiżdżania w Burgtheater, powiedział, wcale mnie to nie dziwi, i że powinno to być dla mnie nauczką. Naturalną koleją rzeczy gardzimy tymi, którzy nas okłamują, natomiast szanujemy tych, którzy nam mówią prawdę. Całkiem zrozumiałe, że Paula szanowałem. Umierający wtulają tylko głowę w ramiona i z tymi, co żyją i nie myślą o śmierci, nie chcą już mieć do czynienia. Więc i Paul wtulił głowę w ramiona i całkowicie się wycofał. Już go nie widywano, już tylko od czasu do czasu pytano o niego. Nasi wspólni przyjaciele pytali mnie, ja zaś ich pytałem, co u Paula. Tak jak ci przyjaciele, tak i ja nie miałem już odwagi pójść do niego, do jego mieszkania, a siedząc pod nim w Bräunerhofie, gdy wypiłem kawę, od dawna już sam siedząc, bez niego, obok pustego miejsca i wyglądając na Stallburggasse, nagle podwójnie nienawidząc Bräunerhofu, nie tylko z powodu nieobecności Paula, lecz także dlatego, że mimo to w dalszym ciągu tam chodziłem, pomyślałem, że chyba nie zdarzyło mi się mieć większego przyjaciela niż ten człowiek, który musi teraz leżeć w łóżku, w swoim mieszkaniu, tu, nade mną, z pewnością w politowania godnym stanie, człowiek, do którego przestałem już chodzić, po prostu bojąc się bezpośredniej konfrontacji ze śmiercią. Odpierałem tę myśl, aż ostatecznie ją wyparłem. Ograniczyłem się do wyszukania w moich zapiskach fragmentów odnoszących się do Paula, żeby z tych zapisków, obejmujących po części okres ponad dwunastu lat, odtworzyć, tak jak teraz widzę, jego obraz, który chcę zachować w pamięci, obraz Paula żywego, nie umarłego. Jednakże zapiski te, spisywane przeze mnie w Nathalu i w Wiedniu, w Rzymie i Lizbonie, w Zurychu i Wenecji, są w ostatecznym rachunku, jak się okazuje, opowieścią o umieraniu. Poznałem Paula, jak teraz myślę, właśnie w momencie, od którego faktycznie zaczął umierać, a ja, czego dowodzą te zapiski, śledziłem owo umieranie przez ponad dwanaście lat. I z tego jego umierania wyciągnąłem korzyść dla siebie, wykorzystałem je w pełni, jak tylko mogłem. Przez dwanaście lat byłem w gruncie rzeczy tylko świadkiem umierania Paula i myślę teraz, że z umierania przyjaciela przez te dwanaście lat czerpałem większość sił, aby samemu utrzymać się przy życiu, i muszę powiedzieć, że nie mija się z prawdą myśl, iż mój przyjaciel musiał umrzeć, aby moje życie, albo lepiej: moją egzystencję uczynić przynajmniej znośniejszą albo wręcz na dłuższą metę mi tę egzystencję umożliwić. Głównymi tematami moich zapisków o Paulu jest muzyka i przestępstwo, a większość ich odnosi się do pawilonu Hermann i do pawilonu Ludwig oraz do napięcia między nimi, do Wilhelminenbergu, góry naszego przeznaczenia, do lekarzy i pacjentów, którzy w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym siódmym zaludniali tę naszą górę przeznaczenia. Ale i o polityce, bogactwie i biedzie miał Paul dużo ważnego do powiedzenia, czerpiąc z własnych doświadczeń, doświadczeń człowieka należącego do najwrażliwszych spośród wszystkich, których poznałem w życiu. Gardził dzisiejszym społeczeństwem, które absolutnie we wszystkim neguje własną historię i które przez to, jak sam się wyraził, nie ma ani przeszłości, ani przyszłości i które padło ofiarą szaleństwa atomowej nauki, piętnował skorumpowany rząd i megalomański parlament, jak też i próżność uderzającą do głowy artystom, a zwłaszcza tak zwanym artystom-odtwórcom. Kwestionował rząd i parlament, cały naród i sztukę, tak kreatywną, jak i tak zwaną odtwórczą, tudzież jej artystów, tak jak ustawicznie kwestionował samego siebie. Kochał naturę i jej nienawidził, tak samo jak sztukę, kochał i nienawidził ludzi z jednakową pasją i bezwzględnością. Bogatych przejrzał na wskroś i ujrzał ich jako bogatych, tak jak biednych jako biednych, zdrowych jako zdrowych, a chorych jako chorych, w końcu też zwariowanych jako zwariowanych, a jako szaleńców – szaleńców. Na krótko przed śmiercią raz jeszcze uczynił siebie przedmiotem legendy, już kilkadziesiąt lat wcześniej stworzonej przez siebie samego tudzież swoich przyjaciół. W stanie olbrzymiego wzburzenia wkroczył, zaopatrzony w rewolwer, do sklepu jubilerskiego Köcherta na Neuer Markt, mieszczącego się w budynku, który niegdyś należał do jego rodziców, i, jak mówią, już od drzwi zagroził stojącemu przed gablotą z kosztownościami swemu kuzynowi Gottfriedowi, ówczesnemu i obecnemu właścicielowi sklepu, że go natychmiast zabije, jeśli ten odmówi wydania jakiejś określonej perły. Przerażony Gottfried, kuzyn mojego przyjaciela Paula, miał, jak mówią, w śmiertelnym lęku podnieść ręce do góry, na co mój przyjaciel miał mu oświadczyć: perłę z twojej korony! Wszystko to było tylko żartem. Okazało się, że Paula żartem ostatnim. Kuzyn-jubiler żartu nie zrozumiał, ale natychmiast spostrzegł, że jego kuzyna, jak to się mówi, który nagle znowu stał się nieobliczalny, trzeba odstawić do zakładu. Udało mu się, jak mówią, obezwładnić narwańca i zawezwać policję, która zabrała Paula do Steinhofu. Dwustu przyjaciół przyjdzie na mój pogrzeb, a ty masz wygłosić nad grobem mowę, powiedział mi Paul. Na jego pogrzeb, z tego, co mi wiadomo, przyszło jednak zaledwie osiem, dziewięć osób, ja sam byłem w tym czasie na Krecie, zajęty pisaniem sztuki teatralnej, którą zaraz po ukończeniu zniszczyłem. Jak mi potem mówili, zmarł zaledwie parę dni po napadzie na kuzyna, nie w Steinhofie, jak przypuszczałem, w jego prawdziwym domu, cytuję, lecz w jednym ze szpitali w Linzu. Leży, jak to się mówi, na Centralnym Cmentarzu Wiedeńskim. Do dziś dnia nie wybrałem się na jego grób.

 
 
Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?