Przegrany

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Thomas Bernhard

Przegrany

Przełożył i posłowiem opatrzył

Marek Kędzierski

Czytelnik

Spis treści

Przegrany

Posłowie

Przypisy

Strona redakcyjna

Przegrany

Od dawna z wyrachowaniem

planowane samobójstwo, pomyślałem,

a nie spontaniczny akt rozpaczy

Także Glenn Gould, nasz przyjaciel i najważniejszy w całym stuleciu wirtuoz fortepianu, dożył tylko pięćdziesięciu jeden lat, pomyślałem, wchodząc do gospody.

Tyle że nie zabił się, jak Wertheimer, tylko, jak to się mówi, zmarł śmiercią naturalną.

Cztery i pół miesiąca w Nowym Jorku i cały czas wciąż Wariacje Goldbergowskie oraz Kunst der Fuge, cztery i pół miesiąca Klavierexerzitien, powtarzał wciąż Glenn, cały czas wyłącznie po niemiecku, pomyślałem.

Dokładnie dwadzieścia osiem lat temu mieszkaliśmy w Leopoldskron i studiowaliśmy u Horowitza – i w ciągu tego absolutnie deszczowego lata nauczyliśmy się od Horowitza (przynajmniej Wertheimer i ja, bo rzecz jasna nie Glenn) więcej niż uprzednio przez osiem lat studiów w Mozarteum i na wiedeńskiej Akademii. Przy Horowitzu nasi dotychczasowi profesorowie okazali się absolutną i bezwzględną miernotą. Wszakże straszni ci nauczyciele niezbędni nam byli do tego, żebyśmy pojęli Horowitza. Przez dwa i pół miesiąca bez przerwy padał deszcz, a my, zamknięci w naszych pokojach w Leopoldskron, pracowaliśmy dzień i noc, bezsenność (Glenna Goulda!) stała się naszym modus vivendi, w nocy przyswajaliśmy sobie to, czego za dnia nauczył nas Horowitz. Nie tykaliśmy niemal jedzenia i przez cały czas byliśmy w ogóle nieczuli na bóle kręgosłupa, tak nas nękające przez całe studia u dawnych profesorów – u Horowitza owe bóle kręgosłupa w ogóle się nie ujawniły, z taką bowiem intensywnością studiowaliśmy, że po prostu nie mogły się ujawnić. Gdy nauka u Horowitza dobiegła końca, jasne było, że Glenn już lepiej opanował sztukę gry na fortepianie niż sam Horowitz, nagle stało się dla mnie jasne, że Glenn lepiej gra od Horowitza, i od tej chwili Glenn stał się dla mnie najważniejszym wirtuozem fortepianu w całym świecie; choć tylu od tej chwili słyszałem artystów fortepianu, żaden z nich nie dorównywał Glennowi, nawet Rubinstein, którego wciąż uwielbiałem, nie grał lepiej. Wertheimer i ja byliśmy na równym poziomie, zresztą i Wertheimer powtarzał bez przerwy: Glenn jest najlepszy – nawet jeżeli nie ośmieliliśmy się jeszcze powiedzieć, że jest najlepszy w całym stuleciu. A kiedy Glenn wrócił do Kanady, to faktycznie jakbyśmy na zawsze stracili naszego przyjaciela Kanadyjczyka, nie myśleliśmy nawet, że przyjdzie nam kiedyś jeszcze go zobaczyć; do tego stopnia dał się opanować swojej sztuce, że trzeba było się spodziewać, iż niedługo już wytrzyma w tym stanie i że w krótkim czasie umrze. Jednakże dwa lata po naszej wspólnej nauce u Horowitza zagrał Glenn na Festiwalu Salzburskim te same Wariacje Goldbergowskie, które dwa lata wcześniej dzień i noc z nami ćwiczył i które wciąż na nowo zgłębiał. Po jego koncercie gazety pisały, że jeszcze żaden pianista nie grał Wariacji Goldbergowskich z takim kunsztem, pisały zatem po jego salzburskim koncercie to, co my mogliśmy stwierdzić i poznać już dwa lata wcześniej. Po koncercie umówiliśmy się z Glennem w Ganshofie w Maxglan, starej gospodzie, którą bardzo lubiłem. Nie odzywając się słowem, piliśmy wodę. Powiedziałem Glennowi całkiem otwarcie, że ani ja, ani Wertheimer (który przyjechał do Salzburga z Wiednia) nawet przez chwilę nie wierzyliśmy, iż jeszcze się kiedyś z nim, Glennem, zobaczymy, owładnięci tylko jedną myślą, że Glenn po powrocie z Salzburga do Kanady błyskawicznie się zniszczy, że zniszczy go opętanie sztuką, radykalizm fortepianowy. Radykalizm fortepianowy, faktycznie użyłem tych słów w rozmowie z Glennem. Mój radykalizm fortepianowy, powtarzał wciąż potem Glenn, wiem, że określenia tego używał wciąż potem w Kanadzie i w Ameryce. Już wówczas, a zatem niemal trzydzieści lat przed śmiercią, nikogo, żadnego innego kompozytora, nie uwielbiał Glenn bardziej niż Bacha, na drugim miejscu stawiał Händla, Beethovenem pogardzał, nawet Mozart, kiedy on o nim mówił, nie był już tym samym Mozartem, którego ja tak wielbiłem, pomyślałem, do gospody wchodząc. Glenn nigdy nie zagrał nuty, nie nucąc przy tym, pomyślałem, żaden inny artysta fortepianu nie miał takiego zwyczaju. A o swojej chorobie płuc mówił tak, jakby to była jego druga największa sztuka. Że też obaj naraz zapadliśmy na tę samą chorobę i potem na nią wciąż zapadaliśmy, pomyślałem, a w końcu i Wertheimer nabawił się tej naszej choroby. Glenn jednak nie od tej choroby zginął, pomyślałem. Zabiła go bezwyjściowość, wprawiał się w niej przez niemal czterdzieści lat, pomyślałem. Nigdy, naturalną koleją rzeczy, nie zaniechał gry na fortepianie, pomyślałem, tymczasem Wertheimer i ja gry na fortepianie zaniechaliśmy, ponieważ nie doprowadziliśmy jej do czegoś tak niesamowitego jak Glenn, który tej niesamowitości nie potrafił już umknąć, który zresztą nie miał najmniejszego zamiaru jej umykać. Wertheimer oddał fortepian, swego bösendorfera, na aukcję w Dorotheum, ja zaś, żeby oszczędzić sobie męki z jego powodu, pewnego dnia oddałem w prezencie mojego steinwaya dziewięcioletniej córce nauczyciela z Neukirchen koło Altmünster. Dziecko nauczyciela w niedługim czasie doszczętnie zdewastowało mojego steinwaya, fakt ten nie sprawił mi jednak bólu, przeciwnie, obserwowałem owo tępackie zniszczenie z przewrotną przyjemnością. Wertheimer, jak sam wciąż mówił, uciekł w stronę humanistyki, ja zaś zbiegłem w proces marnienia. Bez muzyki, która dosłownie z dnia na dzień stała mi się nieznośna, zmarniałem – bez praktyki muzycznej, bo teoria miała na mnie już od samego początku niszczący wpływ. Z chwili na chwilę fortepian stał mi się nienawistny, mój własny instrument, nie mogłem już słuchać własnej gry, nie chciałem już na własnym instrumencie fałszować. Dlatego poszedłem pewnego dnia do nauczyciela, by mu powiedzieć o moim prezencie, o moim steinwayu; słyszałem, powiedziałem, że córka wykazuje zdolności do fortepianu, i zapowiedziałem przewóz do jego domu mojego steinwaya. We właściwym czasie, oświadczyłem nauczycielowi, doszedłem do przekonania, że sam nie nadaję się do kariery wirtuoza; ponieważ we wszystkim wciąż tylko chcę najwyższego, muszę się rozstać z moim instrumentem, na nim bowiem, jak nagle zrozumiałem, z pewnością owego najwyższego nie osiągnę, zatem całkiem zrozumiałe, że oddaję mój fortepian do dyspozycji jego uzdolnionej córki; już nigdy nie siądę do fortepianu, oświadczyłem zdumionemu nauczycielowi, który był człowiekiem dość prymitywnym, a jeszcze prymitywniejszą miał żonę, też z Neukirchen koło Altmünster. Koszty transportu biorę, oczywiście, na siebie!, oświadczyłem nauczycielowi, którego znałem od dziecka, wraz z jego prostactwem, żeby nie powiedzieć głupotą. Nauczyciel prezent ode mnie przyjął natychmiast, pomyślałem, do gospody wchodząc. W talent jego córki nie wierzyłem ani przez chwilę, o wszystkich dzieciach nauczycielskich z prowincji twierdzi się wciąż, że mają rzekomo talent, zwłaszcza do muzyki, ale tak naprawdę nie mają talentu do niczego, wszystkie te nauczycielskie dzieci z prowincji nie mają nigdy za grosz talentu, kompletne beztalencia, a jeśli nawet takie dziecko potrafi dmuchać we flet, bądź skubać cytrę czy brzdąkać na fortepianie, to nie jest to jeszcze żaden dowód talentu. Wiedziałem, że wydaję swój cenny instrument na pastwę absolutnej miernoty, i właśnie dlatego poleciłem odtransportować go do nauczyciela. Córka nauczyciela natychmiast mój instrument, jeden z najlepszych w ogóle, jeden z najrzadszych, a zatem najbardziej poszukiwanych, a tym samym najdroższych, doszczętnie zniszczyła, uczyniła bezużytecznym. Właśnie tego jednak chciałem: doszczętnego zniszczenia tak uwielbianego przeze mnie steinwaya. Wertheimer poszedł w stronę humanistyki, jak sam wciąż powtarzał, ja zaś wkroczyłem w proces marnienia i więdnięcia; w momencie odstawienia instrumentu do domu nauczyciela ów proces był już na najlepszej drodze. Wertheimer grał wszakże na fortepianie jeszcze przez wiele lat po sprezentowaniu przeze mnie mojego steinwaya córce nauczyciela, sądził bowiem jeszcze przez wiele lat, że uda mu się zostać wirtuozem fortepianu. Grał zresztą tysiąc razy lepiej niż większość naszych publicznie występujących wirtuozów fortepianu, ostatecznie jednak nie mógł się zadowolić rolą takiego wirtuoza fortepianu jak wszyscy inni w Europie i zaprzestał, wkroczył w dziedzinę humanistyki. Ja sam grałem jeszcze lepiej, jak sądzę, od Wertheimera, ale nigdy nie mógłbym grać równie dobrze jak Glenn, i z tego powodu (a więc tego samego jak Wertheimer!) gry na fortepianie z chwili na chwilę zaniechałem. Musiałbym grać lepiej niż Glenn, to jednakże nie było możliwe, było wykluczone, więc porzuciłem grę na fortepianie. Obudziwszy się pewnego kwietniowego poranka, nie wiem już dokładnie kiedy, powiedziałem sobie: odtąd żadnej gry na fortepianie. I nie tknąłem już instrumentu. Poszedłem natychmiast do nauczyciela i zapowiedziałem transport fortepianu. Odtąd poświęcę się już tylko filozofowaniu, pomyślałem, idąc do nauczyciela, choć, naturalną koleją rzeczy, nie miałem najmniejszego pojęcia, co to takiego owo filozofowanie. Nie jestem absolutnie żadnym wirtuozem fortepianu, powiedziałem sobie, nie jestem żadnym wykonawcą, nie jestem żadnym artystą odtwarzającym. W ogóle żadnym artystą. Występność tej myśli natychmiast wydała mi się atrakcyjna. W drodze do nauczyciela powtarzałem sobie wciąż te cztery słowa: Żaden ze mnie artysta! Żaden ze mnie artysta! Żaden ze mnie artysta! Gdybym nie poznał Glenna Goulda, prawdopodobnie nie zaniechałbym gry na fortepianie i stałbym się wirtuozem fortepianu, może nawet jednym z największych wirtuozów w świecie, pomyślałem w gospodzie. Kiedy spotka się tego pierwszego, trzeba zaniechać, pomyślałem. Poznałem Glenna, dziwnym trafem, na Mönchsbergu, Mniszej Górze, górze mojego dzieciństwa. Widywałem go już wprawdzie w Mozarteum, ale wcześniej nie zamieniłem z nim ani słowa, przed naszym spotkaniem na Mönchsbergu, górze nazywanej także Górą Samobójców, żadne bowiem miejsce nie nadaje się lepiej na samobójstwo, i nie ma tygodnia, żeby nie rzuciło się z niej w przepaść co najmniej trzech lub czterech ludzi. Windą w wydrążonym w skale szybie samobójcy wjeżdżają na górę, robią parę kroków do przodu i rzucają się na miasto. Zawsze fascynowali mnie samobójcy rozpłaszczeni na bruku, sam też zresztą (jak i Wertheimer!) bardzo często wchodziłem bądź wjeżdżałem na Mönchsberg z zamiarem strącenia się z góry, ale nigdy się z niej nie strąciłem (zresztą Wertheimer też nie!). Wielokrotnie, ustawiony już do skoku (tak jak Wertheimer!), podobnie jak Wertheimer nie skakałem. Zawracałem. Rzecz jasna, pomyślałem, więcej takich śmiałków dotychczas zawróciło, niż skoczyło. Na Mönchsbergu poznałem Glenna na tak zwanym Wzgórzu Sędziów, Richterhöhe, z którego roztacza się doskonały widok na Niemcy. Ja pierwszy się odezwałem, mówiąc: Studiujemy razem u Horowitza. Tak, odpowiedział. Patrzyliśmy w dół, na niemiecką nizinę, a Glenn natychmiast wdał się w debatę o Kunst der Fuge. Mam do czynienia z człowiekiem o wybitnej, naukowej inteligencji, pomyślałem natychmiast. Jest na stypendium Rockefellera, powiedział. Ma zresztą bogatego ojca. Skóry i futra, kuśnierstwo, powiedział, lepiej mówił po niemiecku niż nasi koledzy-studenci z austriackiej prowincji. Całe szczęście, że Salzburg jest tu, a nie tam w dolinie, cztery kilometry dalej, w Niemczech, powiedział, on by do Niemiec nie pojechał. Od pierwszej chwili była to przyjaźń ducha. Większość artystów fortepianu, nawet tych najsłynniejszych, pojęcia nie ma o własnej sztuce, powiedział. Ale tak jest w każdej dziedzinie sztuki, powiedziałem, dokładnie tak samo w malarstwie, w pisarstwie, powiedziałem, filozofowie też nie są świadomi filozofii. Większość artystów nieświadoma jest swej sztuki. Większość ma absolutnie dyletanckie pojęcie o sztuce i na całe życie w tym dyletantyzmie grzęźnie, nawet tak zwane światowe sławy. My od razu się zrozumieliśmy i trzeba powiedzieć, że od pierwszej chwili przyciągnęły nas do siebie nasze skrajne przeciwieństwa, skrajniejszych nie można by znaleźć, ale w obrębie naszej, rzecz jasna, identycznej koncepcji sztuki. Dopiero parę dni po tym spotkaniu na Mönchsbergu dobił do nas Wertheimer. Przez pierwsze dwa tygodnie mieszkaliśmy oddzielnie na Starym Mieście, w absolutnie nieodpowiednich kwaterach, a następnie wspólnie, Glenn, Wertheimer i ja, wynajęliśmy na czas kursu u Horowitza dom w Leopoldskron, w którym mogliśmy robić to, co się nam podoba. Na Starym Mieście wszystko miało na nas paraliżujący wpływ, powietrze było nie do oddychania, ludzie nie do wytrzymania, wilgoć zaś w murach równie niszcząca dla nas, jak dla naszych instrumentów. W ogóle zresztą byliśmy w stanie kontynuować kurs u Horowitza wyłącznie dlatego, że wyprowadziliśmy się z tego miasta, w gruncie rzeczy najbardziej wrogiego sztuce i duchowi, bardziej wrogie trudno sobie wyobrazić, z tej głupiej, prowincjonalnej dziury, pełnej tępych ludzi i zimnych murów, miasta, w którym z czasem wszystko musi zostać przemielone na tępą głupotę, bez wyjątku. To nas uratowało, spakowaliśmy manatki i wyprowadziliśmy się do Leopoldskron, leżącego wówczas jeszcze pośród zielonych łąk, na których pasły się krowy i gdzie znalazły schronienie tysiące ptaków. Owo miasto Salzburg, dzisiaj – odpicowane, podpacykowane świeżutką farbą aż do ostatniego, ohydnego zresztą, zaułka – jeszcze bardziej szpetne niż wówczas, dwadzieścia osiem lat temu, jest i zawsze było przeciwne wszystkiemu co ludzkie, i prędzej czy później wszystko co ludzkie zniszczy, od razu to do nas dotarło, dlatego natychmiast wynieśliśmy się do Leopoldskron. Salzburczycy byli zawsze równie przeraźliwi, jak ich klimat, jeszcze dziś, kiedy tylko do Salzburga przyjeżdżam, nie tylko ten mój sąd się potwierdza, lecz wszystko w Salzburgu okazuje się jeszcze przeraźliwsze. Ale studia u Horowitza, właśnie w tym wrogim duchowi i sztuce mieście, z pewnością miały jedną, ogromną zaletę. Jeśli to, co nas otacza podczas studiów wrogo jest do nas nastawione, lepiej tam studiować niż w przyjaznym otoczeniu; studiujący zawsze dobrze na tym wychodzi, wybierając na studia miejsce, które jest do niego wrogo nastawione, a nie takie, które nastawione jest do niego przyjaźnie, miejsce przyjaźnie do niego nastawione utrudnia mu bowiem w znacznej mierze koncentrację na studiach, natomiast nastawione do niego wrogo pozwala mu oddać się studiom w stu procentach, ponieważ, żeby nie popaść w rozpacz, musi on się na nich skoncentrować; w tym względzie powinno się Salzburg, jak wszystkie te tak zwane piękne miasta, zdecydowanie polecać na studia, zresztą, nawiasem mówiąc, tylko komuś o mocnym charakterze, gdyż słaby w niedługim czasie zniszczy się doszczętnie. Na trzy dni piękno Salzburga Glenna oczarowało, po trzech dniach nagle zauważył, iż ów czar prysł, że tak powiem, zmurszał, że owo piękno jest w gruncie rzeczy obrzydliwe, ludzie zaś w tym obrzydliwym pięknie – niegodziwi. Klimat przedalpejski produkuje ponurych duchem melancholików, którzy już bardzo wcześnie popadają w otępienie, a z czasem w złośliwość, powiedziałem. Ten, kto tu mieszka, zdaje sobie z tego sprawę, jeśli stać go na uczciwość, ten, kto tu przyjedzie, spostrzeże to po niedługim czasie i będzie musiał, nim będzie za późno, stąd wyjechać, jeżeli nie chce stać się jak ci tępogłowi mieszkańcy, ci ponurzy duchem z Salzburga melancholicy, którzy swoją tępotą uśmiercają wszystko, co jeszcze nie zrobiło się takie jak oni. Najpierw pomyślał, jak pięknie byłoby tutaj wzrastać, ale już dwa, trzy dni po przyjeździe pojął, że byłoby koszmarem wrodzić się w tę ziemię, musieć tu wzrastać i dorośleć. Klimat tutejszy tudzież tutejsze mury uśmiercają wrażliwość, powiedział. Ja nie miałem tu niczego do dodania. W Leopoldskron salzburskie zmory nie były już dla nas niebezpieczne, pomyślałem, wchodząc do gospody. W gruncie rzeczy, nie tylko od Horowitza nauczyłem się nieubłaganej konsekwencji w grze na instrumencie, również codzienne obcowanie z Glennem Gouldem w czasie studiów u Horowitza nauczyło mnie tego, pomyślałem. To oni, pomyślałem, w ogóle wprowadzili mnie w muzykę, dali pojąć muzykę. Moim ostatnim profesorem przed Horowitzem był Wührer, jeden z tych nauczycieli, którzy duszą człowieka przeciętnością, nie mówiąc już o moich wcześniejszych nauczycielach, wszystkich tych wielkich, jak to się mówi, wyśmienitych nazwiskach, bez przerwy występujących w wielkich miastach, na słynnych naszych uczelniach, mających profesury z wysokim uposażeniem, a mimo to będących przecież jedynie grającymi na fortepianie wandalami, bo o pojęciu muzyki nie mają zielonego pojęcia, pomyślałem. Ci nauczyciele muzyki grają wszędzie, a także wszędzie bez wyjątku zasiadają, rujnując przy tym tysiące, setki tysięcy studiujących muzykę, jakby celem ich życia było zdusić w zarodku każdy wyrastający ponad przeciętność młody talent muzyczny. Nigdzie nie spotka się takiego braku odpowiedzialności jak na naszych akademiach muzycznych, które ostatnio zaczęły się nazywać muzycznymi uniwersytetami, pomyślałem. Pośród dwudziestu tysięcy nauczycieli muzyki znajdzie się najwyżej jeden idealny. Horowitz był tym idealnym nauczycielem, pomyślałem. Glenn, gdyby się temu poświęcił, też by takim był. Tak jak Horowitz, Glenn odznaczał się idealnym wyczuciem tudzież idealnym rozumieniem nauczania, a to jest niezbędne w przekazywaniu sztuki innym. Rok w rok dziesiątki tysięcy studentów uczelni muzycznych wstępują na zgubny szlak uczelnianej muzycznej tępoty i dają się tym niewykwalifikowanym nauczycielom doszczętnie unicestwić, pomyślałem. Nawet jeśli udało im się zdobyć sławę, i tak niczego nie pojęli, pomyślałem, wchodząc do gospody. Mogą się nazywać Gulda czy też Brendel, a i tak są nic niewarci. Mogą się nazywać Gilels, a i tak są nic niewarci. Również Wertheimer, gdyby nie zetknął się z Gouldem, z pewnością zostałby jednym z naszych najważniejszych wirtuozów fortepianu, pomyślałem, nie musiałby zabierać się do filozofowania czy humanistyki i ich, że tak powiem, wykorzystać we własnym celu, tak jak ja bowiem od tylu lat wykorzystywałem filozofię czy filozofowanie, Wertheimer do samego końca wykorzystał tak zwaną humanistykę. Nie musiałby gęsto zapisywać wszystkich tych swoich kartek, pomyślałem, tak jak ja tych moich rękopisów, popełniając zbrodnie przeciw duchowi, pomyślałem, wchodząc do gospody. Aspirujemy do fortepianowej wirtuozerii, a kończymy – marnie – jako drobni szperacze, węsząc w humanistyce i filozofii. Ponieważ nie poszliśmy na wszystko, aż do końca, a nawet dalej, pomyślałem, daliśmy za wygraną przez wzgląd na geniusza w naszej dyscyplinie. Ale przecież, uczciwie mówiąc, nigdy nie mógłbym zostać wirtuozem fortepianu, dlatego że, w gruncie rzeczy, nigdy wirtuozem fortepianu być nie chciałem, zawsze bowiem miałem olbrzymie wobec tego zastrzeżenia, wirtuozerię fortepianową wykorzystałem jedynie w moim procesie marnienia i więdnięcia, a co więcej – tak zwani artyści fortepianu zawsze byli dla mnie żałośni. Najpierw, uległszy pokusie mojego jakże ponadprzeciętnego talentu do fortepianu, poszedłem na całego, zwróciłem się ku grze na fortepianie, a następnie, po piętnastoletnich torturach, od niej się odwróciłem, dosłownie z chwili na chwilę, bez skrupułów. To nie w moim stylu dla jakichś sentymentów poświęcać własną egzystencję. Wybuchnąłem gromkim śmiechem i kazałem odtransportować fortepian do nauczyciela, i jeszcze przez wiele dni delektowałem się owym śmiechem z powodu odtransportowania fortepianu, taka jest prawda, stroiłem sobie żarty z mojej kariery wirtuoza fortepianu, której sam położyłem kres, naraz, w jednej chwili. A owa zakończona przeze mnie naraz kariera wirtuoza fortepianu stanowiła zapewne nieodłączną część mojego procesu marnienia i więdnięcia, pomyślałem, wchodząc do gospody. Ustawicznie chcemy wypróbować, co tylko możliwe, a następnie wciąż przerywamy, z chwili na chwilę wyrzucając na śmietnik długie lata pracy. Wertheimer był zawsze powolniejszy, w swoich decyzjach nie tak zdecydowany jak ja; swoją wirtuozerię fortepianową wyrzucił na śmietnik dopiero całe lata po mnie i, w odróżnieniu ode mnie, nie mógł tego przeboleć, wciąż wysłuchiwałem jego lamentów, że nie powinien był gry na fortepianie zaniechać, że powinien był kontynuować, że to ja do pewnego stopnia ponosiłem tu winę, zawsze będąc dla niego wzorem w ważnych kwestiach, decyzjach egzystencjalnych, jak sam raz powiedział, pomyślałem, wchodząc do gospody. Nauka u Horowitza okazała się dla mnie, tak jak dla Wertheimera, zabójcza, podczas gdy u Glenna ujawniła jego geniusz. To nie Horowitz mnie zabił i Wertheimera, jeśli wziąć pod uwagę kwestię wirtuozerii, i w gruncie rzeczy w ogóle muzyki, tylko Glenn, pomyślałem. Glenn uniemożliwił nam wirtuozerię fortepianową już w momencie, w którym obaj jeszcze w naszą fortepianową wirtuozerię tak mocno wierzyliśmy. Całymi latami po kursie u Horowitza wierzyliśmy jeszcze w naszą wirtuozerię, gdy tymczasem Glenn zabił ją już w chwili, kiedyśmy go poznali. Kto wie, czy gdybym nie poszedł do Horowitza, a więc posłuchał rady mojego nauczyciela Wührera, nie stałbym się dziś wirtuozem fortepianu, jednym z tych sławnych, pomyślałem, którzy kursują wciąż ze swoją sztuką między Buenos Aires a Wiedniem. Wertheimer zresztą też. Ale natychmiast powiedziałem sobie zdecydowanie: nie. Od początku bowiem nieznośna mi była cała ta wirtuozeria wraz ze wszystkim, co jej towarzyszy, nieznośne mi były zwłaszcza występy przed tłumem, nieznośny był mi aplauz, nie do wytrzymania, przez długi czas nie byłem pewien, czy to złego powietrza w salach koncertowych nie znoszę, czy aplauzu, czy też jednego i drugiego, aż pojąłem, że nie znoszę wirtuozerii jako takiej, szczególnie zaś wirtuozerii fortepianowej. Najbardziej nieznośna mi była bowiem publika i wszystko, co się z publiką wiąże, a zatem i każdy wirtuoz, i wszyscy oni razem. A i Glenn przecież występował publicznie tylko dwa, trzy lata, a potem nie mógł już tego wytrzymać, zamknął się w domu i stał się tam, w tym swoim domu w Ameryce, najlepszym i najważniejszym spośród wszystkich grających na fortepianie. Kiedy byliśmy u niego ostatni raz, przed dwunastu laty, od z górą dziesięciu nie grał już koncertów publicznie. Przez ten czas stał się najtrzeźwiejszym z nawiedzonych. Dotarł już w swej sztuce do absolutnego szczytu i w bardzo krótkim czasie musiał go dosięgnąć udar mózgu. Również Wertheimer miał wówczas uczucie, że Glennowi pozostało już bardzo niewiele czasu, że Glenna dosięgnie udar, tak mi powiedział. Spędziliśmy w domu Glenna dwa i pół tygodnia, urządził sobie w nim studio. Tak jak w czasie kursu u Horowitza w Salzburgu, grał na fortepianie, praktycznie mówiąc, dzień i noc. Już całe lata, całe dziesięciolecie. W ciągu dwóch lat zagrałem trzydzieści cztery koncerty, już mi wystarczy na całe życie, powiedział wtedy Glenn. Graliśmy z Glennem Brahmsa, Wertheimer i ja, od drugiej po południu do pierwszej w nocy. Glenn postawił pod domem trzech strażników, którzy pilnowali, by nikt go nie nachodził. Początkowo, żeby mu nie przeszkadzać, nie planowaliśmy spędzić u niego nawet jednej nocy, w końcu jednak spędziliśmy u niego dwa i pół tygodnia, po to by ponownie znaleźć potwierdzenie, jak słuszna była nasza decyzja, Wertheimera i moja, by dać sobie spokój z wirtuozerią fortepianową. Mój drogi Przegrany, zupełnie na zimno przywitał Glenn Wertheimera, z kanadyjsko-amerykańską trzeźwością umysłu zawsze określał Wertheimera mianem Przegranego, mnie zawsze całkiem oschle mianem Filozofa, z czego zresztą nic sobie nie robiłem. Wertheimer, Przegrany, zawsze dla Glenna dawał za wygraną, grał i przegrywał, ja, według Glenna, wciąż, w każdej chwili, pewnie też z nieznośną mu systematycznością, miałem na wargach słowo filozof, byliśmy zatem dla niego, naturalną koleją rzeczy, Przegranym tudzież Filozofem, pomyślałem, wchodząc do gospody. Przegrany tudzież Filozof po prostu przyjechali do Ameryki, żeby zobaczyć się z Glennem, wirtuozem fortepianu, wyłącznie w tym celu. No i żeby spędzić w Nowym Jorku cztery i pół miesiąca. W większości wspólnie z Glennem. Do Europy w ogóle go nie ciągnie, powiedział Glenn od razu na powitanie. Europa nie wchodzi już dla niego w rachubę. Zabarykadował się teraz we własnym domu. Na całe życie. Wszyscy trzej przez całe życie chcieliśmy się na całe życie zabarykadować. Wszyscy trzej byliśmy urodzonymi fanatykami barykadowania się. Ale Glenn w swoim fanatyzmie barykadowania się poszedł najdalej. W Nowym Jorku mieszkaliśmy obok hotelu Taft, lepszego punktu, zważywszy na nasze cele, nie można było wybrać. Glenn kazał sobie w Tafcie ustawić steinwaya w pokoju od tyłu i grał na nim osiem, dziesięć godzin dziennie, często i w nocy. Ani dnia nie spędził, nie grając na fortepianie. Nowy Jork przypadł nam do gustu, tak Wertheimerowi, jak i mnie, od samego początku. Najpiękniejsze miasto świata, jednocześnie też najlepsze powietrze, wciąż powtarzaliśmy, nigdzie indziej na świecie nie zdarzyło nam się oddychać lepszym. Glenn potwierdził nasze odczucia: Nowy Jork jest jedynym miastem na świecie, w którym istota duchowa swobodnie oddycha już w chwili, gdy postawi w nim stopę. Co trzy tygodnie Glenn przyjeżdżał do nas i pokazywał nam najskrytsze zakątki Manhattanu. Mozarteum to była zła uczelnia, do gospody wchodząc, pomyślałem, z drugiej strony dla nas akurat najlepsza, otworzyła nam bowiem oczy.

 
 

Wszystkie wyższe uczelnie są złe, a ta, do której chodzimy, najgorsza, jeżeli nie otworzy nam oczu. Ileż to profesorskich miernot zawzięło się na nas, ile z nich musieliśmy tolerować. Wykorzeniali sztukę, wszyscy bez wyjątku, unicestwiacze sztuki, dusiciele kultury, oprawcy ducha, mordercy studentów. Horowitz był wyjątkiem, Markevitch, Végh, pomyślałem. Ale jeden Horowitz nie wystarczy na pierwszorzędną akademię, pomyślałem. Ten słynny budynek, słynniejszego w świecie nie było ani dziś nie ma (wystarczy powiedzieć, że jest się z Mozarteum, a ludzie robią wielkie oczy), przejęła zgraja partaczy. Wertheimer, tak jak Glenn, pochodził nie tylko z zamożnej, lecz wręcz bardzo bogatej rodziny. Ja też nie miałem finansowych kłopotów. Zawsze jest zaletą mieć przyjaciół z tej samej sfery i o podobnej pozycji finansowej, pomyślałem, do gospody wchodząc. Ponieważ zasadniczo obce były nam problemy finansowe, mieliśmy możność poświęcić się wyłącznie studiom, oddać się im w sposób najradykalniejszy z możliwych, to tylko zresztą było nam wówczas w głowie, z tym że musieliśmy jeszcze bezustannie usuwać z drogi tych, co nam w naszym rozwoju przeszkadzali, wszystkich tych naszych profesorów wraz z całą ich miernotą, z całym ohydztwem. Mozarteum jeszcze dziś słynne jest w świecie, ale to przecież najgorsza uczelnia muzyczna, jaką można sobie wyobrazić, pomyślałem. Gdybym jednak nie zapisał się do Mozarteum, nigdy nie poznałbym Wertheimera i Glenna, pomyślałem, moich przyjaciół na całe życie. Dziś już nie pamiętam, jak to się stało, że zająłem się muzyką, w mojej rodzinie nie było muzykalnych, wszyscy wrodzy sztuce, przez całe życie nic nie było im bardziej nienawistne niż sztuka i duch, ale w moim wypadku to właśnie zdecydowało, że pewnego dnia zakochałem się w uprzednio mi nienawistnym fortepianie i naszego poczciwego rodzinnego ehrbara zamieniłem na faktycznie genialnego steinwaya, żeby im pokazać, całej tej nienawistnej mi rodzinie, pójść drogą, która zawsze ich szokowała. To nie sztuka była decydująca, nie muzyka, gra na fortepianie, tylko sprzeciw wobec rodziny, pomyślałem. Nienawidziłem gry na ehrbarze, rodzice zmuszali nas do niej, mnie i wszystkich w rodzinie, ehrbar to było dla nich artystyczne epicentrum, posunęli się nawet do duszenia na nim ostatnich utworów Brahmsa i Regera. Owo rodzinne epicentrum artystyczne zawsze wzbudzało moją nienawiść, nienawidziłem ehrbara, natomiast wprost uwielbiałem steinwaya, wymuszonego na ojcu i w przeraźliwych okolicznościach sprowadzonego z Paryża. Musiałem zapisać się do Mozarteum po to, by im pokazać, nie miałem przecież określonej koncepcji muzyki, a grą na fortepianie nigdy się nie pasjonowałem, postanowiłem jednak użyć jej jako środka do mojego celu, przeciw rodzicom i całej rodzinie, świadomie wykorzystałem ją w grze przeciw nim i przeciw nim zacząłem ją opanowywać, z dnia na dzień coraz lepiej, z roku na rok z coraz większą wirtuozerią. Do Mozarteum zapisałem się przeciw nim, pomyślałem w gospodzie. Nasz ehrbar stał w tak zwanym salonie muzycznym i był dla nich artystycznym epicentrum, w którym święcili triumfy na sobotnich podwieczorkach. Steinwaya woleli unikać, ludzie przestali przychodzić, steinway położył kres epoce ehrbara. Od dnia, w którym zagrałem na steinwayu, w domu rodzicielskim zabrakło artystycznego epicentrum. Steinway, pomyślałem w gospodzie, stojąc i rozglądając się naokoło, stał tam przeciw rodzinie. Zapisałem się do Mozarteum nie z innego powodu, tylko po to, by zemścić się na nich, ukarać ich za przewinienie, którego się wobec mnie dopuścili. Teraz będą mieli syna artystę – z ich punktu widzenia: godną największej pogardy kanalię. Wykorzystałem Mozarteum, żeby wystąpić przeciw nim, wszelkie dane mi przez Mozarteum środki wykorzystałem przeciw nim. Cieszyliby się, gdybym przejął po nich cegielnię i przez całe życie pogrywał na ehrbarze, dlatego właśnie odciąłem się od nich, stawiając w sali muzycznej steinwaya, który kosztował majątek i rzeczywiście trzeba go było sprowadzić do domu aż z Paryża. Najpierw narzuciłem im steinwaya, następnie zaś, bo tego wymagał steinway – Mozarteum. Nie byłem skłonny, teraz to przyznaję, tolerować najmniejszego głosu sprzeciwu. Z dnia na dzień zdecydowałem się zostać artystą i zacząłem wszystkiego się domagać. Przyparłem ich do muru, pomyślałem w gospodzie, rozglądając się naokoło. Steinway okazał się moją fortecą, obroną przed nimi, przed ich światem, bronią przeciw całej tej otępiałej rodzinie, przeciw całemu temu otępiałemu światu. Nie urodziłem się po to, tak jak Glenn, czy nawet Wertheimer, choć w jego wypadku nie mam stuprocentowej pewności, żeby zostać wirtuozem fortepianu, tylko po prostu do tego się zmusiłem, wmówiłem to sobie, wgrałem w siebie, jak muszę przyznać, z największą bezwzględnością przeciw nim. Steinway dał mi naraz możność występowania przeciw nim. Z rozpaczy przeciw nim, ponieważ akurat to nasunęło mi się najpierw, zrobiłem z siebie artystę, wirtuoza fortepianu, w miarę możności od razu wirtuoza fortepianu światowej klasy, myśl o tym podsunął mi nienawistny ehrbar w naszym salonie muzycznym, i posługując się tą myślą jako bronią przeciw nim, realizowałem ją przeciw nim z coraz wyższą, najwyższą perfekcją. Nie inaczej było zresztą w wypadku Glenna, nie inaczej było z Wertheimerem, który, o ile wiem, chciał studiować sztukę, a zatem muzykę, tylko na złość ojcu, pomyślałem w gospodzie. Dla ojca fakt, że wybrałem studia fortepianowe, to istna katastrofa, mówił mi kiedyś Wertheimer. Glenn był bardziej radykalny: Nienawidzą mnie i mojego fortepianu. Gdy tylko powiem Bach, ogarniają ich mdłości, mówił Glenn. Nawet wtedy, gdy Glenn zdobył światową sławę, byli nieprzejednani. Ale podczas gdy Glenn pozostał konsekwentny do końca i w końcu ostatecznie udało mu się ich przekonać – nawet jeśli dopiero dwa, trzy lata przed śmiercią – o swym geniuszu, to Wertheimer i ja przyznaliśmy jednak rację rodzicom, ponosząc klęskę jako wirtuozi, i to bardzo wcześnie, i to najhaniebniejszą, jak zwykł mi często powtarzać ojciec. Mnie jednak fakt mojej klęski jako wirtuoza fortepianu nie przygnębiał tak, jak przygnębiał Wertheimera, który do samego końca przez całe życie cierpiał dlatego, że musiał dać za wygraną i oddać się humanistyce, choć do samego końca nie wiedział, co to takiego, tak jak ja do dziś dnia nie wiem, co to w ogóle takiego owo filozofowanie czy owa filozofia. Dla Glenna był to triumf, dla nas klęska, pomyślałem w gospodzie. Glenn zakończył swe istnienie w jedynym dogodnym momencie, pomyślałem. I nie uśmiercił istnienia samodzielnie, a zatem własnoręcznie, tak jak Wertheimer, który nie miał innego wyboru, który musiał się powiesić, pomyślałem. Tak jak koniec Glenna był dużo wcześniej do przewidzenia, tak samo na długo przedtem do przewidzenia był koniec Wertheimera. Glenn, jak powiadają, uległ udarowi w samym środku Wariacji Goldbergowskich. Wertheimer nie potrafił się pogodzić ze śmiercią Glenna. Po śmierci Glenna wstydził się, że sam pozostaje przy życiu, że tak powiem, że przeżył geniusza, prześladowało go to, jak wiem, przez cały ostatni rok. W dwa dni po przeczytaniu w gazetach o śmierci Glenna, otrzymaliśmy obaj, od ojca Glenna, telegram zawiadamiający o śmierci syna. Ledwie zasiadł do fortepianu, osuwał się cały, pomyślałem, wyglądał wtedy jak zwierzę, właściwie jak kaleka, gdyby bliżej się przyjrzeć, ale gdyby przyjrzeć się jeszcze bliżej, to przecież jednak jak człowiek subtelny i piękny, bo takim przecież był. Od babki ze strony matki nauczył się Glenn niemieckiego, którym, jak już wspominałem, biegle władał. Potrafił zawstydzić swoją wymową wszystkich naszych niemieckich i austriackich kolegów-studentów, mówiących całkowicie zbarbaryzowaną niemczyzną, niechlujną i ubogą, którzy będą ową zbarbaryzowaną niemczyzną mówić przez całe życie, nie mają bowiem żadnego wyczucia własnego języka. Czyż artysta może nie mieć wyczucia własnego języka!, powtarzał często Glenn. Dzień w dzień, przez cały rok zawsze w takich samych spodniach, choć nie w tych samych, chodził lekkim krokiem, mój ojciec powiedziałby: szlachetnym. Uwielbiał jasne definicje, nienawidził zaś wszelkiego mniej więcej. Jego ulubione słowo to była samodyscyplina, powtarzał je nieustannie, także na lekcjach u Horowitza, dobrze pamiętam. Zaraz po północy lubił jeszcze wyjść na ulicę, a przynajmniej z domu, zauważyłem to już w Leopoldskron. Musimy dbać ustawicznie o dopływ świeżego powietrza, mówił, bez niego nie uda się nam przeć do przodu, jego brak sparaliżuje nas, przeszkodzi w zadaniu osiągnięcia Najwyższego. Był człowiekiem najbardziej bezwzględnym wobec siebie. Nie pozwalał sobie na najmniejszy choćby brak precyzji. Wyłącznie z myśli wywodził to, co wypowiadał w słowach. Czuł odrazę do ludzi, którzy mówili coś nie do końca przemyślanego, tym samym zatem czuł odrazę do niemal całej ludzkości. I z tej odrażającej ludzkości w końcu się wycofał, już ponad dwadzieścia lat temu. Był jedynym znaczącym w świecie wirtuozem fortepianu, który czuł odrazę do publiczności i który od tej odrażającej publiczności ostatecznie się odwrócił i odciął. Nie potrzebował jej. Kupił sobie dom w lesie, urządził się w tym domu i doprowadzał się w nim do dalszej perfekcji. W tym amerykańskim domu mieszkał Glenn z Bachem aż do swojej śmierci. Był fanatykiem porządku. Jego dom to był absolutny porządek. Jak tylko przekroczyliśmy, Wertheimer i ja, próg jego domu, od razu pomyślałem o jego koncepcji samodyscypliny. Jak tylko weszliśmy do jego domu, nie zapytał nawet, powiedzmy, czy chcemy się czegoś napić, tylko zasiadł do steinwaya i zaczął grać te partie Wariacji Goldbergowskich, które grał nam kiedyś w Leopoldskron na dzień przed wyjazdem do Kanady. I zagrał z równą perfekcją jak wówczas. W jednej chwili stało się dla mnie jasne: oprócz niego nikt w świecie nie potrafi tak zagrać. Zapadł się w siebie, wiotki cały, i zaczął. Uderzał w klawiaturę, że tak powiem, od dołu, nie jak wszyscy inni z góry. To była jego tajemnica. Pytaniem, czy to dobry pomysł, żebyśmy pojechali do niego do Ameryki, dręczyłem się przez całe lata. Żałosne pytanie. Początkowo Wertheimer nie chciał nawet o tym słyszeć, musiałem go namawiać. Siostra Wertheimera sprzeciwiała się temu wyjazdowi, uważając, że odwiedziny u słynnego w świecie Glenna Goulda mogłyby być dla brata niebezpieczne. Wertheimer postawił wszakże na swoim, przekonał siostrę i w końcu pojechał ze mną do Ameryki i do Glenna. Mówiłem wciąż sobie, że to ostatnia możliwość zobaczenia Glenna. Faktycznie, spodziewałem się jego śmierci i koniecznie chciałem go jeszcze raz zobaczyć, usłyszeć, jak gra, pomyślałem, stojąc w gospodzie, wdychając znane mi z przeszłości ohydne jej odory. Znałem Wankham. Schodziłem zawsze do Wankham, do tej gospody, kiedy przyjeżdżałem do Wertheimera, u Wertheimera bowiem nie mogłem nocować, nie znosił, jak goście zostawali u niego na noc. Rozglądałem się za właścicielką, ale nie dochodziły do mnie żadne odgłosy. Wertheimer nie znosił gości, którzy zostawali na noc, czuł do nich pogardę. Gości w ogóle, obojętne jakich, przyjmował i prawił im komplementy, i ledwie przyszli, już ich wyprowadzał, nie, mnie nie wyprawił nigdy od siebie komplementami, za dobrze się znaliśmy, jednakże po paru godzinach wolał przecież, żebym już poszedł, niż został na noc. Ani razu nie zostałem u niego na noc, nawet nie przyszłoby mi to do głowy, pomyślałem, wypatrując właścicielki. Glenn był człowiekiem miasta, istotą wielkomiejską, jak zresztą i ja, tak jak i Wertheimer, w gruncie rzeczy uwielbialiśmy to co miejskie, nieznośne zaś było nam życie na wsi, które jednakże wykorzystywaliśmy (zresztą również na swój sposób, tak jak życie w mieście), eksploatowaliśmy do granic możliwości. Wertheimer i Glenn wyprowadzili się na wieś głównie z powodu chorych płuc, Wertheimer z jeszcze większymi oporami niż Glenn, Glenn, wyciągnąwszy, tak to nazwę, ostateczną konsekwencję, w końcu bowiem nie mógł już znieść całej ludzkości, Wertheimer z powodu ustawicznych napadów kaszlu w mieście, jak również dlatego, że internista powiedział mu, iż w wielkim mieście nie ma szansy przeżycia. Wertheimer na ponad dwadzieścia lat znalazł schronienie u siostry w jednym z największych i najbardziej luksusowych mieszkań w Wiedniu, przy Kohlmarkt. Ale siostra wyszła w końcu za mąż za tak zwanego wielkoprzemysłowca ze Szwajcarii i przeprowadziła się do małżonka do Zizers w pobliżu Chur. Akurat za Szwajcara, a do tego jeszcze właściciela koncernu chemicznego, jak to ujął Wertheimer w rozmowie ze mną. Katastrofalne połączenie. Zostawiła mnie na lodzie, wciąż lamentował Wertheimer. W nagle opustoszałym mieszkaniu czuł się początkowo jakby go sparaliżowało, po wyprowadzeniu się siostry całymi dniami przesiadywał bez ruchu w fotelu, potem jak obłąkany biegał bez przerwy po pokojach tam i z powrotem, a wreszcie wycofał się do ojcowskiego pawilonu myśliwskiego w Traich. Po śmierci rodziców mieszkał jednak dwadzieścia lat z siostrą i siostrę tyranizował, wiem o tym dobrze, przez wiele lat uniemożliwiał jej kontakty z mężczyznami, w ogóle kontakty towarzyskie, odcinał ją od świata, że tak powiem, przykuł do siebie. Ale wyrwała mu się jakoś, zostawiając go sam na sam z odziedziczonymi przez nich wspólnie starymi, zdezelowanymi meblami. Jak ona mogła mi coś takiego uczynić, powiedział Wertheimer, pomyślałem. Wszystko dla niej zrobiłem, dla niej się poświęciłem, a ona zostawia mnie tak po prostu i goni za tym nuworyszem do Szwajcarii, cóż to za okropny typ, powiedział, pomyślałem w gospodzie. Akurat do Chur, w tę okropną okolicę, w której ohydny odór katolicyzmu unosi się aż do samego nieba. Zizers, ohydne miasto, już z samej nazwy!, wykrzyknął i zapytał mnie, czy byłem kiedyś w Zizers, a mnie przypomniało się, że byłem w Zizers, i to wiele razy, przejazdem, w drodze do Sankt Moritz, pomyślałem. Tępota, klasztory i koncerny chemiczne, nic ponadto, powiedział. Wielokrotnie posuwał się nawet do tego, by twierdzić, że zaniechał kariery wirtuoza fortepianu ze względu na ukochaną siostrzyczkę, to dla niej ze wszystkim skończyłem, dla niej poświęciłem karierę, mówił, złożyłem w ofierze wszystko, co dla mnie coś znaczyło. W ten sposób chciał ukoić swą rozpacz kłamstwem, pomyślałem. Mieszkanie przy Kohlmarkt zajmowało trzy piętra i było zapchane dziełami sztuki wszelkiej możliwej do pomyślenia maści, co mnie przy każdej wizycie u przyjaciela wprawiało w depresję. On sam utrzymywał, że tych dzieł sztuki nienawidzi, tak, nienawidzi, zupełnie go nie obchodzą, to siostra tyle ich nazbierała, w ogóle winą za całe swoje nieszczęście obarczał siostrę, która zostawiła go na lodzie z powodu jakiegoś tam megalomana ze Szwajcarii. Raz mi powiedział, całkiem serio, że zawsze sobie wyobrażał, że w tym mieszkaniu przy Kohlmarkt doczeka starości wraz z siostrą, doczekam z nią starości, w tych pokojach, raz mi powiedział. Stało się inaczej, siostra mu się wyślizgnęła, odwróciła się od niego, niewykluczone, że dosłownie w ostatniej chwili, pomyślałem. Dopiero parę miesięcy po ślubie siostry odważył się wyjść na ulicę, pozycję siedzącą zamienił, że tak powiem, na postawę do marszu. W swoich najlepszych czasach szedł z Kohlmarkt do dwudziestej dzielnicy, stamtąd do dwudziestej pierwszej, potem przez Leopoldplatz wracał do pierwszej, i chodził po niej jeszcze parę godzin, aż do wyczerpania. Na wsi jakby go paraliżowało. Ledwie mógł przejść parę kroków w stronę lasu. Mówił wciąż: Wieś drażni mnie tylko i nudzi. Glenn słusznie nazywał mnie zawsze asfaltowym piechurem, mówił Wertheimer, pieszo idę tylko po asfalcie, po wertepach nie chodzę, nudzi mnie to bez reszty, dlatego siedzę w chacie. Chatą określał odziedziczony po rodzicach pawilon myśliwski, czternastopokojowy. No i faktycznie, wczesnym rankiem ubierał się w tym pawilonie myśliwskim tak, jakby chciał się wybrać na pięćdziesięcio-, sześćdziesięciokilometrową wędrówkę, wkładał wysokie wiązane buty ze skóry, gruby loden tudzież filcowy kaszkiet na głowę. Wychodził jednak tylko po to, by stwierdzić, że nie ma ochoty iść dokądkolwiek, więc zdejmował ubranie, siadał w pokoju na dole i patrzył przed siebie na ścianę. Internista twierdzi, że w mieście nie mam żadnej szansy, powiedział, tak jakbym miał jakąś tutaj. Nienawidzę wsi. Z drugiej strony skłonny jestem przecież zastosować się do wskazań lekarza, żebym nie miał potem sobie nic do zarzucenia. Ale wychodzić z domu, czy w ogóle chodzić po okolicy, nie, na wsi nie mogę. To dla mnie szczyt bezsensu, bez mała przestępstwo, nie dam się do tego namówić, nie popełnię takiego wariactwa. Weszło mi to już bez mała w nawyk, ubieram się do wyjścia, mówił, wychodzę, przed domem zawracam, wracam i zdejmuję wierzchnie ubranie, obojętne o jakiej porze roku, zawsze ta sama śpiewka. Tu przynajmniej nikt mojego zwariowania nie obserwuje, powiedział, pomyślałem w gospodzie. Tak jak Glenn, również Wertheimer nie mógł znieść wokół siebie ludzi. Dlatego sam stał się z czasem nie do zniesienia. Ale i ja, pomyślałem, stojąc w gospodzie, też nie byłbym w stanie mieszkać na wsi, poza miastem, i dlatego mieszkam w Madrycie, i wcale mi nie w głowie wyjazd z Madrytu, z tego najwspanialszego z miast, w którym mam wszystko, co świat może mi zaoferować. Człowiek mieszkający na wsi z czasem głupieje, nie zauważając tego, przez jakiś czas myśli, że to takie oryginalne i że dobre na zdrowie, tymczasem życie na wsi w ogóle nie ma w sobie nic oryginalnego, absolutnie, to tylko niesmaczna brednia na potrzeby kogoś nieurodzonego na wsi i na wieś nieprzeznaczonego, zdrowiu zaś wręcz szkodzi. Ludzie, którzy przeprowadzają się na wieś, na wsi wyprowadzają się na tamten świat, wiodą tylko na wsi w najlepszym wypadku groteskową egzystencję, która wiedzie ich zrazu w ogłupienie, a następnie w śmiechu wartą śmierć. Radzić człowiekowi z wielkiego miasta, żeby wyprowadził się na wieś, po to by przeżył, to niegodziwość zaiste godna internisty, pomyślałem. Wszystkie te przykłady wszystkich tych ludzi, którzy wyprowadzili się z miasta na wieś, po to by na wsi lepiej i dłużej żyć, to coś okropnego, pomyślałem. Wszakże Wertheimer padł w końcu nie tylko ofiarą swych internistów, lecz także, i to w większym stopniu, ofiarą żywionego przez siebie przekonania, że jego siostra miała jakoby żyć tylko dla niego. Istotnie, wielekroć powtarzał, że siostra jakby urodziła się dla niego, po to by zawsze koło niego być, żeby w pewnym sensie ciągle go osłaniać. Na nikim nie zawiodłem się tak jak na własnej siostrze!, powiedział raz, niemal krzycząc, pomyślałem. Na śmierć się do tej siostry przyzwyczaił, pomyślałem. W dniu, w którym siostra go opuściła, zaprzysiągł sobie dozgonną do niej nienawiść, w mieszkaniu przy Kohlmarkt zaciągnął wszystkie zasłony z postanowieniem, że nigdy już ich nie odsłoni. I wytrwał w swoim postanowieniu mimo wszystko aż dwa tygodnie, dopiero czternastego dnia odsłonił zasłony mieszkania przy Kohlmarkt i jak szaleniec wybiegł na ulicę, spragniony jedzenia i ludzi. O ile mi wiadomo, nie dotarłszy nawet do Graben, Przegrany runął bez siły. Jedynie dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności natychmiast odstawiono go z powrotem do mieszkania, akurat przechodził bowiem jeden z jego krewnych, pomyślałem, w innym wypadku niechybnie odstawiono by go do zakładu dla obłąkanych, Am Steinhof, ponieważ wyglądał jak obłąkany. To nie Glenn był z nas trzech tym najtrudniejszym, tylko Wertheimer. Glenn był silny, Wertheimer zaś był z nas najsłabszy. To nie Glenn był szaleńcem, tak jak często twierdzono i jak do dziś się twierdzi, tylko Wertheimer, śmiem twierdzić. Na dwadzieścia lat przytwierdził do siebie siostrę, setnymi, tysiącznymi pętami, ale wreszcie mu się wyrwała i wyszła za Szwajcara, zresztą nawet, że tak powiem, dobrze na tym wyszła. Bogata z urodzenia, znalazła sobie w Szwajcarii jeszcze bogatszego, do nieprzyzwoitości bogatego. Już nigdy w życiu nie życzę sobie słyszeć ani słowa „siostra”, ani słowa „Chur”, oświadczył Wertheimer, kiedy widzieliśmy się po raz ostatni. Nawet kartki nie napisze, powiedział, pomyślałem w gospodzie, rozglądając się wokół siebie. Uciekła od niego, po kryjomu jak złodziej, wszystko w domu zostawiając; wszystko porzuciła, najmniejszego drobiazgu z sobą nie wzięła, wciąż powtarzał. Pomimo obietnic, że mnie nie opuści, nigdy w życiu, powtarzał, pomyślałem. I do tego jeszcze, jaka to odstępczyni, tak się wyraził, siostra od własnej wiary odstąpiła, jaka się stała z niej katoliczka, powiedział, głęboko katolicka, fatalnie katolicka. Tacy są właśnie ci głęboko religijni, głęboko katoliccy odstępcy, powiedział, przed niczym się nie cofną, nawet przed największą zbrodnią, opuściliby i własnego brata, rzucając się w ramiona obojętne jakiemu parweniuszowi od sztucznego jedwabiu, który duże pieniądze zrobił przez przypadek i bez skrupułów, powtarzał, kiedy odwiedziłem go ostatni raz, pomyślałem. Widzę go przed sobą, dokładnie słyszę, co mówi, tymi urywanymi zdaniami, którymi zawsze mówił i które tak były dla niego typowe. Nasz Przegrany to fanatyk, powiedział raz Glenn, cały czas niemal kona z żalu nad samym sobą, widzę jeszcze Glenna, jak to mówi, słyszę, jak mówi, tam, na Mönchsbergu, na tak zwanym Richterhöhe, wzgórzu, na którym bardzo często widywałem się z Glennem, ale bez Wertheimera, kiedy Wertheimer z jakichś względów chciał być sam, bardzo często za coś obrażony. Wciąż nazywałem go Obrażalski. Po wyprowadzeniu się siostry wycofywał się w coraz krótszych odstępach czasu do Traich, jadę do Traich, jego słowa, bo Traich stał mi się nienawistny. W mieszkaniu przy Kohlmarkt zbierało się coraz więcej kurzu, pod swoją nieobecność Wertheimer nie pozwalał bowiem nikomu tam wejść. W Traich nierzadko całymi dniami nie wychodził z domu, jednemu z drwali kazał przynosić co dzień dzbanek mleka, masło, chleb, kawałek suszonego mięsa. I czytał swoich filozofów, Schopenhauera, Kanta, Spinozę. W Traich także prawie przez cały czas, kiedy tam przebywał, zaciągnięte były zasłony. Raz wpadłem na pomysł, kupię sobie bösendorfera, powiedział, ale potem dałem sobie spokój z tym pomysłem, byłoby to przecież kompletne zwariowanie. Przecież od piętnastu lat nie tknąłem fortepianu, powiedział, pomyślałem w gospodzie, niepewny, czy zawołać, czy nie. Uwierzyć w to, że mógłbym zostać artystą, wieść artystyczną egzystencję – to był największy błąd. Nie mogłem jednak od razu uciec w humanistykę, potrzebna mi była ta okrężna droga przez sztukę, powiedział. Czy ty uważasz, że mógłbym zostać wielkim wirtuozem fortepianu?, zapytał mnie i nie czekając, naturalną koleją rzeczy, na odpowiedź, wykrztusił ze śmiechem straszne: Nigdy w życiu. Ty tak, ale ja nie. Ty miałeś to, co trzeba, powiedział, od razu zauważyłem, wystarczyło kilka twoich taktów, a zrozumiałem, ty tak, ale ja nie. A co do Glenna, to od początku było jasne, że jest geniuszem. Nasz amerykańsko-kanadyjski geniusz. Każdy z nas ponosi klęskę z całkowicie odmiennych powodów, powiedział Wertheimer, pomyślałem. Ja nie miałem niczego do udowodnienia, za to wszystko do stracenia, powiedział, pomyślałem. Nasz majątek okazał się prawdopodobnie naszym nieszczęściem, powiedział, a zaraz potem: Glenna jego majątek nie zabił, tylko uczynił z niego geniusza. Tak, i gdybyśmy tylko nigdy nie natknęli się na Glenna, powiedział Wertheimer. I gdyby tylko nic dla nas nie znaczyło nazwisko Horowitz. I gdybyśmy nigdy nie przyjechali do Salzburga!, powiedział. W tym mieście, zaczynając naukę u Horowitza i poznając Glenna, wydaliśmy na siebie wyrok śmierci. Nasz przyjaciel oznaczał dla nas śmierć. Bo przecież byliśmy lepsi od wszystkich uczniów Horowitza, no ale Glenn był lepszy od samego Horowitza, powiedział Wertheimer, jeszcze słyszę jego słowa, pomyślałem. Z drugiej strony, my pozostaliśmy przy życiu, a on nie. Tylu już z jego kręgu nie żyje, tylu krewnych, przyjaciół, znajomych, żadna z tych śmierci absolutnie nim nie wstrząsnęła, śmierć Glenna natomiast stanowiła dla niego śmiertelny cios, słowo śmiertelny wypowiedział z niesamowitą precyzją. Nie musimy przecież być z kimś razem, żeby czuć się z nim związanym bardziej niż z kimkolwiek w świecie, powiedział. Śmierć Glenna wstrząsnęła nim do głębi, tak powiedział, pomyślałem, stojąc w gospodzie. Choć tę śmierć można było przewidzieć lepiej niż jakąkolwiek inną w świecie, była czymś oczywistym, tak się wyraził. Mimo wszystko nie możemy jej pojąć, rozumiemy, zgoda, ale pojąć nie jesteśmy w stanie. Glenn rozkoszował się wprost słowem Przegrany, jak i pojęciem Przegranego, pamiętam, że przyszło mu to do głowy na Sigmund Haffnergasse. Jak dobrze się ludziom przypatrzyć, to widzi się tylko kaleki, powiedział do nas kiedyś Glenn, okaleczonych zewnętrznie lub wewnętrznie, bądź też wewnętrznie oraz zewnętrznie, samych okaleczonych, innych nie ma, pomyślałem. Im dłużej się komuś przyglądać, tym większym wyda się kaleką, jest bowiem tak okaleczony, że nie chcemy tego przyjąć do wiadomości, a jednak tak jest. Świat pełen jest kalek. Wychodzimy na ulicę, widzimy same kaleki. Zapraszamy do domu człowieka, a przychodzi kaleka, powtarzał Glenn, pomyślałem. Faktycznie, zawsze to sam wciąż stwierdzałem, Glenn mógł to tylko potwierdzić. Wertheimer, Glenn, ja sam, same kaleki, pomyślałem. Przyjaźń, wspólnota w sztuce, pomyślałem, mój Boże, to obłęd! Ocalony! Ja tylko przeżyłem. Teraz jestem całkiem sam, pomyślałem, w moim życiu było bowiem, tak naprawdę, tylko dwóch ludzi, którzy się w nim liczyli: Glenn i Wertheimer. A teraz Glenn i Wertheimer nie żyją, a ja muszę się z tym faktem uporać. Gospoda sprawiała na mnie wrażenie podupadłej, jak wszystkie gospody w tej okolicy, jak we wszystkich wszystko było tu brudne, a powietrze, że tak powiem, można było kroić nożem. Wszystko w niej było niechlujne. Dawno już mogłem zawołać właścicielkę gospody, którą znałem, ale nie uczyniłem tego. Wertheimer sypiał ponoć z właścicielką, rzecz jasna w jej gospodzie, nie w jego pawilonie myśliwskim, przynajmniej tak mówią ludzie, pomyślałem. Glenn w gruncie rzeczy grał wyłącznie Wariacje Goldbergowskie oraz Kunst der Fuge, nawet wtedy, gdy grał coś innego, Brahmsa, na przykład, czy Mozarta, Schönberga lub Weberna, których wysoko cenił, choć Schönberga stawiał wyżej od Weberna, a nie, jak można by sądzić, odwrotnie. Wertheimer wielokrotnie zapraszał Glenna do Traich, ale Glenn po koncercie na Festiwalu Salzburskim nie przyjechał już nigdy do Europy. Nie korespondowaliśmy też z sobą, trudno bowiem uważać za korespondencję tych parę kartek, które posłaliśmy sobie w ciągu tylu lat. Glenn wysyłał nam na bieżąco swoje płyty, a my mu za nie dziękowaliśmy, to wszystko. W gruncie rzeczy przyjaźń, która nas łączyła, nie miała w sobie nic z sentymentalizmu, także Wertheimer był przecież całkowicie niesentymentalny, nawet jeżeli wydawało się, że jest przeciwnie. Kiedy lamentował, w jego lamencie nie było sentymentalizmu, tylko wyrachowanie, kalkulacja. Pomysł odwiedzenia pawilonu myśliwskiego Wertheimera teraz, po jego śmierci, wydał mi się naraz niedorzeczny, złapałem się za głowę, choć tak naprawdę się nie złapałem. Ale moje postępowanie nie ma w sobie nic z sentymentalizmu, pomyślałem, rozglądając się po gospodzie. Najpierw chciałem tylko zobaczyć wiedeńskie mieszkanie przy Kohlmarkt, później jednak postanowiłem najpierw pojechać do Traich i jeszcze raz obejrzeć pawilon myśliwski, w którym Wertheimer przeżył dwa ostatnie lata, jak mi wiadomo, w strasznych warunkach. Po ślubie siostry z trudem wytrzymał trzy miesiące w Wiedniu, błądził po mieście, jak mogę sobie wyobrazić, bez przerwy wyklinając siostrę, aż znalazł się w takim stanie, że musiał po prostu wyjechać z Wiednia i zaszyć się w Traich. Przeraziła mnie jego ostatnia kartka do Madrytu. Charakter pisma zdradzał już starego człowieka, na tej kartce, informującej o rzeczach bez wzajemnego związku, trudno było nie zauważyć oznak jakiegoś szaleństwa. Ja nie myślałem jednak nawet o tym, by jechać do Austrii, zamknięty w mieszkaniu przy Calle del Prado, zbyt intensywnie zajęty byłem pracą O Glennie Gouldzie, nie mógłbym w żadnym wypadku przerwać tej pracy, to bowiem pogrzebałoby szansę jej ukończenia, a nie chciałem tego ryzykować, więc w ogóle nie odpowiedziałem na kartkę Wertheimera, która już w trakcie lektury zaczęła budzić moje obawy. Wertheimer podsunął myśl, żebyśmy polecieli do Ameryki na pogrzeb Glenna, ja jednak się nie zgodziłem, a on nie chciał lecieć sam. Dopiero trzy dni po powieszeniu się Wertheimera przyszło mi na myśl, że i on, tak jak Glenn, dożył pięćdziesięciu jeden lat. Po przekroczeniu pięćdziesięciu lat wydajemy się sobie nikczemni i bez charakteru, pomyślałem, pytamy się, jak długo będziemy jeszcze w stanie przetrzymać ten stan. Wielu zabija się w pięćdziesiątym pierwszym roku życia, pomyślałem. Wielu, owszem, w pięćdziesiątym drugim, ale więcej w pięćdziesiątym pierwszym. Obojętne, czy ktoś w pięćdziesiątym pierwszym roku się zabije, czy też umrze w pięćdziesiątym pierwszym roku, jak to się mówi, śmiercią naturalną, wszystko jedno, czy umrze jak Glenn, czy jak Wertheimer. Powodem tego jest bardzo często wstyd, odczuwany przez pięćdziesięciolatka po przekroczeniu pięćdziesiątego roku życia, właśnie z powodu przekroczenia tego progu. Ponieważ pięćdziesiąt lat absolutnie wystarcza, pomyślałem. To nikczemne przeżycie, kiedy po przekroczeniu pięćdziesięciu lat wciąż pozostajemy przy życiu, obstajemy przy egzystencji. Przez tchórzostwo przekraczamy granicę, pomyślałem, politowania godni w dwójnasób po przekroczeniu pięćdziesięciu lat. Teraz ja okryłem się hańbą, pomyślałem. Czułem zawiść wobec umarłych. Przez chwilę pałałem do nich nienawiścią, bo mieli nade mną tę przewagę. Naraz zacząłem wytykać sobie jako błąd to, że pojechałem do Traich powodowany ciekawością, a więc z najniższych pobudek, w gospodzie stojąc i czując do gospody obrzydzenie, największe obrzydzenie czułem do samego siebie. Kto wie zresztą, pomyślałem, czy w ogóle mnie do pawilonu myśliwskiego wpuszczą, niewątpliwie bowiem od dawna są już tam nowi właściciele, którzy nikogo nie przyjmują, a zwłaszcza mnie nie przyjmą, bo jak wiem, zawsze czuli do mnie nienawiść, Wertheimer zawsze bowiem tak mi przedstawiał swych krewnych, że muszę przyjąć, iż nienawidzili mnie równie mocno jak jego i uważają mnie teraz, zresztą chyba słusznie, za wścibskiego intruza z tupetem, pomyślałem. Powinienem był wsiąść w samolot do Madrytu, a tej absolutnie niczemu niesłużącej wyprawy do Traich w ogóle nie podejmować, pomyślałem. Że też miałem czelność stworzyć taką sytuację. Zrozumiałem nagle, że zamieniam się w hienę cmentarną, z tym moim planem oględzin pawilonu myśliwskiego, przejścia po kolei przez wszystkie pokoje w pawilonie myśliwskim, w żadnym wypadku niczego nie pomijając, po to żeby wyrobić sobie o wszystkim opinię. Okropny ze mnie człowiek, pomyślałem, wstrętny, odpychający, i już miałem zawołać właścicielkę, w ostatnim jednak momencie nie uczyniłem tego, nagle zląkłszy się, że jeszcze za wcześnie, że zaraz wyrośnie tu przede mną, za wcześnie ze względu na mój cel, że przerwie mi tok myśli, zniweczy moje dopiero co pomyślane myśli, owe dygresje o Glennie i Wertheimerze, którym dałem teraz do siebie przystęp. Faktycznie, myślałem o tym, do dzisiaj myślę, żeby ewentualnie dokonać oględzin pozostawionych przez Wertheimera tekstów. Wertheimer często mówił o tekstach, które jakoby pisał w przeciągu lat. Zupełnie bez sensu, twierdził, ale Wertheimer miał o sobie przecież wysokie mniemanie, z czego wnoszę, że wcale nie były zupełnie bez sensu, przeciwnie, miały swoją wartość, zwłaszcza Wertheimerowskie przemyślenia warto było zachować, zebrać, uratować, uporządkować, pomyślałem i od razu w myśli ujrzałem przed sobą stertę brulionów (i kartek), przeważnie chyba matematyczno-filozoficznej treści. Jednakże spadkobiercy zapewne nie wypuszczą z rąk owych brulionów (i kartek), wszystkich tych tekstów (i kartek). Mnie zaś w ogóle nie wpuszczą do pawilonu myśliwskiego. Spytają, kim jestem, a kiedy powiem, kim jestem, zatrzasną mi drzwi przed nosem. Na pewno mają o mnie taką straszliwą opinię, że z jej powodu od razu zatrzasną przede mną drzwi, zamkną na cztery spusty. Na ten zwariowany pomysł, żeby pojechać do pawilonu, wpadłem już w Madrycie. Ale niewykluczone, że Wertheimer nikomu oprócz mnie nie wspominał nigdy o tych swoich tekstach (i kartkach), pomyślałem, i gdzieś je ukrył, więc winny mu jestem przynajmniej to, żeby wyszperać te bruliony i teksty (i kartki) i uratować, obojętne jakim kosztem. Po Glennie faktycznie nic się nie zachowało, Glenn nigdy nie robił żadnych zapisków, pomyślałem, w przeciwieństwie do Wertheimera, który bez przerwy coś zapisywał, przez wiele lat, przez dziesiątki lat. Znajdę przede wszystkim coś ciekawego na temat Glenna, pomyślałem, na pewno coś o nas trzech, naszych studenckich czasach, naszych nauczycielach, naszej ewolucji tudzież ewolucji świata, pomyślałem, stojąc w gospodzie i patrząc przez okno do kuchni, przez które jednak nie było nic widać, szyby bowiem były czarne od brudu. I w tej brudnej kuchni gotuje się dla gości, z tej brudnej kuchni zanosi się gościom jedzenie do sali gospody, pomyślałem. Austriackie gospody, wszystkie bez wyjątku, są brudne, niechlujne, pomyślałem, zgoła niemożliwością jest w takiej gospodzie otrzymanie czystego obrusu, nie mówiąc już o serwetce z materiału, co na przykład w Szwajcarii jest czymś oczywistym. Nawet w najbardziej niepozornej gospodzie w Szwajcarii jest czysto i schludnie, a u nas w Austrii nawet w hotelach brudno i niechlujnie. A co dopiero w pokojach!, pomyślałem. Raz już użytą pościel często prasuje się tam dla następnego gościa i nie należy do rzadkości, że w umywalce można znaleźć włosy poprzedniego. W austriackich gospodach zawsze zbierało mi się na wymioty, pomyślałem. Naczynia nigdy nie grzeszą czystością, zaś sztućce, gdy przyjrzeć im się z bliska, niemal zawsze są brudne. Ale Wertheimer bardzo często chodził jeść do tej gospody, przynajmniej raz na dzień chcę widzieć ludzi, mawiał, choćby tę podupadłą, zaniedbaną, brudną właścicielkę. I tak z jednej klatki uciekam do drugiej, mówił raz Wertheimer, z mieszkania przy Kohlmarkt do Traich i z powrotem, powiedział, pomyślałem. Z katastrofalnej klatki w wielkim mieście do katastrofalnej klatki w lesie. Raz chowam się tu, raz tam, raz w perwersji miasta przy Kohlmarkt, raz w perwersji wiejskiego lasu. Wymykam się z jednej, po to by wemknąć się w drugą. Już tak do końca życia. Ale już tak do tego przywykłem, że nic innego nie mogę sobie nawet wyobrazić, powiedział. Glenn zamknął się w swojej amerykańskiej klatce, a ja w mojej, w Górnej Austrii, powiedział Wertheimer, pomyślałem. On ze swoją megalomanią, ja z moją rozpaczą. Wszyscy trzej z tą naszą rozpaczą, powiedział, pomyślałem. Opowiadałem Glennowi o naszym pawilonie myśliwskim, powiedział Wertheimer, jestem przekonany, że dlatego Glenn wpadł na pomysł, żeby zbudować sobie ten dom w lesie, to jego studio, tę jego machinę rozpaczy, powiedział raz Wertheimer, pomyślałem. Trzeba zwariować, żeby pośrodku lasu na całkowitym odludziu urządzić sobie studio w domu położonym całe mile od świata, coś takiego może sobie zrobić wyłącznie ktoś zwariowany, to słowa Wertheimera. Ja nie musiałem budować sobie studia rozpaczy, ja już je miałem, w Traich. Po ojcu, który wytrzymał tu sam przez wiele lat, mniej kaprysił, mniej lamentował, mniej się nad sobą użalał, mniej narażał na śmiech, powiedział raz, słowa Wertheimera. Mamy wprost idealną dla nas siostrę, a ta opuszcza nas w najmniej dla nas fortunnym momencie, zupełnie bez skrupułów, powiedział Wertheimer. Jedzie do Szwajcarii, w której wszystko jest zgnuśniałe, Szwajcaria to w Europie kraj najbardziej zmurszały, powiedział, w Szwajcarii zawsze miałem wrażenie, że znalazłem się w burdelu, powiedział. Dziwka Szwajcaria, tak w mieście, jako i na wsi, powiedział. Sankt Moritz, Saas Fee, Gstaad, same domy publiczne, już nie wspominając o Zurychu, Bazylei, burdele świata, powtarzał Wertheimer wielokrotnie, światowe burdele, burdele świata, nic poza tym. Choćby to mroczne miasto Chur, w którym jeszcze do dziś o wszystkim bez wyjątku wszystko do powiedzenia ma wyłącznie arcybiskup!, wykrzykiwał. I tam właśnie wyprowadza się moja siostra, uciekając przede mną, przed swoim okrutnym bratem, który zniszczył jej życie i istnienie!, powiedział Wertheimer, pomyślałem. Do Zizers, w którym obrzydliwy odór katolicyzmu wznosi się aż do samego nieba! Śmierć Glenna wstrząsnęła nim do głębi, jeszcze teraz wyraźnie słyszałem jego głos, stojąc w sali gospody, wciąż w jednym miejscu, przez ten czas postawiwszy jedynie torbę na podłodze. Wertheimer musiał się zabić, powiedziałem sobie, nie miał już przed sobą przyszłości. Do cna się przeżył, do końca zużył swoje istnienie. Całkiem do niego pasuje, że sypiał z właścicielką gospody, pomyślałem, przenosząc wzrok na sufit, z myślą, że łączyli ciała przypuszczalnie w łożu gospodyni, dokładnie nad salą gospody. Wyniosły esteta w tym zbrukanym łożu, pomyślałem. Nadwrażliwiec, który wiecznie tylko myślał, że może żyć wyłącznie z Schopenhauerem, Kantem czy Spinozą, sypia w regularnych, z grubsza, interwałach, z właścicielką gospody pod ciężką pierzyną z kurzego pierza. Wpierw musiałem głośno się zaśmiać, a potem naszły mnie mdłości. Ale nawet tego śmiechu nikt nie słyszał. Ani śladu właścicielki. W miarę jak patrzyłem, dostrzegałem w sali gospody coraz większy brud, cała gospoda wydawała mi się coraz wątpliwszej reputacji. Nie miałem jednak innego wyboru, w tej okolicy była tylko ta jedna gospoda. Glenn, pomyślałem, nigdy nie zagrał Chopina. Odrzucał wszelkie zaproszenia, najwyższe honoraria. Każdego, kto uważał go za nieszczęśliwego, przekonywał nieustannie, że jest najszczęśliwszym człowiekiem w świecie, prawdziwym szczęściarzem. Muzyka/opętanie/żądza sławy/Glenn – zanotowałem kiedyś w moim pierwszym madryckim brulionie. Ci ludzie z Puerta del Sol, których opisałem Glennowi w liście z sześćdziesiątego trzeciego, po odkryciu Hardy’ego. Opis walki byków, refleksje z parku Retiro, pomyślałem, Glenn nigdy nie potwierdził, że list otrzymał. Wertheimer często zapraszał Glenna do Traich, pawilon myśliwski to byłoby pewnie coś dla niego, myślał Wertheimer, ale Glenn ani razu nie skorzystał z zaproszenia, przecież już Wertheimer nie był typem z myśliwskiego pawilonu, a co dopiero Glenn. Horowitz nie był takim matematykiem, jakim był Glenn. Był. Mówimy jest, a potem naraz już był, to straszne był, pomyślałem. Wertheimer wchodził mi w słowo, kiedy na przykład rozprawiałem o Schönbergu, Glenn nigdy. Nie znosił tego, że ktoś więcej od niego wie, nie mógł wytrzymać, że ktoś wyłuszcza mu coś, o czym on mógł nie wiedzieć. Wstydził się własnej niewiedzy, pomyślałem, stojąc w gospodzie, w oczekiwaniu na właścicielkę. Z drugiej strony to Wertheimer był spośród nas typem czytelnika, nie Glenn, nie ja, ja nie czytałem wiele, a jeśli już, to zawsze to samo, te same książki tych samych pisarzy, tych samych filozofów wciąż na nowo, jakby to byli zawsze wciąż inni. Przyswoiłem sobie sztukę przyjmowania wciąż tego samego jako zawsze czegoś innego, i rozwinąłem ją, wznosząc się na niebotyczne wyżyny, ani Wertheimer, ani Glenn nie mieli do tego talentu. Glenn nie czytał niemal wcale, czuł odrazę do literatury, bardzo to było dla niego typowe. Wyłącznie to, co służy mojemu zasadniczemu celowi, powiedział kiedyś, mojej sztuce. W głowie miał całego Bacha, również Händla, wiele z Mozarta, wszystko, co napisał Bartók, po prostu mógł siąść i całymi godzinami interpretować, by użyć jego własnego określenia, rzecz jasna interpretować bezbłędnie, glennialnie, jak to sformułował Wertheimer. Już od pierwszej chwili, w gruncie rzeczy, kiedy spotkałem Glenna na Mönchsbergu, nie ulegało dla mnie najmniejszej wątpliwości, że mam do czynienia z człowiekiem absolutnie wyjątkowym, najbardziej wyjątkowym, na jakiego natknąłem się w życiu, pomyślałem. Fizjonomista we mnie mówi mi, że się nie mylę. A po latach świat, że tak powiem, oficjalnie to potwierdził, co zresztą przyjąłem nie bez przykrego uczucia, jak wszystko potwierdzone przez gazety. Jesteśmy, nie mamy innego wyboru, wyraził się raz Glenn. Zupełny nonsens, ale musimy przez to przejść, nawet on, pomyślałem. Śmierć Wertheimera też można było przewidzieć, pomyślałem. Dziwnym wszakże trafem Wertheimer wciąż mówił, że to ja się zabiję, że powieszę się w lesie, w twoim ukochanym parku Retiro, raz mi powiedział, pomyślałem. Nigdy nie wybaczył mi tego, że spakowałem manatki i słowa nie mówiąc nikomu, wyniosłem się do Madrytu, zostawiwszy wszystko w Austrii. Tak już przywykł do tych naszych wspólnych eskapad po Wiedniu, przez tyle lat, co najmniej dziesięć, nawiasem mówiąc, zawsze jego trasą, nie moją, pomyślałem. Zawsze chodził szybciej ode mnie, z trudem za nim nadążałem, choć to on był tym chorym, nie ja, właśnie dlatego, że on był tym chorym, zawsze się przede mnie wysuwał, pomyślałem, już na samym początku zostawiał mnie w tyle. Przegrany to był genialny wynalazek Glenna, pomyślałem, Glenn już w pierwszej chwili Wertheimera przejrzał, wszystkich, których widział po raz pierwszy, potrafił natychmiast przejrzeć na wskroś. Wertheimer wstawał o piątej rano, ja o wpół do szóstej, podczas gdy Glenn dopiero o wpół do dziesiątej, kładł się bowiem dopiero koło czwartej nad ranem, nie po to, żeby spać, tylko, jak powiadał, żeby dać wybrzmieć swemu wyczerpaniu. Zabić się – teraz ja, skoro Glenn nie żyje, Wertheimer się zabił, pomyślałem, rozglądając się po sali gospody. Także Glenn zawsze bał się wilgoci w austriackich gospodach, bał się, że w tych austriackich gospodach, zawsze źle wietrzonych lub wręcz nigdy niewietrzonych, spotka go śmierć. I faktycznie, wielu już spotkała śmierć w naszych gospodach, właściciele gospód nie otwierają okien, nawet latem, w ten sposób wilgoć osadza się już na zawsze w murach. No i to wszędzie panoszące się nowobezguście, pomyślałem, niepohamowanie krocząca totalna proletaryzacja, która nie oszczędza nawet naszych najpiękniejszych gospód. Żadne słowo nie stało się dla mnie równie ohydne jak słowo socjalizm – kiedy pomyślę, czego ludzie się dopuścili w imię tego konceptu. Na każdym kroku nic tylko ten arcywulgarny socjalizm tych naszych arcywulgarnych socjalistów, którzy wykorzystują socjalizm przeciw ludowi, a z czasem zrobili z niego coś równie wulgarnego jak oni sami. Na każdym kroku, gdziekolwiek spojrzeć, człowiek widzi i czuje ten morderczy, ordynarny socjalizm, wszystko przeniknęło nim już do cna. Znam pokoje w tej gospodzie, pomyślałem, cuchnie od nich śmiercią. Nagle uprzytomniłem sobie, że to bezecny pomysł, przyjechać do Wankham tylko w tym celu, by jeszcze raz zobaczyć pawilon myśliwski. Z drugiej strony, odpowiedziałem sobie natychmiast, jestem to winien Wertheimerowi, tak właśnie do siebie powiedziałem, jestem to winien Wertheimerowi, głośno do siebie powiedziałem. Do jednego kłamstwa dołączyło się drugie. Ponownie owładnęła mną ciekawość, tak dla mnie typowa. Niewykluczone, że spadkobiercy całkiem już opróżnili pawilon myśliwski, pomyślałem, że zmienili go nie do poznania, postępowanie spadkobierców nierzadko bowiem cechuje od razu wielka bezwzględność, wprost niewyobrażalna. Nierzadko już parę godzin po zgonie darczyńcy, jak to się mówi, opróżniają wszystko i wszystko wyrzucają, i nikogo w ogóle nie chcą dopuścić w pobliże. A nikt swoich krewnych w okropniejszym świetle nie przedstawiał niż Wertheimer, nikt bardziej nie mieszał ich z błotem. Ojca, matki, siostry nienawidził, wszystkich ich obarczał winą za swoje nieszczęście. Że musi tak egzystować, bez przerwy im zarzucał, że go wrzucili, od góry, w tę straszliwą machinę egzystencji, która musiała go potem, całkowicie zmiażdżonego, wypluć na dole. Nie było przed tym obrony, wciąż powtarzał. W tę machinę egzystencji wrzuciła dziecko matka, ojciec zaś przez całe życie czuwał nad funkcjonowaniem tej machiny egzystencji, skrupulatnie siekającej jego syna na kawałki. Rodzice doskonale wiedzą, że nieszczęście, którym sami są, będą utrwalać we własnych dzieciach, działają z okrucieństwem, produkują dzieci, a potem wrzucają je w tę machinę egzystencji, to jego słowa, pomyślałem, przyglądając się sali gospody. Wertheimera zobaczyłem po raz pierwszy na Nussdorferstrasse, przed Markthalle. Kupcem, jak ojciec, miał zostać, ale i tym nie został, czym sam chciał, to znaczy muzykiem, tylko został zniszczony przez tak zwaną humanistykę, to jego własne słowa. Uciekamy od jednego, rzucając się w drugie, aby się zniszczyć, to jego słowa. Ruszamy wciąż w drogę, by w końcu zejść z drogi, dać za wygraną, to jego słowa. Miał słabość do cmentarzy, tak jak ja, całymi dniami wyłącznie na cmentarzach w Döblingu i w Neustift am Walde, pomyślałem. I przez całe życie pragnął być całkiem sam, pomyślałem, ja zresztą też. Wertheimer nie podróżował wiele, tak jak ja. Nie miał pasji ustawicznego zmieniania miejsca. Raz był z rodzicami w Egipcie, to wszystko. Gdy tymczasem ja wykorzystywałem każdą sposobność wyjazdu, obojętne dokąd, pierwszy raz do Wenecji, z lekarską torbą dziadka i stu pięćdziesięcioma szylingami na dziesięć dni, w dodatku jeszcze codziennie chodząc do Accademii i na przedstawienia w Teatro Fenice. Tankred po raz pierwszy w Fenice, pomyślałem, po raz pierwszy pragnienie, by spróbować swych sił w muzyce. Wertheimer był zawsze tylko Przegranym. Nikt inny nie przemierzył tylu co on wiedeńskich ulic – biegał po wszystkich po kolei, we wszystkich po kolei kierunkach i z powrotem, do całkowitego wyczerpania. Manewry mylące, pomyślałem. Obuwie zużywał w błyskawicznym tempie. Fetyszysta obuwniczy, tak też mówił o Wertheimerze Glenn, jak sądzę, w mieszkaniu przy Kohlmarkt stały setki par butów, również z tego powodu doprowadzał siostrę do obłędu. Podziwiał, naprawdę kochał siostrę, pomyślałem, a z drugiej strony z czasem doprowadził ją do obłędu. W ostatniej zaiste chwili umknęła mu do Zizers koło Chur, urwała kontakty, zostawiła go samego w Wiedniu. Jej ubrania zostawił w szafach, tak jak ona je zostawiła. W ogóle nie tykał się niczego, co do niej uprzednio należało. Tak naprawdę, to wykorzystywałem siostrę wyłącznie do odwracania stron, powiedział kiedyś, pomyślałem. Nikt nie potrafił równie dobrze jak ona odwracać stron, nauczyłem ją tego we właściwy mi, bezwzględny sposób, wcześniej nie znała nut. Geniusz w odwracaniu stron, powiedział o niej kiedyś, pomyślałem. Zdegradował siostrę do roli osoby odwracającej strony, na dłuższą metę musiała mieć dosyć. Jego ustawiczne nigdy nie znajdzie męża okazało się okrutną pomyłką, pomyślałem. Wertheimer zbudował dla swej siostry absolutnie pewne więzienie, klatkę, z której nie można było umknąć, a przecież mu się wymknęła, z dnia na dzień, jak to się mówi. Wywołało to u Wertheimera okropne poczucie upokorzenia. Siedząc w fotelu, myślał już tylko o tym, żeby się zabić, jego własne słowa, pomyślałem, całymi dniami rozmyślał zasępiony, w jaki sposób, ale przecież tego nie uczynił. Już śmierć Glenna spowodowała zapewne, że myśli o samobójstwie stały się dla niego czymś zwyczajnym, chronicznym stanem, ucieczka siostry stan ów jeszcze pogłębiła. Wraz ze śmiercią Glenna, z całą siłą tego, co stało się już faktem, dotarła do Wertheimera świadomość własnej klęski. Co do siostry jednakże, to widział w niej wyłącznie ordynarność, podłość, przez którą zostawiła go w największej potrzebie, rzuciła dla absolutnie tuzinkowego Szwajcara, takiego, co to nosi niemodne płaszcze przeciwdeszczowe z klapami w szpic i wkłada buty od Bally’ego z mosiężną klamerką, to jego słowa, pomyślałem. Powinienem był zabronić jej wizyt u tego ohydnego internisty Horcha (jej lekarza!), powiedział, u niego bowiem poznała Szwajcara. Lekarze mają konszachty z właścicielami koncernów chemicznych, powiedział, pomyślałem. Zabronić wizyt – żeby tak traktować czterdziestosześcioletnią siostrę, pomyślałem. Czterdziestosześcioletnia, a musiała prosić go o pozwolenie na wyjście, pomyślałem, i składać raporty o przebiegu każdego z takich wyjść. Na początku sądził, Wertheimer, że Szwajcar, którego zaklasyfikował natychmiast jako człowieka absolutnie pozbawionego skrupułów, poślubił ją wyłącznie przez wzgląd na jej zamożność, ale później okazało się, że Szwajcar jest przecież dużo bogatszy od nich dwojga razem wziętych, do nieprzyzwoitości, szwajcarsko bogaty, to znaczy wielokrotnie bogatszy niż austriacko bogaty, to jego słowa. Ojciec tego człowieka (Szwajcara), słowa Wertheimera, był ponoć jednym z dyrektorów zuryskiego banku Leu, przedstaw sobie, to słowa Wertheimera, a syn jest właścicielem wielkiego koncernu chemicznego! Pierwsza żona Szwajcara zmarła w niewyjaśnionych okolicznościach, nikt nie wie, co się naprawdę zdarzyło. Moja siostra drugą żoną jakiegoś dorobkiewicza, to słowa Wertheimera, pomyślałem. Raz przesiedział osiem godzin w lodowatej katedrze św. Stefana, wpatrując się w ołtarz, kościelny musiał go stamtąd wyprowadzić, mówiąc mu: Zamykamy, proszę pana. Wychodząc, dał jeszcze kościelnemu banknot stuszylingowy, bez przemyślenia, zupełny bzik, to słowa Wertheimera. Byłem zdecydowany tak długo siedzieć w katedrze św. Stefana, aż padnę w niej trupem, jego słowa. A jednak mi się nie udało, nawet przy absolutnej koncentracji na tym życzeniu. Nie mogłem się na tym absolutnie skoncentrować, powiedział, a nasze życzenia ziszczają się wyłącznie wówczas, gdy potrafimy absolutnie się na nich skoncentrować. Od dzieciństwa pragnął śmierci, pragnął położyć sobie kres, jak to się mówi, ale nigdy nie potrafił absolutnie się na tym skoncentrować. Nie mógł się z tym uporać, pogodzić się z tym, że rodzi się w świat, który tak naprawdę w każdej kwestii mierził go tylko, świat obmierzły w absolutnie każdym szczególe od samego początku. Przybyło mu lat, a on wciąż wierzył, że owo pragnienie śmierci osłabnie wraz z wiekiem, naraz zniknie, owo pragnienie stawało się jednak z roku na rok coraz silniejsze, nie na tyle wszakże, by mógł się na nim skoncentrować z absolutną intensywnością, to jego słowa. W samobójstwie przeszkodziła mi moja niesłabnąca ciekawość, to jego słowa, pomyślałem. Własnemu ojcu nie wybaczamy, że nas wyprodukował, matce, że nas wyrzuciła, powiedział, siostrze zaś, że jest ustawicznie świadkiem naszego nieszczęścia. Istnieć znaczy przecież, że rozpaczamy, nic innego, to jego słowa. Kiedy wstaję, myślę z obrzydzeniem o sobie, ze wstrętem o tym, co mnie czeka. Kiedy się kładę, niczego innego nie pragnę, tylko żeby umrzeć, nigdy się nie obudzić, ale potem budzę się na nowo, powtarza się ten ohydny proces, już tak od pięćdziesięciu lat się powtarza, to jego słowa. Pomyśleć tylko, że przez pięćdziesiąt lat niczego bardziej nie pragniemy niż śmierci, a mimo to wciąż pozostajemy przy życiu i nic na to nie można poradzić, jesteśmy bowiem kompletnie niekonsekwentni, jego słowa. Jesteśmy bowiem przeraźliwie żałośni, przeraźliwie niegodziwi. Muzyczne beztalencia!, wykrzykiwał, beztalencia egzystencjalne. Do tego stopnia jesteśmy zarozumiali, że jawi się nam, iż potrafimy nauczyć się muzyki, a nie jesteśmy nawet zdolni do tego, by żyć, nie jesteśmy nawet w stanie prowadzić egzystencji, to ona nas prowadzi!, powiedział raz, to jego słowa, na Währigerstrasse, po czteroipółgodzinnej wędrówce, kiedy przemierzywszy wzdłuż i wszerz całe Brigittenau, znaleźliśmy się na skraju kompletnego wyczerpania. Przedtem mogliśmy pół nocy spędzić w Koralu, powiedział, teraz nie zaglądamy nawet do Koloseum!, to jego słowa, jak to wszystko się zmieniło, poszło w najgorsze. Myślimy, że mamy przyjaciela, ale z czasem spostrzegamy, że nie, że nie mamy przyjaciela, nie mamy bowiem absolutnie nikogo, taka jest prawda, to jego słowa. Wszystko z czasem okazało się strasznym błędem, to przywiązanie do bösendorfera. Glenn miał szczęście, padł przy własnym steinwayu, w środku Wariacji Goldbergowskich. On zaś, Wertheimer, od lat próbuje paść, ale bezskutecznie. Wielekroć chodził z siostrą na przechadzkę po, jak to się nazywa, głównej alei Prateru, żeby podreperowała zdrowie, to jego słowa, żeby pooddychała sobie świeżym powietrzem, ale ona oczywiście nie potrafiła docenić tych wycieczek, czemu wciąż główna aleja Prateru, a nie Burgenland, czemu główna aleja Prateru, a nie Kreuzenstein czy Retz, nigdy nie można było jej dogodzić, robiłem wszystko, by jej dogodzić, mogła sobie kupić taką suknię, jakiej sobie tylko życzyła, to jego słowa. Tak ją rozpieszczałem, jego słowa. A kiedy owo rozpieszczanie osiągnęło swe apogeum, najwyższy punkt, jego słowa, po prostu mi uciekła, do Zizers koło Chur, w tę straszliwą okolicę. Wszyscy uciekają do Szwajcarii, jak już nie bardzo wiedzą co dalej, jego słowa, pomyślałem. Ale Szwajcaria okazuje się w końcu dla nich wszystkich wyłącznie celą śmierci, wszyscy po kolei zostają w Szwajcarii przez Szwajcarię zduszeni, tak jak i moja siostra zostanie zduszona przez Szwajcarię, on o tym wie już z góry, to całe Zizers ją zabije, zabije ją ten cały Szwajcar, zabije ją ta cała Szwajcaria, to jego słowa, pomyślałem. Akurat w Zizers, to perwersyjne słowo kuriozum!, jego słowa, pomyślałem. Niewykluczone, że taki był plan rodziców, powiedział, ja i siostra na całe życie, że to rodzicielska koncepcja, kalkulacja. Z owego planu rodziców, z owej rodzicielskiej kalkulacji nic jednak nie wyszło. Spłodzimy sobie syna, pomyśleli sobie pewnie rodzice, no i jeszcze damy mu siostrę, a potem oboje będą sobie żyli, dopóki śmierć ich nie rozłączy, wspierając się wzajemnie, wzajemnie się niszcząc, niewykluczone, że to pomysł rodziców, diabelski zamysł rodziców, to jego słowa. Rodzice mogą mieć swoje plany i koncepcje, ale nic z nich nie wychodzi, naturalną koleją rzeczy, to jego słowa. Siostra nie trzymała się tego planu, jest silniejsza, jego słowa, ja zawsze byłem tym słabym, zdecydowanie najsłabszym elementem, słowa Wertheimera. Wchodząc na górę, nie mógł prawie złapać oddechu, ale był zawsze przede mną. Nie mógł wchodzić po schodach, a mimo to wszedł na trzecie piętro przede mną, samobójcze próby, pomyślałem teraz, rozglądając się po sali gospody, nieudane próby umknięcia egzystencji. Raz zabrał siostrę do Pasawy, ponieważ ojciec mu wpoił, że Pasawa to piękne miasto, odprężające, nadzwyczajne, zaraz jednak po przyjeździe do Pasawy zobaczyli, że Pasawa to naprawdę jedno z najszpetniejszych miast w ogóle, miasto, które małpuje tylko Salzburg, które może się chełpić jedynie bezsilnością, szpetotą i niezgrabnością najohydniejszego sortu i które z przewrotną pychą każe się nazywać miastem trzech rzek. Już po zrobieniu kilku kroków w tym mieście trzech rzek natychmiast zawrócili, a ponieważ następny pociąg do Wiednia odjeżdżał dopiero za kilka godzin, musieli wracać do Wiednia taksówką. Po tej wyprawie do Pasawy na całe lata zrezygnowali z dalszych podróży, pomyślałem. Potem, przez kilka lat, wystarczyło, by siostra choćby wspomniała, że ma ochotę dokądś pojechać, Wertheimer natychmiast kwitował to krótkim: Pomyśl o Pasawie!, tym samym dusząc w zarodku jakąkolwiek dyskusję z siostrą o podróży. W miejscu oddanego na licytację fortepianu Bösendorfera postawione zostało teraz józefińskie biurko, pomyślałem. Ale nie musimy przecież wciąż bez ustanku studiować, pomyślałem, wystarczy w zupełności to, że tylko myślimy, myślimy i nic więcej, i dajemy naszym myślom po prostu swobodnie się rozwijać. Że pójdziemy za naszym (filozoficznym) światopoglądem tudzież oddamy się całkiem owemu (filozoficznemu) światopoglądowi, ale akurat to jest najtrudniejsze, pomyślałem. Wertheimer, w czasie, kiedy oddał fortepian Bösendorfera na licytację, nie potrafił tego uczynić, zresztą później też nie, w odróżnieniu ode mnie, bo ja potrafiłem tak postąpić, pomyślałem. Na tym polegała moja przewaga i właśnie dlatego mogłem zdobyć się na to, by pewnego dnia, zabierając z sobą zaledwie małą torbę podróżną, wynieść się z Austrii, wyjechać najpierw do Portugalii, następnie do Hiszpanii, i zamieszkać przy Calle del Prado, zaraz obok Sotheby. Z nagła, że tak powiem z dnia na dzień, stałem się artystą (filozoficznego) światopoglądu. Nie mogłem powstrzymać się od śmiechu z powodu tego określenia, które raptem przyszło mi do głowy. Zrobiłem parę kroków w stronę okna do kuchni, ale wiedziałem już przecież, że przez okno do kuchni nie sposób było do kuchni zajrzeć, było bowiem ono, jak wspomniałem, od góry do dołu oblepione brudem. W całej Austrii okna do kuchni zawsze są całe pokryte brudem, niczego przez nie nie da się zobaczyć, a to, pomyślałem, że niczego przez nie nie da się zobaczyć, stanowi wielki plus, naturalną koleją rzeczy, bo nie zobaczy się wielkiej katastrofy, austriackiego brudnokuchennego chaosu. Przeszedłem więc z powrotem tych parę kroków, które zrobiłem, podchodząc do okna do kuchni, wracając tam, gdzie uprzednio przez cały czas stałem. Glenn umarł w momencie dla siebie najkorzystniejszym, pomyślałem, natomiast Wertheimer nie zabił się w najkorzystniejszym dla siebie momencie, ten, kto się zabija, nigdy nie zabija się w najkorzystniejszym dla siebie momencie, natomiast tak zwana śmierć naturalna jest zawsze śmiercią w najkorzystniejszym momencie. Wertheimer chciał z wielką gorliwością pójść w ślady Glenna, pomyślałem, a jednocześnie pokazać siostrze, odpłacić tą samą monetą, właśnie dlatego powiesił się zaledwie sto kroków od jej domu w Zizers. Wykupił w Chur bilet do Zizers, pojechał do Zizers i sto kroków od domu siostry się powiesił. Przez kilka dni nie rozpoznano, kim był znaleziony. Dopiero po czterech, pięciu dniach po znalezieniu go, jeden z urzędników szpitala w Chur zwrócił uwagę na nazwisko Wertheimer i nazwisko Wertheimer skojarzył z nazwiskiem żony właściciela koncernu chemicznego, znanej mu uprzednio jako Frau Wertheimer. Zdumiony urzędnik zaczął rozpytywać w Zizers, czy nie ma związku między leżącym w prosektorium samobójcą Wertheimerem a żoną właściciela koncernu chemicznego w Zizers. Siostra Wertheimera, której nic nie było wiadomo, że ktoś powiesił się sto kroków od jej domu, natychmiast pojechała do Chur, do prosektorium, i brata, jak to się mówi, zidentyfikowała. Rachuby Wertheimera sprawdziły się: na całe życie wtrącił siostrę w poczucie winy, wybierając sam, pomyślałem, w jaki sposób i w jakim miejscu popełni samobójstwo. Jak to pasuje do Wertheimera, tego rodzaju rachuby, pomyślałem. Ale tym samym okazał się żałosny, pomyślałem. Wyjeżdżając z Traich, już powziął zamiar powieszenia się na drzewie sto kroków od domu siostry, pomyślałem. Od dawna z wyrachowaniem planowane samobójstwo, pomyślałem, a nie spontaniczny akt rozpaczy. Z Madrytu nie pojechałbym na jego pogrzeb do Chur, pomyślałem, ale ponieważ byłem już w Wiedniu, wydało mi się oczywiste, że mam jechać do Chur. A z Chur do Traich. Teraz wszakże naszły mnie poważne wątpliwości, czy nie lepiej jednak byłoby z Chur pojechać prosto do Wiednia, a nie zatrzymywać się w Traich, naraz nie bardzo już wiedziałem, po co tu właściwie jestem, chyba żeby zaspokoić jakiś rodzaj na wskroś przecież niskiej ciekawości, to bowiem, żebym miał być tu potrzebny, tylko sobie wmówiłem, przed samym sobą udając, zmyśliłem sobie, że miałbym tu być potrzebny. Siostrze Wertheimera nie powiedziałem zresztą, że mam zamiar pojechać do Traich, jeszcze w Chur nie miałem tego zamiaru, dopiero w pociągu przyszło mi na myśl, żeby wysiąść w Attnang-Puchheim i pojechać do Traich, pomyślałem, a przenocować w Wankham, swoim zwyczajem, jeszcze z czasu wcześniejszych podróży do Traich. Zawsze wiedziałem, że pewnego dnia przyjdę na pogrzeb Wertheimera, nie wiedziałem, naturalną koleją rzeczy, kiedy, ale wiedziałem, że tak będzie, nawet jeśli nigdy tej swojej myśli nie wymówiłem, zwłaszcza przy Wertheimerze, tymczasem on, Wertheimer, mówił mi często, że on przyjdzie pewnego dnia na mój pogrzeb, o tym myślałem, wciąż czekając na właścicielkę gospody. Byłem pewien, że pewnego dnia Wertheimer się zabije, ze wszystkich tych powodów, o których bezustannie myślałem. To nie śmierć Glenna, jak się okazało, popchnęła do samobójstwa Wertheimera, musiała jeszcze odejść od niego siostra, jednakże śmierć Glenna była już dlań początkiem końca, końcowym impulsem zaś miał okazać się ślub siostry ze Szwajcarem. Wertheimer szukał jeszcze ratunku, ustawicznie przemierzając cały Wiedeń, ale owo poszukiwanie zakończyło się porażką, ratunek nie był już możliwy, wyprawy do jego ulubionych robotniczych dzielnic w dwudziestej i dwudziestej pierwszej dzielnicy, a zwłaszcza do Brigittenau, do Kaisermühlen zwłaszcza, na Prater wraz z jego obscenicznościami, Zirkusgasse, Schüttelstrasse, Radetzkystrasse i tak dalej. Całymi miesiącami przemierzał Wiedeń bez wytchnienia, dzień i noc, do upadłego. Na nic się już to nie zdało. Ale i pawilon myśliwski w Traich, który wydawał mu się ostatnią deską egzystencjalnego ratunku, okazał się złudną pomyłką, jak mi wiadomo, najpierw na trzy tygodnie Wertheimer zamknął się w pawilonie myśliwskim, a następnie zaczął chodzić do drwali i zamęczać ich swoimi problemami. Prości ludzie nie rozumieją jednak ludzi skomplikowanych, odrzucają ich z jeszcze większą bezwzględnością niż wszyscy inni, by jeszcze bardziej pogrążyli się w sobie, pomyślałem. Wiara, że tak zwani prości ludzie mogą cię uratować, jest wielką pomyłką. Człowiek idzie do nich w najpilniejszej potrzebie i błaga otwarcie o ratunek, a oni pogrążają go w jeszcze większej rozpaczy. Po co niby mieliby ratować jakiegoś dziwaka z opresji jego dziwactwa, pomyślałem. Kiedy odeszła od niego siostra, Wertheimer nie miał innego wyboru, tylko się zabić, pomyślałem. Chciał wydać książkę, ale nie udało mu się to, wciąż bowiem poprawiał swój rękopis i poprawiał go wciąż na nowo tak długo, aż z rękopisu nic w ogóle nie pozostało, owo poprawianie skończyło się po prostu całkowitym wymazaniem rękopisu, z którego nie pozostało w końcu nic oprócz tytułu Przegrany. Teraz mam już tylko tytuł, powiedział do mnie, no i dobrze. Nie wiem, czy będę miał jeszcze siłę napisać drugą książkę, nie sądzę, powiedział; gdyby Przegrany w końcu się ukazał, powiedział, pomyślałem, musiałbym chyba odebrać sobie życie. Z drugiej jednak strony był typem zapisywacza, gęsto zapisywał setki, tysiące kartek i całe ich sterty układał w mieszkaniu przy Kohlmarkt, jak i w pawilonie myśliwskim w Traich. Może rzeczywiście interesują cię te kartki, może z ich powodu nie wysiadłeś w Attnang-Puchheim, powiedziałem do siebie. A może to tylko manewr opóźniający, bo Wiedeń napawa cię obrzydzeniem. A gdyby tak poukładać owe tysiące kartek, pomyślałem, i wydać pod tytułem Przegrany? Bez sensu. Musiałem liczyć się z tym, że wszystkie te kartki z Wiednia i z Traich zniszczył. Jednym z jego powiedzeń było przecież: Nie pozostawiać śladów. Umarłego przyjaciela przykuwamy do jego własnych powiedzeń, wypowiedzi, zabijamy jego własną bronią. Z jednej strony żyje wciąż w tym, co za życia nam (tudzież innym) powiedział, z drugiej strony tym właśnie go zabijamy. Obchodzimy się z największą (wobec niego!) bezwzględnością z jego wypowiedziami, zapiskami, pomyślałem, a kiedy nie mamy już żadnych zapisków, on bowiem przezornie je zniszczył, dobieramy się do jego wypowiedzi, aby go zniszczyć, pomyślałem. Plądrujemy spuściznę po to, by tego, po kim ją mamy, jeszcze bardziej zniszczyć, po śmierci jeszcze bardziej uśmiercić, a jeżeli nie zostawił nam odpowiedniej spuścizny do zniszczenia, wtedy ją sobie wymyślamy, wymyślamy po prostu wypowiedzi przeciw niemu, i tak dalej, pomyślałem. Spadkobiercy to okrutnicy, ci, co przeżyli, nie mają skrupułów, przed niczym się nie cofną, pomyślałem. Zbieramy to, co świadczy przeciw niemu, na naszą korzyść, pomyślałem. Naszym łupem pada wszystko, czego można przeciw niemu użyć, po to, żebyśmy sami wyciągnęli z tego korzyść, pomyślałem, taka jest prawda. Wertheimer zawsze był kandydatem na samobójcę, ale przekroczył swe konto, powinien był zabić się wiele lat przed swym faktycznym samobójstwem, na długo przed Glennem, pomyślałem. Więc w jego samobójstwie jest coś żałosnego, coś niskiego, przede wszystkim ze względu na fakt, że zabił się akurat przed domem siostry w Zizers, pomyślałem, a pomyślałem tak przede wszystkim powodowany wyrzutami sumienia, które nie uporało się jeszcze z faktem, iż pozostawiłem bez odpowiedzi listy Wertheimera, że, co tu mówić, w haniebny sposób pozostawiłem go samemu sobie, no bo to, że nie mogłem wyjechać z Madrytu, było przecież tylko nikczemnym kłamstwem, do którego uciekłem się po to, aby nie wydać się w ręce przyjaciela, który we mnie szukał, z czego zaczynam sobie teraz zdawać sprawę, ostatniej szansy przeżycia, który do mnie przed popełnieniem samobójstwa napisał cztery listy do Madrytu, pozostawione bez odpowiedzi, dopiero na piąty odpisałem, że absolutnie nie mogę się ruszyć z Madrytu, że nie mogę zniweczyć całej mojej pracy z powodu jednej podróży do Austrii, obojętnie w jakim celu. Zasłoniłem się pracą O Glennie Gouldzie, tą nieudaną próbą, którą, pomyślałem teraz, zaraz po powrocie do Madrytu natychmiast wrzucę do pieca, bo jest nic niewarta. W haniebny sposób pozostawiłem Wertheimera samemu sobie, pomyślałem, od człowieka w najpilniejszej potrzebie odwróciłem się plecami. Ale zaraz tę myśl, jakobym ponosił jakąś winę w związku z jego samobójstwem, stanowczo odrzuciłem, ja bowiem na nic bym już mu się nie przydał, powiedziałem do siebie, nie mógłbym go już wyratować, bo on już dojrzał do samobójstwa. To uczelnia, a jakże!, pomyślałem, w dodatku jeszcze muzyczna! Przede wszystkim myśl o sławie, osiągniętej w najprostszy możliwy sposób i jak najszybciej, a w tym względzie uczelnia muzyczna jest naturalnie idealną wprost odskocznią – tak myśleliśmy wszyscy trzej, Glenn, Wertheimer i ja. Ale tylko Glenn zdołał osiągnąć to, co postawiliśmy sobie za cel wszyscy trzej, Glenn, w ostatecznym rachunku, do swego celu wykorzystał nawet nas, pomyślałem, wszystko wykorzystał, nadużył, żeby stać się Glennem Gouldem, nawet jeśli nieświadomie, pomyślałem. My, Wertheimer i ja, musieliśmy dać za wygraną, aby dać wolną drogę Glennowi. Wtedy myśl ta nie wydała mi się wcale aż tak absurdalna, jak odbieram ją dzisiaj, pomyślałem. Ale Glenn, przyjeżdżając do Europy i idąc na kurs do Horowitza, był już geniuszem, my zaś już wówczas byliśmy pokonani, pomyślałem. Ja, w gruncie rzeczy, nie chciałem zostać wirtuozem fortepianu, całe Mozarteum tudzież wszystko, co było z nim związane, stanowiło dla mnie zaledwie pretekst, żeby wyzwolić się od cechującego mnie poczucia znudzenia światem, od już jakże wcześnie odczuwanego przeze mnie znużenia życiem. A Wertheimer w gruncie rzeczy postępował tak jak ja i dlatego obaj, jak to się mówi, do niczego nie doszliśmy, nawet bowiem nie było nam w głowie, żeby do czegoś dojść, w przeciwieństwie do Glenna, który bez względu na okoliczności chciał do czegoś dojść, chciał zostać Glennem Gouldem, i który musiał tylko przyjechać do Europy, wykorzystać Horowitza, żeby zostać owym tak przez siebie upragnionym i wymarzonym geniuszem, żeby wprowadzić cały świat w fortepianowe osłupienie, że tak powiem. Smakowałem te słowa, fortepianowe osłupienie, stojąc wciąż w sali gospody w oczekiwaniu na właścicielkę, która prawdopodobnie zajęta była karmieniem świń, z tyłu za gospodą, sądząc po dochodzących z tyłu zza gospody odgłosach. Ja nigdy nie miałem potrzeby fortepianowego osłupiania, Wertheimer też nie, pomyślałem. Wertheimer miał głowę podobną raczej do mojej niż do głowy Glenna, pomyślałem, który miał głowę absolutnego wirtuoza, w odróżnieniu od Wertheimera tudzież ode mnie, którzy mieliśmy głowy racjonalistów. Gdybym jednak miał teraz wyjaśnić, co to jest głowa wirtuoza, równie mało miałbym do powiedzenia, jak wtedy, kiedy musiałbym powiedzieć, co to jest głowa racjonalisty. To ja, nie Wertheimer, zaprzyjaźniłem się najpierw z Glennem Gouldem, ja najpierw zbliżyłem się do Glenna i z nim zaprzyjaźniłem, dopiero później dobił do nas Wertheimer, i w gruncie rzeczy był on największym również pośród nas outsiderem. Ale zawiązaliśmy w sumie, jak to się mówi, przyjaźń na całe życie, pomyślałem. Już samym tym, że się zabił, pomyślałem, bardzo zaszkodził Wertheimer swej siostrze, w prowincjonalnej mieścinie Zizers będzie się odtąd zawsze mówiło o samobójstwie brata żony właściciela koncernu chemicznego, pomyślałem, a dodatkowo będzie przeciw niej świadczył fakt, że Wertheimer miał czelność powiesić się na drzewie naprzeciw siostrzanego domu. Wertheimer nie przywiązywał żadnej wagi do uroczystości pogrzebowych, pomyślałem, ale nie otrzymałby ich i tak w Chur, gdzie go pogrzebano. Znamienne, że pogrzeb Wertheimera odbył się o piątej nad ranem, a obecni byli na nim jedynie, poza pracownikami firmy pogrzebowej, siostra Wertheimera, jej mąż oraz ja. Zapytany (dziwne, że akurat przez siostrę Wertheimera), czy nie chciałbym jeszcze raz Wertheimera zobaczyć, odpowiedziałem bez namysłu, że nie. Owa propozycja wzbudziła we mnie odrazę. Jak zresztą cała uroczystość tudzież w niej uczestniczący. Lepiej było jednak nie przyjeżdżać na pogrzeb do Chur, pomyślałem teraz. Z wysłanego do mnie przez siostrę Wertheimera telegramu nie wynikało, że Wertheimer popełnił samobójstwo, podana była tylko data pogrzebu. Początkowo myślałem, że umarł w czasie odwiedzin u siostry. Zdziwiłem się, naturalną koleją rzeczy, z powodu tych odwiedzin, ponieważ trudno mi było je sobie wyobrazić. Wertheimer nigdy by przecież nie odwiedził siostry w Zizers, pomyślałem. Ukarał siostrę najwyższą z możliwych kar, zniszczył jej mózg na całe życie. Podróż z Wiednia do Chur trwała trzynaście godzin, pociągi w Austrii to kompletna ruina, w wagonie restauracyjnym, jeżeli w ogóle takowy się znajdzie, podają najohydniejsze w świecie jedzenie. Postawiwszy przed sobą szklankę wody mineralnej, zabrałem się, po dwudziestu latach, do ponownej lektury Niepokojów wychowanka Törlessa Musila, ale to mi się nie udało, ja już nie toleruję opowiadań, przeczytam jedną stronę i jestem niezdolny do dalszego czytania. Opisów już nie toleruję. Z drugiej strony nie byłem też w stanie dla zabicia czasu czytać Pascala, jego Pensées znałem przecież na pamięć, nawet przyjemność obcowania ze stylem Pascala rychło się wyczerpała. Musiałem się więc zadowolić obserwowaniem krajobrazu. Miasta, gdy przejeżdża się przez nie, robią przygnębiające wrażenie podupadłych, wiejskie domy, wszystkie bez wyjątku, są w ruinie, bo właściciele powyrywali stare okna, zastępując je nowym bezguściem z plastiku. To już nie wieże kościelne, tylko plastikowe silosy z importu dominują nad krajobrazem, wieże składnic i magazynów ponadnaturalnej wielkości. Jazda z Wiednia do Linzu to jazda przez bezguście, nic poza tym. Z Linzu do Salzburga nie lepiej. A Tyrol wraz z całymi tymi górami przygnębia mnie tylko. Do Vorarlbergu pałałem zawsze tylko nienawiścią, tak samo jak do Szwajcarii, w której tępota jest u siebie w domu, jak to zawsze mawiał mój ojciec, w tym względzie nie mogłem nie przyznać mu racji. Chur znałem z okresu częstych podróży z rodzicami, to znaczy kiedy zatrzymywaliśmy się na noc w Chur po drodze do Sankt Moritz, wciąż w tym samym hotelu, w którym unosił się zawsze odór herbaty miętowej i w którym znali mojego ojca i udzielali mu dwudziestoprocentowego rabatu, ponieważ przez z górą czterdzieści lat pozostał wierny hotelowi. Był to tak zwany dobry hotel w centrum miasta, nie wiem już, jak się nazywał, chyba Słoneczny, chyba że się mylę, mimo iż stał w najciemniejszym punkcie miasta. W tawernach w Chur podają najohydniejsze wino tudzież serwują najobrzydliwszą kiełbasę bez smaku. Ojciec spożywał zawsze z nami wieczorny posiłek w tym hotelu, zamawiał, jak to się mówiło, jakąś drobną przekąskę, określając Chur jako sympatyczne miejsce na szlaku, czego nigdy nie rozumiałem, zawsze bowiem miasto Chur było w moim mniemaniu wyjątkowo niesympatyczne. Zupełnie tak jak mieszkańcy Salzburga, ludzie w Chur wydawali mi się jeszcze bardziej nienawistni, z całym tym ich wysokogórskim otępieniem. To, że muszę z rodzicami, czasem tylko z ojcem, jechać do Sankt Moritz i zatrzymywać się na noc w Chur, nocować w tym smętnym hotelu, którego okna wychodziły na wąską uliczkę, aż po drugie piętro zlaną wilgocią, uważałem zawsze za rodzaj kary. W Chur nigdy nie mogłem zasnąć, zawsze leżałem pełen rozpaczliwych myśli, bezsennie. Chur jest faktycznie najposępniejszą miejscowością, w jakiej byłem, nawet Salzburg nie jest tak posępny i, koniec końców, nie na tyle chorobliwy jak Chur. A ludzie z Chur nie mniej niż ich miasto. Chur może kogoś, choćby zatrzymał się tam na jedną tylko noc, zniszczyć na resztę życia. Ale do dziś nie można dotrzeć koleją w ciągu jednego dnia z Wiednia do Sankt Moritz, pomyślałem. Spędziłem noc poza Chur, z Chur bowiem mam, jak wspominałem, tak przygnębiające wspomnienia z dzieciństwa. Minąłem więc Chur i wysiadłem dopiero między Chur a Zizers, zobaczywszy pierwszy szyld hotelu. Pod Błękitnym Orłem, przeczytałem nazajutrz, w dzień pogrzebu, opuszczając hotel. Naturalną koleją rzeczy w ogóle nie spałem. To nie Glenn rzeczywiście zdecydował o samobójstwie Wertheimera, pomyślałem, dopiero wyjazd siostry, jej ślub ze Szwajcarem. Nawiasem mówiąc, w moim wiedeńskim mieszkaniu, przed wyjazdem do Chur, słuchałem Glenna w Wariacjach Goldbergowskich, kilka razy od początku do końca. Słuchając, kilkakrotnie podnosiłem się z fotela i chodząc tam i z powrotem po pokoju, próbowałem sobie przedstawić, że Glenn faktycznie gra Wariacje Goldbergowskie w moim mieszkaniu, i tak, chodząc w tę i z powrotem, usiłowałem zrozumieć, na czym polega różnica między jego interpretacją na tych płytach a jego interpretacją przed dwudziestoma ośmioma laty w obecności Horowitza i nas, to znaczy Wertheimera i mnie, w Mozarteum. Żadnej różnicy nie zauważyłem. Już dwadzieścia osiem lat temu Glenn grał Wariacje Goldbergowskie tak jak na tych płytach, które, nawiasem mówiąc, dał mi w prezencie na moje pięćdziesiąte urodziny, przekazał je przez moją przyjaciółkę z Nowego Jorku. Słuchając, jak gra Wariacje Goldbergowskie, pomyślałem, iż Glenn sądził, że ta interpretacja zapewni mu nieśmiertelność, zresztą niewykluczone, że mu się to udało, pomyślałem, nie mogę bowiem sobie wyobrazić, żeby poza nim jeszcze jakiś inny wykonawca potrafił zagrać Wariacje Goldbergowskie tak jak on, to znaczy tak genialnie jak Glenn. Słuchając, z myślą o moim tekście o Glennie, jego Wariacji Goldbergowskich, uświadomiłem sobie, do jakiego stopnia zaniedbane było moje mieszkanie, do którego już trzy lata nie wchodziłem. Do mieszkania nie wchodził też przez ten czas nikt inny, pomyślałem. Przez trzy lata mnie tu nie było, wycofałem się całkowicie na Calle del Prado i przez te trzy lata nie byłem w stanie w ogóle sobie wyobrazić powrotu do Wiednia, nie myślałem też już o tym, żeby kiedyś znowu do Wiednia przyjechać, do tego jakże głęboko mi nienawistnego miasta, czy do Austrii, tego jakże głęboko nienawistnego mi kraju. Że to był mój jedyny ratunek, że tak powiem, z Wiednia ostatecznie wyjechać, i to akurat do Madrytu, który stał się dla mnie idealnym wprost centrum egzystencjalnym, i to nie z czasem, lecz natychmiast, od pierwszej chwili, pomyślałem. W Wiedniu zostałbym pożarty, kawałek po kawałku, jak to zawsze mówił Wertheimer, zduszony przez wiedeńczyków, a przez Austriaków w ogóle – zgładzony. Wszystko we mnie jest już tak ułożone, że w Wiedniu musi ulec zduszeniu, w Austrii zagładzie, pomyślałem, a i Wertheimer myślał, że wiedeńczycy go muszą zdusić, Austriacy zgładzić. Ale Wertheimer nie był człowiekiem, który z dnia na dzień wyjechałby do Madrytu bądź Lizbony, bądź Rzymu, tego, w odróżnieniu ode mnie, nie potrafił. Miał więc zawsze jedynie możliwość wymknięcia się do Traich, ale w Traich wszystko było jeszcze dużo gorsze dla niego. Sam na sam z humanistyką, że tak powiem, w Traich mógł tylko się zniszczyć. Wraz ze swą siostrą – tak, ale sam z humanistyką w Traich – nie, pomyślałem. Miasta Chur, którego w ogóle nie znał, zaczął w końcu tak nienawidzić, już samej nazwy miasta Chur, słowa Chur, że musiał tam pojechać, aby się zabić, pomyślałem. Słowo Chur i tak samo słowo Zizers zmusiły go w końcu do tego, że pojechał do Szwajcarii i powiesił się na drzewie, naturalną koleją rzeczy, na drzewie w pobliżu domu siostry. Ukartowane, to przecież jego własne słowo, do tego samobójstwa faktycznie pasuje taka charakteryzacja, pomyślałem, jego samobójstwo było ukartowane, pomyślałem. Wszystko we mnie ciąży ku śmierci, raz mi powiedział, do śmierci usposobiony zostałem przez tych, co mnie spłodzili, powiadał, pomyślałem. Zawsze czytał książki, w których mowa jest o samobójcach, o chorobach i zgonach, pomyślałem, stojąc w sali gospody, opisujące nędzę człowieczą, bezwyjściowość, bezsens, wyjałowienie, w których wszystko ciąży do zguby i śmierci. Dlatego nade wszystko uwielbiał Dostojewskiego tudzież wszystkich jego kontynuatorów, literaturę rosyjską w ogóle, jest ona bowiem istotnie literaturą śmierci, ale także deprymujących filozofów francuskich. Najchętniej i najwnikliwiej czytał rozprawy medyczne, a życie wciąż prowadziło go do szpitali i zakładów dla obłożnie chorych, do domów starców i kostnic. Zwyczaju tego nie poniechał do samego końca; choć lękał się szpitali i zakładów dla obłożnie chorych, domów starców i kostnic, to przecież chodził wciąż do tych szpitali, zakładów dla obłożnie chorych, domów starców i kostnic. A kiedy do szpitali nie chodził, bo akurat nie miał takiej możliwości, to czytał rozprawy lub książki o chorych i chorobach, tudzież książki czy rozprawy o obłożnie chorych, kiedy nie miał sposobności pójść do domu dla obłożnie chorych, albo też czytał rozprawy i książki o starcach, kiedy nie mógł pójść do domu starców, i rozprawy i książki o zmarłych, kiedy nie miał sposobności pójść do kostnicy. Naturalną koleją rzeczy pragniemy praktycznego kontaktu z tym, co nas fascynuje, powiedział raz, a więc przede wszystkim kontaktu z chorymi i obłożnie chorymi, ze starcami oraz zmarłymi, ponieważ nie zadowala nas kontakt teoretyczny, jednakże przez długie okresy zdani jesteśmy na kontakt teoretyczny, tak jak i w dziedzinie muzyki przez długi czas zdani jesteśmy na kontakt teoretyczny, to jego słowa, pomyślałem. Fascynowali go ludzie w nieszczęściu, nie sami ludzie go pociągali, tylko ich nieszczęście, a trafiał na nie wszędzie tam, gdzie byli ludzie, pomyślałem, miał w sobie chorobliwy głód człowieka, miał bowiem w sobie chorobliwy głód nieszczęścia. Człowiek to samo nieszczęście, powtarzał wciąż, pomyślałem, tylko głupiec temu zaprzeczy. Urodzić się to nieszczęście, mówił, a dopóki żyjemy, owo nieszczęście przedłużamy, dopiero śmierć kładzie temu kres. Nie znaczy to wszakże, iż jesteśmy wyłącznie nieszczęśliwi, nasze nieszczęście jest warunkiem tego, że możemy też być szczęśliwi, tylko okrężną drogą poprzez nieszczęście możemy być szczęśliwi, powiadał, pomyślałem. Moi rodzice pokazali mi wyłącznie tylko nieszczęście, powiedział, taka jest prawda, pomyślałem, a jednak przecież byli też szczęśliwi, nie mógłby zatem twierdzić, że rodzice byli ludźmi nieszczęśliwymi, ale też nie, że byli ludźmi szczęśliwymi, tak jak o sobie samym nie mógłby sam twierdzić, iż jest szczęśliwym człowiekiem albo nieszczęśliwym, człowiek bowiem, i to każdy, jest zarazem nieszczęśliwy i szczęśliwy, raz nieszczęście jest w nim większe niż szczęście, raz odwrotnie. Bezspornym faktem pozostaje jednak, że w człowieku więcej jest nieszczęścia niż szczęścia, powiedział, pomyślałem. Spisywał aforyzmy, był ich spisywaczem, zapisał niezliczoną ilość aforyzmów, pomyślałem, trzeba przyjąć, że je zniszczył, spisuję aforyzmy, wciąż powtarzał, pomyślałem, to jest pomniejsza gałąź sztuki duchowej zadyszki, z której żyli niektórzy, zwłaszcza we Francji, dawniej, jak i teraz, tak zwani półfilozofowie na nocny stolik pielęgniarki, mógłbym też powiedzieć, kalendarzowi filozofowie dla obojętne kogo, których powiedzonka z czasem czytamy w poczekalni u lekarza, obojętnie, czy tak zwane negatywne, czy tak zwane pozytywne, jednakowo wstrętne. Od spisywania tych aforyzmów nie mogłem się jednak odzwyczaić, niestety, obawiam się, że są ich już miliony, że już miliony ich spisałem, powiedział, pomyślałem, i najwyższy czas, żebym zaczął je niszczyć, nie mam bowiem ochoty, żeby pewnego dnia tapetowano nimi ściany szpitali i pokoje plebanii, tak jak tapetuje się je Goethem, Lichtenbergiem i spółką, powiedział, pomyślałem. Ponieważ nie jestem urodzonym filozofem, zrobiłem z siebie, zresztą muszę przyznać, że nie całkiem bezwiednie, aforystę, jednego z tych wstrętnych kibiców filozofii, których jest na kopy, powiedział, pomyślałem. Malutkimi pomysłami sprytnie wziąć na muszkę wielki cel i oszukiwać ludzkość, powiedział, pomyślałem. W gruncie rzeczy jestem wyłącznie tylko jednym z tych niebezpiecznych dla otoczenia aforystów, którzy, z całą tą ich bezwzględnością bez granic tudzież z całą tą ich bez skrupułów bezczelnością, przyklejają się do filozofów jak stonka do ziemniaka, powiedział, pomyślałem. Kiedy przestajemy pić, giniemy z pragnienia, kiedy przestajemy jeść, giniemy z głodu, powiedział, wszystkie te przemądrzałe aforyzmy sprowadzają się do tego wzoru, chyba że pochodzą od Novalisa, ale i Novalisowi zdarzało się gadać bez sensu, to jego słowa, pomyślałem. Na pustyni łakniemy wody, tak z grubsza brzmi maksyma Pascala, to jego słowa, pomyślałem. Po zakreślonych na wielką skalę koncepcjach filozoficznych zostaje nam tylko, gdy to dokładnie zbadamy, zaledwie politowania godny posmak aforyzmu, powiedział, bez względu na to, co to za filozofia, obojętnie, z jakim mamy do czynienia filozofem, wszystko rozpada się w chwili, w której się do tego zabierzemy, mobilizując wszelkie nasze zdolności, to znaczy całe duchowe instrumentarium, powiedział, pomyślałem. Cały czas prawię tu o humanistyce, a nie wiem nawet, co to takiego, owa humanistyka, nie mam o niej pojęcia, powiedział, pomyślałem, prawię tu o filozofii, a nie mam pojęcia o filozofii, prawię o egzystencji, a nie mam o niej pojęcia, powiedział. Pozycją wyjściową jest dla nas nieodmiennie to, że nic o niczym nie wiemy, zielonego pojęcia nie mamy, powiedział, pomyślałem. Do czego się tylko człowiek zabierze, natychmiast utyka w niesamowitej masie materiałów, które ma do dyspozycji na każdym polu, taka jest prawda, powiedział, pomyślałem. I choć o tym wiemy, zabieramy się wciąż do tych tak zwanych problemów duchowych, wdając się w czystą niemożliwość: w wytwarzanie produktu duchowego. Istne szaleństwo!, to jego słowa, pomyślałem. Zasadniczo jesteśmy do wszystkiego zdolni, równie zasadniczo we wszystkim ponosimy porażkę, powiedział, pomyślałem. Nasi wielcy filozofowie, najwięksi poeci, skurczyli się cali do jednego udanego zdania, powiedział, pomyślałem, taka jest prawda, często przypominamy sobie jedynie tak zwany zasadniczy odcień filozoficzny, nic ponadto, powiedział, pomyślałem. Badamy jakieś niebywałe dzieło, na przykład dzieło Kanta, a ono z czasem kurczy się do rozmiarów małej wschodniopruskiej główki Kanta tudzież kompletnie niepewnego świata z ciemności i mgły, który kończy się tak samo bezradnie jak każdy inny świat, powiedział, pomyślałem. Miał to być świat niesamowity, niebywały, a pozostał z niego jedynie śmiechu wart szczególik, powiedział, pomyślałem, i tak było zawsze ze wszystkim. To, co nazywamy wielkością, sprowadza się na koniec do punkciku, przy którym z rozczuleniem konstatujemy, do jakiego stopnia może być ona śmiechu warta tudzież godna politowania. Także Shakespeare, w momencie trzeźwego widzenia, skurczył się dla nas do czegoś śmiechu wartego, powiedział, pomyślałem. Bogowie już od dawna jawią się nam wyłącznie w postaci brodaczy z kufli od piwa, powiedział, pomyślałem. Tylko głupiec jeszcze podziwia, powiedział, pomyślałem. Tak zwany człowiek ducha spala się i zużywa w swoim, jak sądzi, epokowym dziele, po to by w końcu okazać się śmiechu wartym, może się nazywać Schopenhauer bądź Nietzsche, całkiem obojętne, mógł to być Kleist czy też Voltaire, a my widzimy tylko rozczulającą nas postać, która nadużyła swej głowy, po to by na koniec doprowadzić siebie ad absurdum. Na którą runęła i którą prześcignęła historia. Wielkich myślicieli wstawiliśmy do gablot bibliotecznych; na wieczny śmiech skazani, gapią się z nich teraz na nas, powiedział, pomyślałem. Dzień i noc słyszę lamenty wielkich myślicieli, których zamknęliśmy w bibliotekach, wszystkich tych śmiechu wartych wielkich duchem, skurczonych do rozmiaru główki za szkłem, powiedział, pomyślałem. Wszyscy oni targnęli się na naturę, popełniając kardynalną zbrodnię wobec ducha, za co zostali ukarani i na zawsze zamknięci przez nas w bibliotecznych gablotach. W naszych bibliotekach duszą się bowiem, taka jest prawda. Nasze biblioteki są, że tak powiem, zakładami karnymi, w których uwięziliśmy naszych wielkich duchem, Kanta naturalnie w jednoosobowej celi, tak jak Nietzschego, Schopenhauera, Pascala, Voltaire’a, Montaigne’a, wszyscy najwięksi odosobnieni w jednoosobowych celach, wszyscy inni w zbiorowych, ale wszyscy na zawsze i na stałe, mój drogi, po wsze czasy i w nieskończoność, taka jest prawda. I biada temu, spośród winnych kardynalnej zbrodni, kto podejmie próbę ucieczki, biada temu, kto się wymknie – od razu się go unieszkodliwi i wyśmieje, taka jest prawda. Ludzkość potrafi dobrze się przed takimi wielkimi duchem chronić, powiedział, pomyślałem. Duch, gdziekolwiek by się tylko pojawił, zostanie natychmiast unieszkodliwiony i uwięziony i od razu, naturalną koleją rzeczy, ostemplowany jako ten bez ducha, powiedział, pomyślałem, patrząc na sufit w sali gospody. Ale wszystko przecież jest bez sensu, to, co mówimy, powiedział, pomyślałem, obojętne, co mówimy, jest przecież bez sensu, tak jak całe nasze życie jest jednym wielkim bezsensem. Wcześnie to zrozumiałem, ledwie zacząłem myśleć, od razu zrozumiałem, mówimy tylko bezsens, wszystko, co mówimy, to bezsens, ale przecież i wszystko to, co nam się mówi, to bezsens, tak jak wszystko, co w ogóle się mówi; w tym świecie dotąd mówiono tylko bezsens, a także, powiedział, faktycznie i naturalną koleją rzeczy, tylko bezsens pisano, to, co posiadamy pisanego, to jeden bezsens, może bowiem być, jak wykazuje cała historia, tylko bezsensem, powiedział, pomyślałem. W końcu uciekłem w pojęcie „aforysta”, powiedział, i faktycznie, raz, kiedy pytano mnie o zawód, to słowa Wertheimera, odpowiedziałem: aforysta. Ludzie nie zrozumieli jednak, co mam na myśli, jak zawsze, kiedy coś mówię, kiedy nie rozumieją, to bowiem, co mówię, nie znaczy przecież, że powiedziałem to, co powiedziałem, powiedział, pomyślałem. Mówię coś, powiedział, pomyślałem, ale przecież mówię coś zupełnie innego, tak też musiałem całe życie wpędzać się w nieporozumienia, nic tylko nieporozumienia, powiedział, pomyślałem. Ściśle mówiąc, to już rodząc się, człowiek wkracza w świat wyłącznie nieporozumień i dopóki istnieje, tego świata nieporozumień nie opuszcza, choćby nie wiem jak się starał, na nic się to nie zda. Do tego wniosku dochodzi jednak przecież każdy, powiedział, pomyślałem, każdy bowiem bez przerwy coś mówi i wszyscy go źle rozumieją, przynajmniej to rozumieją wszyscy bez nieporozumień, powiedział, pomyślałem. Jedno nieporozumienie wprowadza nas w świat nieporozumień, który musimy znosić jako świat złożony z samych nieporozumień, a potem opuścić za sprawą jednego wielkiego nieporozumienia, śmierć bowiem jest największym nieporozumieniem, stwierdził, pomyślałem. Rodzice Wertheimera byli mali, Wertheimer był większy od rodziców, pomyślałem. Był, jak to się mówi, słusznej postury, pomyślałem. W samej tylko dzielnicy Hietzing posiadali Wertheimerowie dwie okazałe wille, a kiedy miał zdecydować, czy chce, aby jedna z ojcowskich willi w dzielnicy Grinzing została przepisana na jego nazwisko, czy nie, Wertheimer powiadomił ojca, że absolutnie nie jest zainteresowany tymi willami, jak zresztą i innymi willami ojca, właściciela kilku fabryk w Lobau, a oprócz tego jeszcze różnych przedsiębiorstw w całej Austrii i za granicą, pomyślałem. Wertheimerowie żyli zawsze, jak to się mówi, na wysokiej stopie, ludzie jednak po nich tego nie widzieli, jako że Wertheimerowie nie dali tego po sobie poznać, bogactwa nie było po nich widać, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Rodzeństwo Wertheimerów w gruncie rzeczy absolutnie nie było zainteresowane dziedziczeniem po rodzicach, i tak Wertheimer, jak i jego siostra, w chwili otwarcia testamentu nie mieli najmniejszego pojęcia o rozmiarach przypadającego im majątku, żadne z nich nie wykazało zbytniego zainteresowania inwentarzem dóbr, sporządzonym przez śródmiejskiego adwokata, choć byli zdumieni istną fortuną, która nagle przypadła im w udziale, którą jednakże uznali przede wszystkim jako wielki ciężar. Z wyjątkiem mieszkania przy Kohlmarkt oraz pawilonu myśliwskiego w Traich kazali adwokatowi z rodziny wszystko spieniężyć i ulokować w bankach na całym świecie, powiedział Wertheimer, tym razem łamiąc swą regułę nieporuszania w rozmowie tematów majątkowych. Trzy czwarte rodzicielskiego majątku przypadło Wertheimerowi, jedna czwarta siostrze, również ona kazała ulokować swój majątek w rozmaitych bankach w Austrii, w Niemczech i w Szwajcarii, pomyślałem. Rodzeństwo Wertheimerów było dobrze zabezpieczone, pomyślałem, tak zresztą jak i ja, nawet jeśli posiadanego przeze mnie majątku nie da się porównać z majątkiem Wertheimera i jego siostry. Pradziadkowie Wertheimera należeli do biedoty, pomyślałem, i gdzieś na przedmieściach Lwowa ukręcali jeszcze karki gęsiom. Ale tak jak ja, on również pochodził z rodziny kupieckiej, pomyślałem. Raz jego ojciec wpadł na pomysł, by ofiarować mu na urodziny zamek w Marchfeld, pierwotnie należący do posiadłości rodu Harrachów, synowi jednak nie było pilno choćby obejrzeć już nabytego zamku, ojciec więc, naturalną koleją rzeczy, rozwścieczony taką impertynencją, zamek sprzedał, pomyślałem. Rodzeństwo Wertheimerów prowadziło w gruncie rzeczy skromne życie; raczej niepozorni, bez wielkich pretensji, zazwyczaj na drugim planie, w porównaniu z nimi ludzie w ich otoczeniu zawsze chcieli być na planie pierwszym. Również w Mozarteum bogactwo Wertheimera nie rzucało się nigdy w oczy. Jak zresztą i bogactwo Glenna, a Glenn był bogaty, nigdy nie rzucało się w oczy. Później zrozumiałem, że raz jeszcze tak zwani bogaci potrafili się odnaleźć, pomyślałem, wyczuć siebie wzajemnie na tym drugim planie. Geniusz Glenna był, że tak powiem, pożądanym naddatkiem, pomyślałem. Przyjaźń, pomyślałem, trwała przyjaźń, jak wykazuje doświadczenie, możliwa jest w końcu tylko wówczas, kiedy osadzona jest na odpowiednim drugim planie, wspólnym obu stronom, pomyślałem, każda inna jest iluzoryczna. Naraz zdziwiłem się na myśl, że tak na zimno mogłem wysiąść w Attnang-Puchheim i dotrzeć do Wankham, a potem do Traich, do pawilonu myśliwskiego Wertheimera, i ani przez chwilę nie przyszło mi do głowy, żeby pojechać do mojego własnego domu w Desselbrunn, który od pięciu lat stoi pusty, wietrzony, jak przypuszczam, co cztery, pięć dni, przez ludzi, którym za to płacę; że tak na zimno chcę teraz nocować tu w Wankham, w najohydniejszym zajeździe, jaki znam, choć niespełna dwanaście kilometrów dalej mam przecież własny dom, ja jednak w żadnym wypadku nie chcę do tego domu jechać, pomyślałem natychmiast, przed pięciu laty bowiem przysiągłem sobie, że co najmniej przez dziesięć lat do Desselbrunn nie pojadę, i do dziś dnia nie miałem najmniejszej trudności z dotrzymaniem danego sobie słowa, a więc z powstrzymaniem siebie. Desselbrunn sam sobie pewnego dnia totalnie zohydziłem, a następnie kompletnie uniemożliwiłem, pomyślałem, ustawicznie w Desselbrunn wyrzekając się siebie, pomyślałem, przy czym owo wyrzekanie się siebie zaczęło się u mnie już w momencie odebrania sobie steinwaya, momencie kluczowym, że tak powiem, w moim odbieraniu sobie szansy wytrzymania w Desselbrunn. Naraz nie mogłem już oddychać desselbrunnskim powietrzem, naraz mury desselbrunnskie przyprawiały mnie o chorobę, a w pokojach bałem się, że się uduszę, pomyśleć tylko, takie wielkie pokoje, dziewięć na sześć metrów, czy osiem na osiem, pomyślałem. Nienawistne wydały mi się te pokoje, nienawistne to, co w nich stało, kiedy zaś wychodziłem z domu – nienawistni ludzie przed domem; nagle stałem się niesprawiedliwy wobec wszystkich tych ludzi, którzy chcieli tylko mojego dobra, ale właśnie to z czasem zaczęło mi działać na nerwy, ta ich nieustanna gotowość do niesienia mi pomocy, która nagle okropnie zaczęła mnie odstręczać. Zabarykadowałem się w pokoju, w którym zwykłem pracować, i gapiłem się na zewnątrz, widząc tylko i wyłącznie moje własne nieszczęście. Wybiegałem na pole i krzyczałem na każdego, kto przechodził. Biegłem do lasu i siadałem wyczerpany pod drzewem. Żeby faktycznie nie popaść w obłęd, odwróciłem się od Desselbrunn, co najmniej na dziesięć lat, co najmniej na dziesięć lat, co najmniej na dziesięć lat, powtarzałem do siebie nieustannie, wyjeżdżając z domu i jadąc do Wiednia, żeby pojechać do Portugalii, gdzie w Sintrze mieszkają moi krewni, w najpiękniejszej w Portugalii okolicy, drzewa eukaliptusowe rosną tam na wysokość trzydziestu metrów, można też oddychać najlepszym powietrzem. W Sintrze powrócę znów do muzyki, z której mnie Desselbrunn definitywnie i, że tak powiem, po wsze czasy wygnało, myślałem wówczas, pomyślałem, i zregeneruję się, oddychając powietrzem Atlantyku podług matematycznie wypracowanego systemu. Myślałem również, że uda mi się podjąć grę na steinwayu wujka z Sintry w miejscu, w którym przerwałem ją w Desselbrunn, była to jednakże myśl bez sensu, pomyślałem, w Sintrze chodziłem dzień w dzień sześć kilometrów do Atlantyku i przez osiem miesięcy ani razu nie postało mi w głowie, żeby siąść do fortepianu, choć tak wuj, jak i wszyscy jego domownicy nieustannie mnie prosili, żebym do fortepianu siadł i coś im zagrał, nigdy nie zagrałem w Sintrze ani jednej nuty, zresztą, nawiasem mówiąc, w czasie tej, przyznaję, wyśmienitej bezczynności na świeżym powietrzu, w jednej z najpiękniejszych w świecie, trzeba przyznać, okolic, wpadłem na pomysł, żeby napisać coś o Glennie, coś, nie wiedziałem jeszcze, co takiego, coś o nim i jego sztuce. Z myślą o tym biegałem po Sintrze i okolicach i w końcu spędziłem tam cały rok, nie zabrawszy się w ogóle do tego czegoś o Glennie. Zacząć jakiś tekst to najtrudniejsza rzecz w świecie, zawsze wyłącznie z myślą o takim tekście nosiło mnie po okolicy całymi miesiącami, a nawet latami, a ja nie wiedziałem, jak się do niego zabrać, tak samo było z tekstem o Glennie, którego, jak wówczas sądziłem, trzeba było opisać, ale musiał to zrobić jakiś kompetentny świadek tak jego egzystencji, jak i gry na fortepianie, jakiś kompetentny świadek jego głowy, całkowicie niezwykłego umysłu. Wreszcie, zdobywszy się pewnego dnia na odwagę, zacząłem ten tekst, w hotelu Inglaterra, początkowo miałem tam być tylko dwa dni, zostałem jednak, nie odrywając się od tekstu o Glennie, przez sześć tygodni. Ale w końcu, przenosząc się do Madrytu, miałem w kieszeni zaledwie szkice, które zresztą zniszczyłem, naraz bowiem zaczęły mi one w pisaniu przeszkadzać, zamiast przynosić pożytek, zbyt wiele tych szkiców sporządziłem, już nieraz zepsuło mi to pracę, zgoda, do naszych prac trzeba sporządzać szkice, kiedy jednak sporządzimy ich zbyt wiele, zazwyczaj psujemy tym wszystko, wszystko idzie na marne, pomyślałem, tak też było w hotelu Inglaterra, bez przerwy siedziałem w pokoju i dotąd sporządzałem szkice, aż wydało mi się, że zwariuję, a zrozumiawszy, że przyczyną mojego zwariowania są właśnie te szkice o Glennie, znalazłem w sobie dość siły, by te szkice o Glennie zniszczyć. Wetknąłem je po prostu do kosza z papierami, a potem podążałem wzrokiem za sprzątaczką, która chwyciła kosz, wyniosła z pokoju i opróżniła do pojemnika. Co za przyjemność, pomyślałem, patrzeć, jak sprzątaczka moje szkice o Glennie, a były ich nie setki, lecz tysiące, chwyta z koszem i wyrzuca, jaka ulga. Całe popołudnie przesiedziałem na fotelu przy oknie, o zmierzchu zaś udało mi się opuścić hotel Inglaterra i zejść w Lizbonie w dół Liberdade na Rua Garrett, do mojego ulubionego lokalu. Osiem takich prób, zawsze kończyły się one zniszczeniem szkiców, miałem już za sobą, kiedy nagle w Madrycie dotarło do mnie wreszcie, jak rozpocząć ten tekst O Glennie, który wreszcie przy Calle del Prado udało mi się napisać do końca, pomyślałem. Wkrótce jednak znowu zacząłem wątpić, czy tekst ten rzeczywiście jest coś wart, i postanowiłem zniszczyć go, gdy tylko wrócę, bo wszystko, co napisaliśmy, jeżeli zostawimy to na dłuższy czas, a następnie przyjrzymy się ponownie, stanie się, naturalną koleją rzeczy, nie do zniesienia i człowiek nie zazna spokoju, dopóki znowu tego nie zniszczy, pomyślałem. W przyszłym tygodniu wrócę do Madrytu i pierwsze, co zrobię, to zniszczę w Madrycie tekst o Glennie, abym mógł zacząć następny, pomyślałem, jeszcze bardziej ukierunkowany, jeszcze bardziej autentyczny, pomyślałem. Zawsze bowiem sądzimy, że jesteśmy autentyczni, a w rzeczywistości nie jesteśmy, że jesteśmy ukierunkowani, a w rzeczywistości nie jesteśmy. Naturalnie jednak świadomość tego owocowała u mnie zawsze tylko tym, że w końcu żaden z moich tekstów nie ukazał się drukiem, pomyślałem, ani jeden na przestrzeni ostatnich dwudziestu ośmiu lat, od kiedy to zajmuję się pisaniem tekstów, nad samym tekstem o Glennie ślęczę już od dziewięciu lat, pomyślałem. Jak to dobrze, że nie ukazał się drukiem żaden z tych niegotowych tekstów, pomyślałem, gdybym je opublikował, co nie sprawiłoby najmniejszej trudności, byłbym dziś najnieszczęśliwszym człowiekiem, jakiego można sobie wyobrazić, dzień w dzień konfrontowany z moimi katastrofalnymi tekstami, w których roi się od błędów, niedokładności, dowodów niedbalstwa i dyletantyzmu. Kary tej uniknąłem przez unicestwienie, pomyślałem, zasmakowawszy naraz w słowie unicestwienie. Wielokrotnie wypowiedziałem je na głos. Po powrocie do Madrytu niezwłocznie unicestwić tekst o Glennie, pomyślałem, natychmiast, jak najszybciej uniemożliwić, aby umożliwić następny. Teraz wiem, jak się zabrać do takiego tekstu, przedtem nigdy nie wiedziałem, zawsze zaczynałem za wcześnie, pomyślałem, jak dyletant. Przez całe życie próbujemy umknąć dyletantyzmowi, ale ten zawsze nas dościga, pomyślałem, niczego bardziej nie pragniemy niż umknąć na całe życie temu dyletantyzmowi, a on nas wciąż na nowo dościga. Glenn i bezwzględność, Glenn i samotność, Glenn i Bach, Glenn i Wariacje Goldbergowskie, pomyślałem. Glenn w swoim studio w lesie, jego nienawiść do ludzi, jego nienawiść do muzyki, jego nienawiść do ludzi muzyki, pomyślałem. Glenn i prostota, pomyślałem, rozglądając się po sali gospody. Od samego początku człowiek musi wiedzieć, czego chce, pomyślałem, już dziecko powinno mieć w głowie jasny obraz tego, czego chce dorosły, co chce mieć, co musi mieć, pomyślałem. Czas, kiedy wycofałem się do Desselbrunn, Wertheimer zaś do Traich, pomyślałem, to czas morderczy. Owe wzajemne wizyty tudzież owe wzajemne starcia, pomyślałem, to nas zniszczyło. Przecież jeździłem do Traich tylko po to, by go zniszczyć, zaszkodzić i przeszkadzać, jak i odwrotnie, Wertheimer nie bywał u mnie w innym celu; jazda do Traich była dla mnie równoznaczna z wyrwaniem się z mojego okropnego stanu ducha i przeszkadzaniem Wertheimerowi, tudzież z wzajemnym przypominaniem sobie młodości, pomyślałem, nad filiżanką herbaty, a Glenn Gould zawsze w centrum, nie Glenn, tylko Glenn Gould, który zniszczył nas obu, pomyślałem. Wertheimer przyjeżdżał do Desselbrunn, aby mi przeszkadzać, zaczętą przeze mnie pracę zdusić w zarodku już w tym momencie, w którym zapowiadał swe przybycie. Wciąż powtarzał: gdybyśmy nie poznali Glenna albo gdyby Glenn umarł wcześniej, zanim stał się słynny w całym świecie, pomyślałem. Spotykamy człowieka takiego jak Glenn i to nas niszczy, myślę, bądź ratuje, w naszym wypadku Glenn nas zniszczył, pomyślałem. Ja bym na bösendorferze nie zagrał nigdy, to słowa Glenna, pomyślałem, na bösendorferze niczego bym nie osiągnął. Grający na bösendorferze przeciwko grającym na steinwayu, pomyślałem, entuzjaści steinwaya przeciwko entuzjastom bösendorfera. Gdy tylko wstawili mu do pokoju bösendorfera, natychmiast kazał go wynieść, wymienić na steinwaya, pomyślałem, ja na to bym się nie odważył, stawiać takie żądanie, pomyślałem, wówczas w Salzburgu, na samym początku kursu u Horowitza. Glenn już w tym czasie był swego absolutnie pewny, bösendorfer nie wchodził w grę w jego wypadku, bösendorfer zniweczyłby cały jego koncept. A oni bez słowa sprzeciwu zamienili bösendorfera na steinwaya, pomyślałem, chociaż Glenn nie był przecież jeszcze znanym Glennem Gouldem. Wciąż mam przed oczyma robotników wynoszących bösendorfera, by wnieść steinwaya, pomyślałem. Ale Salzburg nie jest wcale miejscem, w którym grający na fortepianie mógłby się rozwinąć, mówił często Glenn, klimat jest zbyt wilgotny, niszcząco działa na instrument i jednocześnie też na grających, w bardzo krótkim czasie niszczy ręce i mózg grającego. Chciałem jednak studiować u Horowitza, mówił Glenn, to tylko się liczyło. W pokoju Wertheimera zasłony były przez cały czas zaciągnięte, rolety opuszczone, Glenn zaś grał przy rozsuniętych zasłonach i podniesionych roletach, ja natomiast zawsze grałem przy otwartych oknach. Na szczęście w sąsiedztwie nie było innych domów, a tym samym nie mieliśmy też nieprzyjaźnie do nas nastawionych ludzi, ci bowiem niechybnie zniweczyliby całą naszą pracę. Na czas kursu u Horowitza wynajęliśmy dom zmarłego rok wcześniej narodowosocjalistycznego rzeźbiarza, wszędzie stały jeszcze twory mistrza, jak określano je w okolicy, w pomieszczeniach wysokich na pięć, sześć metrów. To z powodu wysokości pokojów natychmiast zdecydowaliśmy wynająć ten dom, nie przeszkadzały nam stojące wszędzie statuy, polepszały one nawet akustykę, owe odsunięte pod ścianę niezgrabne potwory owego, jak nam mówiono, słynnego w świecie artysty marmuru, który przez wiele lat pracował dla Hitlera. Owe gigantyczne wybryki chorej wyobraźni, ustawione przez właścicieli pod ścianami, z akustycznego punktu widzenia były wprost idealne, pomyślałem. Początkowo przestraszyliśmy się na widok owych rzeźb, owego idiotycznie tępego monumentalizmu w marmurze i granicie, zwłaszcza Wertheimer aż się cofnął na ich widok, Glenn jednakże od razu stwierdził, że pomieszczenia są wprost idealne, a z powodu figur jeszcze idealniejsze na nasze potrzeby. Były tak ciężkie, że każda próba przesunięcia choćby najmniejszej z nich kończyła się fiaskiem, nie mieliśmy siły, choć przecież nie byliśmy ułomkami, wirtuozi fortepianu to, wbrew powszechnemu mniemaniu, ludzie silni, o niesamowitej odporności. Glenn, o którym jeszcze dzisiaj wszyscy sądzą, że był niebywale słabej konstytucji, był typem atlety. Grając, oklapnąwszy przy steinwayu, wyglądał jak kaleka, i tak pamięta go cały świat muzyczny, lecz cały ten muzyczny świat poddał się całkowitemu złudzeniu, pomyślałem. Glenna przedstawia się, i to zawsze, jako kalekę i słabeusza, jako przewrażliwionego, przypisuje się mu wyłącznie tylko kalectwo i idącą z owym kalectwem w parze nadwrażliwość, ale był to naprawdę typ atlety, dużo mocniejszy od Wertheimera i mnie razem wziętych, o czym mogliśmy się przekonać, kiedy zabrał się do wycinania sprzed swego okna, własnymi rękami, jesionu, który, jak się Glenn wyraził, przeszkadzał mu w grze na fortepianie. Bez niczyjej pomocy ściął jesion półmetrowej co najmniej średnicy, nam nie dał się nawet zbliżyć, od razu też pociął jesion na kawałki, a drwa poukładał pod murem domu, typowy Amerykanin, tak to wówczas w myśli określiłem, pomyślałem. Ledwie ściął ten rzekomo przeszkadzający mu jesion, przyszło mu na myśl, że mógłby przecież po prostu zaciągnąć zasłony w swoim pokoju, opuścić roletę. Mogłem oszczędzić sobie ścinania tego jesionu, powiedział, pomyślałem. Często ścinamy taki jesion, bardzo wiele takich jesionów ścinamy w duchu, powiedział, a przecież możemy sobie tego oszczędzić śmieszną sztuczką, powiedział, pomyślałem. Pierwszy raz zasiadł do steinwaya w Leopoldskron, a już przeszkadzał mu jesion za oknem. Nie pytając o nic właściciela, poszedł do szopy z narzędziami, przyniósł piłę i siekierę i jesion ściął. Jakbym miał ciągle pytać, to jego słowa, marnowałbym tylko czas i energię, zetnę jesion od razu, powiedział, i ściął go, pomyślałem. Ledwie jesion znalazł się na ziemi, Glennowi przyszło do głowy, że wystarczyłoby tylko zaciągnąć zasłony i nie podnosić rolet. Ścięty jesion pociął na kawałki bez naszej pomocy, pomyślałem, w ten sposób zaprowadzając tak dla niego charakterystyczny porządek tam, gdzie dopiero co stał jesion. Kiedy coś nam przeszkadza, musimy to usunąć z drogi, powiedział Glenn, nawet jeśli to tylko jesion. A przedtem nie wolno nam nawet pytać, czy wolno nam ściąć ten jesion, bo to nas osłabia. Jeśli pytamy przedtem, osłabia to nas do tego stopnia, że może nam zaszkodzić, a może nawet zgubić, to jego słowa, pomyślałem. Żadnemu spośród jego słuchaczy, żadnemu z wielbicieli, pomyślałem chwilę później, nawet nie zaświtało w głowie, że ten sam Gould, słynny na cały świat i znany jako, że tak powiem, wcielenie właściwej artyście wrodzonej słabości, jest w stanie bez niczyjej pomocy, bez najmniejszej zwłoki tudzież w błyskawicznym tempie powalić jesion półmetrowej grubości, a następnie ułożyć kawałki owego powalonego jesionu pod ścianą domu, w dodatku jeszcze w okropnych warunkach klimatycznych, pomyślałem. Wielbiciele wielbią jakiś fantom, pomyślałem, Glenna Goulda, którego nigdy nie było. Ale mój Glenn Gould jest nieporównanie większy, bardziej zasługuje na uwielbienie, pomyślałem, niż ten ich. Kiedy powiedziano nam, że mieszkamy w domu słynnego rzeźbiarza narodowosocjalistycznego, Glenn wybuchnął gromkim śmiechem. Wertheimer przyłączył się do tego gromkiego śmiechu, pomyślałem, a następnie obaj przeciągali ten śmiech niemal do całkowitego wyczerpania, po to by, koniec końców, pójść do piwnicy po butelkę szampana. Glenn ustawił butelkę tak, że korek strzelił prosto w twarz wysokiego na sześć metrów anioła z marmuru z Carrary, po czym obsikał szampanem twarze innych stojących wokół monstrów, aż pozostała zaledwie niewielka resztka szampana, którą wypiliśmy prosto z butelki. Na koniec cisnął butelką w głowę imperatora w kącie z takim impetem, że musieliśmy się zasłonić. Żaden z tych wielbicieli nie uwierzyłby nigdy, że Glenn Gould mógł tak się śmiać, jak zawsze się śmiał, pomyślałem. Nikt inny nie był zdolny do tak niepohamowanego śmiechu, tylko nasz Glenn Gould, a przecież żadnego innego człowieka nie można było brać poważniej niż Glenna. Tego, kto nie umie się śmiać, nie można brać poważnie, pomyślałem, a tego, kto nie umie śmiać się tak jak Glenn, nie można brać tak poważnie jak Glenna. Około trzeciej nad ranem, całkowicie wyczerpany, siedział w kucki u stóp imperatora, z Wariacjami Goldbergowskimi, pomyślałem. Wciąż ten obraz: Glenn przywarłszy do łydki imperatora, wpatruje się w ziemię. Nie wolno było do niego się odezwać. Nad ranem rodził się na nowo, to jego słowa. Codziennie mam nową głowę, jego słowa, choć świat widzi wciąż tę samą, to jego słowa. Wertheimer biegał co drugi dzień o piątej nad ranem na Untersberg, szczęśliwym trafem odkrył prowadzącą aż do podnóża góry asfaltową drogę, potem wracał, ja natomiast robiłem przed śniadaniem rundkę wokół domu, tylko jedną, i to bez względu na pogodę, całkowicie rozebrany przed porannym myciem. Glenn wychodził z domu tylko na kurs Horowitza i zaraz potem wracał. Tak naprawdę to nienawidzę natury, powtarzał wciąż. Ja sam przejąłem od niego to zdanie i powtarzam je sobie i dzisiaj, zawsze będę powtarzał, jak sądzę, pomyślałem. Natura jest przeciwko mnie, powiadał Glenn z tej samej perspektywy (filozoficznej) jak ja, i ja bowiem powtarzam sobie wciąż to zdanie, pomyślałem. Nasza egzystencja polega na tym, że jest to bezustannie egzystencja przeciw naturze i że przeciw naturze postępuje, mówił Glenn, tak długo, aż ustąpimy, natura bowiem jest silniejsza od nas, którzy zrobiliśmy z siebie, z naszej buty, ten sztuczny twór, wytwór sztuki. Nie ludźmi jesteśmy, tylko wytworami sztuki, artysta fortepianu jest wytworem sztuki, i to potwornym, powiedział na koniec. Jesteśmy tymi, którzy bezustannie próbują umknąć naturze, naturalnie jednak nie udaje się to nam, powiedział, pomyślałem, prędzej czy później padamy jej łupem. W gruncie rzeczy chcemy zostać fortepianem, powiedział, nie pozostać człowiekiem, tylko zostać fortepianem, przez całe życie chcemy zostać fortepianem, a nie człowiekiem, uciec od człowieka, którym jesteśmy, po to by zostać bez reszty fortepianem, co jednak skazane jest na niepowodzenie, w co jednak nie chcemy uwierzyć, powiadał. Idealny artysta fortepianu (nigdy nie mówił pianista!) to ten, który chce zostać fortepianem, sam przecież dzień w dzień, gdy tylko się obudzę, mówię sobie: chcę zostać steinwayem, nie: pozostać człowiekiem, który na steinwayu gra, sam chcę być steinwayem. Nieraz zbliżamy się do tego ideału, powiedział, bardzo zbliżamy, wtedy mianowicie, kiedy wydaje się nam, że jeszcze chwila, a zwariujemy, że jesteśmy na najlepszej drodze do obłędu, którego niby lękamy się najbardziej w świecie. Glenn chciał przez całe życie sam być steinwayem, nieznośne było dlań wyobrażenie, że jest pomiędzy Bachem a steinwayem, że jest zaledwie pośrednikiem muzycznym, i że któregoś dnia zostanie roztarty na pył, któregoś dnia, to jego słowa, zostanę zmiażdżony przez Bacha z jednej strony, a steinwaya z drugiej, powiedział, pomyślałem. Przez całe życie lękałem się, że zostanę zmiażdżony przez Bacha i steinwaya, wiele, wiele wysiłku kosztuje mnie przeciwstawianie się tej okropnej ewentualności, powiedział. Mój ideał to być steinwayem, wtedy nie musiałbym być Glennem Gouldem, powiedział; będąc steinwayem, mógłbym uczynić Glenna Goulda całkowicie zbytecznym. Ale żadnemu artyście fortepianu nie udało się jeszcze uczynić siebie zbytecznym, żaden nie zdołał zostać steinwayem, powiadał Glenn. Obudzić się któregoś dnia i być i Steinwayem, i Glennem, powiedział, pomyślałem, Glenn Steinway, Steinway Glenn, wyłącznie do Bacha. Niewykluczone, że Wertheimer nienawidził Glenna, niewykluczone, że i mnie, pomyślałem, a myśl tę potwierdzały tysiące, jeśli nie dziesiątki tysięcy obserwacji, tak Wertheimera dotyczących, jak i Glenna, jak i mnie. A ja sam też nie byłem wolny od nienawiści do Glenna, pomyślałem, nienawidziłem Glenna w każdym momencie, a jednocześnie z najwyższą konsekwencją go uwielbiałem. Nie ma przecież nic bardziej przeraźliwego niż zobaczyć człowieka, który jest tak wielki, że jego wielkość nas niszczy, a my temu procesowi się przyglądamy i musimy wytrzymać, i koniec końców również go zaakceptować, choć tak naprawdę faktycznie cały czas nie wierzymy w ten proces, bardzo długo, aż stanie się on dla nas niezaprzeczalnym faktem, pomyślałem, a wtedy jest już za późno. Wertheimer i ja byliśmy konieczni dla Glenna, niezbędni w jego ewolucji, tak jak wszystko wokół niego, Glenn wykorzystał i nas, myślałem w sali gospody. Tupet, jaki Glenn okazywał wobec wszystkiego, z drugiej zaś strony wielka chwiejność Wertheimera tudzież moje zastrzeżenia wobec wszystkiego i wszystkich, pomyślałem. Nagle z Glenna zrobił się Glenn Gould, wszyscy, muszę przyznać, przeoczyli ten moment glenngouldowskiego przeistoczenia się, również Wertheimer i ja. Glenn na całe miesiące wciągnął nas w proces wspólnego odchudzania, pomyślałem, w obsesję Horowitza, tak naprawdę bowiem było przecież możliwe, że sam nie przetrzymałbym owych salzburskich dwóch i pół miesiąca Horowitza, już nie mówiąc o Wertheimerze, że gdyby nie Glenn, dałbym za wygraną. Nawet Horowitz nie byłby tym samym Horowitzem, gdyby zabrakło Glenna, jeden warunkował drugiego i vice versa. Był to kurs Horowitza dla Glenna, pomyślałem, stojąc w gospodzie. To Glenn zrobił z Horowitza swego nauczyciela, a nie Horowitz z Glenna swego geniusza, pomyślałem. Glenn dzięki swemu geniuszowi zrobił z Horowitza w owe salzburskie miesiące idealnego nauczyciela dla swojego geniuszu, pomyślałem.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?