Mróz

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Odebrał „najgorsze wychowanie, najgorsze, jakie można sobie wyobrazić”. Korzyść z tego, że nie troszczyli się o niego, okazała się później „straszną pomyłką”. W gruncie rzeczy od samego początku nie myśleli o nim. – Bezmyślnością jednak nie wychowuje się dzieci. Troszczyli się, owszem, o moje buty. Nie o moje serce. O moje jedzenie. Nie o mojego ducha. Później, grubo za wcześnie, od trzynastego roku życia, powiedzmy, przestali się troszczyć nawet o moje jedzenie, o moje buty. – Zastanawiam się, jakie właściwie ja otrzymałem wychowanie? Co to jest wychowanie? Nie tylko wyrastanie? Dziczenie? Jak dziczeją uparte rośliny w ogrodzie pełnym chwastów? Czyż ja nie byłem zawsze zdany na samego siebie? Opieka? Pomocne słowa? Gdzie? Kiedy? Od czternastego roku życia musiałem sam odpowiadać za wszystko. Za wszystko! Także za kwestie duchowe. Za to, czego nie sposób uchwycić. Nigdy jednak nie odczuwałem tego tak okropnie jak malarz. Dla mnie nigdy nie było to aż tak złe. Jestem inny. Nie taki wzburzony jak on. Stale wzburzony i rozdrażniony. Ja nie jestem ciągle wzburzony ani ciągle rozdrażniony.

Często zadawał sobie pytanie: – Jak wydostanę się z ciemności? Głowa omotana ciemnością, mocno przewiązana ciemnością, stale próbowałem pozbyć się ciemności. Oznak, cóż, otępienia… Ciemność osiąga stopień twardości obłędu. W dwudziestym, w trzydziestym, w trzydziestym piątym roku życia. Później staje się coraz bardziej bezwzględna. Próbowałem się wyrwać: ważne wydaje mi się zwrócenie na to pana uwagi, na ten pomysł… Jestem zwolennikiem bardzo prostych wyjaśnień: krzywizna rzeki, która, musi pan wiedzieć, przypomina krzywiznę ludzkiego kręgosłupa, te migoczące, roziskrzone, roziskrzone w popołudniowym słońcu części nieskończonego, wyginającego się ponad horyzonty ludzkiego kręgosłupa: to jest to… W pewnych okolicznościach wystarczy ciemność we własnej głowie – bo tylko we własnej głowie panuje ciemność – zniszczyć ciemnością we własnej głowie. Niech pan pamięta: ciemność jest zawsze sprawą własnej, zamkniętej w sobie, odciętej głowy. Ludzie, musi pan wiedzieć, spychani są z własnej ciemności w ciemność wszelką, wciąż spychani… Tak jak ja, kiedyś, oparty o ścianę rodzinnego domu, obnażony do pasa, spychany w ciemność. Przede mną: spowity wiatrem rower, dwójka tańczących dzieci szkolnych. Zapach cybebów. Pośród tego otępienie, które kładzie fundamenty. Wycięta z gazety twarz naszego profesora matematyki, który konfrontował nas z osiągnięciami Woltera. Zarysy Homera… wdarły się w mój mózg, w ciemność, niepowiązane przyczyny i zjawiska, pojęcia i szczotki pojęć czasu. Podziurawione przez nie. Na niezliczone pytania starości żadnej odpowiedzi. Ogólne zgorzknienie postępuje z zabójczą ścisłością: pies tarza się w trawie. Może to być kret, może pies albo tylko błoto… coś, na co pada podejrzenie, że chce istnieć… tańczy się tu nad przepaścią, w której roztrzaskuje się codziennie swoje bóle i bóle tych bólów.

Wyłuszczał mi, jak nawiązuje i zrywa stosunki. Nie myślał o opowiadaniu. Sztuka opowiadania jest zastrzeżona dla innych charakterów. Nie dla niego. Jak planował i realizował podróże albo planował i nie realizował. Jak poznawał na sobie przyjemność i rozkosz oraz jak na sobie i w sobie doprowadzał je do wyżyn, które są dla innych niedostępne, zakazane. Powstawał z upadków, z codziennych, powszechnych, arcyosobistych klęsk. Często zarzucał sobie kłamstwo i obracał przeciwko samemu sobie środki bezkompromisowości i ścisłości w rozpoznawaniu stanu rzeczy. Można powiedzieć: z bezwzględnością. Mglistość wydawała mu się nazbyt czcza, ażeby pragnął przybliżyć ją ku sobie. Oceny jawiły się przed jego oczyma jako szaleństwo, które przeciąga granicę drwiącą z nieskończoności. Masywy górskie połyskiwały przy wznoszeniu się. Przepaście, czarne i wrogie, że człowieka przejmował dreszcz. Powietrze drżało mu często od dalekiego grzmotu. Raz jaśniały ostre kontury południowych pasm potężnych wzniesień wapiennych. Wszystko ogłuszone uderzeniem gromu. To znów formowały się miasta na niepewnych brzegach. Takie pojęcia jak „pycha” i „opuszczenie”, „surowość” i „śmiertelna samotność” powstawały poprzez ruchy ręki, całkiem nieświadomie. Wspomnienie, które potrafi być tak jasne jak powietrze w przynależny do wieczności dzień sierpniowy, pozwalało mu wspinać się na zdumiewający poziom ducha i zdobywać zdumiewającą znajomość świata. Historia go zgłębiała, on to samo robił z historią – i panowała zgoda. Z racjonalnego punktu widzenia nic nie osiągało gdzie indziej takiej jasności jak w jego odczuciach, które były chyba najczystsze, jakie można sobie wyobrazić. Od dziecka ćwiczony na niebie i piekle, na rozciągającym się pomiędzy nimi królestwie. Lecz wciąż były to tylko chwile, które wyłaniają się, jak mu się zdaje, z każdego człowieka, aż pewnego dnia, jakby na rozkaz, przestają się zjawiać. Wystrzegał się stosowania przemocy wobec swoich „niszczycieli doznań”. Przeklinał ich, a oni byli zwycięscy. Runęło to, po czym spodziewał się wiecznego uzdrowienia. U jego stóp „królestwo możliwości, które nie ponosi żadnej winy”. Jak nauczył się obchodzić z ludźmi niczym z kamieniami i z nowościami niczym ze starożytnościami. Jak dowiedział się, co jest bezmyślne, co czyni bezmyślnym, samotnym, zamierającym. Jak potrafił zespolić w sobie przyszłość, teraźniejszość i przeszłość, i jak rozwijał tę grę, aż często sam już nie mógł się w niej dobrze połapać. Jak posiadł umiejętność wyłączania ciała jedynie drogą kalkulacji, również wyłączania ducha, popychania go w kierunku, który w danym momencie uważał za pewny, za „jedyny kierunek”, przy czym to wrażenie trwało może ledwie ułamek chwili. Jak ośmielił się żyć wśród martwych tylko, odsuniętych, wymazanych z pamięci, odprawionych, powalonych. Niby w tunelu, co nie ma końca, borykał się wciąż z ciemnością. I z zimnem. Myślał o młodości, która była niespokojna, a przecież zastygła w bezruchu, jak teraz widział.

Walcowaty wzór w jego pokoju z biegiem nocy staje się coraz bardziej piekłem, w którym rozgrywają się okropne sceny między zniekształconymi. Najuciążliwiej przytłacza go to przed brzaskiem. I wówczas dopiero, z wyczerpania oraz wstrętu do wszystkiego i do samego siebie, zapada w drzemkę. Nie w sen. Nie. Zbliżają się do niego gęby z zarzutami, które rozsadzają mu mózg. Ludzkie śmiecie. Głosy nabierają mocy. Ale nie sensu. – A przy tym są to jedynie ornamenty wywiedzione z bardzo prymitywnych wyobrażeń kaktusów. Prawdopodobnie każdej nocy szukam okropności. Tylko w ten sposób mogę sobie wytłumaczyć, że przychodzi to do mnie co noc. Cały pokój wypełnia się tymi stworami. Wie pan przecież, one zajmują tu nawet sufit. Co jakiś czas muszę stale wstawać. I próbować, czy drzwi są zamknięte. Na klucz. Raz już zostałem zaskoczony! Wtedy wszystko jest jeszcze dużo straszniejsze. – Fantastyczne obrazy dopadają go „od tyłu”, kiedy usiłuje leżeć na brzuchu. Żeby nie oglądać walcowatego wzoru.

Powiedział to, kiedy siedzieliśmy na dole w sali jadalnej. Nie było tam nikogo. Gospodyni poszła do wsi, żeby w browarze zamówić piwo. Wczoraj, dzisiaj w nocy, piwo jej wyszło, bo odbyło się olbrzymie obżarstwo i pijaństwo, które do cna ogołociło jej szafy, półki i skrzynie. Wszystko jest puste. Nie ma już nawet ani kawałka chleba. Do trzeciej nad ranem całym domem wstrząsały męskie śmiechy. Gdybyśmy wyszli, musielibyśmy położyć klucz od drzwi wejściowych na murku pod lewym oknem, ukryć za belką. Ziąb wzmógł się. Okna były rano nieprzejrzyste, białawe. Na szybach potworzyły się kwiaty i twarze, „maski zniszczeń”, jak nazwał je malarz. Nie można było wyjrzeć na dwór. Setki brudnych szklanek, kufli i butelek stały bez ładu i składu na szynkwasie. Parę zapomnianych przez robotników części garderoby wisiało na drzwiach i na ścianie. Prezentowały się nędznie. Były w nich zgniecione banknoty, chustki do nosa, fotografie i grzebienie, jak stwierdziliśmy potem, kiedyśmy, malarz i ja, przeszukali te części garderoby.

Smród libacji, o której nie wiadomo, co ją spowodowało, unosił się jeszcze w sali jadalnej, w całym domu, uwięziony. Przez zimno nikt nie miał odwagi wywietrzyć. Spojrzenie do kuchni padło na gigantyczny nieporządek. Nagle zatrzęsły się okna, zakołysały się ściany od „walącej atmosferę w twarz” eksplozji w dolinie. – Wysadzają w powietrze kawał góry – powiedział malarz. – Do jednego sztucznego jeziora przybędzie jeszcze drugie.

Tam w dole prowadzi się tak ogromną budowę, że człowiek nie wie, „jak to jest możliwe”. Inżynier podał mu cyfry. Liczby. Terminy. – Niesamowite – powiedział malarz. – Ponad tysiąc robotników uwija się tam w dole jak mrówki. – Pośrednio jednak dzięki tej budowie dziesiątki, ba, setki tysięcy mają pracę i wiążą jakoś koniec z końcem. – Inwestycje idą w miliardy. – Państwo umie wykorzystać swoje źródła, zrobić coś ze swoim potencjałem naukowym. To „chwalebne”. Lecz tam w dole, „i nie tylko tam w dole, odbywa się coś, co jeszcze raz wszystko przekręci”. Technika w każdej chwili prześciga samą siebie. – Chodźmy na dwór – powiedział. – Może coś się zobaczy.

Wyszliśmy przed gospodę. Ale nie zobaczyło się nic poza jeszcze bardziej gęstniejącą, jak na zawołanie, szarością przed oczami. – Dzisiaj z mojego miejsca nad parowem chcę popatrzeć na pogrzeb – powiedział. – Chowają handlarza towarów mieszanych.

DZIEŃ ÓSMY

Odgarnąłem dzisiaj śnieg z drogi od gospody aż po ulicę. Gospodyni nazwała mnie „drogim panem” i wyniosła mi dwie duże szklaneczki śliwowicy, zobaczywszy, jak dłuższy czas stoję, odpoczywając. Powiedziała: – Wcale po panu nie widać, że taki pan silny. – Odparłem, że jestem przyzwyczajony do pracy fizycznej. Okoliczności sprawiły, że raz po raz imałem się prac fizycznych. Trafiło jej do przekonania, iż w przerwach między wkuwaniem paragrafów muszę pracować fizycznie, aby nie zwariować. – Od lat już nie napadało tyle śniegu – powiedziała. Wskazała w kierunku południowym na góry, które jednak były okryte chmurami. Weszła do środka i wróciła po chwili, niosąc kanapkę z wędzonką. – Kto pracuje, musi jeść – powiedziała. Rada jest, że odgarniam śnieg, bo ona by się do tego nie zabrała. – Byłby wstyd – powiedziała. Zobaczywszy malarza wychodzącego z gospody, zostawiła mnie i mijając go, znikła w drzwiach. Wydawało się, że chce mu zejść z drogi. Że nie chce mu się pokazywać na oczy. Tak to wyglądało.

 

Nie do wiary, ile zrobiłem w ciągu tych niewielu minut, powiedział malarz. Obserwuje mnie cały czas ze swojego okna. – Gdyby pan się nie wziął do tego – stwierdził – nikomu nie przyszłoby do głowy, że trzeba tu odśnieżyć. – Powiedział, że w nocy wyjątkowo spał, i stanął za moimi plecami, co mnie peszyło. – Wyjątkowo spałem. A sen, wie pan, oznacza u mnie, że nie muszę biegać tam i z powrotem po pokoju! – Na podstawie porannych bólów potrafi zawsze przewidzieć bóle wieczoru i nocy. – Wieczór będzie straszny, noc okropna. Ale to już na pewno nie potrwa długo. – Kiedyś w stolicy, przed dziesiątkami lat, należał „do ekipy odśnieżaczy. Trzy szylingi osiemdziesiąt za godzinę, wie pan, pod karbidową lampą”. Moje odśnieżanie przypomina mu ciężkie czasy. – Czasy, kiedy to byłem bardziej martwy niż żywy. A często bywałem u kresu – powiedział. – Ale cóż to były za wspaniałe czasy w porównaniu z obecnymi… które wytrzymuję, aby je zakończyć śmiercią. – Słuchałem jednym uchem. On miałby ochotę na popołudniowe posiedzenie w kawiarni. – Pójdzie pan ze mną? Na stację? Są nowe tygodniki.

Opisał potem krótko, jak to kiedyś ogarnęło go uczucie, że jako ktoś inny podchodzi do samego siebie. – Zna pan takie uczucie? – spytał. – Gdy zbliżyłem się do siebie, chciałem oczywiście uścisnąć swoją dłoń, nagle jednak cofnąłem się przed sobą. Wiedziałem dlaczego. – Odśnieżyłem jeszcze ostatni kawałek i zaniosłem łopatę do gospody. Malarz czekał na mnie na dworze. Gdy wróciłem, powiedział: – Młody człowiek bierze łopatę do ręki i żyje. Ale stary?

W życiu to człowiekowi idzie jak w lesie, gdzie raz po raz znajduje się drogowskaz i znak, aż raptem żaden już się nie pojawia. I las jest nieskończony, a głód kończy się śmiercią. I człowiek porusza się wciąż w jakichś przedziałach, i nie może nigdy wybiec wzrokiem poza te przedziały. – Wszechświat też jest o wiele za ciasny, w pewnych okolicznościach. – Ale nie podjąłby się już wskazać dróg wiodących tam, gdzie jest teraz, komuś, kto ich nie zna, jeszcze nie zna. – Posługuję się pojęciami, które wytargowałem od chaosu, własnym przemysłem. – Trzeba wiedzieć, co u niego znaczy „zgorzknienie”, co „zasadniczy”, co „światło”, „cień” i „w ogóle bieda”. Nie wie się tego. Mimo to wyczuwa się, co to jest, w czym on się porusza. Na co cierpi. Może jeszcze bardziej, niż się przypuszcza. – Nie trzeba tego wiedzieć. – Przez co on znów rozumie coś innego, niż się sądzi. – Wiedza odwraca uwagę od wiedzy, wie pan! – Drażnią go ludzie w mundurach. – Nienawidzę policji, żandarmerii, wojska, nawet straży pożarnej. – Wszystko to naprowadza go na natręctwa seksualne, których wolałby nie mieć. Nie może sobie z nimi dać rady, z funkcjonariuszami kolei, z wojakami. Oficerowie odstręczają go. Także swoją nieludzkością, którą „jeszcze sztucznie podsycają”. Ale odstręczają go równie gwałtownie, jak pociągają. – Tak, również mnie pociągają. Mówiłem już panu dlaczego. Problemy, które rozbijają się w poprzedzającym obraz zapachu. – Potem: – W wieku podatnym na takie stany pobudzenia, w sprzyjających pobudzeniu układach kobiety podniecały mnie raczej swoją nieobecnością: starsze, dość brzydkie. – W ogóle od dawien dawna podnieca go wszystko, co nieobecne, pociąga go z dziecinną, zepsutą namiętnością. Nigdy jednak z niczego nie zdawał sobie jasno sprawy. – Jasność to coś nadludzkiego. – On szuka prostoty i propaguje ją, a zarazem nią gardzi: zawsze chciał się z niej wyrwać. Z takim samym przekonaniem opowiada się za spokojem, jak i za niepokojem, nie umiejąc wytłumaczyć dlaczego. Zdecydował się na coś: i jednocześnie również na coś przeciwnego. A przecież zawsze jest sobą. Bardzo ściśle określony w tym, co odmierza jego stanowiska. – Czy to jest obłęd? – pyta, powiedziawszy uprzednio, że dany stan rzeczy to jakby pokój w nieskończenie wielkiej budowli. – Niekompletność sprawia, że to, ku czemu dążę, zawsze się wali. – Byle pokonywać ziemię pod stopami, chodzi przecież, porusza się, obojętne gdzie, obojętne jak: „ale nie pokonuję ziemi pod stopami”. Jest to prawo natury… Spać i myśleć, a wszystko, co znajduje się pomiędzy, wciska się i wtrąca pomiędzy, jest odwracaniem uwagi od samego siebie. Lecz to żadną metodą nie daje od siebie odwrócić uwagi. – Oczywiście wszystko jest puste, bo ukartowane, ustalone; a to, co mówię, naiwne. – Miejsce, które uprzytamnia człowiekowi, że wszystko jest śmieszne, pojawia się stale, kiedy spojrzy się w okno, w samego siebie. Gdziekolwiek. – Aż kiedyś każdemu udaje się wielki rzut: koniec ze wszystkim.

– Wszyscy, których znam, zaczynając, wyglądają tak samo. Także to, co jest w nich, zawsze wygląda tak samo, obojętnie, o kogo chodzi. We wszystkich jest to samo. To budzi we mnie wstręt. Jeśli zamiast „kończąc” powiem „ustępując”, pozostaje zapach, który wszystko zaćmiewa. – Powiedział, że ludzie, najpierw niechętnie, później bez oporu, są kierowanymi otępieniem nosicielami zawodów, nosicielami poglądów o różnym ograniczeniu szybkości, różnej trwałości. – Prosta dziewczyna ze wsi, jak i prezes koncernu. – Wobec blokady przez uczucie i rozum nie chodzi już o jednostkę. Cóż z tego, że najzręczniejsi, nie najmądrzejsi, zajmują najlepsze miejsca? Że zawarli ubezpieczenia, które idą w miliony? W miliony widoków na przyszłość? Tradycji? Drobiazgowości? Niedorzeczności? – Poprzedza nas fama, która nas zabija.

– Wiele idei ulega deformacjom, których potem już przez całe życie nie sposób wyeliminować – powiedział. Idee często zaskakują człowieka jeszcze po latach, zawsze jednak prędzej czy później ośmieszają tego, kto je miał. Idee pochodzą z królestwa, którego nigdy przecież nie opuszczają. Pozostają w nim, w tym królestwie, idee: w królestwie marzeń. – Nie ma idei, która się zmazuje, którą można by zmazać. Idea jest i pozostaje rzeczywista. – Dzisiaj w nocy rozmyślał o bólu. – Ból wcale nie istnieje. Jest „nieodzownym urojeniem”. Ból nie jest bólem, tak jak krowa jest krową. – Słowo „ból” zwraca uwagę uczucia na uczucie. Ból jest nadmiarem. Ale urojenie jest rzeczywistością. – Zatem ból jest i bólu nie ma. – Ale nie ma bólu – powiedział. – Jak nie ma szczęścia, jak szczęścia nie ma. Na bólu oprzeć architekturę. – Wszystkie myśli, obrazy są mimowolne, jak pojęcia „chemia”, „fizyka”, „geometria”. – Trzeba znać te pojęcia, aby znać cokolwiek. Aby znać wszystko. – Z filozofią człowiek nie posuwa się ani kroku dalej. – Nic nie jest postępowe, ale nic nie jest mniej postępowe od filozofii. Postęp to nonsens. Niemożliwość. – Obserwacje matematyka mają zasadnicze znaczenie. – O tak – powiedział – w matematyce wszystko jest dziecinną igraszką, bo w niej zawiera się wszystko. – Jak przez każdą dziecinną igraszkę, tak i przez matematykę można jednak zginąć. – Kiedy nagle, przekroczywszy granicę, nie rozumie się już żadnego żartu, nie rozumie się już świata, a więc nic już się nie rozumie. Wszystko jest wyobrażeniem bólu. Pies ma chyba taką samą siłę ciężkości jak człowiek, a jednak nie żył, rozumie pan! – Pewnego dnia przekroczę próg, znajdę się w parku, który jest olbrzymi, ba, nieskończony, roi się w tym parku od piękności, od kunsztownych pomysłów. Rośliny i muzyka zmieniają swoją naturę w najcudowniejszy sposób matematycznie i dla ucha nadzwyczaj przyjemnie, sięgając najwyższych wyobrażeń subtelności: ale chodzić po tym parku, czyli korzystać z niego w ogóle nie mogę, bo składa się on z tysięcy małych i maleńkich kwadratowych, prostokątnych i kolistych wysepek, skrawków trawnika, tak odosobnionych, że tego, na którym stoję, nie ma jak opuścić. „Zawsze dzieli je tyle i to tak głębokiej wody, że niepodobna dotrzeć z jednej wyspy na drugą. W wyobrażeniu, jakie mam. Na skrawku trawnika, na który człowiek dotarł nie wiadomo jak, na którym zbudził się, nie wiadomo przez co wyrwany ze snu, i na którym zmuszony jest pozostać”, ginie się w końcu, umiera z głodu i pragnienia. „Tęsknota za tym, żeby przemierzyć cały park, zabija człowieka”.

Natknąłem się na niego za stogiem siana, siedział skulony na desce. Było już mroczno, a on powiedział, że słyszał, jak nadchodzę znad bajora. – Bardzo dobrze znam pański chód. – Tacy ludzie jak on, którzy przeważnie mają zamknięte oczy – „to też przygotowanie na śmierć” – mają też niewiarygodnie wyćwiczony słuch. – Był pan jeszcze daleko, a ja już pana słyszałem. Powoli wkraczał pan w mój zły nastrój. Wie pan, że nie chodzi pan wcale jak młody człowiek? – Z pewnością wydaje mu się dziwne, że zastałem go tutaj, za stogiem siana. W ogóle to on stale dostarcza mi osobliwości. – Prawda, że wszystko, co robię, jest osobliwością? Przysiadłem tutaj, bo nie mogłem już stać. Pańska propozycja okładów – znajdował, jak mi się wydało, przyjemność w wypowiadaniu tych słów i wypowiedział je kilkakrotnie, raz po raz, jakby wyzierając z lisiej jamy – pańska propozycja okładów była złą propozycją. Mój obrzęk nie ustąpił. Miałem rację, że chodzi o „coś strasznego”. Niedługo w ogóle nie będę mógł chodzić. Chyba już pan zrewidował swój pogląd, że chodzi o „nieszkodliwą sprawę”? – Znów pogrążył się w długich roztrząsaniach swojej choroby, która między jego mózgiem a stopą rozprzestrzenia się „wręcz filozoficznie”. W gruncie rzeczy znajduje tu potwierdzenie „święta wiedza”.

Poszedł przez modrzewiowy las, a potem do bajora – „są tu tylko dwie drogi, którymi można chodzić: jedną albo drugą” i chciał właściwie zajść jeszcze na stację, żeby zaopatrzyć się w gazety i „zrazić się do świata podróży. Gazety są moim jedynym urozmaiceniem. Czym ludzie przestali być dla mnie, czym natura nigdy dla mnie nie była, tym są teraz gazety: urozmaiceniem, przerzucaniem mostów”. W gazetach znajduje potwierdzenie wielu swoich teorii. Gazety są właściwie światem, wszystkim, kosmos i świat w każdym numerze, jaki otwiera. – Świat nie jest światem, jest niczym. – Codziennie zmuszony jest, przez gazetę, do rozprawy z samym sobą. – Gazety, mierzone mdłościami, jakie wywołują u wielu, nie bez powodu i z całkowitą słusznością, są jedynymi wielkimi pocieszycielami. A dla niego gazety są tym, czym brat i siostra, ojciec i matka nigdy dla niego nie byli. – Czym świat nigdy dla mnie nie był. Często miałem tylko gazetę, całymi dniami, tygodniami, latami tylko gazetę, która mi mówiła, że wszystko jeszcze istnieje, wszystko, wie pan, wszystko wokół mnie i we mnie, wszystko, co wydawało mi się już martwe.

Na stoku, pod wielką lipą, gdzie brzęczenie drutów telegraficznych jest najsilniejsze, o parę kroków od słupa wysokiego napięcia, zrobiło mu się niedobrze i prędko zawrócił. – Stopa jest przyczyną. – Musiał ciągnąć swoją stopę jak cetnarowy ciężar. – Miałem wrażenie, że mi odpadnie. – Początkowo próbował dojść skrótem do gospody, ale załamał się po drodze, jak stwierdził. Ostatkiem sił dobrnął do stogu, po którym spodziewał się też osłony przed wiatrem. – Za plecami mam ciepło, siano, widzi pan! – W myśli o siostrze, jakie go zaprzątnęły – „bardzo smutne myśli” – wdarły się potem moje kroki, „ten raz po raz kruszący się szelest”. – Miło mi, że pan przyszedł. Czy to przypadek, czy też mnie pan szukał? – Odrzekłem, że to przypadek. – Ledwie usiadłem, ból stopy ustąpił. Przeniósł się wyżej, w bliższe sąsiedztwo mózgu.

Wciąż narzeka na bóle w stopie, „które występują zwłaszcza wtedy, stają się gwałtowne, uporczywe, kiedy słabnie ból w głowie”. Posłuchał mojej rady, by stopę ułożyć wysoko, w nocy podsunąć poduszkę, ale „jak pan widzi, nic to nie pomaga. Przeciwnie. Obrzęk znacznie się powiększył. Zdawać by się mogło, że wsysa wszystko, co jest w moim ciele. Jest to to samo wrażenie wsysania, jakie odczuwam stale w odniesieniu do mojego mózgu”. Faktycznie obrzęk się powiększył. Bo przecież on wciąż chodzi. Obrzęk jest może dwa razy większy niż przedtem, kiedy ostatni raz go widziałem. Ale bez zabarwienia. Kostki już nie widać. – Najlepiej to z taką stopą nie łazić po wertepach – poradziłem. – Sądzi pan, że to wystarczy na tak straszną chorobę? – Za parę dni – stwierdziłem – to na pewno zniknie. Bez śladu. – Tu, na ręce, też robi mi się obrzęk – powiedział. Pokazał mi miejsce na przedramieniu, gdzie rzekomo robił się obrzęk, ale ja nic nie zobaczyłem. Obmacałem to miejsce i nie doszukałem się żadnej anomalii. – Powinien pan zauważyć, że coś mi się tu robi. Nie ma pan wyczucia chorób. – W jego głowie odbywają się „nieopisane machinacje”. Obrazy, jakie nawiedzają go jak każdego innego człowieka, rozpadają się nagle, zostają rozerwane, „wie pan, na strzępy. Pogodziłem się z tym jednak, że wszystko we mnie jest chore. Trawione chorobą. Moja choroba nie jest, jak sądzę, zaraźliwa. Ledwie ją odkryłem, od razu miałem wrażenie, że jest nieuleczalna. Nieuleczalna”, powtórzył i zamilkł. Szliśmy gęsiego jak zawsze, ja przodem, on za mną, najpierw do wsi, potem do gospody. – Nieuleczalną chorobę pacjent rozpoznaje od razu. Przeważnie jednak zachowuje swoją wiedzę dla siebie. Pojawia się ona zupełnie inaczej niż uleczalna. – W jego krwi jest tyle trujących substancji, że „można by nimi wytruć całe dzielnice”. Te trujące substancje osadzają się stale gdzieś pod skórą, gdzie się nadarzy okazja. – Stąd obrzęk na mojej stopie – powiedział. – Jak nad wielkimi rzekami leżą wraki statków, tak one rozkładają się na brzegach moich żył i arterii. Śmierć może być tylko ustaniem wszelkich bólów. Śmierć oznacza wyzwolenie od wszystkiego; zwłaszcza od samego siebie. – Między nim a jego śmiercią nie ma już żadnych kwestii otwartych. – Umowa, jaką zawarłem z moją śmiercią, jest dla obu stron możliwie jak najbardziej korzystna i kompletna.

 

Gdyby to zależało od wieśniaków, to całe swoje życie by przeżarli i przepili. Na myśl o ich żuchwach dreszcz człowieka przejmuje, a już teraz jedzenie i picie niepokojąco spływa im z kącików ust. Gospodyni napuszcza na nich flaki, golonkę i kufle piwa, tak jak psy podszczuwa się na coś, czego nie jest się pewnym. Ona szczuje. Malarz brzydzi się jedzeniem i piciem, na które rzucają się inżynier i rakarz. Ci, co śpiewali, wydzierają się teraz. Inżynier mówi coś przeciwko Kościołowi, rakarz opowiada o zakażonym wole, którego jacyś ludzie we wsi poćwiartowali i zżarli. Niesprzyjające okoliczności znów zapędziły go wczoraj przez parów aż na cienistą stronę do zdechłego psa. Wielu nie może zdobyć się na to, by własnymi rękami pogrzebać swojego bydlaka. Dają rakarzowi napiwki i wypytują. Skąd bierze się to i to. Dokąd się idzie, kiedy nadejdzie pora. Skąd się przychodzi, to też jest im zupełnie nieznane. – Tak, mistyka – to jedyne, co rakarz ma do powiedzenia – mistyka. – A także: – mistyczność. – Całkiem już zalany inżynier mówi na to: – Scholastycy! – i łamie ogryzaną kość. Gospodyni nie nadąża z roznoszeniem piwa, przeciska się dzielnie, rozdaje kopniaki, gdzie przechodzi, pod stołem, tam się tego nie zauważa, niektórzy tłumaczą to sobie fałszywie. Ci, dla których od czasu do czasu taki kopniak oznacza skryte wezwanie, by wtedy a wtedy przyszli do niej do łóżka, przyjmują go zgodnie z tym zamiarem. Ona poci się, podbródek błyszczy jej jak kiełbasy, którymi omal nie otarła się o mundur żandarma, tak że ten przywiera do ściany i musi spojrzeć na brzuch. – Nie, nie! – powiada inżynier. – Co za pomysł! – On już potrafi obchodzić się z granitem, z opornymi ludźmi. Ale nie biję! – mówi. – Nie jest mi to potrzebne. Nie, nie! – A potem w sali jadalnej jest taki ryk, że nie rozumie się już ani słowa. Córki gospodyni zsuwają się z jednych męskich kolan na drugie. – Wstrętny zapach – mówi malarz, ale jest widać za słaby, by wstać. – Tylko wypiję do końca – dodaje. – Często znienacka robi się bal! – powiada inżynier. Na zamożnych wściekli są mniej zamożni, mówi, i nikt nie wie, kto powinien być bardziej, a kto mniej zamożny. W niebie za to jest „miejsce dla ostatnich golców”. – O tak – mówi rakarz – w niebie wciąż jeszcze jest parę miejsc siedzących. – Czasem bywa z nim tak jak z jeźdźcem, który próbuje jechać dalej bez konia, powiada inżynier, mało nie pękając z gorąca, „można zawisnąć w powietrzu i jakiś czas posuwać się naprzód. Kiedy człowiek zacznie myśleć w powietrzu, spada na ziemię i wszystko bierze w łeb”. Potem, gdy talerze znikną ze stołów, śpiewają: „W Mantui, w kajdanach…”1, aż ściany dygoczą. Malarz pośród ryków idzie do swego pokoju. Ale trwa to do drugiej nad ranem, zanim zapanuje spokój. Przedtem słyszy się jeszcze dużo o wesołości, ludzkich śmieciach i wielkiej pustce we wszystkich.