Jak kobiety podejmują decyzjeTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Dedykacja

Co się dzieje, kiedy kobieta podejmuje decyzję?

1. Zrozumienie kobiecej intuicji

2. Dylemat zdecydowania

3. Cześć, ryzykantko

4. Kobieca przewaga w dziedzinie pewności siebie

5. Zestresowana kobieta nie załamuje się, tylko skupia

6. Przyglądanie się ludziom podejmującym beznadziejne decyzje

Posłowie

Bibliografia dodatkowa

Podziękowania

Przypisy

Dla Jonathana,

bo poślubienie Ciebie było moją najlepszą życiową decyzją

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Co się dzieje, kiedy kobieta podejmuje decyzję?

Od pewnego czasu kobiety ze wszystkich stron słyszą wezwania do działania. Każe im się włączyć do gry, prosić o to, czego pragną, mieć świadomość własnej wartości, sięgać wysoko, śmiało wydawać polecenia i zniwelować przepaść w poziomie pewności siebie w stosunku do mężczyzn. Takie komunikaty elektryzują. Dodają kobietom odwagi, by zajęły należne im miejsce w procesach decyzyjnych, i obiecują władzę tym, które jej pragną. Powtarza się im, że jeśli będą ciężko pracowały i zwiększą swoje oczekiwania, dotrą na szczyty – a z tym wiąże się częstsze podejmowanie ważnych decyzji.

Ale nikt nie mówi o tym, co spotyka kobiety, kiedy już podejmą te ważkie decyzje. Czy ich doświadczenia związane z podejmowaniem trudnych, brzemiennych w skutki decyzji różnią się od męskich? Właśnie to pytanie było iskrą, która zapoczątkowała moje badania, a ostatecznie zapłonęła silnym płomieniem, doprowadzając do napisania tej książki. Odkryłam, że kiedy mężczyzna ma przed sobą trudny wybór, czeka go tylko dokonanie oceny sytuacji, natomiast kobieta musi dodatkowo przygotować się na to, że sama będzie oceniana.

Co zatem ma zrobić inteligentna, mająca dla siebie szacunek i (nie ukrywajmy) zajęta kobieta?

Powinna zrozumieć, jak kobiety podejmują decyzje oraz jak planować własne działania z uwzględnieniem realiów, w jakich funkcjonuje. Zdradzę wam sekret: Kobiety nawet nie zdają sobie sprawy, jak stanowczą przejawiają postawę w dokonywaniu wyborów. To prawda, że kobiety i mężczyźni różnie się zachowują w trakcie procesu podejmowania decyzji, ale niekoniecznie z powodów, które nam wmawiano. Nie chodzi tu wcale o biologię ani o „różowy mózg/niebieski mózg”, jak głosi tytuł pewnej książki. Rzecz w tym, że przez lata społeczeństwo nie doceniało kobiecej zdolności dokonywania rozsądnych wyborów i właśnie te wątpliwości, to szeroko rozpowszechnione kwestionowanie kobiecej oceny leżą u podstaw wielu różnic płciowych, jakie dziś obserwujemy.

Często nie zdajemy sobie sprawy, że o wiele krytyczniej analizujemy decyzje kobiet niż mężczyzn. Byłoby to wyraźniej widoczne, gdyby w analogicznych sprawach wszystkie aspekty, poza płcią, były identyczne, a taki scenariusz rzadko ma miejsce. Kiedy jednak zaistnieje, wyraźnie widać stronniczość społeczeństwa. Przyjrzyjmy się choćby zdarzeniom z lutego 2013 roku, kiedy to prasa zaatakowała Marissę Mayer za zmianę polityki pracy zdalnej w firmie Yahoo. Yahoo ogłosił mianowicie, że od tej pory nie będzie zezwalać na pełnoetatową zdalną pracę. Natychmiast odezwali się eksperci, ostro krytykując to posunięcie, które ich zdaniem odbije się głównie na kobietach. Wielu z nas, przyznaję, że włącznie ze mną, miało poważne wątpliwości co do kontrowersyjnej decyzji Mayer. Ale ile osób usłyszało o podjętej tydzień później takiej samej decyzji Huberta Joly’ego, prezesa Best Buy1? Owszem, kiedy Joly ogłosił, że Best Buy kończy z polityką umożliwiania pracy z domu, dziennikarze biznesowi pilnie to odnotowali, ale nie wywołało to takiego publicznego oburzenia jak komunikat Marissy Mayer. W związku z tą decyzją nazwisko Joly’ego krótko pojawiało się w prasowych nagłówkach w 2013 roku, natomiast o słuszności posunięcia Mayer dziennikarze dyskutowali jeszcze w roku 20152. Zatem taka sama decyzja spowodowała złą prasę prezesa mężczyzny przez kilka miesięcy, natomiast kobiety przez lata.

Z początku staramy się uzasadnić swoją reakcję. Z pewnością decyzja dotycząca Yahoo odbiła się negatywnie na większej liczbie pracowników, bo przecież to firma software’owa, a wiadomo, że programiści często pracują w domu w piżamach o dowolnej porze dnia lub nocy. Natomiast Best Buy, rozumujemy, ma sklepy, zatem pracownicy muszą się w nich stawiać o wyznaczonej godzinie i w pełni ubrani. Liczba zatrudnionych pracujących zdalnie musi być niewielka. Z artykułów na ten temat wynikało jednak, że decyzja Mayer dotknęła tylko dwustu pracowników, podczas gdy Joly’ego prawdopodobnie niemal czterech tysięcy zatrudnionych w korporacji, często pracujących z domu3. To prawie dwadzieścia razy więcej.

Skoro liczba pracowników, dla których te decyzje były niekorzystne, nie wyjaśnia nagonki na Mayer i pobłażliwości wobec Joly’ego, to w takim razie co może być powodem? Czyżby Mayer dopiero niedawno objęła kierownictwo Yahoo, a Joly od dawna zarządzał Best Buy? Nic podobnego. Mamy tu kolejną analogię, co zaczyna już być niepokojące – obydwoje pełnili swoje funkcje od około sześciu miesięcy4. Prawdopodobną przyczyną tego, że tak długo złościmy się na decyzję Mayer, a ignorujemy decyzję Joly’ego, pozostaje zatem pewien wzorzec zachowań, który nieświadomie realizujemy: mamy skłonność do kwestionowania kobiecych decyzji i aprobowania męskich. Nawet kiedy kobiety i mężczyźni postępują identycznie, możemy ich różnie postrzegać.

Taka tendencja ma swoje bardzo realne konsekwencje. Weźmy choćby często przytaczane spostrzeżenie, że w firmach szybko awansuje się mężczyzn, natomiast niechętnie kobiety. Dlaczego? Być może masz na półkach mnóstwo książek z odpowiedziami na to pytanie, ale z moich badań wynika zupełnie nowa kwestia, którą wielu dotychczas przeoczało. Mianowicie ufamy, że mężczyźni potrafią dokonywać trudnych wyborów. Bez trudu akceptujemy męskie decyzje, nawet te nieprzyjemne, traktując je jako coś, co musi być zrobione. Natomiast kiedy kobieta podejmuje taką samą trudną decyzję, bez porównania krytyczniej analizujemy jej słuszność. Często nieświadomie wątpimy w mądrość jej wyborów.

Trudno uwierzyć, że podejmowanie decyzji może mieć aspekt płciowy, że można okazywać mężczyźnie akceptację i zrozumienie, a kobiecie wątpliwości w związku z taką samą decyzją. Postrzegamy samych siebie jako osoby sprawiedliwe, kierujące się najlepszymi intencjami. Jakoś nie zdarzyło mi się spotkać osoby, która powiedziałaby: „Uwielbiam dyskryminować”. Jeśli chcemy zrozumieć, jak płeć wpływa na proces podejmowania decyzji oraz jak subtelnie i mniej subtelnie reagujemy na wybory dokonywane przez kobiety i mężczyzn, musimy zadać kilka wnikliwych pytań. Czy istnieje rzeczywista różnica pomiędzy osądem kobiecym a męskim? A może przesadzamy z tą przepaścią? Gdzie kultura masowa ujawniła rzeczywiste rozbieżności w sposobie podejmowania decyzji przez kobiety i mężczyzn, a gdzie w istocie sfabrykowała te różnice? W przypadkach, gdzie kobiety i mężczyźni rzeczywiście przyjmują inne podejście w obliczu tego samego wyboru, czy kobiecy sposób dochodzenia do decyzji jest przeważnie plusem czy problemem?

Co ważniejsze, jeśli odkryjemy, że naprawdę kobiety i mężczyźni inaczej dochodzą do decyzji, co możemy w tej sprawie zrobić? Jak zyskać większą świadomość własnego procesu decyzyjnego i przyłapać się na tym? Po części wymaga to dokształcenia się na temat naszych ukrytych uprzedzeń związanych z podejmowaniem decyzji. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni muszą zrobić bilans i opracować odpowiednią strategię, bo nikt nie potrafi zrobić tego sam. Niewątpliwie przeczytanie tej książki powinno poprawić jakość podejmowanych przez ciebie decyzji, niezależnie od płci, ale jeśli zależy nam, żeby więcej kobiet uczestniczyło w ważnych rozstrzygnięciach, powinniśmy zmienić panujące w naszej kulturze przekonania na temat kobiecego osądu. Konieczne jest wprowadzenie pewnych zmian strukturalnych, które doprowadzą nie tylko do poprawy życia kobiet, ale też decyzji podejmowanych dla świata. Jeśli po przeczytaniu tej książki zapamiętasz tylko jedną myśl, zależy mi, żeby była ona następująca: Większy udział kobiet w podejmowaniu kluczowych decyzji jest lepszy nie tylko dla kobiet, ale też dla tych decyzji. A to jest lepsze dla wszystkich.

Kogo prosimy o podejmowanie decyzji mających poważne konsekwencje?

Był styczeń 1968 roku i w Seattle panowała typowa dla tego miasta zimowa pogoda, kiedy trzeba się ciepło ubrać, ale nie jest na tyle zimno, by padał śnieg. Barbara Winslow miała wówczas dwadzieścia trzy lata i studiowała historię na Uniwersytecie Waszyngtońskim. Tego dnia wraz z poślubionym przed niespełna rokiem mężem siedzieli w gabinecie lekarza, zmartwieni tym, co usłyszeli.

 

Przed kilkoma dniami Barbara odkryła w piersi guz. Teraz lekarz jej wyjaśnił, że poda jej narkozę, pobierze wycinek z piersi, przeprowadzi kilka badań, podczas gdy ona nadal będzie uśpiona, a jeśli się okaże, że guz jest złośliwy, natychmiast wykona radykalną mastektomię. Mastektomia radykalna to trafna nazwa dla tej operacji. Obejmuje ona usunięcie całej piersi i znajdujących się pod nią mięśni klatki piersiowej oraz węzłów chłonnych spod pachy w trakcie jednego nieco barbarzyńskiego zabiegu5. Zatem Barbara miała zasnąć, zastanawiając się, czy ma raka, a po obudzeniu albo usłyszeć świetne wieści, albo zobaczyć szwy w miejscu piersi.

Po przedstawieniu całej procedury lekarz stwierdził, że powinni natychmiast wykonać biopsję. Barbara jednak nie chciała podejmować decyzji w takim pośpiechu. Czy nie może wrócić do domu i tego przemyśleć? Dlaczego musi decydować od razu? Lekarz wyjaśnił, że jeśli da jej czas na rozmyślania o tak radykalnym zabiegu, jej strach stopniowo tak wzrośnie, że nie zechce podjąć ryzyka.

Barbarę wychowano w przekonaniu o lekarskim autorytecie, toteż powiedziała: „W porządku. To wydaje się rozsądne”. „Świetnie” – odparł lekarz i wręczył formularz zgody jej mężowi. „Chwileczkę – zaprotestowała – dlaczego mąż ma podpisywać moją zgodę?” Odpowiedź miała zapamiętać do końca życia. „Dlatego, że kobiety są zbyt emocjonalnie i irracjonalnie przywiązane do swoich piersi”6.

Irytujące? Owszem. Ale też zagadkowe. Bo kto właściwie podejmował tę decyzję? Barbara? Tak by się wydawało, ale w rzeczywistości lekarz wcale nie pytał, co ona chce zrobić. W zasadzie powiedział, że jest zbyt emocjonalna i irracjonalna, żeby można było zaufać jej ocenie. Czyżby stworzono tylko iluzję wyboru? Czy gdyby postanowiła, że nie chce biopsji, lekarz i tak dałby mężowi formularz zgody do podpisania?

„Patrząc wstecz, żałuję, że nie przeciwstawiłam się temu lekarzowi – powiedziała mi Barbara w 2015 roku. – Żałuję, że nie zdemolowałam mu gabinetu. Powinnam była go spytać, do jakiej części ciała mężczyźni są irracjonalnie przywiązani”. Miała wiele powodów do gniewu, w tym fakt, że lekarz wątpił, że kobieta potrafi podjąć prawidłową decyzję w tak stresujących okolicznościach. Ale w owym czasie nawet nie kwestionowała jego założenia. „W tamtych czasach nie myślałam w takich kategoriach. Nikt nie myślał. Tak wyglądało życie kobiet”.

Można to zdarzenie potraktować jako straszną chwilę w życiu jednej kobiety, ale jako badaczka procesu podejmowania decyzji dostrzegam w tym szersze problemy. Chcielibyśmy wierzyć, że tego rodzaju zachowania należą do przeszłości i przynajmniej w tego typu sytuacjach nastąpiła poprawa. Obecnie w Stanach Zjednoczonych żaden lekarz nie poprosiłby męża pacjentki o podjęcie takiej decyzji. Ale czy w istocie naprawdę daleko od tego odeszliśmy? Kusi nas, żeby czuć się bezpiecznie i twierdzić, że taka dyskryminacja już zniknęła. Ale ile uprzedzeń na temat kobiet podejmujących decyzje zostało całkowicie wyeliminowanych, a ile tylko zeszło do podziemia – tak że rzadziej się o tym mówi, ale nadal wpływa to na wybór osób, które chcemy widzieć jako liderów? Czy kobiety są postrzegane jako równorzędni partnerzy w procesie decyzyjnym, gdy dokonanie złego wyboru grozi ogromnym ryzykiem, czy to w gabinecie lekarskim, czy podczas spotkania biznesowego? A może pojawia się zgrzyt w postaci założenia, że to mężczyźni dysponują lepszymi umiejętnościami podejmowania trafnych decyzji jako płeć nieskrępowana tymi paskudnymi emocjami?

Niemal pół wieku później leczenie raka odbywa się w sposób bardziej cywilizowany. Kobiety same podpisują formularz zgody, operacje przeprowadza się dopiero po omówieniu wyników biopsji z pacjentką, a mastektomię radykalną rzadko się już przeprowadza. Kiedy Barbara opowiada dziś swoją historię, wszyscy są wstrząśnięci. A jednak musimy zadać sobie pytanie: Czy sytuacja rzeczywiście całkowicie się zmieniła?

Richard Hoffman, profesor medycyny University of Iowa, uważa, że nawet obecnie warto przeanalizować przebieg rozmów lekarzy z pacjentami. Co lekarze sugerują kobietom, a co mężczyznom o ich roli w procesie podejmowania decyzji? Kogo się pyta „co chcesz zrobić?”, a kogo nie? Czy niektórych pacjentów traktuje się jak partnerów, a innych jak osoby zależne?

W 2011 roku Hoffman z zespołem przeanalizowali wyniki ankiet przeprowadzonych wśród 1100 dorosłych pacjentów w Stanach Zjednoczonych, koncentrując się na ich opisach niedawnych rozmów z lekarzami o badaniach kontrolnych w kierunku raka. Hoffman brał pod uwagę pacjentów po pięćdziesiątce, bo zazwyczaj to im lekarze zalecają pewne regularne badania pod kątem nowotworów. Jeśli dla lekarzy obie płcie byłyby jednakowo zdolne do podejmowania racjonalnych decyzji, ich rozmowy z kobietami i mężczyznami przebiegałyby tak samo. Ale tak nie było. Z relacji badanych wynikało, że 70 procentom mężczyzn zadano pytanie, czy chcą przeprowadzić badanie kontrolne prostaty, natomiast tylko 43 procentom kobiet dano taki wybór, gdy chodziło o piersi7.

Skąd ta rozbieżność? Skoro w obu wypadkach mowa o prewencyjnym badaniu, to dlaczego mężczyznom chętniej przyznawano możliwość podejmowania decyzji? Co prawda należy zauważyć, że istnieją kontrowersje co do skuteczności badań kontrolnych prostaty. Okazało się, że podstawowe badanie, wykonywane jako analiza krwi, w trzech przypadkach na cztery daje fałszywie pozytywny wynik. Innymi słowy, bardzo wysoki odsetek mężczyzn dowiaduje się, że mogą mieć raka prostaty, chociaż go nie mają. W związku z tym U.S. Preventive Services Task Force, zespół ekspertów oceniających skuteczność medycyny zapobiegawczej, przyznał temu badaniu ocenę D, co oznacza, że przynosi ono więcej szkody niż pożytku, podczas gdy mammografia, która też nie jest badaniem idealnym, otrzymała ocenę B8. Badanie krwi pod kątem raka prostaty może narazić pacjentów na niepotrzebny stres, nie wspominając już o zbędnych dalszych procedurach i związanym z nimi ryzykiem. Być może dlatego lekarze pozostawiają mężczyznom większy wybór, czy chcą się poddać tym potencjalnie wprowadzającym w błąd i stresującym badaniom kontrolnym9.

No dobrze. A jaki rezultat daje porównanie podobnych sytuacji? Hoffman zajął się w tym celu przeanalizowaniem badań kontrolnych narządu, który mają obie płcie. Badania te otrzymały od U.S. Preventive Services Task Force ocenę A ze względu na bardzo dużą niezawodność przy wykrywaniu raka zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn. O czym mowa? O tak znienawidzonej przez wszystkich kolonoskopii10. Rak jelita grubego jest trzecią najczęstszą przyczyną śmierci z powodu raka zarówno wśród kobiet, jak i wśród mężczyzn w Stanach Zjednoczonych, zatem jest chorobą wysokiego ryzyka dla obu płci11. Czy kiedy lekarze rozmawiają z pacjentami o wykonaniu kolonoskopii, mówią po prostu: „Musi pan/pani to zrobić”, czy przedstawiają opcje i pytają: „Czy chce pan/pani to zrobić”? Wyniki uzyskane przez Hoffmana należy uznać za wielce wymowne. Lekarze zapytali o chęć wykonania kolonoskopii 71 procent mężczyzn, ale tylko 57 procent kobiet. W tym wypadku proporcja jest lepsza, to prawda, ale dlaczego wyniki nie są identyczne? Dlaczego większa liczba mężczyzn miała wybór? Wiek badanych obu płci był podobny – w większości pomiędzy pięćdziesiątym a siedemdziesiątym rokiem życia, a przeprowadzenie pierwszej kolonoskopii zaleca się w wieku pięćdziesięciu lat. Dla mężczyzn w Stanach Zjednoczonych ryzyko zachorowania na raka jelita grubego jest nieco wyższe niż dla kobiet: choruje na niego na którymś etapie życia jeden na dwudziestu jeden mężczyzn i jedna na dwadzieścia dwie kobiety12. Ale czy to oznacza, że więcej mężczyzn powinno mieć możliwość podjęcia decyzji na swój temat, że ich częściej powinno się prosić (zamiast im kazać), by poddali się temu badaniu? Nieco niższe ryzyko w przypadku kobiet wskazywałoby, że to im powinno się dawać wybór (jeśli już rozważać takie podejście). A czy lekarki częściej prosiły kobiety o podjęcie decyzji (zamiast mówić im, co mają robić)? Tego nie wiemy, bo w ankietach nie było informacji o płci lekarza.

Kiedy po raz pierwszy przeczytałam sprawozdanie z tego badania, nie bardzo wiedziałam, co myśleć. Może lekarze zachowywali się inaczej w stosunku do kobiet i mężczyzn, żeby działać skuteczniej. Mają przecież do czynienia z setkami pacjentów rocznie, a w takim zawodzie z pewnością potrzebna jest umiejętność dostrzegania subtelnych wzorców. Może zauważyli, że jeśli mężczyznom nie dało się wyboru, czuli się obrażeni i nie przychodzili ponownie? Albo przekonali się, że duża część kobiet początkowo nie chciała poddać się badaniu kontrolnemu w kierunku raka, a później tego żałowały – i dlatego rzadziej dają im wybór. A może jednak wcale nie chodzi o tak nieszkodliwe sprawy? Wprawdzie lekarze w Stanach Zjednoczonych przestali już prosić męża o wyrażenie zgody na operację żony, ale najwyraźniej niezmiennie bardziej ufają jego dobremu osądowi (i swojemu) niż jej.

W Stanach Zjednoczonych kobietom wolno decydować w ważnych sprawach od stosunkowo niedawna. Prawa wyborcze przyznano im dopiero w 1920 roku, kiedy już w ponad dwudziestu innych krajach kobiety mogły podejmować te obywatelskie decyzje13. W 1968 roku, kiedy Barbara mogła tylko patrzeć, jak mąż niechętnie podpisuje zgodę na jej operację, nie tylko lekarze uważali, że męski osąd jest znacznie rozsądniejszy. Podobnie myślała większość profesjonalnego świata. Przeważająca część rozwiedzionych kobiet, które chciały rozpocząć nowe życie, nie mogła w tym okresie samodzielnie kupić domu czy mieszkania. Pozostawał im wynajem lub przekonanie mężczyzny z najbliższego otoczenia, często byłego męża, żeby podpisał im umowę hipoteczną14. Na początku lat siedemdziesiątych często odmawiano kredytu obrotowego nawet kobietom z wysokimi własnymi dochodami. Billie Jean King, słynna tenisistka, która w jednym roku odniosła zwycięstwa w trzech konkurencjach wimbledońskich, utrzymywała rodzinę z pieniędzy zarobionych na korcie. Mimo to okazało się, że nie może otrzymać karty kredytowej na własne nazwisko. Dopiero kiedy nazwisko jej męża znalazło się jako pierwsze na rachunku i bank uznał, że mężczyzna będzie podejmował decyzje finansowe, przyznano jej kartę dodatkową do karty głównej męża. Można by to było ostatecznie zrozumieć, gdyby mąż też miał wysokie dochody. Ale nie miał i to Billie Jean King opłacała jego studia prawnicze15.

Owszem, od tamtej pory wprowadzono szereg ustaw uniemożliwiających instytucjom finansowym dyskryminację kobiet, ale dlaczego w dwudziestym pierwszym wieku takie seksistowskie założenia nadal wpływają na podejście do kobiecej zdolności podejmowania decyzji? Dlaczego lekarze częściej mężczyznom niż kobietom pozwalają decydować o procedurach medycznych? Czy większość ludzi, nie tylko lekarzy, inaczej podchodzi do kobiet i mężczyzn przy ocenianiu potencjału danej osoby do dokonania dobrego wyboru? Czy do społecznej oceny kobiecego osądu nie wkrada się czasem pewne uprzedzenie?

W dokładniejszym zorientowaniu się, jak to naprawdę wygląda, pomoże nam wizyta w laboratorium Victorii Brescoll, psycholog społecznej pracującej w Yale School of Management, zainteresowanej sposobem oceniania kobiet i mężczyzn. Bada ona, jak przeciętny dorosły człowiek ocenia kandydatów do pracy, kandydatów na studia i polityków. Chce odkryć, w jaki sposób ustalamy, czy kandydat widziany w telewizji lub oceniany w bezpośredniej rozmowie jest kompetentny.

W jednym z badań Brescoll poprosiła uczestników o ocenę kandydatów do pracy. Każdy z badanych siedział przed ekranem z kartką do notowania na twardej podkładce i oglądał nagranie wideo ukazujące trwającą już rozmowę kwalifikacyjną. Przebiegała ona całkiem rutynowo, dopóki prowadzący nie poprosił kandydatki w jednym wariancie lub kandydata w drugim o opisanie błędu popełnionego w pracy – a wówczas sprawy przybrały interesujący obrót. Kandydatka opowiadała, jak współpracowała z kolegą i wspólnie stracili ważnego klienta. „I co wtedy czułaś?” – spytał prowadzący. „No, byłam zła”, odparła podniesionym, zirytowanym głosem, wyraźnie rozgniewana. Taki sam przebieg miała rozmowa z kandydatem płci męskiej. Po obejrzeniu filmu badani musieli ocenić kandydatów. Na jak duży zakres władzy zasługuje ta osoba w swojej przyszłej pracy? Czy zaufałbyś tej osobie, że potrafi podjąć niezależną decyzję? I na koniec, czy ta osoba powinna zostać zatrudniona?

 

W istocie badaczce zależało na ustaleniu, czy oceny będą się różniły w zależności od płci kandydata.

I tak było. Brescoll wraz z Erikiem Uhlmannem, obecnie profesorem w INSEAD w Singapurze, przeprowadzili trzy warianty tego badania i za każdym razem pełnoletni badani oceniali kandydatki, które dały się ponieść gniewowi, niżej niż kandydatów, którzy zachowali się tak samo16. Oczywiście nie sfilmowano osób naprawdę starających się o pracę, tylko aktorów ściśle odgrywających ten sam scenariusz, prezentujących tak samo zaciśnięte szczęki, dających upust irytacji tak samo głośno. A jednak uczestnicy obserwujący ich z długopisem i kartką nie widzieli ich tak samo. Kobiety wyrażające gniew uznali za osoby „niepanujące nad sobą” i nienadające się na stanowiska kierownicze17. I nie tylko badani płci męskiej tak ocenili kandydatki, ale również kobiety. Obie płcie uznały, że kobieta wyrażająca frustrację z powodu popełnionego błędu powinna mieć pracę o mniejszym zakresie władzy i z mniejszą liczbą okazji do podejmowania niezależnych decyzji.

Jeśli chodzi o gniew kandydatów płci męskiej, obserwatorzy przypisali go stresowi, a nie brakowi opanowania. Na dodatek w przypadku mężczyzn wyrażanie frustracji z powodu błędu nie zmniejszyło ich wiarygodności. Danie upustu złości wręcz podwyższyło ich status. Jeśli rozgniewany mężczyzna wspomniał, że jest tylko niskiej rangi asystentem, uczestnicy badania chcieli mu przyznać więcej możliwości przewodzenia. Chcieli, żeby sfrustrowany mężczyzna mógł podejmować więcej, a nie mniej decyzji18.

Badania Brescoll wykazały, że kobieta i mężczyzna mogą powiedzieć to samo i w taki sam sposób, a my, nie uświadamiając sobie swoich uprzedzeń, mamy skłonność do myślenia: O, on dokona wielkich rzeczy, ale co do niej… nad nią trudno zapanować.