Więcej niż człowiek

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla Jego Gestaltowości

Nicholasa Samstaga

CZĘŚĆ PIERWSZA

Głupek żył w czarno-szarym świecie, znaczonym białymi błyskawicami głodu i przebłyskami strachu. Ubranie miał stare i podziurawione. Tu i ówdzie wyzierała goleń, ostra jako zimne dłuto, tam znów żebra sterczały przez podarty płaszcz rozwarte jak palce. Był wysoki i chudy. Miał spokojne oczy i twarz o martwym wyrazie.

Mężczyźni odwracali się od niego, kobiety starały się nie patrzeć, a dzieci zatrzymywały się i gapiły. Dla głupka nie miało to znaczenia. Niczego od nich nie chciał. Gdy uderzała biała błyskawica, karmiono go. Jadł, kiedy mógł, i obywał się bez jedzenia, kiedy mógł. Jeśli nie był w stanie robić żadnej z tych rzeczy, karmiła go pierwsza osoba, której przytrafiło się stanąć z nim twarzą w twarz. Głupek nie wiedział dlaczego i nigdy się nad tym nie zastanawiał. Nie żebrał. Po prostu stał i czekał. Kiedy czyjeś oczy napotkały jego wzrok, miał w ręce monetę, kawałek chleba, jakiś owoc. Jadł, a jego dobroczyńca pospiesznie się oddalał, zmieszany, niczego nie rozumiejąc. Czasami ktoś przemawiał do niego z niepokojem albo rozmawiano o nim. Głupek słyszał dźwięki, lecz nie miały one dla niego żadnego sensu. Żył wewnątrz jakiejś rzeczywistości, oddzielnie, a cienka więź między słowem a znaczeniem została zerwana. Miał doskonały wzrok i łatwo odróżniał uśmiech od warknięcia; ani jedno, ani drugie nie mogło wywrzeć jednak wpływu na istotę, której brakowało empatii aż w takim stopniu, że sama nie śmiała się nigdy i nie była zdolna zrozumieć uczuć jego rozbawionych czy rozzłoszczonych towarzyszy.

Bał się dokładnie na tyle, by móc utrzymać się przy życiu. Nie był zdolny do przewidywania czegokolwiek. Wzniesiony kij, rzucony kamień nie docierały do jego świadomości. Reagował dopiero na ich dotyk. Uciekał. Zaczynał uciekać przy pierwszym ciosie i biegł dotąd, aż razy ustały. W ten sposób uciekał przed burzą, spadającymi kamieniami, ludźmi, psami, ruchem ulicznym i głodem.

Nie miał żadnych upodobań. Ponieważ miejsce, w którym przebywał, było raczej puszczą niż miastem, a on żył tam, gdzie się znalazł, żył przede wszystkim w lesie.

Czterokrotnie go złapano i zamknięto. Żadne z tych wydarzeń nie miało dlań znaczenia. Raz został ciężko pobity przez towarzysza z celi, a raz, jeszcze gorzej, przez strażnika. Jeśli gdzieś było jedzenie i nie niepokojono go, zostawał. Gdy nadchodził czas ucieczki, uciekał. Sposoby ucieczki tkwiły w jego zewnętrznej powłoce; wewnętrznym rdzeniem, który miał w sobie, nie przejmował się albo nie potrafił nad nim zapanować. Kiedy jednak nadchodził czas, strażnik czy klawisz nagle stwierdzał, że stoi twarzą w twarz z głupkiem, którego tęczówki wydawały się drżeć jak wirujące koła. Bramy otwierały się i głupek uciekał, a jego dobroczyńca zajmował się czym innym, jakąkolwiek robotą, głęboko zakłopotany tym, co się mu przytrafiło.

Był po prostu zwierzęciem – przebywanie wśród ludzi było czymś upodlającym. Przez większość czasu był jednak zwierzęciem żyjącym z dala od ludzi. Będąc zwierzęciem w lesie, poruszał się pięknie, jak zwierzę. Zabijał jak zwierzę, bez nienawiści i bez radości. Jadł jak zwierzę, wszystko, co tylko znalazł jadalnego, a kiedy jadł (wtedy, gdy mógł), to tylko tyle, by zaspokoić głód, i ani odrobiny więcej. Spał jak zwierzę, dobrze i lekko, zupełnie inaczej niż człowiek, gdyż dla ludzi sen jest ucieczką, a zwierzęta muszą być przygotowane do ucieczki w czasie snu. Miał dojrzałość zwierzęcia, w której nie było już miejsca na zabawę z kociętami i szczeniętami. Nie miał poczucia humoru i nie doznawał radości. Jego życie mieściło się między przerażeniem a zadowoleniem.

Miał dwadzieścia pięć lat.

Nosił w sobie coś, niczym brzoskwinia pestkę, a jajko – żółtko. Było bierne, nastawione na odbiór, świadome i żywe. Jeśli było w jakikolwiek sposób połączone ze zwierzęcą powłoką, to ignorowało te powiązania. Pobierało substancję z głupka, a poza tym było go nieświadome. Był często głodny, lecz rzadko głodował. Kiedy jednak głodował, ta wewnętrzna rzecz kurczyła się odrobinę, choć prawie nie zauważała swego zmniejszenia. Będzie musiała umrzeć wraz z głupkiem, ale zupełnie nie starała się opóźnić tego wydarzenia choćby o sekundę.

Dla głupka nie miała żadnej konkretnej funkcji. Śledziona, nerka, nadnercze – miały wyraźnie zdefiniowane funkcje i optymalny poziom działania. Ta rzecz jednak tylko odbierała i zapisywała. Robiła to bez słów, bez żadnego systemu kodowania; bez tłumaczenia, bez zniekształceń i bez ujścia na zewnątrz, którego można by użyć. Brała, co brała, i nie dawała niczego.

Zewsząd do jej szczególnych zmysłów docierał pomruk, nadawanie. Pogrążała się w pomruku, absorbowała, gdy nadpływał, w całości. Być może porównywała go i klasyfikowała, a może tylko karmiła się nim, pobierając potrzebne składniki i odrzucając resztę w jakiś nieuchwytny sposób. Głupek nie był tego świadom. Ta rzecz w środku…

Bez słów: Ciepło, kiedy wilgoć pojawi się na chwilę, ale za krótko, żeby zostało na dłużej. (Ze smutkiem): Już nigdy nie będzie ciemno. Wrażenie przyjemności. Poczucie delikatnego zgniatania i Zabierz to różowe, drapiące. Czekaj, czekaj, możesz się cofnąć, tak, możesz się cofnąć. Inne, ale prawie równie dobre. (Wrażenia senne): Tak, to jest to! To jest – och! (Alarm): Poszedłeś za daleko, wracaj, wracaj, wróć – (Skręt, nagła cisza: i jeden „głos” mniej.) …Wszystko leci do góry, coraz szybciej, szybciej, niesie mnie. (Odpowiedź): Nie, nie. Nic nie leci. Pozostaje w bezruchu; coś ciągnie cię na dół, do czegoś, to wszystko. (Wściekłość): Oni nas nie słyszą, głupcy, głupcy… Oni… Oni nie… Nie, tylko płacz, tylko hałas.

Jednak bez słów. Impresja, depresja, dialog. Promyki strachu, napięte obszary świadomości, niezadowolenie. Pomruk, nadawanie, mowa, dzielenie, setki, tysiące głosów. Ale żadnego dla głupka. Nic, co się do niego odnosiło; nic, czego mógłby użyć. Był nieświadomy swego wewnętrznego ucha, gdyż było dlań bezużyteczne. Był kiepskim przykładem człowieka, ale był człowiekiem; a to były głosy dzieci, malutkich dzieci, które jeszcze nie nauczyły się, jak zaprzestać prób bycia słyszanym. Tylko płacz, tylko hałas.

Pan Kew był dobrym ojcem, najlepszym ze wszystkich. Powiedział to swej córce Alicii w jej dziewiętnaste urodziny. Mówił tak do Alicii od chwili, gdy skończyła cztery lata. Miała cztery lata, kiedy urodziła się mała Evelyn; ich matka umarła, przeklinając ojca, a jej wściekłość była większa niż agonia i strach.

Tylko dobry ojciec, najlepszy z ojców, mógł odebrać swe drugie dziecko własnymi rękami. Żaden zwykły ojciec nie wychowałby i nie wykarmił dwójki, małego dziecka i noworodka, tak czule i wspaniale. Żadne z dzieci nie było równie dobrze chronione przed złem jak Alicia; a kiedy połączyła swe siły z ojcem, powstała potężna tarcza czystości dla Evelyn.

– Potrójnie destylowana czystość – powiedział pan Kew do Alicii w dniu jej dziewiętnastych urodzin. – Znam dobro dzięki badaniom nad złem i nauczyłem cię tylko dobra. I ta nauka stała się twoim dobrym życiem, a twoja droga życiowa będzie gwiazdą przewodnią dla Evelyn. Znam całe zło, jakie istnieje, a ty znasz całe zło, którego trzeba się wystrzegać; Evelyn zaś nie zna już w ogóle zła.

W wieku lat dziewiętnastu Alicia była oczywiście wystarczająco dorosła, by pojąć tak abstrakcyjne zagadnienia jak „droga życiowa” i „destylacja” oraz obejmujące je „dobro” i „zło”. Kiedy miała szesnaście lat, ojciec wytłumaczył jej, że mężczyzna wpada w szał, jeśli zostawi się go sam na sam z kobietą; wtedy na skórze pojawia mu się trujący pot, a jeśli skazi ją nim, to z jej skórą staną się straszne rzeczy. Pokazywał jej w książkach zdjęcia takiej skóry. Kiedy miała lat trzynaście i pojawił się kłopot, powiedział jej ze łzami w oczach, że stało się to dlatego, iż rozmyślała o swoim ciele, i rzeczywiście tak było. Wyznała mu to, a on ukarał jej ciało, tak bardzo, że wolałaby być bezcielesna. I próbowała, naprawdę próbowała już nigdy o tym nie myśleć, ale i tak robiła to wbrew sobie, regularnie, a pełen żalu ojciec wspierał ją w wysiłkach zmierzających do zapanowania nad jej niesfornym ciałem. W wieku ośmiu lat nauczyła się kąpać po ciemku, by uniknąć ślepoty, jak ci ludzie z białymi oczami; ich wielkie zdjęcia także jej pokazywał. Kiedy zaś miała sześć lat, powiesił w jej pokoju obrazek przedstawiający kobietę nazwaną Aniołem i drugi, z mężczyzną zwanym Diabłem. Kobieta trzymała ręce uniesione i uśmiechała się, a mężczyzna wyciągał do niej ramiona, z dłońmi przypominającymi haki, a z jego mostka wystawało zakrzywione ostrze noża pokrytego wilgocią.

Mieszkali samotnie w ponurym domu na zalesionym pagórku. Nie prowadziła tam droga, lecz jedynie ścieżka, która skręcała raz po raz, aż z okien nie dało się zobaczyć, dokąd prowadzi. Biegła do żelaznej furtki w murze, nieotwieranej od osiemnastu lat, a za furtką była stalowa płyta. Raz dziennie ojciec Alicii udawał się ścieżką w stronę muru i za pomocą dwóch kluczy otwierał zamki w płycie. Odchylał ją do góry i wyjmował jedzenie oraz listy, wkładał do środka pieniądze i pocztę, po czym zamykał.

Z boku posiadłości biegła wąska droga, której Alicia i Evelyn nigdy nie widziały. Drzewa skrywały mur, a mur skrywał drogę. Mur stał wzdłuż drogi przez prawie dwieście metrów, ze wschodu na zachód, wspinał się na wzgórze i otaczał dom. Tu stykał się z żelaznymi słupami, wysokimi na ponad cztery metry i stojącymi tak blisko siebie, że z trudem można było wcisnąć między nie pięść. Górne części słupów wykrzywiały się na zewnątrz i w dół, przestrzeń między nimi wypełniały beton i tłuczone szkło. Słupy biegły ze wschodu na zachód, łącząc dom z murem; tam gdzie się łączyły, coraz więcej słupów biegło z powrotem w kierunku lasu, tworząc koło. Mur i dom tworzyły zatem prostokąt i był to teren zakazany. Za domem znajdowało się pięć kilometrów kwadratowych otoczonego ogrodzeniem lasu, które należały do Evelyn i obserwującej ją Alicii. Były tam potok, dzikie kwiaty i mały stawek, przyjazne dęby i ukryte polanki. Niebo nad nimi było czyste i nie było widać słupów zza chaszczy ostrokrzewu, który rósł wszędzie dookoła, zasłaniając widok i chroniąc od wiatru. Ten zamknięty krąg był dla Evelyn całym światem, jaki znała, i było tam wszystko, co kochała na świecie.

 

W dziewiętnaste urodziny Alicii Evelyn siedziała sama przy stawie. Nie było stąd widać ani domu, ani żywopłotu z ostrokrzewu, ani żelaznych słupów, ale wysoko w górze jaśniało niebo, odbijając się w wodzie na dole. Alicia była z ojcem w bibliotece; w dniu urodzin zawsze urządzał dla niej coś specjalnego. Biblioteka była miejscem, gdzie mieszkał ojciec i gdzie Alicia pojawiała się tylko przy szczególnych okazjach. Evelyn nigdy nie przyszło do głowy, żeby tam pójść, nie bardziej, niż przyszłoby jej do głowy, żeby oddychać wodą, jak pstrąg plamisty. Nie nauczono jej czytać, lecz słuchać i być posłuszną. Nigdy nie nauczyła się poszukiwać, lecz jedynie przyjmować. Wiedzę udostępniano jej, gdy była gotowa, i tylko wtedy, gdy ojciec i siostra uważali, że tak trzeba.

Siedziała na brzegu, wygładzając długą spódnicę. Zauważyła, że widać spod niej kostkę; zaczerpnęła gwałtownie powietrza i zakryła ją w sposób, w jaki zrobiłaby to Alicia, gdyby tu była. Evelyn oparła się plecami o pień wierzby i patrzyła na wodę.

Była wiosna, ten jej moment, kiedy gwałtowny rozwój już się zakończył, a wszystko zaczęło rosnąć i cały świat śpieszył się, by wypięknieć. Powietrze było ciężkie i słodkie, jego smak na ustach sprawiał, że się otwierały, jego dotyk wywoływał uśmiech, a jego masy wdzierały się do gardła, gdzie wibrowały niczym drugie serce. Było to powietrze pełne zagadek, gdyż było nieruchome i pełne kolorów marzeń, zastygłych w bezruchu; a jednak był w nim jakiś pośpiech. Bezruch i pośpiech żyły w nim razem, nierozdzielnie powiązane, ale dlaczego? To była właśnie zagadka.

Olśniewające ptasie trele przebijały się przez zieleń. Evelyn piekły oczy, a zachwyt zasnuwał widok lasu. Poczuła napięcie w dole brzucha. Spojrzała w dół, na tyle szybko, by ujrzeć, jak jedna z jej rąk atakuje drugą i jej długie rękawiczki zsuwają się z dłoni. Jej nagie dłonie uniosły się do szyi, nie żeby coś zakryć, lecz żeby się czymś podzielić. Pochyliła głowę i jej ręce zaczęły śmiać się z siebie pod dotykiem bezwzględnego ładu w jej włosach. Znalazły cztery spinki i pozwoliły włosom opaść. Evelyn oddychała jak po długim biegu. Nieśmiało wyciągnęła rękę, na próżno, dotknęła trawy obok siebie, jakby ta czynność mogła wyzwolić w niej niewypowiedziany chaos rozkoszy. Tak się nie stało; odwróciła się, opadła twarzą w kępę świeżej mięty i zapłakała, gdyż wiosna była tak piękna, że nie dało się tego wytrzymać.

Był w lesie i obojętnie zdzierał korę z uschłego dębu, kiedy to się stało. Jego ręce znieruchomiały, lecz głowa się uniosła, tropiąc i nadsłuchując. Zdawał sobie sprawę z nadejścia wiosny jak zwierzę, nagle jednak stała się czymś więcej niż ciężkim, pełnym nadziei powietrzem i dyszącą życiem ziemią. Twarda dłoń opadająca na jego ramię nie byłaby bardziej materialna niż ten zew.

Wstał ostrożnie, jakby coś wokół niego mogło się potłuc, gdyby okazał się niezdarą. Jego dziwaczne oczy płonęły. Zaczął się poruszać – on, którego dotąd nigdy nie wzywano i który nie odpowiedział na żaden zew. Przesunął się bliżej tej rzeczy, którą wyczuł, jakby to był akt woli, nie zewnętrzny przymus. Nie analizując tego, poczuł, jak eksploduje w nim uśpiona dotąd potrzeba. Była jego częścią przez całe życie i nie było szans, by mógł ją wyrazić. Wybuchając tak nagle, przeciągnęła nić przez jego wewnętrzną otchłań i połączyła żywy i samodzielny rdzeń z półmartwym, otaczającym go zwierzęciem. Dotarła prosto do tego, co było w nim ludzkie, i odebrał ją jak instrument, który aż do teraz łowił jedynie niezrozumiałe przebłyski nowo narodzonego. Teraz jednak przemówiła we własnym języku.

Był ostrożny i szybki, ostrożny i cichy. Poruszał swymi szerokimi ramionami, kiedy tak szedł, prześlizgując się między olchami, przemykając koło sosen tak blisko, jakby pozostawienie bezpośredniej linii między nim a zewem było nie do zniesienia. Słońce stało wysoko, las otaczał go zewsząd, ale głupek szedł własnym kursem, nie zbaczając, nie dzięki własnej wiedzy czy kompasowi, lecz wyłącznie dzięki świadomej reakcji.

Pojawił się tam nagle, a sama polana w lesie była dlań czymś niespodziewanym. Na odcinku piętnastu metrów z ziemi wystawały blisko osadzone pale; wiele lat temu wycięto przy nich wszystkie drzewa, by nikt nie mógł ich użyć do pokonania ogrodzenia. Głupek wymknął się z lasu i podbiegł po gołej ziemi do ustawionego w szereg żelastwa. W biegu wyciągnął ręce, po czym wsunął je między pale, a kiedy sztachety oparły się na jego kościstych, wychudzonych przedramionach, jego nogi nadal się poruszały, stopy ślizgały się po ziemi, jakby chciał przejść przez ogrodzenie i nieprzenikniony żywopłot za nim.

Powoli dotarło do niego, że bariera go nie przepuści. Wyglądało to tak, jakby jego stopy pojęły to pierwsze i zaprzestały prób, a następne były ręce, więc je cofnął. Oczy jednak się nie poddały. Z martwej twarzy słały pełne tęsknoty spojrzenia poprzez żelastwo, ostrokrzew, gotowe wybuchnąć odpowiedzią. Otworzył usta i wydał z siebie jękliwy dźwięk. Nigdy dotąd nie próbował przemówić i nadal nie potrafił; gest był końcem, nie metodą, jak wybuch płaczu na dźwięk muzycznego crescenda.

Zaczął iść wzdłuż ogrodzenia zwrócony w jego stronę, nie mogąc oprzeć się wołaniu.

Padało przez cały dzień, noc i połowę następnego, a kiedy pojawiło się słońce, woda zaczęła parować; nadal padał lekki deszczyk ciężkich klejnotów, które opadły na bujną nową zieleń. Wszystko przepełniło się wdzięcznością, ziemia głosem pełnym miękkości, liście fakturą, a kwiaty kolorami.

Evelyn przykucnęła na siedzisku przy oknie z łokciami opartymi o parapet, dłońmi przytkniętymi do policzków, bo przy ich nacisku łatwiej było się uśmiechać. Śpiewała cicho. Brzmiało to dziwnie, gdyż nie wiedziała, co to muzyka; nie umiała czytać i nikt nie powiedział jej o muzyce. Ale były przecież ptaki, a pod okapem domu pobrzmiewał fagot wiatru; słychać było nawoływania i pomruki małych zwierząt w tej części lasu, która do niej należała, oraz – z daleka – z tej, gdzie już nie bywała. To wszystko składało się na ten śpiew, o dziwnych, pozbawionych wysiłku fluktuacjach tonów, charakterystycznych dla instrumentu niespętanego skalą diatoniczną, pełen swobodnych fraz.

Nigdy nie dotknęłam zachwytu

Nie wolno dotykać zachwytu

Piękno, och, piękno dotyku

Szerokie jak liść, między mną a niebem tylko światło,

Dotyka mnie deszcz

Dotyka mnie wiatr

Liście, inne liście, dotknijcie mnie, dotknijcie…

Przez dłuższą chwilę śpiewała bez słów, a potem zamilkła i słuchała bezdźwięcznej muzyki, patrząc na krople deszczu spadające w świetle południa.

Nagle rozległo się ostre:

– Co ty robisz?

Evelyn drgnęła i odwróciła się. Za nią stała Alicia z dziwnie napiętą twarzą.

– Co ty robisz? – powtórzyła.

Evelyn nieśmiało wskazała okno, próbując coś powiedzieć.

– No?

Evelyn powtórzyła gest.

– Tam na dworze – powiedziała. – Ja… ja… – Ześliznęła się z siedziska i wyprostowała. Próbowała się wyprostować, by wyglądać na wyższą. Twarz ją paliła.

– Zapnij kołnierzyk – powiedziała Alicia. – Co się z tobą dzieje, Evelyn? Powiedz mi!

– Próbuję – odparła Evelyn, miękko i z naciskiem. Zapięła kołnierzyk, a jej dłonie powędrowały w stronę talii. Przycisnęła je mocno.

Alicia zrobiła krok do przodu i szarpnęła jej ręce.

– Nie rób tak. Co to było… co robiłaś? Mówiłaś coś?

– Tak, mówiłam. Ale nie do ciebie. I nie do ojca.

– Nie ma tu nikogo innego.

– Jest – powiedziała Evelyn. Nagle zabrakło jej tchu i rzekła: – Dotknij mnie, Alicio.

– Dotknąć cię?

– Tak, ja… chciałam, żebyś mnie dotknęła. Tylko… – Wyciągnęła ręce. Alicia cofnęła się.

– Nie wolno się dotykać – powiedziała tak delikatnie, jak tylko mogła, walcząc z szokiem. – Co się dzieje, Evelyn? Jesteś chora?

– Tak – odrzekła Evelyn. – Nie. Nie wiem. – Odwróciła się do okna. – To nie deszcz. Tu jest tak ciemno. A tam świeci słońce, tak jasno… Chciałabym, żeby świeciło na mnie, żeby mnie obmywało, jak przy kąpieli, ciepło, wszędzie, dookoła.

– Głuptasie. To wtedy byłoby jasno przy kąpieli… Nie rozmawia się o kąpaniu, kochanie.

Evelyn podniosła poduszkę z siedziska. Objęła ją ramionami i z całej siły przycisnęła do piersi.

– Evelyn! Przestań!

Evelyn zakręciła się wokół własnej osi i popatrzyła na siostrę w taki sposób jak nigdy dotąd. Wykrzywiła usta. Zacisnęła mocno oczy, a kiedy je otwarła, pociekły z nich łzy.

– Ale ja chcę! – krzyknęła. – Chcę!

– Evelyn! – wyszeptała Alicia. Z otwartymi szeroko oczami cofała się w stronę drzwi. – Będę musiała powiedzieć ojcu.

Evelyn skinęła głową i jeszcze mocniej otoczyła poduszkę rękami.

Głupek podszedł do strumienia, usiadł przy nim ze skrzyżowanymi nogami i patrzył. Zatańczył przy nim opadający liść, zatrzymał się, drgnął, a następnie przeleciał przez sztachety i zniknął w niewielkim otworze, jaki powstał w żywopłocie.

Nigdy przedtem nie zdarzyło mu się myśleć dedukcyjnie, być może pomysł, żeby podążyć za liściem, nie zalągł się w jego głowie. Ruszył jednak za nim i odkrył, że sztachety osadzono w betonowym kanale. Przeczesywały wodę od jednego brzegu do drugiego; nie mogło się prześliznąć nic większego od gałązki czy liścia. Brodził w wodzie, naciskając na sztachety, waląc w beton pod wodą. Łyknął trochę wody, zakrztusił się i próbował dalej, na ślepo, uporczywie. Chwycił jedną ze sztachet obiema rękami i szarpał za nią. Skaleczył sobie rękę. Próbował zrobić to samo z kolejnymi, aż wreszcie któraś stuknęła o niższą poprzeczkę.

Skutek był inny niż przy pozostałych próbach. Należy wątpić, czy zdawał sobie sprawę z tego, że różnica oznaczała, iż żelazo przerdzewiało. Było słabsze; dawało nadzieję.

Usiadł na dnie strumienia, w wodzie sięgającej mu po pachy, i oparł stopy na obu końcach obluzowanej sztachety. Złapał ją rękami, wziął głęboki oddech i pociągnął z całej siły. Czerwona plama pojawiła się na wodzie i znikła, porwana przez wir w dół strumienia. Pochylił się do przodu, a następnie odchylił w tył z głośnym rzężeniem. Przerdzewiały podwodny pręt trzasnął. Głupek potoczył się w tył i uderzył boleśnie głową o brzeg kanału. Przez chwilę poruszał się z trudem, a jego ciało na wpół potoczyło się, a na wpół odpłynęło w stronę sztachet. Wciągnął wodę w nozdrza, zakaszlał boleśnie i uniósł głowię. Kiedy wirujący dookoła niego świat stanął wreszcie w miejscu, głupek odkrył, że powstał otwór wysoki na trzydzieści centymetrów, lecz szeroki zaledwie na piętnaście centymetrów. Włożył tam rękę aż po ramię, z głową pod wodą. Usiadł prosto i włożył weń nogę.

Znowu był nieświadomy tego, że czasem sama chęć nie wystarcza; że sam nacisk na barierę nie zmusi jej do poddania się. Przesunął się do następnej sztachety i spróbował ją wyłamać tak samo jak poprzednią. Ale nie drgnęła, podobnie jak następna, z drugiej strony.

W końcu poddał się. Popatrzył z rozpaczą w górę, na krawędź ogrodzenia wysokiego na cztery metry, z gęsto ustawionymi, zakrzywionymi kłami haków i głodnymi zębami potłuczonego szkła. Coś go zraniło; przesunął się, pogrzebał w wodzie i wyciągnął trzydziestocentymetrowy kawał żelaza, który wcześniej wyłamał z ogrodzenia. Usiadł, trzymając go w dłoniach i patrząc tępo na mur.

Dotknij mnie, dotknij mnie. To było to, ukryte nabrzmiewające uczucie; to były głód, pożądanie, strumień słodyczy i tęsknoty. Jakby zew był nośnikiem, a ten sygnał nagle się nań nałożył.

Gdy to się stało, nić wewnątrz niego, spajająca dwie jaźnie, zaczęła drżeć i nabrzmiewać. Nieśmiało stała się przewodnikiem. Odłamki i przebłyski wewnętrznej mocy przedarły się, zostały napełnione świadomością i informacją, po czym przebiły się z powrotem. Dziwne oczy skierowały spojrzenie na kawałek metalu, który trzymał w rękach. Jego wzburzony rozum cierpiał z braku używania; wreszcie po raz pierwszy podjął walkę z takim problemem.

 

Głupek usiadł w wodzie, tuż przy ogrodzeniu, i zaczął pocierać sztachetę tuż pod poprzeczką kawałkiem żelaza.

Zaczęło padać. Padało przez cały dzień, całą noc i połowę następnego.

– Ona tam była – powiedziała Alicia. Paliła ją twarz.

Pan Kew krążył po pokoju, a jego głęboko osadzone oczy płonęły. Przebiegał palcami po trzymanym w ręce bacie, który składał się z czterech rzemieni. Alicia powiedziała, przypomniawszy sobie:

– I chciała, żebym ją dotknęła. Prosiła mnie o to.

– Będzie dotykana – odparł. – Zło, zło – wymamrotał. – Od zła nie można uciec – jęknął. – Myślałem, że się uda. Jesteś zła, Alicio, wiesz o tym, bo dotykała cię kobieta, przez te wszystkie lata, kiedy się tobą zajmowała. Ale nie Evelyn…| to jest we krwi i trzeba będzie jej nieco upuścić. Gdzie ona teraz jest, jak sądzisz?

– Chyba na dworze… koło stawu, na pewno tam. Ona lubi to miejsce. Pójdę z tobą.

Spojrzał na nią, jej rozpaloną twarz i płonące oczy.

– Nie, to mój obowiązek. Zostań tutaj.

– Proszę…

– Ty też, Alicio?

Zakręcił batem o ciężkim uchwycie. Odwróciła się do niego bokiem, zagryzając wargi w wielkim przejęciu.

– Później – mruknął i wybiegł.

Alicia stała przez chwilę, drżąc, a potem przypadła do okna. Zobaczyła ojca podążającego z determinacją przed siebie. Jej ręce złapały szarfę i zacisnęły się na niej, a wargi wykrzywiły się i wydały dziwny jęk bez słów.

Kiedy Evelyn doszła do stawu, dyszała ciężko. Coś – niewidzialny dym, jakaś magia – ścieliło się po wodzie. Przyjęła to coś łapczywie i wypełniło ją uczucie bliskości. Nie wiedziała, czy to jest blisko; ale było blisko i powitała to z radością. Jej nozdrza wygięły się i drżały. Podbiegła do skraju wody i sięgnęła w jej stronę.

W górze strumienia coś się zakotłowało i spod gałązek ostrokrzewu wynurzył się głupek. Dowlókł się do brzegu, upadł tam i leżał, patrząc na nią. Był duży i pokryty zadrapaniami. Ręce miał opuchnięte i pomarszczone od wody; cały był wychudzony i wyczerpany. Zwisały z niego strzępy ubrania, prawie nie zakrywając jego ciała.

Pochyliła się nad nim oczarowana i napłynął od niej zew – całe fale: samotność, oczekiwanie i głód, zadowolenie i współczucie. Było w niej zadziwienie, lecz nie szok czy zaskoczenie. Była świadoma jego obecności od wielu dni, a on był świadom jej obecności, a teraz ich ciche impulsy spotkały się i wymieszały, stopiły i splotły. W ciszy zamieszkali w sobie nawzajem, aż wreszcie ona pochyliła się i dotknęła go, dotknęła jego twarzy i splątanych włosów.

Zadrżał gwałtownie i zaczął się miotać, wychodząc z wody. Przycupnęła przy nim. Siedzieli koło siebie, a wreszcie napotkała jego wzrok. Jego oczy wyglądały tak, jakby wychodziły z twarzy i wypełniały powietrze; zaszlochała z radości i zatonęła w nich, pragnąc w nich żyć, może umrzeć, a przynajmniej stać się ich częścią.

Nigdy dotąd nie rozmawiała z mężczyzną, a on dotąd nie rozmawiał z nikim. Nie wiedziała, czym jest pocałunek i co może dla niego znaczyć. Było jednak coś lepszego. Tkwili obok siebie, jej dłoń spoczywała na jego nagim ramieniu, a prądy ich wewnętrznych jaźni przepływały między nimi. Nie słyszeli ciężkich kroków jej ojca ani jego westchnienia, ani potwornego ryku wściekłości. Nie byli świadomi niczego do chwili, gdy ojciec rzucił się na nich, szarpnął Evelyn w górę, podniósł ją wysoko i rzucił obok głupka. Nie patrzył, gdzie i jak uderzyła o ziemię. Stał nad głupkiem z pobielałymi ustami i wbitym w niego wzrokiem. A potem uniósł bat.

Głupek był tak zaskoczony, że pierwszy cios, a potem drugi, wydawał się nie wywrzeć na nim żadnego wpływu, choć jego ciało, zmoknięte, podrapane i poranione, eksplodowało bólem i krwią. Leżał, patrząc tępo w jeden punkt przestrzeni, który zajmowały oczy Evelyn, i się nie ruszał.

Rzemienie świsnęły po raz kolejny, trzasnęły i zatopiły plecione końcówki w jego plecach, a wtedy powrócił stary odruch. Przypadł do ziemi, próbował uciekać, chcąc najpierw zanurzyć stopy w wodzie. Mężczyzna rzucił bat i chwycił obiema rękami kościsty nadgarstek głupka. Prawie przebiegł kilkanaście kroków wzdłuż brzegu, wlokąc za sobą zmaltretowane ciało. Kopnął go w głowę i pobiegł z powrotem po bat. Kiedy wrócił, głupek zdołał podnieść się na rękach. Mężczyzna kopał go dalej, wywracając na plecy. Oparł jedną nogę na ramieniu głupka, przyparł go do ziemi i walił batem po nagim brzuchu.

Za nim rozległ się upiorny wrzask i mężczyzna poczuł, jakby rzucił się na niego byk z pazurami tygrysa. Upadł ciężko i przekręcił się, usiłując spojrzeć w ogarniętą szaleństwem twarz młodszej córki. Pogryzła sobie usta, śliniła się i krwawiła. Rzuciła mu się z paznokciami do twarzy; jeden z jej palców ześliznął mu się do oka. Zawył z bólu, usiadł, zacisnął palce na misternej koronce przy jej szyi i uderzył ją dwukrotnie ciężką rączką bata.

Szlochając i jęcząc, odwrócił się znów do głupka. U tego górę wzięła nieopanowana chęć ucieczki, zagłuszając wszystko inne. I jeszcze coś pękło, gdy rączka bata pozbawiła dziewczynę świadomości. Tak czy inaczej, pozostawała już tylko ucieczka i nie mogło być niczego innego, dopóki się nie oddali. Długie ciało wygięło się jak żuczek fasolowy, wyskoczył w górę, robiąc półsalto. Spadł na brzeg na czworaka i rozciągnął się na ziemi. Rzemień dopadł go w locie; jego lecące ciało owinęło się wokół rzemienia, przez ułamek sekundy zatrzymując go między dolnymi żebrami a biodrem. Rączka bata wysunęła się z dłoni mężczyzny. Wrzasnął i zanurkował za głupkiem, który rzucił się pod lukę u korzeni ostrokrzewu. Mężczyzna zanurzył twarz między liście i próbował szarpać; zanurzył się i przedarł do przodu, brodząc w wodzie. Złapał ręką nagą stopę, która kopnęła go w ucho, kiedy próbował ją pociągnąć. I wtedy głowa mężczyzny uderzyła o stalowe sztachety.

Głupek przedarł się pod wodą na drugą stronę i wypełzł na brzeg, szarpiąc się słabo i próbując zmusić ciało do stanięcia na nogach. Odwrócił się, by spojrzeć za siebie, i zobaczył mężczyznę rozpłaszczonego na sztachetach, dyszącego wściekłością, próbującego zrozumieć, w jaki sposób powstała podwodna wyrwa w ogrodzeniu.

Głupek przypadł do ziemi, a różowa od krwi woda spływała na jego prześladowcę. Odruch ucieczki stopniowo przycichał. Nadeszła chwila otępienia, a potem pojawiło się dziwne uczucie. Było to tak nowe doświadczenie jak zew, który go tu sprowadził, prawie równie mocne. Było to uczucie podobne do strachu, lecz strach był dla niego jak mgła, lepka i oślepiająca, a to uczucie miało chłonny brzeg, twardy i konkretny.

Rozluźnił uchwyt dłoni na trujących chwastach, które nieśmiało rosły na podmokłym gruncie przy strumieniu. Pozwolił wodzie, by pomogła mu i uniosła go z powrotem w stronę sztachet, gdzie obrzucał go przekleństwami rozszalały ojciec. Przysunął pustą twarz do ogrodzenia i rozszerzył oczy. Krzyk ustał.

Po raz pierwszy użył oczu świadomie, celowo i skupił je na czymś innym niż kromka chleba.

Kiedy mężczyzna odszedł, wyczołgał się ze strumienia i powlókł w stronę lasu.

Alicia zobaczyła powracającego ojca; włożyła wierzch dłoni do ust i zagryzła zęby, aż dolna szczęka zetknęła się z górną. Nie chodziło o jego ubranie, mokre i podarte, ani o jego rozwalone oko. Chodziło o coś innego, coś, co…

– Ojcze!

Nie odpowiedział, ale podszedł do niej. Ostatnim wysiłkiem, zanim opadła jak złamany kłos pszenicy, odsunęła się na bok. Przeszedł obok niej i wszedł do biblioteki, zostawiając otwarte drzwi.

– Ojcze!

Żadnej odpowiedzi. Pobiegła do biblioteki. Stał po drugiej stronie pokoju, przy szafach, które zawsze widziała zamknięte. Jedna z nich była teraz otwarta. Wyjął z niej rewolwer o długiej lufie i paczkę naboi. Otworzył ją, rozsypując naboje po biurku. Zaczął metodycznie ładować rewolwer.