Umrzeć po raz drugi

Tekst
Z serii: Rizzoli & Isles #11
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Umrzeć po raz drugi
Umrzeć po raz drugi
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,90  50,32 
Umrzeć po raz drugi
Audio
Umrzeć po raz drugi
Audiobook
Czyta Anna Dereszowska, Kamil Pruban
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział siódmy

– Kovo był jednym z naszych najpopularniejszych okazów. Spędził z nami prawie osiemnaście lat, więc byliśmy wszyscy zrozpaczeni, kiedy musieliśmy go uśpić. – Doktor Mikovitz mówił przyciszonym głosem, jak pogrążony w żałobie krewny, i sądząc po wielu fotografiach wiszących na ścianach jego gabinetu, zwierzęta ogrodu zoologicznego w Suffolku były dla niego jak rodzina. Z kręconymi rudymi włosami i kozią bródką wyglądał sam jak mieszkaniec zoo; przypominał egzotyczny gatunek małpy o mądrych ciemnych oczach, którymi wpatrywał się teraz zza biurka w Jane i Frosta. – Nie powiadomiliśmy jeszcze o tym prasy, dlatego byłem zaskoczony, gdy doktor Isles zapytała, czy straciliśmy ostatnio któregoś z wielkich kotów. Skąd się, u licha, dowiedziała?

– Doktor Isles ma nosa do wykrywania różnych tajemnic – odparła Jane.

– No cóż, z pewnością nas zaskoczyła. To trochę… delikatna sprawa.

– Śmierć zwierzęcia w zoo? Dlaczego?

– Ponieważ trzeba było je uśpić. To zawsze wzbudza negatywne reakcje. A Kovo był bardzo rzadkim okazem.

– Kiedy to zrobiono?

– W niedzielę rano. Nasz weterynarz, doktor Oberlin, przyszedł wstrzyknąć mu truciznę. Od pewnego czasu nerki Kovo nie pracowały i stracił bardzo na wadze. Miesiąc temu doktor Rhodes postanowił nie pokazywać go publiczności, żeby się nie stresował. Mieliśmy nadzieję wyciągnąć Kovo z choroby, ale doktor Oberlin i doktor Rhodes uznali w końcu, że pora go uśpić. Ku rozpaczy ich obu.

– Doktor Rhodes jest także weterynarzem?

– Nie, Alan to nasz ekspert od wielkich kotów. Znał Kovo lepiej niż ktokolwiek. To on zawiózł jego zwłoki do taksydermisty. – Słysząc pukanie do drzwi, doktor Mikovitz podniósł wzrok. – O, to właśnie Alan.

Miano „eksperta od wielkich kotów” budziło skojarzenia z ogorzałym twardzielem w stroju safari. Mężczyzna, który zjawił się w gabinecie, miał na sobie uniform w kolorze khaki, z zakurzonymi spodniami i rzepami przyczepionymi do polaru, jakby właśnie wyszedł z lasu, ale jego szczera twarz nie wyglądała na szczególnie surową. Był człowiekiem przed czterdziestką, o skręconych spiralnie ciemnych włosach i kanciastej głowie potwora Frankensteina, ukazanego w przyjaznej wersji.

– Przepraszam za spóźnienie – powiedział Alan Rhodes, otrzepując kurz z nogawek spodni. – Mieliśmy drobny incydent na wybiegu lwa.

– Nic poważnego, mam nadzieję? – zaniepokoił się doktor Mikovitz.

– Nie zawiniły koty, tylko przeklęte dzieciaki. Jakiś nastolatek chciał udowodnić, że jest mężczyzną. Wspiął się na ogrodzenie i wpadł do fosy. Musiałem tam po niego wejść.

– O Boże! Pociągną nas do odpowiedzialności?

– Wątpię. Nie groziło mu żadne niebezpieczeństwo i czuł się chyba tak upokorzony, że nie piśnie nikomu słowa. – Rhodes uśmiechnął się boleśnie do Jane i Frosta. – Kolejny dzień użerania się z idiotami. Moje lwy mają przynajmniej trochę zdrowego rozsądku.

– To detektywi Rizzoli i Frost – przedstawił ich Mikovitz.

Mężczyzna wyciągnął do nich chropowatą dłoń.

– Jestem doktor Alan Rhodes. Specjalizuję się w badaniu zachowań kotów. Wszystkich, dużych i małych. – Spojrzał na Mikovitza. – Znaleźli Kovo?

– Nie wiem, Alan. Państwo dopiero przyjechali i nie doszliśmy jeszcze do tego tematu.

– Musimy to wiedzieć. – Rhodes odwrócił się do detektywów: – Po śmierci zwierzęcia skóra szybko niszczeje. Jeśli nie zostanie natychmiast zdjęta i poddana obróbce, traci swoją wartość.

– Jak cenna jest skóra pantery śnieżnej? – spytał Frost.

– Zważywszy na to, ile osobników tego gatunku żyje jeszcze na świecie? – Rhodes pokręcił głową. – Powiedziałbym, że jest bezcenna.

– I dlatego chcieliście wypchać to zwierzę.

– „Wypchać” to mało eleganckie określenie – rzekł Mikovitz. – Chcieliśmy zachować Kovo w całym jego pięknie.

– W tym celu zawieźliście go do Leona Gotta.

– Miał spreparować skórę. Pan Gott jest… był… jednym z najlepszych taksydermistów w kraju.

– Znał go pan osobiście? – spytała Jane.

– Tylko ze słyszenia.

Jane spojrzała na eksperta od wielkich kotów.

– A pan, doktorze Rhodes?

– Spotkałem go po raz pierwszy, gdy razem z Debrą dostarczyliśmy Kovo do jego domu – odparł Rhodes. – Byłem w szoku, gdy dowiedziałem się rano, że został zamordowany. Przecież w niedzielę jeszcze żył.

– Proszę mi zrelacjonować tamten dzień. Co pan widział i słyszał w jego domu.

Rhodes zerknął na Mikovitza, jakby chciał się upewnić, czy powinien odpowiadać na te pytania.

– Mów, Alan – rzucił Mikovitz. – To w końcu dochodzenie w sprawie zabójstwa.

– W porządku. – Rhodes odetchnął głęboko. – W niedzielę rano Greg, doktor Oberlin, nasz weterynarz, uśmiercił Kovo. Zgodnie z umową, mieliśmy natychmiast przewieźć jego zwłoki do taksydermisty. Kovo ważył ponad pięćdziesiąt kilo, więc pomagała mi jedna z naszych opiekunek zwierząt, Debra Lopez. To była smutna podróż. Pracowałem z tym kotem przez dwanaście lat i łączyła nas silna więź. Brzmi to idiotycznie, bo nie można naprawdę ufać panterze. Nawet gdy jest z pozoru oswojona, może człowieka zabić, a Kovo był wystarczająco duży, by powalić mężczyznę. Ale nigdy nie czułem się przez niego zagrożony. Nie wyczuwałem w nim żadnej agresji. Jakby rozumiał, że jestem jego przyjacielem.

– O której dotarł pan w niedzielę do domu Gotta?

– Chyba około dziesiątej rano. Debra i ja zawieźliśmy Kovo wprost do niego, bo skórę trzeba zedrzeć jak najszybciej.

– Długo z nim rozmawialiście?

– Zostaliśmy chwilę. Był bardzo podekscytowany, że będzie preparował panterę śnieżną. To taki rzadki gatunek i nigdy nie miał z nim do czynienia.

– Czy wydawał się czymś zmartwiony?

– Nie. Był w euforii, że trafia mu się taka okazja. Zanieśliśmy Kovo do jego garażu, a on zaprosił nas potem do domu, by pokazać zwierzęta, które wcześniej oprawiał. – Rhodes pokręcił głową. – Wiem, że był dumny ze swojej pracy, ale czułem przygnębienie. Tyle pięknych zwierząt zabitych tylko po to, by stały się trofeami. Ale cóż… jestem biologiem.

– Ja nie jestem – rzekł Frost. – A też ogarnął mnie smutek.

– Ludzie jego pokroju należą do innej kultury. Taksydermiści są na ogół również myśliwymi i nie rozumieją, dlaczego ktoś może przeciw temu protestować. Debra i ja staraliśmy się być uprzejmi. Wyszliśmy od niego około jedenastej. I to wszystko. Nie wiem, co jeszcze mógłbym państwu powiedzieć. – Zmierzył wzrokiem detektywów. – A co ze skórą? Chciałbym wiedzieć, czy ją znaleźliście, bo jest cholernie dużo warta dla…

– Alan – przerwał mu Mikovitz.

Obaj mężczyźni spojrzeli na siebie i zamilkli. Przez kilka minut panowało milczenie tak wymowne, jakby zapaliła się czerwona lampka z napisem: „Uwaga! Oni próbują coś ukryć!”.

– Dla kogo ta skóra jest cholernie dużo warta? – spytała Jane.

– Dla wszystkich – odparł Mikovitz, zbyt gładko. – Te zwierzęta są wyjątkowo rzadkie.

– Jak rzadkie, mówiąc ściślej?

– Kovo był panterą śnieżną – odparł Rhodes. – Panthera uncia, z górzystych regionów środkowej Azji. Mają grubsze i jaśniejsze futro niż pantery afrykańskie i żyje ich na świecie mniej niż pięć tysięcy. Są jak duchy, samotne i trudne do zauważenia, i z każdym dniem to coraz rzadszy gatunek. Nie wolno importować skór tych zwierząt ani nawet ich sprzedawać, nowych czy starych, za granicę. Nie można nimi handlować na wolnym rynku. Dlatego chcemy wiedzieć, czy znaleźliście Kovo?

Zamiast odpowiedzieć na jego pytanie, Jane zadała następne:

– Wspomniał pan, doktorze Rhodes, o jakiejś umowie?

– Co?

– Powiedział pan, że dostarczyliście Kovo do taksydermisty w ramach umowy. Co pan miał na myśli?

Rhodes i Mikovitz unikali jej spojrzenia.

– Panowie, chodzi o zabójstwo – przypomniała. – I tak się wszystkiego dowiemy, a naprawdę nie powinniście ze mną zadzierać.

– Powiedz im – odezwał się Rhodes. – Powinni wiedzieć.

– Alan, jeśli to wyjdzie na jaw, rozgłos nas zabije.

– Powiedz im.

– Okay, okay. – Mikovitz obdarzył Jane niechętnym spojrzeniem. – W zeszłym miesiącu otrzymaliśmy ofertę nie do odrzucenia od potencjalnego sponsora. Wiedział, że Kovo jest chory i zostanie prawdopodobnie uśpiony. W zamian za jego świeże, nietknięte zwłoki proponował przekazać zoo w Suffolku znaczną sumę pieniędzy.

– Jak dużą?

– Pięć milionów dolarów.

Jane wpatrywała się w niego.

– Czy pantera śnieżna jest rzeczywiście tyle warta?

– Dla tego konkretnego ofiarodawcy, tak. Oferta była korzystna dla obu stron. Kovo tak czy inaczej czekała śmierć. My dostawaliśmy potężny zastrzyk gotówki, by przetrwać, a nasz sponsor rzadkie trofeum do swojej kolekcji. Postawił tylko warunek, by zachować dyskrecję. I zażyczył sobie, żeby skórę spreparował Leon Gott, bo jest jednym z najlepszych taksydermistów. Zresztą obaj panowie już się chyba znali. – Mikovitz westchnął. – Nie chciałem wspominać o tej sprawie, bo jest delikatnej natury. Gdyby wyszła na jaw, mogłoby to zaszkodzić naszej firmie.

– Bo sprzedajecie rzadkie zwierzęta temu, kto zaproponuje najwięcej?

– Od początku byłem przeciwny tej transakcji – zwrócił się Rhodes do Mikovitza. – Mówiłem ci, że odbije się nam czkawką. Teraz będzie o tym głośno jak cholera.

– Posłuchaj, jeśli sprawa nie nabierze rozgłosu, możemy wyjść z tego obronną ręką. Muszę tylko wiedzieć, że skóra jest bezpieczna. Że ktoś należycie się nią zajmuje.

– Przykro mi, doktorze Mikovitz, ale nie znaleźliśmy żadnej skóry – oznajmił Frost.

– Co?

– W domu Gotta nie było skóry pantery.

 

– To znaczy, że… została skradziona?

– Tego nie wiemy. Po prostu jej tam nie ma.

Zdumiony Mikovitz osunął się w fotelu.

– O Boże. Wszystko się posypało. Będziemy musieli teraz zwrócić mu pieniądze.

– Kim jest wasz sponsor? – spytała Jane.

– Ta informacja nie może zostać ujawniona opinii publicznej.

– Kto to jest?

Odpowiedział jej Rhodes, z wyraźnym przekąsem w głosie.

– Jerry O’Brien.

Detektywi popatrzyli na siebie zdziwieni.

– Ten Jerry O’Brien? Facet z radia? – spytał Frost.

– Bostoński krzykacz. Jak poczują się nasi miłośnicy zwierząt, gdy usłyszą, że zawarliśmy umowę z aroganckim prezenterem? Z facetem, który chełpi się wyprawami na polowania w Afryce i rozwalaniem na kawałki słoni? On gloryfikuje przemoc – prychnął z odrazą Rhodes. – Gdyby te biedne zwierzęta potrafiły strzelać.

– Czasem, Alanie, musimy zawierać pakt z diabłem – rzekł Mikovitz.

– Już wygasł, skoro nie mamy mu nic do zaoferowania.

Mikovitz jęknął.

– To katastrofa.

– Czy tego nie przewidziałem?

– Łatwo ci być ponad to wszystko! Martwisz się tylko o swoje cholerne koty! A ja odpowiadam za przetrwanie tej firmy!

– Tak, to zaleta pracy z kotami. Wiem, że nie mogę im ufać. I nie próbują mnie przekonywać, że jest inaczej. – Rhodes spojrzał na dzwoniącą komórkę.

Niemal równocześnie otworzyły się nagle drzwi i do gabinetu wpadła z impetem sekretarka.

– Doktorze Rhodes! Jest pan natychmiast potrzebny!

– O co chodzi?

– Zdarzył się wypadek na wybiegu pantery. Jeden z opiekunów… potrzebują karabinu!

– Nie. Nie! – Rhodes zerwał się z krzesła i wybiegł z gabinetu.

Jane wahała się tylko chwilę. Błyskawicznie popędziła za nim. Gdy pokonała schody i znalazła się na zewnątrz, Rhodes był już daleko przed nią; biegnąc, mijał zaskoczonych bywalców zoo. Jane musiała przyspieszyć, by go dogonić. Minąwszy zakręt na ścieżce, zobaczyła tłum ludzi stojących przed wybiegiem pantery.

– O mój Boże! – zawołał ktoś z przejęciem. – Czy ona nie żyje?

Jane przepchnęła się przez tłum do barierki. Początkowo widziała przez kraty klatki tylko zarośla i głazy, imitujące naturalne środowisko. Potem wśród gałęzi coś się poruszyło. Był to ogon drgający na krawędzi skalnej półki.

Jane przesunęła się na bok, chcąc przyjrzeć się dokładniej zwierzęciu. Dopiero gdy dotarła na skraj wybiegu, zobaczyła krew: jasną i lśniącą strużkę, spływającą po kamieniu. Ze skalnej półki u góry zwisała ludzka ręka. Ręka kobiety. Pantera, przycupnięta nad swą zdobyczą, patrzyła Jane wyzywająco w oczy, jakby ostrzegając, by nie próbowała ukraść jej łupu.

Jane uniosła broń i znieruchomiała, trzymając palec na spuście. Czy ofiara była na linii strzału? Widziała tylko krawędź półki, nie mogła nawet stwierdzić, czy kobieta jeszcze żyje.

– Proszę nie strzelać! – usłyszała z głębi klatki krzyk doktora Rhodesa. – Zwabię ją do środka!

– Nie ma czasu, panie Rhodes. Musimy wynieść tę kobietę.

– Nie chcę, żeby pantera zginęła.

– A co z nią?

Rhodes uderzył pięścią o kratę.

– Rafiki, mięso! No już, właź do środka!

Pieprzyć to, pomyślała Jane i znów uniosła broń. Pantera była dobrze widoczna, Jane mierzyła jej prosto w łeb. Istniała możliwość, że pocisk trafi również kobietę, ale jeśli jej szybko stamtąd nie wyciągną, i tak zginie. Trzymając broń oburącz, Jane nacisnęła powoli spust. Zanim zdążyła strzelić, zaskoczył ją huk karabinu.

Pantera upadła i zsunęła się z półki w zarośla.

Kilka sekund później blondyn w mundurze pracownika zoo przebiegł przez klatkę w kierunku głazów.

– Debbie?! – zawołał. – Debbie!

Jane rozejrzała się za wejściem do klatki i dostrzegła boczną ścieżkę z napisem TYLKO DLA PERSONELU. Podążyła nią na tył wybiegu, gdzie stały otworem metalowe drzwi.

Weszła do środka i zobaczyła zastygniętą czerwoną kałużę obok wiadra i leżących na ziemi grabi. Na betonowej ścieżce widniały złowrogie ślady rozmazanej krwi i odciski łap. Tropy prowadziły w kierunku sztucznych głazów w głębi klatki.

U ich podstawy Rhodes i jasnowłosy mężczyzna klęczeli nad ciałem kobiety, którą ściągnęli ze skalnej półki.

– Oddychaj, Debbie – błagał blondyn. – Proszę, oddychaj.

– Nie wyczuwam tętna – oznajmił Rhodes.

– Gdzie jest karetka? – Blondyn rozglądał się w panice. – Potrzebujemy karetki!

– Już jedzie. Ale Greg, obawiam się, że nic…

Blondyn położył obie dłonie na piersi kobiety i zaczął uciskać ją szybkimi, rozpaczliwymi ruchami, by wznowić akcję serca.

– Pomóż mi, Alan. Zrób oddychanie usta-usta. Musimy działać razem.

– Myślę, że już za późno – powiedział Rhodes, kładąc dłoń na ramieniu blondyna. – Greg…

– Pieprz się, Alan! Poradzę sobie sam! – Blondyn przyłożył usta do bladych warg kobiety i zaczął wdmuchiwać między nie powietrze, a potem znów uciskać dłońmi jej klatkę piersiową. Oczy Debbie zachodziły już mgłą.

Rhodes spojrzał na Jane i pokręcił głową.

Rozdział ósmy

Maura była ostatnio w ogrodzie zoologicznym w Suffolku w ciepły letni weekend, gdy na ścieżkach roiło się od dzieci z kapiącymi lodami i młodych rodziców pchających wózki z niemowlętami. Ale w ten zimny listopadowy dzień zoo było dziwnie opustoszałe. Flamingi na wybiegu spokojnie muskały pióra. Pawie spacerowały po ścieżce, nienękane przez ścigające je aparaty fotograficzne i dzieciarnię. Jak miło byłoby przechadzać się samotnie w tym miejscu i przyglądać bez pośpiechu każdemu zwierzęciu, ale wezwała ją tam śmierć i nie miała czasu cieszyć się tą wizytą. Pracownica zoo poprowadziła ją szybkim krokiem obok klatek z małpami człekokształtnymi w kierunku wybiegów dla dzikich psów. Na terytorium mięsożerców. Była to młoda kobieta o imieniu Jen, w uniformie koloru khaki, z jasnym kucykiem i zdrową opalenizną. Pasowałaby idealnie do filmu przyrodniczego National Geographic.

– Zamknęliśmy zoo zaraz po tym incydencie – wyjaśniła Jen. – Wyprowadzenie wszystkich zwiedzających zajęło nam około godziny. Nadal nie mogę uwierzyć, że to się zdarzyło. Nigdy przedtem nie mieliśmy z czymś takim do czynienia.

– Jak długo pani tu pracuje? – spytała Maura.

– Prawie cztery lata. Już w dzieciństwie marzyłam o pracy w zoo. Próbowałam dostać się na weterynarię, lecz miałam za słabe oceny. Ale i tak robię to, co lubię. Trzeba kochać tę pracę, bo dużo się tu nie zarabia.

– Znała pani ofiarę?

– Tak, wszyscy się tu znamy. – Jen pokręciła głową. – Nie rozumiem tylko, jak Debbie mogła popełnić taki błąd. Doktor Rhodes zawsze ostrzegał nas przed Rafiki. Powtarzał wciąż: „Nigdy nie odwracajcie się do niego plecami. Nigdy nie ufajcie panterze”. Wydawało mi się, że przesadza.

– Nie boi się pani tak bliskiego kontaktu z dużymi drapieżnikami?

– Dotychczas się nie bałam. Ale teraz wszystko się zmieniło. – Minęli zakręt i Jen oznajmiła: – To stało się na tym wybiegu.

Nie musiała wskazywać palcem. Ponure twarze ludzi stojących przed klatką oznaczały, że Maura dotarła do celu. Znajdująca się wśród nich Jane podeszła się z nią przywitać.

– To przypadek, z jakim nie spotkasz się pewnie nigdy więcej – powiedziała.

– Prowadzisz dochodzenie w tej sprawie?

– Nie, właśnie miałam wyjść. Na ile się orientuję, to był wypadek.

– Co się dokładnie stało?

– Wygląda na to, że ofiara czyściła wybieg, gdy kot ją zaatakował. Musiała zapomnieć zamknąć wewnętrzną klatkę i zwierzę się z niej wydostało. Zanim tu dotarłam, było już dawno po wszystkim. – Jane pokręciła głową. – Człowiek przypomina sobie, jaką pozycję zajmujemy w łańcuchu pokarmowym.

– Jaki to był gatunek kota?

– Pantera afrykańska. Duży samiec.

– Został obezwładniony?

– Nie żyje. Doktor Oberlin, ten blondyn, który tam stoi, próbował trafić go pociskiem usypiającym, ale chybił dwa razy. W końcu musiał go zastrzelić.

– Więc można już bezpiecznie wejść do środka.

– Tak, ale jest tam cholerny bałagan. Całe wiadra krwi. – Jane spojrzała na swoje zaplamione obuwie i pokręciła głową. – Lubiłam te buty. No cóż. Zadzwonię do ciebie później.

– Kto mnie oprowadzi?

– Może Alan Rhodes.

– Kto to jest?

– Ich ekspert od wielkich kotów. – Jane zawołała w kierunku grupy mężczyzn zebranych w pobliżu klatki: – Doktorze Rhodes?! Przyjechała doktor Isles z biura koronera. Musi zobaczyć ciało.

Ciemnowłosy mężczyzna, który do nich podszedł, wydawał się nadal wstrząśnięty tragedią. Spodnie służbowego uniformu miał zaplamione krwią i choć próbował się uśmiechnąć, jego twarz wyrażała napięcie. Odruchowo wyciągnął rękę na powitanie, ale cofnął ją, kiedy zdał sobie sprawę, że jest na niej zakrzepła krew.

– Przykro mi, że musi pani to oglądać – powiedział. – Wiem, że widziała pani już zapewne różne koszmary, ale widok jest straszny.

– Nigdy dotąd nie miałam do czynienia z ofiarą ataku wielkiego kota – przyznała Maura.

– Ja również. I nie chciałbym tego więcej przeżywać. – Wyciągnął pierścień z kluczami. – Zabiorę panią na zaplecze dla personelu. Tam jest furtka.

Maura machnęła ręką na pożegnanie Jane i podążyła za nim po biegnącej wzdłuż szpaleru krzewów ścieżce z napisem TYLKO DLA PERSONELU. Wiodła ona między klatkami na niewidoczny dla zwiedzających tył wybiegu.

Rhodes otworzył kluczem furtkę.

– Wejdziemy tędy przez klatkę zabiegową. Po obu jej stronach są wewnętrzne bramki. Jedna prowadzi na wybieg, a druga do pomieszczenia, w którym zwierzę nocuje.

– Dlaczego nazywa się ją klatką zabiegową?

– Ma ruchomą ścianę, przydatną do zabiegów weterynaryjnych. Kiedy kot przechodzi przez tę klatkę, zamykamy go w wąskiej przestrzeni między kratami. Wtedy łatwo go zaszczepić albo wstrzyknąć mu leki. Minimalny stres dla zwierzęcia i maksymalne bezpieczeństwo dla personelu.

– Czy ofiara weszła tędy?

– Nazywała się Debra Lopez.

– Przepraszam. Czy pani Lopez weszła tędy?

– To jedno z wejść. Są również osobne drzwi do pomieszczenia, w którym zwierzę przebywa nocą. – Weszli do klatki i Rhodes zatrzasnął bramkę, zamykając ich w klaustrofobicznie wąskim korytarzu. – Jak pani widzi, z obu stron są furtki. Przed wejściem do klatki sprawdza się, czy zwierzę jest zamknięte w jej drugiej części. To pierwsza zasada regulaminu bezpieczeństwa zoo: zawsze należy wiedzieć, gdzie przebywa kot. Zwłaszcza Rafiki.

– Czy był wyjątkowo niebezpieczny?

– Każda pantera jest potencjalnie niebezpieczna, szczególnie Panthera pardus, czyli afrykańska. Są mniejsze niż lwy czy tygrysy, ale ciche, nieprzewidywalne i silne. Pantera potrafi wciągnąć na drzewo zdobycz, która waży o wiele więcej niż ona. Rafiki był w pełni sił i zachowywał się wyjątkowo agresywnie. Trzymaliśmy go w osobnej klatce, bo zaatakował samicę, którą próbowaliśmy umieścić razem z nim. Debbie wiedziała, jak bardzo jest niebezpieczny. Wszyscy to wiedzieliśmy.

– Więc jak mogła popełnić taki błąd? Była tu nowa?

– Pracowała u nas co najmniej od siedmiu lat, więc nie chodziło z pewnością o brak doświadczenia. Ale nawet opiekunowie zwierząt z długoletnim stażem są czasem nieostrożni. Nie sprawdzają, gdzie jest zwierzę, albo zapominają zamknąć wejście. Greg powiedział mi, że kiedy tu dotarł, drzwiczki do nocnej klatki pantery były otwarte na oścież.

– Greg?

– Doktor Greg Oberlin, nasz weterynarz.

Maura skupiła wzrok na bramce do nocnej klatki.

– Czy rygiel nie jest uszkodzony?

– Sprawdziłem go. I detektyw Rizzoli także. Działa jak należy.

– Doktorze Rhodes, trudno mi zrozumieć, jak doświadczona pracownica zoo może zostawić szeroko otwarte drzwi do klatki pantery.

– Wiem, że niełatwo w to uwierzyć. Ale mogę pani pokazać całą listę podobnych wypadków z udziałem wielkich kotów. Zdarzały się w ogrodach zoologicznych na całym świecie. Od tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego roku w samych Stanach Zjednoczonych odnotowano ponad siedemset takich incydentów, w których zginęło dwudziestu dwóch ludzi. Tylko w zeszłym roku w Niemczech i Wielkiej Brytanii tygrysy zabiły doświadczonych pracowników zoo. W obu przypadkach zapomnieli po prostu zamknąć drzwi. Ludzie bywają rozkojarzeni albo nieostrożni. Albo zaczynają wierzyć, że koty są przyjaźnie nastawione i nigdy ich nie skrzywdzą. Powtarzam ciągle naszemu personelowi: nigdy nie ufajcie dużym kotom. Nie odwracajcie się do nich plecami. To nie są kotki domowe.

 

Maura pomyślała o szarym kocie, którego właśnie adoptowała i którego względy próbowała zdobyć kosztownymi sardynkami i miseczkami mleka. Był jeszcze jednym przebiegłym drapieżnikiem, który uczynił z niej osobistą służącą. Gdyby ważył pięćdziesiąt kilogramów więcej, bez wątpienia nie widziałby w niej przyjaciółki, lecz smakowity kawałek mięsa. Czy naprawdę można zaufać kotu?

Rhodes otworzył kluczem wewnętrzną bramkę, która prowadziła na wybieg.

– Debbie weszła zapewne tędy – powiedział. – Znaleźliśmy dużo krwi obok wiadra i szczotki, więc została prawdopodobnie zaatakowana, gdy robiła poranne porządki.

– O której to mogło być?

– Między ósmą a dziewiątą. Zoo jest otwarte dla zwiedzających od dziewiątej. Rafiki był karmiony w nocnej klatce, zanim wypuszczano go na wybieg.

– Czy są tam jakieś kamery?

– Niestety, nie, nie mamy więc nagrania tego wypadku ani poprzedzających go wydarzeń.

– A co ze stanem psychicznym ofiary… Debbie? Była w depresji? Miała jakieś problemy?

– Detektyw Rizzoli pytała o to samo. Czy dała się zaatakować panterze, by popełnić samobójstwo? – Rhodes pokręcił głową. – Była zawsze pogodna i pełna optymizmu. Nie wyobrażam sobie, by chciała się zabić, bez względu na to, co przydarzyło jej się w życiu.

– A coś się przydarzyło?

Zamilkł, nadal trzymając rękę na bramce.

– Każdy ma jakieś problemy. Wiem, że zerwała niedawno z Gregiem.

– Chodzi o doktora Oberlina, weterynarza?

Skinął głową.

– Rozmawiałem o tym z Debbie w niedzielę, gdy wieźliśmy zwłoki Kovo do taksydermisty. Nie wydawała się szczególnie przygnębiona. Raczej… odczuwała ulgę. Chyba Greg przeżywał to o wiele bardziej. Nie było mu łatwo, bo oboje tutaj pracowali i widywali się co najmniej raz w tygodniu.

– Ale jakoś sobie radzili?

– Tak mi się wydaje. Detektyw Rizzoli rozmawiała z Gregiem. Jest załamany. Zanim zada pani oczywiste pytanie: powiedział, że nie było go w pobliżu klatki, gdy to się stało. Przybiegł, kiedy usłyszał krzyki.

– Czyje? Debbie?

Rhodes miał zbolały wyraz twarzy.

– Wątpię, czy żyła dostatecznie długo, by krzyknąć. Nie, to była jakaś kobieta. Zobaczyła krew i zaczęła wzywać pomocy. – Otworzył na oścież bramkę na wybieg. – Ciało leży z tyłu, w pobliżu głazów.

Przeszedłszy trzy kroki, Maura przystanęła, poruszona widokiem masakry. Jak powiedziała Jane, były tam „całe wiadra krwi”, rozpryskanej po zaroślach i zastygniętej w kałużach na betonowej ścieżce. Gdy serce ofiary wykonywało ostatnie, rozpaczliwe skurcze, krew tętnicza tryskała w różnych kierunkach.

Rhodes spojrzał na przewrócone wiadro i grabie.

– Prawdopodobnie nawet nie zauważyła, jak nadchodził.

Ludzkie ciało zawiera pięć litrów krwi i Debbie Lopez straciła prawie całą w tym miejscu. Było jeszcze wilgotne, gdy zjawili się na wybiegu ludzie. Maura widziała na betonie liczne odciski stóp i ślady rozmazanej krwi.

– Jeśli zaatakował tutaj, dlaczego zaciągnął ją w głąb klatki? – zastanawiała się. – Czemu nie pożarł jej tam, gdzie upadła?

– Instynkt nakazuje panterze strzec zdobyczy. W dziczy mogłaby paść łupem padlinożerców. Lwów i hien. Więc pantery ją ukrywają.

Ślady krwi wskazywały, dokąd zwierzę ciągnęło ofiarę po betonowej ścieżce. Wyraźny odcisk łapy świadczył dobitnie o jego rozmiarach i sile. Tropy prowadziły na tył wybiegu. U podstawy potężnego sztucznego głazu Maura zobaczyła zwłoki, przykryte oliwkowym pledem. Martwa pantera leżała rozciągnięta obok, z rozwartymi szczękami.

– Zabrał ciało Debbie na skalną półkę – wyjaśnił Rhodes. – Ściągnęliśmy ją, żeby zrobić masaż serca.

Maura spojrzała w górę na głaz i zobaczyła spływającą ze skały strużkę zakrzepłej krwi.

– Zaniósł ją aż tam?

Rhodes skinął głową.

– Pantery są naprawdę silne. Potrafią wciągnąć na drzewo ciężkie kudu. Instynkt każe im wspiąć się jak najwyżej i zawiesić zdobycz na gałęzi, gdzie mogą spokojnie się posilać. To właśnie Rafiki miał zamiar robić, gdy Greg go zastrzelił. Debbie już wtedy nie żyła.

Maura włożyła rękawiczki i przykucnęła, by odsunąć pled. Wystarczył jej rzut oka na gardło ofiary, by wiedzieć, że nie mogła przeżyć tego ataku. Milcząc, wpatrywała się ze zgrozą w zmiażdżoną krtań i odsłoniętą tchawicę, w szyję rozciętą tak głęboko, że odchylona do tyłu głowa nie trzymała się niemal torsu.

– Tak właśnie polują koty – powiedział Rhodes niepewnym głosem, odwracając wzrok. – Natura uczyniła z nich perfekcyjne maszyny do zabijania. Rzucają się wprost do gardła. Miażdżą kręgi, rozrywają żyłę szyjną i arterie. Dbają przynajmniej o to, by uśmiercić zdobycz, zanim zaczną się pożywiać. Podobno zgon następuje szybko. Z powodu wykrwawienia.

Niewystarczająco szybko. Maura wyobraziła sobie chwile agonii Debbie Lopez, gdy krew tryskała jak fontanna z jej uszkodzonych arterii. Musiała również spływać do rozdartej tchawicy, zalewając płuca. Szybka śmierć, owszem, ale tej ofierze ostatnie sekundy życia, kiedy dusiła się przerażona, wydawały się zapewne wiecznością.

Zakryła z powrotem pledem twarz zmarłej kobiety i skupiła uwagę na panterze. Było to wspaniałe zwierzę, o potężnej klatce piersiowej i lśniącej w słońcu sierści. Patrzyła na ostre jak brzytwa zęby, wyobrażając sobie, jak łatwo mogły zmiażdżyć i rozerwać gardło człowieka. Przeszedł ją dreszcz. Podniósłszy się z ziemi, zobaczyła przez pręty ogrodzenia, że przybyła ekipa z kostnicy.

– Ona uwielbiała tego kota – powiedział Rhodes, przyglądając się panterze. – Gdy się urodził, karmiła go butelką jak niemowlę. Chyba nigdy nie przypuszczała, że Rafiki zrobi coś takiego. I dlatego zginęła. Zapomniała, że to drapieżnik, a my jesteśmy jego łupem.

Maura ściągnęła rękawiczki.

– Czy powiadomiono rodzinę?

– Jej matka mieszka w St. Louis. Nasz dyrektor, doktor Mikovitz, już do niej dzwonił.

– Biuro koronera będzie potrzebowało jej numeru kontaktowego. Żeby po sekcji zorganizować pogrzeb.

– Czy sekcja jest naprawdę konieczna?

– Przyczyna śmierci wydaje się oczywista, ale zawsze trzeba znaleźć odpowiedzi na parę pytań. Dlaczego popełniła tak karygodny błąd? Czy nie była pod wpływem narkotyków, alkoholu albo leków?

Skinął głową.

– Oczywiście. O tym nawet nie pomyślałem. Ale byłbym zaszokowany, gdybyście znaleźli w jej organizmie ślady narkotyków. To do niej niepodobne.

Może tylko tak się panu wydaje, pomyślała Maura, wychodząc z klatki. Każdy człowiek ma jakieś sekrety. Przypomniała sobie swoje własne, których tak pilnie strzegła. Jakże zaskoczeni byliby jej koledzy, gdyby się o nich dowiedzieli. Nawet Jane, która znała ją najlepiej.

Gdy ekipa z kostnicy, pchając nosze na kółkach, wchodziła na wybieg, Maura stała na ścieżce dla zwiedzających i patrzyła przez ogrodzenie. Miejsce, w którym pantera zaatakowała, było ukryte za murem i zarośla nie pozwalały zobaczyć, jak ciągnęła ciało. Ale skalna półka, na której położyła zdobycz, była wyraźnie widoczna i znaczyły ją teraz przerażające ślady krwi, która skapywała z głazu.

Nic dziwnego, że ludzie krzyczeli.

Maura poczuła ciarki na skórze, jakby zmroził ją oddech drapieżnika. Odwróciła się i rozejrzała. Zobaczyła, że doktor Rhodes wdał się w rozmowę z zatroskanymi pracownikami dyrekcji zoo. Ujrzała parę pocieszających się wzajemnie opiekunów zwierząt. Nikt na nią nie patrzył. Nikt nie dostrzegał nawet jej obecności. Ale nie mogła pozbyć się wrażenia, że ktoś ją obserwuje.

I nagle zauważyła go za prętami pobliskiego wybiegu. Jego płowe futro było niemal niewidoczne na tle piaskowego koloru głazu, przy którym przycupnął. Potężne mięśnie były napięte do skoku. Koncentrował w milczeniu wzrok na zdobyczy. Wyłącznie na niej.

Spojrzała na tabliczkę przyczepioną do barierki. PUMA CONCOLOR. Puma.

A potem pomyślała: też bym nie zauważyła, jak się zbliża.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?