Umrzeć po raz drugi

Tekst
Z serii: Rizzoli & Isles #11
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Umrzeć po raz drugi
Umrzeć po raz drugi
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,90  50,32 
Umrzeć po raz drugi
Audio
Umrzeć po raz drugi
Audiobook
Czyta Anna Dereszowska, Kamil Pruban
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Przyjechała furgonetka z kostnicy i pierwsze ekipy telewizyjne zaczęły zajmować stanowiska za taśmą policyjną. Dom, który odwiedził zabójca, pozostanie nią ogrodzony także nocą, gdy znikną wszyscy policjanci, technicy kryminalistyki i reporterzy. A tuż obok mieszkała matka z dwójką dzieci.

– To nie było przypadkowe zabójstwo, prawda? – spytała Nora. – On znał mordercę? Kto to był, pani zdaniem?

Potwór, pomyślała Jane, wsunęła do torebki pióro i notes i wstała z miejsca.

– Widzę, że ma pani system alarmowy – powiedziała. – Proszę go włączyć.

Rozdział czwarty

Maura zaniosła kartonowe pudło z samochodu do domu i postawiła je na podłodze w kuchni. Szary kot miauczał żałośnie, domagając się wypuszczenia, ale trzymała go w zamknięciu, próbując znaleźć w spiżarni nadające się dla niego jedzenie. Nie miała szansy zatrzymać się po drodze, by kupić w spożywczym kocią karmę. Spontanicznie zaopiekowała się zwierzakiem, bo nikt inny nie chciał go zabrać, a jedyną alternatywą było schronisko.

A poza tym kot, uczepiwszy się praktycznie jej nogi, najwyraźniej ją zaadoptował.

Znalazła w spiżarni torbę z suchą karmą dla psów, która pozostała po ostatniej wizycie Juliana i jego psa, Niedźwiedzia. Czy kot zje coś takiego? Nie była pewna. Sięgnęła więc po puszkę sardynek.

Miauczenie stało się rozpaczliwe, gdy w powietrzu rozszedł się zapach ryby. Wrzuciła sardynki do miski i otworzyła kartonowe pudło. Kot wystrzelił jak z procy i zaczął pożerać rybę tak żarłocznie, że miska ślizgała się po kuchennych kafelkach.

– Chyba sardynki smakują bardziej niż ludzkie mięso, hm? – Gdy pogłaskała zwierzaka po grzbiecie, uniósł z zadowoleniem ogon. Nigdy nie miała kota. Brakowało jej zawsze czasu i chęci, by adoptować jakieś zwierzę, jeśli nie liczyć krótkiego i tragicznego w swym finale epizodu z hodowanym w akwarium bojownikiem syjamskim. Nie miała wcale pewności, czy chce tego kota, ale już z nią był, mrucząc jak silnik motorówki, gdy wylizywał porcelanową miseczkę – tę samą, z której jadła płatki na śniadanie. Ta myśl ją zaniepokoiła. Kot ludożerca. Krzyżowe zakażenie. Przypomniała sobie wszystkie choroby, które roznoszą koty. Gorączka kociego pazura. Toxoplasma gondii. Kocia białaczka. Wścieklizna, nicienie i salmonella. Koty są prawdziwymi wylęgarniami infekcji, a jeden z nich jadł właśnie z jej miski śniadaniowej.

Pochłonąwszy ostatni kawałek sardynki, spojrzał na Maurę krystalicznie zielonymi oczami, wpatrując się w nią tak intensywnie, jakby czytał w jej myślach i rozpoznawał w niej bratnią duszę. Stąd biorą się zwariowane miłośniczki kotów, pomyślała. Patrzą zwierzęciu w oczy i sądzą, że dostrzegają w nich swoje odbicie. A co widział ten kot, spoglądając na nią? Ludzką istotę z otwieraczem do puszek.

– Gdybyś tak potrafił mówić – mruknęła. – Gdybyś mógł nam opowiedzieć, co zobaczyłeś.

Ale ten kot strzegł swoich tajemnic. Pozwolił jej się pogłaskać, po czym przeszedł się spacerkiem do kąta, gdzie zaczął swą toaletę. I tyle było kociej czułości. Nakarm mnie, a potem zostaw w spokoju. Może rzeczywiście był dla niej idealnym zwierzęciem. Oboje byli samotnikami, nieprzystosowanymi do długoterminowych związków.

Ponieważ ją ignorował, odpłaciła mu się tym samym i zajęła swoją kolacją. Wsunęła do piecyka resztki zapiekanki z bakłażana z parmezanem, nalała sobie kieliszek pinot noir i zasiadła do laptopa, by skopiować zdjęcia z miejsca zabójstwa Gotta. Widząc ponownie na ekranie wypatroszone zwłoki, ogryzioną do kości twarz i żerujące na mięsie larwy, przypomniała sobie aż nazbyt wyraziście zapachy tego domu i brzęczenie much. Czekała ją następnego dnia wyjątkowo nieprzyjemna autopsja. Przeglądała powoli fotografie, szukając szczegółów, które mogła przeoczyć na miejscu, gdzie rozpraszała ją obecność policjantów i techników kryminalistyki. Nie dostrzegła niczego, co pozostawałoby w sprzeczności z określonym przez nią szacunkowym czasem zgonu – czterech do pięciu dni. Znaczne uszkodzenia twarzy, szyi i górnych kończyn można było przypisać działaniu padlinożerców. A to oznacza ciebie, pomyślała, zerkając na kota, który delikatnie lizał sobie łapy. Jak on ma na imię? Nie miała pojęcia, ale nie mogła ciągle nazywać go Kotem.

Następne zdjęcie przedstawiało stertę trzewi wewnątrz kubła na śmieci, stężałą masę, którą musiała namoczyć, aby rozdzielić i zbadać jak należy poszczególne narządy. Będzie to najbardziej odrażająca część autopsji, ponieważ właśnie w trzewiach rozpoczynał się proces rozkładu, rozwijały się i mnożyły bakterie. Przejrzawszy kilka kolejnych obrazów, skoncentrowała uwagę na jeszcze jednym widoku wnętrzności w kuble. Zdjęcie, zrobione bez flesza, było inaczej naświetlone i na obrazie dało się dostrzec nowe krzywizny i szczeliny.

Ktoś zadzwonił do drzwi.

Maura nie oczekiwała gości. A już na pewno nie spodziewała się zobaczyć na ganku Jane Rizzoli.

– Pomyślałam, że możesz tego potrzebować – oznajmiła Jane, wręczając jej torbę z zakupami.

– Co to jest?

– Żwirek dla kota i friskies. Frost czuje się winny, że musiałaś się zająć tym zwierzakiem, więc powiedziałam mu, że ci to podrzucę. Podrapał ci już meble?

– Na razie zdemolował tylko puszkę sardynek. Wejdź i zobacz sama, jak się miewa.

– Zapewne o wiele lepiej niż ten drugi.

– Ten biały? Co z nim zrobiliście?

– Nikt nie może go złapać. Nadal ukrywa się gdzieś w domu.

– Mam nadzieję, że daliście mu świeże jedzenie i wodę.

– Frost o to zadbał, oczywiście. Twierdzi, że nie znosi kotów, ale powinnaś zobaczyć, jak chodził na czworakach i błagał: „Kici, kici, wyjdź spod łóżka!”. Wróci tam jutro, żeby zmienić żwirek w kuwecie.

– Myślę, że przydałby mu się w domu jakiś zwierzak. Musi być teraz bardzo samotny.

– Czy dlatego ty wzięłaś tego kota?

– Oczywiście, że nie. Zabrałam go, ponieważ… – Maura westchnęła. – Nie mam pojęcia dlaczego. Bo nie odstępował mnie na krok.

– Tak, potrafi rozpoznać kozła ofiarnego – powiedziała ze śmiechem Jane, idąc za Maurą do kuchni. – Oto pani, która będzie mnie karmiła śmietanką i pasztetem.

W kuchni Maura z przerażeniem zobaczyła, że kot leży na blacie stołu, opierając przednie łapy na klawiaturze jej laptopa.

– Sio! – burknęła. – Zmykaj stąd!

Kot ziewnął i przewrócił się na bok, więc złapała go i postawiła na podłodze.

– Idź sobie!

– Nic nie zrobi twojemu komputerowi – zauważyła Jane.

– Nie chodzi o komputer, tylko o stół. Ja tutaj jem. – Maura chwyciła gąbkę, spryskała ją detergentem i zaczęła wycierać blat.

– Chyba przeoczyłaś tu jakiś zarazek.

– To nie jest zabawne. Pomyśl, gdzie ten kot był. Czego dotykał łapami w ciągu ostatnich czterech dni. Chciałabyś jeść przy tym stole?

– Jest pewnie czyściejszy niż moja trzylatka.

– Z tym się zgodzę. Dzieci są nosicielami zarazków.

– Co?

– Szerzą wokół infekcje. – Maura przetarła raz jeszcze energicznie stół i wyrzuciła gąbkę do kosza.

– Będę o tym pamiętała, jak wrócę do domu. „Chodź do mamusi, mój słodki nosicielu”. – Jane otworzyła torbę ze żwirkiem i wsypała go do plastikowej kuwety, którą również przyniosła. – Gdzie chcesz ją postawić?

– Miałam nadzieję, że będę go po prostu wypuszczać, żeby załatwiał się na podwórku.

– Jeśli go wypuścisz, może już nie wrócić. – Jane otrzepała dłonie z pyłu i wyprostowała się. – Chyba że tego chcesz?

– Nie wiem, co myślałam, zabierając go do domu. Po prostu się do mnie przyczepił. Wcale nie chciałam mieć kota.

– Powiedziałaś przed chwilą, że Frostowi przydałby się zwierzak. Może tobie też?

– Frost właśnie się rozwiódł. Nie jest przyzwyczajony do samotności.

– A ty jesteś.

– Od lat. I to się szybko nie zmieni. – Maura zlustrowała spojrzeniem lśniące czystością blaty i zlew. – Chyba że pojawi się nagle jakiś Superman.

– Hej, tak powinnaś go nazwać. – Jane wskazała na kota. – Superman.

– To nie jest odpowiednie dla niego imię. – Słysząc sygnał timera, Maura otworzyła piekarnik, by sprawdzić zapiekankę.

– Ładnie pachnie.

– To bakłażan z parmezanem. Nie przełknęłabym dzisiaj mięsa. Jesteś głodna? Starczy dla nas obu.

– Jadę na kolację do mamy. Gabriel nie wrócił jeszcze z Waszyngtonu, a mama nie może znieść myśli, że ja i Regina jesteśmy same. – Jane zamilkła. – Może dołączysz do nas, dla towarzystwa? – spytała po chwili.

– Dzięki za propozycję, ale już sobie podgrzałam kolację.

– Niekoniecznie dziś wieczorem, ale tak w ogóle. Gdybyś miała ochotę pobyć w rodzinnym gronie.

Maura zmierzyła ją wzrokiem.

– Adoptujesz mnie?

Jane wysunęła krzesło i usiadła przy kuchennym stole.

– Posłuchaj, czuję, że powinnyśmy poprawić trochę nasze relacje. Od sprawy Teddy’ego Clocka niewiele rozmawiałyśmy, a wiem, że przez ostatnich kilka miesięcy było ci ciężko. Już dawno powinnam była zaprosić cię na obiad.

– Ja ciebie także. Obie byłyśmy zajęte, i to wszystko.

– Wiesz, Mauro, naprawdę się zmartwiłam, kiedy powiedziałaś, że myślisz o wyjeździe z Bostonu.

– Dlaczego cię to martwi?

– Jak możesz tak po prostu odejść po tym wszystkim, co razem przeszłyśmy? Łączą nas doświadczenia nie do pojęcia dla innych. Jak choćby to. – Jane wskazała na ekran komputera, na którym nadal było widać zdjęcie trzewi. – Powiedz mi, z kim jeszcze będę mogła porozmawiać o wnętrznościach w kuble na śmieci? Normalni ludzie tego nie robią.

– Co znaczy, że nie jestem normalna.

– Chyba nie myślisz, że ja jestem! – Jane się zaśmiała. – Obie jesteśmy stuknięte. Tylko to wyjaśnia, dlaczego pracujemy w tej branży. I dlaczego tworzymy tak dobry zespół.

 

Maura nie mogła tego przewidzieć, gdy poznała Jane.

Wiedziała wcześniej, jaką Jane ma reputację; słyszała narzekania policjantów: „suka”, „zołza”, „zawsze się czepia”. Kobieta, która zjawiła się tamtego dnia na miejscu zbrodni, była z pewnością bezpośrednia, zdecydowana i nieustępliwa. Okazała się również jednym z najlepszych detektywów, jakich Maura kiedykolwiek spotkała.

– Powiedziałaś mi kiedyś, że nic nie trzyma cię w Bostonie – dodała Jane. – Przypominam ci, że to nieprawda. Ty i ja mamy wspólną historię.

– Zgadza się – prychnęła Maura. – Potrafimy wpadać w kłopoty.

– I wychodzić z nich razem obronną ręką. Co czeka cię w San Francisco?

– Dostałam propozycję od dawnego znajomego. Mogę wykładać na uniwersytecie.

– A co z Julianem? Jesteś dla niego prawie jak matka. Jeśli wyjedziesz do Kalifornii, uzna, że go porzucasz.

– I tak prawie go nie widuję. Ma siedemnaście lat i wkrótce pójdzie na studia. Kto wie, gdzie wyląduje, a w Kalifornii są dobre szkoły. Nie mogę wiązać życia z chłopcem, który zaczyna być samodzielny.

– A ta praca w San Francisco jest lepiej płatna? Czy o to chodzi?

– Nie, nie o to.

– Chcesz uciec, prawda? Wynieść się stąd w cholerę? – Jane przerwała na chwilę. – Czy on wie, że możesz wyjechać z Bostonu?

On… Maura odwróciła się raptownie i napełniła ponownie kieliszek winem. Sama wzmianka o Danielu Brophym sprawiła, że musiała się napić.

– Nie rozmawiałam z Danielem od miesięcy.

– Ale go widujesz.

– Oczywiście. Kiedy przybywam na miejsce zbrodni, nigdy nie wiem, czy go tam nie zastanę. Pociesza rodzinę, modli się za ofiarę. Poruszamy się w tych samych kręgach, Jane. W świecie umarłych. – Maura pociągnęła duży łyk wina. – Poczułabym ulgę, gdybym od tego uciekła.

– A więc chcesz wyjechać do Kalifornii, żeby uniknąć tych spotkań.

– I pokusy – dodała cicho Maura.

– Powrotu do niego? – Jane pokręciła głową. – Podjęłaś decyzję. Trzymaj się jej i idź do przodu. Ja bym tak zrobiła.

I właśnie to tak bardzo je różniło. Jane działała szybko i zawsze była pewna, jak należy postąpić. Nie spędzały jej snu z powiek wieczne wątpliwości. Maura miewała natomiast bezsenne noce, podczas których rozważała, jakiego dokonać wyboru, i zastanawiała się nad konsekwencjami. Ale życie nie jest matematycznym równaniem z jedną tylko prawidłową odpowiedzią.

Jane wstała.

– Pomyśl o tym, co powiedziałam, dobrze? Wyszkolenie nowego lekarza sądowego kosztowałoby mnie zbyt wiele pracy. Liczę więc, że zostaniesz. – Dotknęła ramienia Maury i dodała cicho: – Proszę cię o to. – Potem, swoim zwyczajem, odwróciła się na pięcie. – Do zobaczenia jutro.

– Autopsja jest rano – przypomniała Maura, odprowadzając ją do frontowych drzwi.

– Chyba ją sobie daruję. Widziałam już dość larw, dzięki.

– Mogą się zdarzyć niespodzianki. Chcesz, żeby cię ominęły?

– Jedyną niespodzianką będzie pojawienie się Frosta – powiedziała Jane, wychodząc za próg.

Maura zamknęła drzwi na klucz i wróciła do kuchni. Zapiekanka z bakłażanów zdążyła już ostygnąć. Wsunęła naczynie żaroodporne z powrotem do piekarnika, by ją podgrzać. Kot wskoczył znowu na blat stołu i ułożył się na klawiaturze laptopa, jakby chciał powiedzieć: „Dziś już żadnej pracy”. Chwyciła go i zrzuciła na podłogę. Ktoś musiał rządzić w tym domu i z pewnością nie pozwoli na to kotu. Ekran ponownie się włączył i widać było na nim ostatnie oglądane wcześniej zdjęcie – trzewi, których pofałdowaną powierzchnię uwypuklały cienie rzucane przez padające ukosem światło. Zamierzała już zamknąć laptop, gdy zwróciła uwagę na wątrobę. Unosząc brwi, powiększyła obraz i przyjrzała się zaokrągleniom i szczelinom na jej powierzchni. To nie było złudzenie optyczne ani wydęcie wywołane przez bakterie.

Wątroba miała sześć płatów.

Sięgnęła po telefon.

Rozdział piąty

BOTSWANA

– Gdzie on jest?! – wrzeszczy Sylvia. – Gdzie reszta jego ciała?

Stoi z Vivian kilkadziesiąt metrów dalej, pod drzewami. Wpatrują się w ziemię, w coś, co zasłania mi sięgająca do kolan trawa. Przechodzę nad otaczającym obóz drutem, na którym nadal wiszą dzwonki. Tej nocy nie zadźwięczały ostrzegawczo. Alarm wszczęła Sylvia. Jej krzyki wyciągnęły nas z namiotów, mniej lub bardziej nieubranych. Pan Matsunaga, wychodząc chwiejnym krokiem spod brezentu, zapina jeszcze zamek w spodniach. Elliot, mimo zimnego poranka, jest w samych bokserkach i sandałach. Ja zdołałam chwycić jedną z koszul Richarda i wkładam ją na piżamę, brnąc w trawie w niezawiązanych butach, z kamykiem uwierającym mnie w bosą stopę. Dostrzegam zakrwawiony strzęp bluzy w kolorze khaki, owinięty jak wąż wokół gałęzi krzaka. Podchodzę kilka kroków bliżej i widzę następne poszarpane fragmenty odzieży i coś, co wygląda jak kłąb czarnej wełny. Po paru następnych krokach dostrzegam, na co patrzą dziewczyny. I wiem już, dlaczego Sylvia krzyczy.

Vivian odwraca się i wymiotuje w zarośla.

Jestem zbyt odrętwiała, by się poruszyć. Gdy Sylvia lamentuje i dyszy obok mnie, przyglądam się rozrzuconym w trawie kościom, czując się dziwnie wyobcowana, jakbym zamieszkiwała w cudzym ciele. W ciele naukowca – anatoma, który patrzy na te kości z nieodpartą potrzebą, by je sklasyfikować, by obwieścić: „To jest prawa kość strzałkowa, to łokciowa, a tamta pochodzi z piątego palca u prawej nogi. Tak, zdecydowanie”. Chociaż tak naprawdę nie mogę zidentyfikować niemal niczego, bo tak niewiele zostało i wszystko jest w strzępach. Rozpoznaję tylko żebro, bo przypomina te, które jadłam, polane sosem. Ale to nie jest wieprzowe żeberko, o nie. Ta obgryziona i rozłupana kość to szczątki kogoś, kogo znałam, z kim rozmawiałam niecałe dziewięć godzin temu.

– Chryste! – jęczy Elliot. – Co się stało? Co się, kurwa, stało?

Słyszę grzmiący głos Johnny’ego:

– Cofnijcie się! Niech wszyscy się cofną!

Odwracam się i widzę, jak Johnny wpycha się między nas. Jesteśmy już w komplecie: Vivian i Sylvia, Elliot i Richard, państwo Matsunaga. Brakuje tylko jednej osoby, ale niezupełnie, bo żebro i pukiel włosów Clarence’a mamy przed sobą. Powietrze przesyca zapach śmierci, zapach strachu, świeżego mięsa i Afryki.

Johnny przykuca nad kośćmi i przez chwilę milczy. Nikt się nie odzywa. Milkną nawet ptaki, zaniepokojone tym poruszeniem wśród ludzi, i słyszę tylko szelest trawy na wietrze i szum wody w rzece.

– Czy ktoś z was widział coś albo słyszał w nocy? – pyta Johnny.

Podnosi wzrok i widzę, że ma rozpiętą koszulę i jest nieogolony. Patrzy mi w oczy. Mogę tylko pokręcić głową.

– Nikt? – Lustruje nasze twarze.

– Spałem jak kamień – mówi Elliot. – Niczego nie słyszałem…

– My także nie. – Richard odpowiada za nas oboje i drażni mnie tym jak zwykle.

– Kto go znalazł?

– My – niemal szepcze Vivian. – Sylvia i ja. Musiałyśmy pójść za potrzebą. Robiło się już jasno i pomyślałyśmy, że za obozem będzie bezpiecznie. Clarence zwykle o tej porze rozpalał już ognisko i… – Przerywa, bo na dźwięk jego imienia ogarniają ją mdłości.

Johnny podnosi się z ziemi. Stoję najbliżej niego i dostrzegam każdy szczegół, od nieuczesanych włosów po grubą bliznę na brzuchu, którą widzę po raz pierwszy. Nie interesuje się już nami, bo nic mu nie możemy powiedzieć. Skupia uwagę na ziemi, na rozrzuconych szczątkach. Potem spogląda na rozciągnięty wokół obozu drut.

– Dzwonki nie zadźwięczały – mówi. – Słyszałbym je. Clarence także.

– A więc to zwierzę nie weszło do obozu? – pyta Richard.

Johnny go ignoruje. Zaczyna obchodzić teren, zataczając coraz szersze koła, niecierpliwie odpychając na bok każdego, kto staje mu na drodze. Nie ma tam gołej ziemi, tylko trawa, na której nie pozostają odciski stóp ani łap.

– Przejął ode mnie wartę o drugiej w nocy. Poszedłem od razu spać. Ognisko prawie wygasło, więc od kilku godzin nie dokładano do niego drewna. Dlaczego je zostawił? Dlaczego wyszedł poza obręb obozu? – Johnny się rozgląda. – I gdzie jest strzelba?

– Tam – mówi pan Matsunaga, wskazując w kierunku pierścienia kamieni otaczających wygasłe już ognisko. – Widziałem ją. Leży na ziemi.

– Zostawił ją? – dziwi się Richard. – Clarence odchodzi od ogniska i zapuszcza się w ciemność bez broni? Po co miałby to robić?

– Nie zrobił tego – brzmi cicha, mrożąca krew w żyłach odpowiedź Johnny’ego. Znów krąży wokół obozu, przyglądając się trawie. Znajduje skrawki odzieży, but, ale niewiele więcej. Posuwa się dalej, w kierunku rzeki. Nagle opada na kolana i widzę znad trawy tylko czubek jego jasnej czupryny. Wszyscy czujemy niepokój, gdy zastyga w bezruchu. Nikt nie ma ochoty sprawdzać, na co patrzy. Widzieliśmy już wystarczająco dużo. Ale jego milczenie magnetycznie mnie przyciąga.

– Hieny – mówi, podnosząc głowę.

– Skąd wiesz?

Wskazuje na szarawe grudki na ziemi.

– To odchody hieny cętkowanej. Widać w nich zwierzęcą sierść i kawałki kości.

– O Boże! To nie jego szczątki, prawda?

– Nie, te odchody są sprzed paru dni. Ale świadczą, że są tutaj hieny. – Wskazuje na strzępy zakrwawionej odzieży. – I dopadły go.

– Sądziłam, że hieny są tylko padlinożercami.

– Nie mogę dowieść, że go porwały. Ale nie ma wątpliwości, że stał się ich łupem.

– Tak niewiele z niego zostało – mruczę, patrząc na fragmenty odzieży. – Zupełnie jakby… zniknął.

– Padlinożercy niczego nie marnują, nic nie zostawiają. Prawdopodobnie hieny zaciągnęły resztki jego zwłok do swojej kryjówki. Nie rozumiem, w jaki sposób Clarence zginął, nie wydając nawet okrzyku. Dlaczego nie słyszałem odgłosów walki?

Johnny siedzi w kucki nad szarymi grudkami odchodów, ale lustruje okolicę, dostrzegając rzeczy, których istnienia nawet sobie nie uświadamiam. Jego spokój działa mi na nerwy. Nie przypomina żadnego mężczyzny, którego znałam, pasuje tak idealnie do swego środowiska, że wydaje się jego częścią, jest zakorzeniony w tej ziemi jak drzewa i łagodnie falujące trawy. Różni się tak bardzo od Richarda, wiecznie niezadowolonego z życia i poszukującego stale w internecie lepszego mieszkania, miejsca na wakacje, a może nawet dziewczyny. Richard, w przeciwieństwie do Johnny’ego, nie wie, czego chce i gdzie jest jego miejsce. Johnny milczy przez dłuższą chwilę, a ja mam ochotę wtrącić jakąś niedorzeczną uwagę, jakby moim obowiązkiem było podtrzymywanie rozmowy. Ale tylko ja czuję się niezręcznie, nie on.

– Musimy zebrać wszystko, co znajdziemy – mówi cicho.

– Masz na myśli… szczątki Clarence’a?

– Dla jego rodziny. Będą chcieli urządzić pogrzeb. Potrzebują czegoś namacalnego, co można opłakiwać.

Patrzę z przerażeniem na zakrwawiony strzęp materiału. Nie chcę go dotykać. I z pewnością nie mam ochoty podnosić tych porozrzucanych fragmentów kości i włosów. Ale kiwam głową i proponuję:

– Pomogę ci. Możemy wziąć z ciężarówki jeden z płóciennych worków.

Johnny wstaje i przygląda mi się.

– Nie jesteś taka jak inni.

– Co masz na myśli?

– Nawet nie chciałaś tu przyjechać, prawda? Do buszu.

Krzyżuję ręce na piersiach.

– Nie. To Richard marzył o takich wakacjach.

– A ty co byś wolała?

– Gorący prysznic. Spłukiwane toalety, może nawet masaż. Ale jestem tutaj i godzę się na wszystko.

– Godzisz się na zbyt wiele, Millie. Wiesz o tym, prawda? – Patrzy w dal i dodaje tak cicho, że prawie tego nie słyszę: – Na więcej, niż on zasługuje.

Zastanawiam się, czy chciał, żebym to usłyszała. A może przebywa już w buszu tak długo, że mówi na głos do siebie, bo na ogół nie ma nikogo w pobliżu.

Próbuję odczytać coś z jego twarzy, ale pochyla się, by podnieść jakiś przedmiot. Gdy się wyprostowuje, trzyma w ręce kość.

□ □ □

– Rozumiecie, że to koniec wyprawy – mówi Johnny. – Musicie zakasać rękawy, żebyśmy do południa zwinęli obóz i ruszyli w drogę.

– Dokąd? – pyta Richard. – Samolot przyleci dopiero za tydzień.

Johnny zebrał nas wokół wygasłego ogniska, by wyjaśnić, co będzie dalej. Spoglądam na pozostałych uczestników safari, turystów, którzy zapisali się na wycieczkę w busz i zobaczyli więcej, niż się spodziewali. Prawdziwą śmierć. Martwego człowieka. Zamiast przyjemnego dreszczyku emocji, jakiego dostarczają filmy przyrodnicze w telewizji, mamy smętny płócienny worek z żałośnie niewieloma szczątkami kości, odzieży i włosów, które pozostały po naszym tropicielu, Clarensie. Johnny twierdzi, że niczego więcej już nie odzyskamy. Takie jest prawo buszu, gdzie każda żywa istota zostanie w końcu pożarta, przetrawiona i zamieniona w odchody, glebę i trawę. Stanie się paszą i odrodzi jako kolejne zwierzę. Z zasady wydaje się to piękne, ale stając twarzą w twarz z brutalną rzeczywistością – workiem kości Clarence’a – człowiek pojmuje, że cykl życia jest również cyklem śmierci. Istniejemy, by jeść i być zjadanym, i jesteśmy jedynie mięsem. Pozostało nas ośmioro. Składamy się z mięsa i kości, a otaczają nas drapieżcy.

 

– Jeśli wrócimy teraz na lądowisko, będziemy musieli siedzieć tam i czekać kilka dni na samolot – przekonuje Richard. – Nie lepiej kontynuować wyprawę zgodnie z planem?

– Nie zabiorę was głębiej w busz – oznajmia Johnny.

– A może skorzystamy z radia? – sugeruje Vivian. – Zawiadom pilota, żeby nas zabrał wcześniej.

Johnny kręci głową.

– Jesteśmy poza zasięgiem. Nie możemy się z nim skontaktować, dopóki nie wrócimy na lądowisko, a to oznacza trzy dni jazdy na zachód. Dlatego skierujemy się na wschód. Po dwóch dniach uciążliwej podróży, bez postojów na oglądanie widoków, dotrzemy do jednego z domków myśliwskich. Jest tam telefon i droga. Załatwię, żeby odwieziono was do Maun.

– Dlaczego? – pyta Richard. – Pewnie brzmi to bezdusznie, ale dla Clarence’a nie możemy już nic zrobić. Nie widzę sensu, żeby spieszyć się z powrotem.

– Zwrócimy panu pieniądze, panie Renwick.

– Nie o to chodzi. Millie i ja przylecieliśmy aż z Londynu. Elliot z Bostonu. Nie wspomnę już, jaką odległość musieli pokonać państwo Matsunaga.

– Jezu, Richardzie – wtrąca się Elliot. – Ten człowiek nie żyje!

– Wiem, ale skoro już tu jesteśmy, możemy kontynuować podróż.

– Nie zgadzam się – oświadcza Johnny.

– Dlaczego?

– Nie mogę zagwarantować wam bezpieczeństwa ani tym bardziej wygody. Nie jestem w stanie czuwać przez całą dobę. Potrzeba dwóch ludzi, żeby pełnić wartę w nocy i pilnować ogniska. Żeby rozbijać i zwijać obóz. Clarence nie tylko przygotowywał posiłki. Był również moimi oczami i uszami. Gdy podróżuję z ludźmi, którzy nie odróżniają strzelby od laski, potrzebuję pomocnika.

– Więc przeszkol mnie. Pomogę ci pełnić wartę. – Richard mierzy nas wszystkich wzrokiem, jakby chciał potwierdzić, że tylko on jest wystarczająco męski, by podjąć się tego zadania.

– Potrafię strzelać – odzywa się pan Matsanuga. – Też mogę stać na straży.

Patrzymy wszyscy na japońskiego bankiera, który wykazał się dotychczas umiejętnościami strzeleckimi, jedynie posługując się długim teleobiektywem aparatu, z którego można fotografować obiekty znajdujące się w odległości półtora kilometra.

Richard śmieje się z niedowierzaniem.

– Masz na myśli prawdziwą broń, Isao?

– Należę w Tokio do klubu strzeleckiego – odpowiada pan Matsunaga, niewzruszony drwiącym tonem Richarda. Wskazując na żonę, dodaje, ku naszemu zdziwieniu: – Keiko też należy.

– Cieszę się, że to mnie zwalnia z obowiązku – wtrąca się Elliot. – Bo nie chcę nawet dotykać tego cholerstwa.

– Jak widzisz, mamy dość rąk na pokładzie – mówi do Johnny’ego Richard. – Możemy na zmianę pełnić straż i pilnować ogniska przez całą noc. Na tym polega prawdziwe safari, czyż nie? Umieć sprostać wyzwaniom. Wykazać się hartem ducha.

O, tak. Richard jest ekspertem, który spędza heroicznie cały rok przy komputerze, snując napędzane testosteronem fantazje. Teraz stały się one rzeczywistością i może odgrywać bohatera własnej powieści. Co najważniejsze, ma publiczność, w tym dwie szałowe blondynki, i głównie im chce zaimponować, bo na mnie już nie robi wrażenia, i dobrze o tym wie.

– Piękna mowa, ale niczego nie zmienia. Spakujcie rzeczy, jedziemy na wschód. – Johnny odchodzi, by złożyć swój namiot.

– Dzięki Bogu, że kończy tę wyprawę. – Elliot wzdycha.

– Musi – prycha Richard. – Skoro wszystko schrzanił.

– Nie możesz winić go za to, co stało się z Clarence’em.

– Kto ponosi odpowiedzialność? Wynajął tropiciela, z którym nigdy przedtem nie jeździł. – Richard obraca się do mnie. – Tak ci Clarence powiedział, prawda? Że nie pracował z Johnnym przed tą wyprawą.

– Ale mieli wspólnych znajomych – odpowiadam. – I Clarence pracował już jako tropiciel. Johnny nie zatrudniłby go, gdyby nie miał doświadczenia.

– Może… Ale zobacz, co się stało. Nasz tak zwany doświadczony tropiciel odkłada na bok strzelbę i wchodzi między stado hien. Czy tak postępuje ktoś, kto zna się na swojej robocie?

– Do czego zmierzasz, Richardzie? – pyta ostrożnie Elliot.

– Twierdzę tylko, że nie możemy ufać ocenie Johnny’ego.

– Moim zdaniem, on ma rację. Nie możemy tak po prostu kontynuować podróży, jak to określiłeś. Trup psuje trochę nastrój, prawda? – Elliot odwraca się w kierunku swojego namiotu. – Pora się stąd wynosić i wracać do domu.

Dom… Upychając do marynarskiego worka ubrania i przybory toaletowe, myślę o Londynie, szarym niebie i cappuccino. Za dziesięć dni Afryka będzie mi się wydawała złotym snem, krainą upału i jaskrawych promieni słońca, życia i śmierci, ze wszystkimi jej intensywnymi barwami. Wczoraj pragnęłam jedynie znaleźć się z powrotem w naszym mieszkaniu, w kraju gorących pryszniców. Ale teraz, gdy opuszczamy busz, czuję, jak chce mnie zatrzymać, jak oplata mi lianami kostki, grożąc, że zapuszczę korzenie w tej ziemi. Zapinam na zamek plecak zawierający wszystko to, co uważałam za absolutnie niezbędne, aby przetrwać w dziczy: batoniki, papier toaletowy, nawilżane chusteczki, krem z filtrem, tampony i telefon komórkowy. Jakże inaczej brzmi słowo „niezbędne”, gdy jesteś poza zasięgiem jakiegokolwiek operatora.

Zanim zwinęliśmy z Richardem nasz namiot, Johnny zdążył już załadować do ciężarówki swoje rzeczy, sprzęt do gotowania i składane krzesła. Wszyscy poradziliśmy sobie zaskakująco szybko, nawet Elliot, który miał problemy ze złożeniem namiotu i potrzebował pomocy Vivian i Sylvii. Śmierć Clarence’a wisi nad nami, zniechęcając do pogawędek, sprawiając, że koncentrujemy się na swoich zadaniach. Kiedy ładuję namiot na tył ciężarówki, zauważam leżący obok plecaka Johnny’ego worek ze szczątkami Clarence’a. Drażni mnie, że jest tam upchnięty z resztą naszego dobytku. Namioty? Są. Kuchenka? Jest. Trup? Jest.

Wspinam się na ciężarówkę i siadam obok Richarda. Puste miejsce Clarence’a przypomina brutalnie, że nie żyje, że jego kości zostały rozrzucone, a ciało pożarte. Johnny wsiada ostatni i gdy zatrzaskuje drzwi, rozglądam się po uprzątniętym już obozowisku i myślę: Wkrótce nie zostanie tu po nas żaden ślad. Nasza podróż trwa, ale Clarence już nie weźmie w niej udziału.

Nagle Johnny klnie i wysiada zza kierownicy. Coś jest nie w porządku.

Podchodzi do ciężarówki od przodu i podnosi maskę, by zajrzeć do silnika. Mijają sekundy. Ukrywa głowę pod maską, więc nie widzimy jego twarzy, ale milczenie Johnny’ego mnie niepokoi. Nie mówi nic pocieszającego w rodzaju: „To tylko brak styku” albo „Tak, wiem, co się dzieje”.

– Co teraz? – mruczy Richard. On także wychodzi z ciężarówki, chociaż nie wiem, jakiej rady mógłby udzielić. Na samochodach zna się tyle, że potrafi odczytywać wskaźnik paliwa. Słyszę, jak sugeruje, co mogło nawalić. Akumulator? Świece? Brak styku? Johnny odpowiada mu ledwo słyszalnymi monosylabami, co wzbudza we mnie jeszcze większy niepokój, bo przekonałam się, że im poważniejsza sytuacja, tym Johnny jest bardziej małomówny.

W otwartej ciężarówce panuje upał. Jest prawie południe i słońce praży z góry. Pozostali schodzą na ziemię i kryją się w cieniu drzew. Widzę, jak Johnny wychyla głowę i rozkazuje:

– Nie odchodźcie za daleko!

Nikt nie ma zamiaru tego robić. Widzieliśmy, czym to się może skończyć. Pan Matsunaga i Elliot dołączają do Richarda przy ciężarówce, aby coś doradzić, bo oczywiście wszyscy mężczyźni, nawet ci, którzy nigdy nie zabrudzili sobie rąk smarem, znają się na mechanice. Albo tak im się wydaje.

My, kobiety, czekamy w cieniu, odganiając owady i czujnie wypatrując jakiegoś ruchu w trawie, który może stanowić jedyne ostrzeżenie, że zbliża się drapieżnik. Nawet w cieniu jest upalnie, przysiadam więc na ziemi. Przez gałęzie widzę krążące w górze i obserwujące nas sępy. Są dziwnie piękne; ich czarne skrzydła zataczają na niebie leniwe kręgi, gdy wyczekują uczty. Jakiej?