Śladem zbrodni

Tekst
Z serii: Thriller
Z serii: Beryl Tavistock #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tak, Richard wiedział, jak uparta potrafi być panna Tavistock. Jaka matka, taka córka. Doskonale pamiętał, jak niezłomna była Madeline. Gdy uznała, że tak trzeba, twardo parła do przodu, po prostu była nie do zatrzymania.

A także była równie czarująca.

Odpędził od siebie wspomnienie po zmarłej przed dwudziestu latu Madeline i spytał:

– Ile wiedzą?

– Widzieli mój raport. Wiedzą o Delphi.

– A zatem będą szukać we właściwych miejscach.

– W najbardziej niebezpiecznych miejscach – dodał Daumier.

Richard usiadł na brzegu łóżka i przeczesał włosy palcami, rozważając potencjalne możliwości. A także zagrożenia.

– Hugh martwi się o ich bezpieczeństwo – powiedział Daumier. – Ja też. Jeśli to, co nam się wydaje, jest prawdą...

– ...to znajdą się na ruchomych piaskach.

– Paryż jest wystarczająco groźny, nawet nie wspominając o niedawnym wybuchu.

– Jak się trzyma Marie St. Pierre, skoro już o tym mowa?

– Ma kilka siniaków i zadrapań. Jutro powinna wyjść ze szpitala.

– Macie raport?

– Semteks. Piętro zostało doszczętnie zniszczone. Na szczęście Marie była na dole, kiedy doszło do detonacji.

– Kto się przyznał?

– Wkrótce po wybuchu odebraliśmy telefon. Dzwonił jakiś mężczyzna i powiedział, że należy do organizacji o nazwie Kosmiczna Solidarność.

– Pierwsze słyszę.

– Ja też, ale sam wiesz, jak to teraz bywa.

Tak, Richard wiedział aż za dobrze. Każdy świr mający nawet niezbyt mocne dojścia mógł kupić plastik, skonstruować bombę i dołączyć do rewolucji, jakiejkolwiek, do wyboru, do koloru, lub też, jeśli taką miał fantazję, ogłosić swoją. Nic dziwnego, że branża Richarda kwitła. We współczesnym świecie, w tym nowym globalnym porządku, terroryzm stał się czymś oczywistym i nagminnym, a klienci z całego świata gotowi byli zapłacić każdą cenę za poczucie bezpieczeństwa.

– Rozumiesz więc – ciągnął Daumier – że nie jest to najlepszy moment na wizytę dzieci Bernarda. W dodatku kiedy zaczną zadawać pytania...

– Nie mógłbyś ich przypilnować?

– Niby czemu mieliby mi zaufać? Przecież to mój raport znalazł się w aktach. Nie, Richard, oni potrzebują kogoś innego. Kogoś o bystrym oku i niezawodnym instynkcie.

– Myślisz o kimś konkretnym?

– Poczta pantoflowa donosi, że ty i panna Tavistock okazaliście sobie pewne... względy.

– Za wysokie progi na moje nogi.

– Zwykle nie proszę o przysługi – powiedział cicho Daumier. – Hugh też nie.

A jednak właśnie to robisz, pomyślał Richard, po czym okrasił westchnieniem pytanie jak najbardziej retoryczne:

– Jakżeż mógłbym odmówić?

Pogadali jeszcze chwilę, a gdy już Richard odłożył słuchawkę, zadumał się głęboko o czekającym go zadaniu. To będzie niańczenie, a takich zleceń po prostu nie cierpiał, jednak na myśl o Beryl Tavistock uśmiechnął się pod nosem, a na wspomnienie pocałunku w ogrodzie uśmiechnął się już całą gębą. Wprawdzie za wysokie progi, pomyślał, ale pomarzyć zawsze można.

Zaraz jednak spoważniał, gdy dodał w duchu, że jest to winien Madeline i Bernardowi.

Ich śmierć prześladowała go, choć minęło już tyle lat. Może właśnie nadszedł czas, by ujawnić tajemnicę, odpowiedzieć na wszystkie pytania, które on i Daumier postawili przed dwudziestoma laty. Pytania, które MI6 zbyła, zamiotła pod dywan.

Beryl Tavistock postanowiła wściubić swój arystokratyczny nosek w rozbabrane sprawy. Ładny nosek, owszem. Oby nie doprowadził jej do śmierci.

Poszedł wziąć prysznic. Miał jeszcze dużo do zrobienia, zanim pojedzie na lotnisko.

Niańczenie... och, jakże tego nie znosił.

Ale przynajmniej tym razem wybierał się do Paryża.

Anthony Sutherland wyglądał przez okno samolotu i modlił się w duchu, żeby już wreszcie wylądowali. Miał jednak ku temu poważny powód, bo to naprawdę straszny pech dostać bilety akurat na ten sam lot Air France co Vane’owie! A potem jeszcze siedzieć obok nich, dosłownie po drugiej stronie przejścia w kabinie pierwszej klasy. Doprawdy, absolutnie nie do przyjęcia! Nie tylko on uważał Reggiego za koszmarnego nudziarza, zwłaszcza gdy staruszek przesadził z alkoholem czy też, mówiąc bez ogródek, upił się, co też szybko nastąpiło. Wystarczyły dwie whisky, a już zaczął bełkotać, jak strasznie tęskni za starą dobrą Anglią, kiedy jedzenie gotowało się tak długo, jak należy, a nie przysmażało przez chwilę na sklarowanym maśle, kiedy ludzie wiedzieli, jak ustawić się w porządną kolejkę, kiedy tłumy nie śmierdziały czosnkiem i cebulą. Zbyt wiele lat przemieszkał w Paryżu. Czas chyba zrezygnować z pracy w banku i wrócić do domu, prawda? Tyle lat poświęcił paryskiej filii Bank of London, więc teraz, czując na plecach oddech młodych menadżerów, powinien pozwolić im zająć swoje miejsce.

Lady Helena, która sprawiała wrażenie tak samo zmęczonej własnym mężem jak Anthony, powiedziała po prostu:

– Reggie, stul wreszcie dziób. – I zamówiła dla niego whisky.

Anthony’ego Helena również mało obchodziła. Przypominała mu wrednego gryzonia. Jakże różniła się od jego matki! Siedziały blisko siebie, po dwóch stronach przejścia. Helena była szarą myszką, taka nijaka i grzeczna, ot, choćby ta jej spódnica i żakiet, natomiast Nina to całkiem coś innego. Wystarczy powiedzieć, że nie tyle prowokowała, bo to za słabe określenie, ale wprost porażała najbielszym z białych spodniumów. Jedynie wyjątkowo pewna siebie kobieta mogła sobie pozwolić na noszenie białego jedwabiu, a Nina taka właśnie była. Miała pięćdziesiąt trzy lata, ale wciąż robiła niesamowite wrażenie. Miała ciemne, zaczesane do tyłu włosy z ledwie widocznymi pasemkami siwizny, i figurę, której zazdrościły jej dwudziestolatki. Ależ oczywiście, pomyślał Anthony, czyż mogłoby być inaczej? Przecież to moja matka.

Jak zwykle robiła przytyki pod adresem Heleny:

– Skoro ty i Reggie tak bardzo nie znosicie Paryża – rzuciła z przekąsem – to po co tam mieszkacie? Moim zdaniem ludzie, którzy nie kochają tego miasta, absolutnie nie zasługują na to, by w nim żyć.

– Ty, oczywiście, uwielbiasz Paryż – odparła Helena.

– To przede wszystkim kwestia nastawienia, otwarcia na innych. Rozumiesz, gdy się ma szeroko otwarte oczy i umysł...

– Nas to nie dotyczy, jesteśmy zbyt wyniośli – mruknęła jakby do siebie Helena. Trudno byłoby zawyrokować, czy drwiła z Niny, czy też była to autoironia.

– Tego nie mówiłam, choć to takie brytyjskie. Bóg jest Anglikiem i tak dalej.

– A nie jest? – wtrącił Reggie.

Helena nawet się nie uśmiechnęła, tylko powiedziała:

– Myślę, że do tego, aby świat poprawnie funkcjonował, potrzebne są porządek i pewna doza dyscypliny.

Nina łypnęła na Reggiego, który głośno siorbał whisky.

– Tak, widzę, że oboje wierzycie w dyscyplinę. Nic dziwnego, że wieczór skończył się katastrofą.

– To nie my sypnęliśmy – ucięła Helena.

– Ja przynajmniej byłam na tyle trzeźwa, by wiedzieć, co mówię. Zresztą i tak by poznali prawdę. Po tym, jak Reggie wypuścił dżina z butelki, uznałam, że nastał czas, by sprostować ich wiedzę na temat Madeline i Bernarda.

– I spójrz, do czego to doprowadziło – narzekała Helena. – Hugh mówi, że Beryl i Jordan dziś po południu lecą do Paryża. I nie jest to turystyczna wycieczka, co wszyscy wiemy. Oni zaczną grzebać.

Nina wzruszyła ramionami.

– To było dawno temu.

– Nie rozumiem, dlaczego traktujesz to tak lekko. Jeśli komukolwiek może stać się krzywda, to właśnie tobie – niemal szepnęła Helena.

Nina zmarszczyła brwi.

– Co przez to rozumiesz?

– Och, nic.

– Pytam poważnie! O co ci chodzi?

– O nic – powtórzyła Helena.

Rozmowa raptem umilkła. Anthony widział, że matka gotuje się ze złości. Usiadła z dłońmi złączonymi na podołku. Zamówiła drugie martini. Kiedy wstała i ruszyła na tył samolotu, żeby rozprostować kości, poszedł za nią.

– Mamo, wszystko w porządku? – zapytał.

Nina z wściekłością zerknęła w stronę pierwszej klasy.

– To wszystko wina cholernego Reggiego – powiedziała. – Ale Helena ma rację. To mnie może spotkać krzywda.

– Po tylu latach?

– Znowu zaczną zadawać pytania. Boże, a jeśli Tavistockowie coś znajdą?

– Nie znajdą – powiedział cicho Anthony.

Nina popatrzyła mu w oczy. W ich połączonych spojrzeniach dostrzegli to, co i tak doskonale znali i cenili ponad wszystko: potężną więź łączącą ich od dwudziestu lat. „Ty i ja kontra cały świat”, śpiewała kiedyś Nina małemu synkowi. I tak właśnie się czuł – że w paryskim mieszkaniu żyli tylko we dwoje. Oczywiście matka miała kochanków, nic nieznaczących mężczyzn, niewartych uwagi. Liczyli się jednak tylko oni, matka i syn. Czyż istnieje silniejsza miłość?

– Mamo, nie masz się czym przejmować – powiedział Anthony.

– Ale Tavistockowie...

– Są niegroźni. – Wziął ją za rękę i ścisnął pocieszająco. – Uwierz mi, są niegroźni – powtórzył. – Gwarantuję ci to.

ROZDZIAŁ TRZECI

Z okna apartamentu w paryskim Ritzu Beryl widziała przepych placu Vendome, jego korynckie pilastry i kamienne łuki, między którymi paradowały tłumy nadzianych turystów. Ostatni raz była w Paryżu przed ośmiu laty, i tylko dla hecy. Trzy kumpele ze szkoły wybrały się na eskapadę za Kanał, zdecydowanie preferując bistra Left Banku i obskurne nocne kluby na Montparnassie, ignorując natomiast choćby taką jak ta wyspę luksusu. Pierwszorzędnie się bawiły, wypiły morze wina, tańczyły na ulicach, flirtowały z każdym Francuzem, którzy spojrzał w ich stronę, a było ich wielu.

Miała wrażenie, jakby minął milion lat. Inne życie, inny wiek.

 

Stojąc w hotelowym oknie, tęskniła za beztroskimi czasami, wiedząc przy tym boleśnie, że nigdy nie wrócą. Za bardzo się zmieniłam, pomyślała. Nie chodzi wyłącznie o rewelacje na temat rodziców. Czuję niepokój. Brakuje mi czegoś... choć sama nie wiem, czego. Może celu? Tak długo obywałam się bez celu w życiu...

Usłyszała odgłos otwieranych drzwi i z przyległego pokoju wszedł Jordan.

– Claude Daumier wreszcie oddzwonił – powiedział. – Zajmuje się śledztwem w sprawie zamachu bombowego, ale zgodził się spotkać na kolacji.

– Kiedy?

– To wczesna kolacja. Za pół godziny.

Beryl odwróciła się od okna i spojrzała na brata. Zeszłej nocy prawie nie spali, co widać było po Jordanie. Choć był świeżo ogolony i nienagannie ubrany, wyczuwało się jego zmęczenie, zupełnie jakby ciągnął resztkami sił. Jak ja, pomyślała.

– Jestem gotowa do wyjścia – powiedziała.

Zmarszczył czoło, widząc jej strój.

– Czy to nie... mamy?

– Owszem. Wzięłam ze sobą kilka jej rzeczy. Właściwie nie wiem, dlaczego. – Popatrzyła na sukienkę z mory. – Dziwne, co? Idealnie pasuje. Jakby była dla mnie.

– Beryl, na pewno chcesz to zrobić?

– Czemu pytasz?

– Bo... – pokręcił głową – nie poznaję cię.

– Nie jesteśmy już tacy jak kiedyś, Jordie. To chyba oczywiste, prawda? Bo czyż mogłoby być inaczej? – Znów popatrzyła za okno, na długie cienie budynków. Taki sam widok musiała mieć przed oczami matka, kiedy jeździła do Paryża, pomyślała. Ten sam hotel, może nawet ten sam pokój. Do tego mam na sobie jej sukienkę. – Jakby... jakbyśmy nie wiedzieli, kim naprawdę jesteśmy – dodała w zadumie. – I skąd się wzięliśmy.

– Beryl, co do tego, kim ty jesteś i kim ja jestem, nigdy nie było wątpliwości. Wszystko, czego się dowiemy o nich, cokolwiek to będzie, i tak nas nie zmieni.

Popatrzyła na niego z głęboką uwagą, intensywnie, a potem spytała:

– Myślisz, że to prawda? No wiesz...

– Nie wiem, Beryl. Po prostu nie wiem, ale przygotowuję się na najgorsze. Ty też powinnaś. – Podszedł do niej. – Chodź, siostrzyczko, musimy poznać fakty.

O siódmej zjawili się w Le Petit Zinc, kawiarni, w której Daumier wyznaczył spotkanie. Było zbyt wcześnie jak na kolację w Paryżu, więc poza samotną parą posilającą się przy stoliku lokal świecił pustkami. Zajęli miejsca w boksie w głębi sali, zamówili wino, pieczywo i remoulade z musztardy i selera, żeby oszukać głód. Jedyna prócz nich para skończyła posiłek i wyszła z knajpy. Umówiona pora spotkania przyszła i minęła. Czyżby Daumier zmienił zdanie?

Dwadzieścia po siódmej drzwi się otworzyły i do kawiarni wszedł dobrze zbudowany, choć niewysoki Francuz, ubrany w garnitur i pod krawatem. Ze skroniami przyprószonymi siwizną i teczką w ręku mógłby uchodzić za wytwornego bankiera lub prawnika. Ale gdy tylko spojrzał na Beryl, od razu wiedziała, że to Claude Daumier.

Nie przybył jednak sam. Gdy zerknął przez ramię, znów otworzyły się drzwi i do restauracji wszedł drugi mężczyzna. Razem podeszli do boksu, w którym siedzieli Jordan i Beryl, która zszokowana wbiła spojrzenie w towarzysza Daumiera.

– Cześć, Richard – powiedziała cicho. – Nie wiedziałam, że wybierasz się do Paryża.

– Ja też nie. Dowiedziałem się rano.

Po szybkiej prezentacji i uściskach dłoni przybysze wsunęli się do boksu. Richard usiadł naprzeciwko Beryl. Gdy na nią spojrzał, znów poczuła to samo ukłucie, które przypomniało jej o pocałunku. Beryl, ty kretynko, pomyślała z irytacją. Pozwalasz mu się rozpraszać. Żaden mężczyzna nie ma prawa tak na ciebie działać, zwłaszcza taki, z którym całowałaś się ledwie raz. A już na pewno nie taki, którego poznałaś zaledwie przed dwudziestoma czterema godzinami.

Mimo to nadal nie potrafiła pozbyć się wspomnienia tamtych chwil w ogrodzie w Chetwynd. Ani zapomnieć smaku ust Richarda. Patrzyła, jak nalewa sobie kieliszek wina, jak go podnosi. Ich spojrzenia ponownie się spotkały. Oblizała usta i poczuła posmak burgunda.

– Co cię sprowadza do Paryża? – spytała, biorąc swój kieliszek.

– Mówiąc szczerze, to Claude. – Skinął na Daumiera.

Widząc pytające spojrzenie Beryl, Daumier odpowiedział:

– Kiedy usłyszałem, że Richard, mój stary znajomy, jest w Londynie, pomyślałem, że mógłbym się z nim skonsultować, skoro jest znawcą tematu.

– Zamach bombowy – wyjaśnił Richard. – Przyznała się do niego pewna grupa, o której nikt wcześniej nie słyszał. Claude pomyślał, że może będę umiał coś o nich powiedzieć. Od wielu lat zajmuję się tropieniem ugrupowań terrorystycznych.

– I co, udało się? – spytał Jordan.

– Na razie nie, choć to zrozumiałe, bo ledwie zacząłem, a Kosmiczna Solidarność nie figuruje w mojej bazie danych. – Łyknął wino i ponownie spojrzał Beryl w oczy. – Ale widać podróż nie była stratą czasu, skoro spotkałem was.

– Przyjechaliśmy w konkretnej sprawie – powiedziała Beryl. – Nie mamy czasu na przyjemności.

– Ani trochę?

– Nie – odparła chłodno, przenosząc uwagę na Daumiera. – Wuj dzwonił, prawda? Powiedział, o co chodzi?

– Tak. Zakładam, że przeczytaliście akta.

– Od deski do deski – odparł Jordan.

– Więc wiecie, jakie były dowody. Osobiście potwierdziłem zeznania świadków. Wnioski koronera...

– Koroner mógł przeinaczyć fakty – zauważył Jordan.

– Widziałem ciała na poddaszu. Nigdy tego nie zapomnę... – Daumier przerwał na moment, jakby zmagał się ze wspomnieniami. – Wasza matka umarła od trzech strzałów w pierś. Obok niej leżał Bernard z kulą w głowie. Na broni znajdowały się jego odciski palców. Nie było świadków, nie mieliśmy żadnych podejrzanych. – Znów zamilkł na chwilę. – Dowody mówią same za siebie.

– A motyw? – spytała Beryl. – Czemu miałby zabijać osobę, którą kochał?

– Być może to właśnie jest motyw – powiedział Daumier. – Miłość. Albo jej strata. Może poznała kogoś innego...

– To niemożliwe! – gwałtownie zaprzeczyła Beryl. – Kochała go.

Daumier wbił spojrzenie w kieliszek, po czym powiedział cicho:

– Nie czytaliście jeszcze przesłuchania właściciela budynku? Nazywa się Rideau.

Rodzeństwo nie kryło zdumienia, wreszcie Jordan spytał:

– Rideau? Nie przypominam sobie tego nazwiska w aktach.

– To dlatego, że zanim wysłałem kopie akt waszemu wujowi, usunąłem to zeznanie. Chodziło o... zachowanie dyskrecji.

Dyskrecji, pomyślała Beryl. Czyli chciał ukryć coś krępującego.

– Ciała znaleziono na poddaszu – powiedział Daumier – które wynajmowała na swoje nazwisko niejaka panna Scarlatti. Według Rideau korzystała z mieszkania tylko raz, dwa razy w tygodniu. Do celów... – Zrobił wymowną pauzę.

– Żeby się spotykać z kochankiem – oświadczył Jordan.

– No właśnie... Poprosiliśmy właściciela, żeby zidentyfikował ciała. Rideau powiedział policji, że kobieta o nazwisku Scarlatti to ta sama osoba, którą znaleźliśmy martwą. To była wasza matka.

Beryl patrzyła na niego zszokowana.

– To znaczy... – Beryl była tak bardzo poruszona, że mówiła z trudem. – Czyli co, matka spotykała się tam z kochankiem?!

– Tak brzmiało zeznanie właściciela domu.

– Więc trzeba będzie z nim porozmawiać.

– Nie ma takiej możliwości. Przez te lata budynek kilkukrotnie przechodził z rąk do rąk, a Rideau wyjechał z kraju. Nie wiem, gdzie teraz przebywa.

Porażeni tymi rewelacjami, Beryl i Jordan siedzieli w ciszy. Tak brzmi teoria Daumiera, pomyślała Beryl. Że matka miała kochanka. Raz, dwa razy w tygodniu spotykała się z nim w mieszkaniu na poddaszu przy ulicy Myrha. Ojciec się dowiedział. I zabił ją. A potem odebrał sobie życie.

Gdy spojrzała na Richarda, dostrzegła w jego oczach blask współczucia. On też w to wierzy, pomyślała. I miała mu to za złe, zresztą tylko dlatego, że też tu był i usłyszał najbardziej wstydliwy rodzinny sekret.

Rozległ się cichy dźwięk. Daumier sięgnął do kieszeni marynarki i wyjął pager.

– Proszę mi wybaczyć, ale muszę was opuścić – powiedział.

– A co z Delphi? – spytał Jordan.

– Porozmawiamy o tym później. Ten zamach... sami rozumiecie, wyjątkowa sytuacja. – Wstał i wziął teczkę. – Może jutro? Tymczasem postarajcie się spędzić miło czas w Paryżu. Aha, i jeśli będziecie chcieli coś tu zjeść, to polecam kaczkę. Wyborna. – Skinął głową i szybko wyszedł.

– Właśnie zostaliśmy elegancko spławieni – kąśliwie skomentował Jordan. – Podrzuca nam bombę, a potem biegnie szukać kryjówki, nic nam w sumie nie mówiąc.

– Myślę, że od początku tak zamierzał – powiedziała Beryl. – Chciał nam zdradzić coś tak okropnego, żebyśmy nie odważyli się w tym grzebać. I przestali zadawać pytania. – Popatrzyła na Richarda. – Mam rację?

– Czemu mnie pytasz? – Spokojnie wytrzymał jej spojrzenie.

– Ponieważ to oczywiste, że dobrze się znacie. Czy tak wygląda metoda działania Daumiera?

– Claude nie należy do tych, którzy zdradzają tajemnice, ale święcie przestrzega zasady, że należy pomagać starym znajomym, a z waszym wujem przyjaźni się od bardzo wielu lat. Jestem przekonany, że dla Claude’a jesteście najważniejsi.

Starzy znajomi, pomyślała Beryl. Daumier, wuj Hugh, Richard Wolf, kumple złączeni mroczną przeszłością, o której nie chcą mówić. Mniej więcej tak wyglądało dorastanie w Chetwynd. Tajemniczy goście zajeżdżali pod dom limuzynami. Czasem Beryl wyłapywała urywki rozmów, wyławiała nazwiska, których wagi mogła się jedynie domyślać. Jurczenko, Andropow. I miejsca: Bagdad, Berlin. Szybko nauczyła się, by nie zadawać pytań i nigdy nie spodziewać się odpowiedzi.

– Kochanie, nie zaprzątaj sobie ślicznej główki – mawiał wuj Hugh.

Tym razem nie pozwoli się zignorować. Tym razem była zdeterminowana, by poznać odpowiedzi.

Gdy zjawił się kelner z kartą dań, Beryl pokręciła głową i powiedziała stanowczo:

– Już wychodzimy. – Wstała.

– Nie masz ochoty na kolację? – spytał Richard. – Claude mówi, że mają tu świetne jedzenie.

– Czy po to Claude wziął cię ze sobą? – rzuciła drwiąco. – Masz nas nakarmić i rozerwać, żebyśmy nie sprawiali mu kłopotów?

– Z wielką radością cię nakarmię, a jeśli taka twoja wola, to i zapewnię rozrywki. – Uśmiechnął się do niej tak jakoś... figlarnie.

Poczuła ukłucie pożądania. Zjedz ze mną kolację, wyczytała w jego uśmiechu. A potem? Kto wie... Przecież wszystko jest możliwe.

Powoli usiadła w boksie.

– Zjemy z tobą, ale pod jednym warunkiem.

– Tak?

– Zagrasz z nami w otwarte karty. Żadnych sztuczek, żadnego migania się.

– Postaram się.

– Co robisz w Paryżu?

– Claude poprosił mnie o konsultację. Nie chodzi o formalne zlecenie, to koleżeńska przysługa. Szczyt się skończył, więc miałem pusty grafik, poza tym ta sprawa mnie zaciekawiła, dlatego tu jestem.

– Zamach?

– To nie ulega wątpliwości, natomiast Kosmiczna Solidarność to dla mnie coś nowego. Staram się być na bieżąco z organizacjami terrorystycznymi. To moja branża. – Z uśmiechem podał Beryl menu. – To, panno Tavistock, najczystsza prawda.

Spojrzała mu w oczy i nie ujrzała w nich niczego podejrzanego. Mimo to przeczucie podpowiadało jej, że jego uśmiech jednak coś skrywa... coś niewypowiedzianego.

– Nie wierzysz mi – powiedział.

– Skąd wiesz?

– Czy to znaczy, że nie zjesz ze mną kolacji?

Aż do tej pory Jordan w milczeniu śledził ich wymianę zdań, lecz wreszcie wtrącił się niecierpliwie:

– Zjemy tę kolację, siostrzyczko, bo jestem głodny, i nie ruszę się z tego boksu, dopóki się nie najem.

Westchnąwszy z rezygnacją, wzięła kartę.

– No to już wiemy. Tako rzecze żołądek Jordana.

Telefon zadzwonił o siódmej piętnaście. Gdy Amiel Foch podniósł słuchawkę, usłyszał:

– Mam dla ciebie nowe zadanie. To pilne. Może tym razem uda ci się je wykonać.

Krytyka ubodła, a Amiel Foch, który pracował już dwadzieścia pięć lat w branży, z trudem powstrzymał się od riposty. Ten, z którym rozmawiał, trzymał klucz do skarbca i mógł sobie pozwolić na złośliwości. Foch myślał o emeryturze. Ostatnio zapotrzebowanie na jego usługi było doprawdy niewielkie, a z wiekiem sprawność raczej się pogarsza, a nie odwrotnie.

Odparł, panując nad głosem:

– Zamontowałem urządzenie zgodnie z instrukcjami. Odpaliło o ustalonej porze.

– I tylko narobiło kupę cholernego hałasu. Cel wyszedł prawie bez szwanku.

– Bo zrobiła coś, czego nie przewidzieliście. Nad tym nie da się zapanować.

 

– Mam nadzieję, że tym razem lepiej zapanujesz nad sytuacją.

– Nazwisko?

– Jedno nazwisko, dwie osoby. Brat i siostra. Beryl i Jordan Tavistockowie. Mieszkają w Ritzu. Chcę wiedzieć, dokąd chodzą, z kim się spotykają.

– Nic więcej?

– Na razie tylko obserwacja, ale wszystko może się zmienić w zależności od tego, czego się dowiedzą. Przy odrobinie szczęścia trochę powęszą i zwiną się do Anglii.

– A jeśli nie?

– Wtedy podejmiemy dalsze działania.

– A co z madame St. Pierre? Mam spróbować jeszcze raz?

Po chwili ciszy Foch usłyszał:

– Nie, to może jeszcze zaczekać. Tavistockowie mają priorytet.

Podczas kolacji składającej się z duszonego łososia i kaczki w sosie malinowym, Beryl i Richard przerzucali się pytaniami i odpowiedziami. Zaprawiony w bojach Richard ujawnił jedynie mglisty obraz swego życia osobistego. Urodził się i wychował w Connecticut. Ojciec, który pracował w policji, był już na emeryturze. Po ukończeniu Princeton Richard zaczął pracę w Departamencie Stanu jako oficer polityczny przy ambasadach rozsianych po całym świecie. Przed pięcioma laty zrezygnował z posady rządowej i założył firmę specjalizującą się w konsultacjach systemów bezpieczeństwa. Mówiąc konkretniej, w Waszyngtonie powstała spółka Sakaroff & Wolf.

– Względy zawodowe ściągnęły mnie do Londynu – powiedział. – Kilka firm amerykańskich postanowiło zadbać o bezpieczeństwo kadry kierowniczej podczas szczytu. Wynajęto mnie jako konsultanta.

– I tylko dlatego przyjechałeś do Londynu? – dopytywała się Beryl.

– Tak, oczywiście. Natomiast Hugh, gdy dowiedział się, że jestem w Anglii, zaprosił mnie na przyjęcie w Chetwynd. – Spojrzał jej w oczy.

Jego bezpośredniość niepokoiła ją. Mówi mi prawdę, fikcję czy jeszcze coś innego? Spreparowane gotowce mocno osadzone w realiach, a jednak załgane tam, gdzie to było potrzebne? Rzeczowe sprawozdanie z przebiegu kariery wydało jej się tekstem wyuczonym na pamięć, ale to normalne, przecież ludzie pracujący w wywiadzie wkuwają przygotowaną przez innych historię życia, zapamiętują detale, płynnie mieszają fakty z wymysłami. To najperfidniejsza, najtrudniejsza do zdemaskowania metoda wprowadzania innych w błąd. Beryl nie była pierwszą naiwną, musiała więc założyć, że najpewniej pada ofiarą takiej manipulacji. Lecz w takim razie co tak naprawdę wiedziała o Richardzie Wolfie? Tylko to, że z łatwością się uśmiechał, miał wilczy apetyt i pił czarną kawę.

I że szaleńczo ją pociągał.

Po kolacji zaproponował, że odwiezie ich do Ritza. Jordan usiadł na tylnym siedzeniu, a Beryl z przodu, obok Richarda. Kiedy jechali bulwarem Saint-Germain w stronę Sekwany, wciąż zerkała na niego z ukosa. Zupełnie nie przejmował się głośnym i bezpardonowym zachowaniem innych kierowców, a na światłach odwrócił głowę i popatrzył na nią. Wystarczyło jedno spojrzenie na tonącą w półmroku auta twarz Richarda, by serce Beryl wywinęło salto.

Powoli przeniósł uwagę z powrotem na drogę.

– Jeszcze wcześnie – powiedział. – Na pewno chcecie wracać do hotelu?

– A co proponujesz?

– Spacer, przejażdżkę, wszystko, co tylko się wam zamarzy. Jesteście w Paryżu, dlaczego z tego nie skorzystać?

Sięgnął ręką, by zmienić biegi, i jego dłoń otarła się o kolano Beryl. Przeszedł ją dreszcz, taka ciepła, smakowita rozkosz oczekiwania.

On mnie kusi. Chce, żeby zakręciło mi się w głowie. A może to wino? Cóż złego w małej przechadzce? Przyda mi się trochę świeżego powietrza.

– Co ty na to, Jordie? – zawołała przez ramię. – Masz ochotę na spacer? – Odpowiedziało jej głośne chrapanie.

Beryl odwróciła się i ku swemu zdumieniu zobaczyła, że brat drzemie na tylnym siedzeniu. Bezsenna noc i dwa kieliszki wina wystarczyły, by całkiem go ścięło.

– Czyli raczej nie – powiedziała ze śmiechem.

– Więc może tylko ty i ja?

Zaproszenie wypowiedziane cichym, zmysłowym głosem wywołało kolejne ciarki. W końcu jest w Paryżu...

– Krótki spacer – zgodziła się. – Ale najpierw połóżmy Jordana do łóżka.

Przechadzali się żwirowymi alejkami po ogrodzie Tuileries, mijając posążki, które w świetle latarni wyglądały jak duchy.

– No proszę – powiedział Richard. – I znowu w ogrodzie. Jeszcze gdyby udało się znaleźć labirynt z kamienną ławką pośrodku...

– Po co? – spytała z uśmiechem. – Liczysz na powtórkę?

– Z ciut innym zakończeniem. Wiesz, po tym, jak uciekłaś, co najmniej z pięć minut szukałem wyjścia.

– Wiem! – Roześmiała się. – Czekałam, patrząc na zegarek. Ale wiesz, pięć minut to wcale nie jest zły wynik, choć byli lepsi od ciebie.

– Aha, to tak pozbywasz się facetów. Jesteś serem w pułapce...

– A ty szczurem.

Roześmieli się, dźwięk ich głosów popłynął w nocnym powietrzu.

– Czyli, jak sądzę, dałem sobie radę w stopniu... dostatecznym?

– Na czwórkę.

– To znaczy lepiej niż dostatecznie? – Przysunął się do niej.

Jej uśmiech błyszczał w świetle księżyca.

– Dałam ci fory. W końcu było ciemno...

– Tak, było. – Podszedł jeszcze bliżej.

Tak blisko, że musiała zadrzeć głowę, by spojrzeć mu w oczy. Niemal czuła ciepło emanujące z jego ciała.

– Mhm...

– Bardzo ciemno – szepnął.

– I pewnie poczułeś się zdezorientowany.

– Wyjątkowo.

– A także... no cóż, przyznaję, że zagrałam trochę nie fair.

– Czym zasłużyłaś sobie na karę. – Musnął dłonią jej policzek.

A po sekundzie smak jego ust wstrząsnął jej ciałem. Jeśli to ma być kara, pomyślała, popełnię to przestępstwo jeszcze raz... Gdy Richard wplótł palce w jej włosy i pogłębił pocałunek, aż ugięły się pod nią kolana, ale na co jej kolana, skoro trzymał ją w ramionach i nie pozwalał upaść. Wprawdzie kołatało jej w głowie, że te pocałunki są bardzo niebezpieczne i w ogóle wszystko dzieje się zbyt szybko nie tylko dla niej, ale i dla Richarda, lecz zignorowała to ostrzeżenie. Co więcej, była gotowa zrobić następny krok.

Tak więc sytuacja rozwijała się w jasno określonym kierunku – i nagle Richard jakby zamarł, a całe erotyczne napięcie opuściło go. W jednej chwili żarliwie całował Beryl, a już w następnej sekundzie dłonie, którymi ujmował jej twarz, zesztywniały. Nie odsunął się jednak, tylko nadal mocno trzymał ją w ramionach, a jego usta przesunęły się do jej ucha.

– Idziemy – szepnął. – W stronę placu Concorde.

– Co?

– Po prostu idź. Nie panikuj. Będę cię trzymał za rękę.

Mimo ciemności wychwyciła wyraz czujności i napięcia w ostrych rysach jego twarzy. Na tyle wykazała się bystrością i refleksem, że nie zadawała więcej pytań, tylko pozwoliła się prowadzić. Ruszyli jak gdyby nigdy nic w stronę placu Concorde. Richard niczego nie tłumaczył, nie pisnął choćby słówka o tym, co się dzieje, ale po sposobie, w jaki ściskał jej dłoń, zyskała pewność, że nie chodzi o jakieś mgliste podejrzenia, tylko naprawdę coś jest nie tak. To nie zabawa, pomyślała Beryl. Szli jak para zakochanych, mijali ukryte w cieniu grządki kwiatów i upiorne, stojące w rzędzie posągi. Wreszcie opuścili najbardziej wyludnioną część parku i do Beryl zaczął docierać szum odległej ulicy, a także chrzęst butów na żużlowej ścieżce.

I odgłos kroków gdzieś za plecami.

Nerwowo ścisnęła dłoń Richarda. W odpowiedzi otrzymała uścisk, którzy dodał jej otuchy i pomógł pokonać wzbierający strach. Znam tego mężczyznę jeden dzień, pomyślała, i już mi się zdaje, że mogę na niego liczyć.

Wyczuła, że Richard przyśpiesza, robił to jednak stopniowo, by nie wyglądało na ucieczkę. Beryl wciąż słyszała kroki kogoś, kto szedł za nimi trop w trop. Skręcili w prawo i przecięli park, kierując się w stronę ulicy Rivoli. Dźwięki ulicy nabrały intensywności, zagłuszając kroki intruza. Zbliżał się najgroźniejszy moment, bo za chwilę mieli wyjść z ciemności spowijającej park, a ścigający musiał doskonale wiedzieć, że to jego ostatnia szansa. Jasne światła ulicy kusiły, wabiły ku sobie. Beryl myślała gorączkowo, układała plan. Damy radę przebiec między drzewami, to tylko moment, uznała, i będziemy bezpieczni między ludźmi. Była cała czujna i sprężona, czekając na znak Richarda, pewna, że ma taki sam jak ona zamiar.

On jednak zachował absolutny spokój, nie wykonał żadnych gwałtownych ruchów, podobnie jak tajemniczy intruz postępujący za nimi. Trzymając się za ręce, Beryl i Richard niczym para zakochanych wkroczyli w blask ulicy Rivoli.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?