Śladem zbrodni

Tekst
Z serii: Thriller
Z serii: Beryl Tavistock #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– To ona – mruknął.

– Znacie się? – spytał Jordan.

– Poznaliśmy się przypadkiem. Wystraszyłem jej konia na drodze. Nie ucieszyła się z upadku.

– Zrzuciłeś ją z siodła? – Jordan nie krył zdumienia. – Myślałem, że to po prostu niemożliwe.

Tajemnicza dama przepłynęła przez salon, przecinając tłum niczym nóż i po drodze chwytając z tacy kieliszek szampana.

– Bardzo jej do twarzy w tej sukni – skomentował Richard.

– Przekażę jej – odparł oschle Jordan.

– Ani mi się waż.

– Chodź, Wolf. – Rozbawiony Jordan odstawił kieliszek. – Trzeba cię oficjalnie przedstawić.

Czarnowłosa posłała Jordanowi uśmiech, a potem przeniosła wzrok na Richarda i momentalnie wyraz jej twarzy zmienił się z łagodnej poufałości w niechęć podszytą nieufnością.

Niedobrze, pomyślał Richard. Przypomniała sobie, jak zrzuciłem ją z konia. Niewiele brakowało, by zginęła przeze mnie.

– No proszę – odezwała się. – Znów się spotykamy.

– Mam nadzieję, że mi wybaczyłaś.

– Nigdy! – skwitowała z uśmiechem.

Lecz co to był za uśmiech!

– Kochanie – powiedział Jordan – chciałbym ci przedstawić Richarda Wolfa.

Wyciągnęła do niego rękę. Gdy Richard ujął jej dłoń, był podobnie zaskoczony, jak podczas powitania z Jordanem. Nie był to delikatny uścisk, jakiego mógł się spodziewać po damie, tylko mocne, pewne powitanie. A gdy spojrzał udającej damę amazonce w oczy, ku swemu zdumieniu wreszcie ją rozpoznał. Tylko dlaczego tak późno? Dlaczego od razu się nie domyślił? Te czarne włosy, te zielone oczy... To musi być córka Madeline.

– Pozwól, że przedstawię ci Beryl Tavistock – powiedział Jordan. – Moją siostrę.

– Skąd znasz mojego wuja? – zapytała Beryl, przechadzając się z Richardem po ogrodzie.

Zapadł łagodny, letni zmierzch, w którego cieniu ukryły się kwiaty. W powietrzu wisiał ich zapach, woń szałwii i róż, lawendy i tymianku.

Beryl zauważyła coś szczególnego w Richardzie. Porusza się jak kot w ciemnościach, pomyślała. Cichy, nieuchwytny.

– Poznaliśmy się wiele lat temu w Paryżu – odparł po chwili. – Potem na długi czas straciliśmy kontakt, ale kilka lat temu, kiedy zakładałem firmę konsultingową, twój wuj służył mi radą i pomocą.

– Jordan mówił, że twoja firma to Sakaroff & Wolf.

– Tak. Konsultanci do spraw bezpieczeństwa.

– To twoja prawdziwa praca?

– To znaczy?

– Czy masz... hm, nazwijmy to, dodatkowe, nieoficjalne zajęcie?

Odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się.

– Ty i twój brat niczego nie owijacie w bawełnę.

– Staramy się być bezpośredni wobec innych. Szkoda czasu na coś, co się grzecznie określa jako towarzyską konwersację, a co najczęściej jest zwykłą paplaniną.

– Z wielce uczonych ust słyszałem opinię, że rozmowa towarzyska to ważne społeczne spoiwo – skomentował ni to z powagą, ni z leciutką ironią.

– A może jest sposobem na to, by uniknąć mówienia prawdy?

– A oczywiście ty, Beryl, zawsze chcesz usłyszeć prawdę.

– Jak wszyscy, Richardzie, jak wszyscy, czyż nie? – Spojrzała na niego, usiłując dostrzec jego oczy, lecz uniemożliwił to zmrok.

– Prawda jest taka, że jestem konsultantem do spraw bezpieczeństwa. Prowadzę firmę z moim partnerem, Nikim Sakaroffem...

– Niki? Nikolai Sakaroff?

– Znasz to nazwisko? – spytał ot tak, całkiem mimochodem.

Lecz Beryl wychwyciła ten cieniutki odcień. Pytanie zadane zostało tonem odrobinę zbyt niewinnym.

– Nikolai Sakaroff z byłego KGB?

– Kiedyś tak – odparł Richard po chwili ciszy. – Niki miał znajomości.

– Znajomości? O ile dobrze pamiętam, był pułkownikiem. A teraz jesteście wspólnikami... – Roześmiała się. – No cóż, kapitalizm zbliża ludzi.

Przez moment szli w milczeniu, wreszcie Beryl spytała:

– Nadal pracujesz dla CIA?

– A czy powiedziałem, że pracowałem?

– Nietrudno się domyślić. Spokojnie, potrafię trzymać język za zębami.

– Mimo to odmawiam odpowiedzi.

Popatrzyła na niego z uśmiechem.

– Nie piśniesz nawet na torturach?

Zobaczyła, jak jego uśmiech błysnął w ciemności.

– To zależy od rodzaju tortur. Gdyby piękna kobieta ugryzła mnie w ucho, to cóż, mógłbym się przyznać do wszystkiego.

Ścieżka doprowadziła ich do labiryntu. Zatrzymali się, popatrując na skrytą w cieniu ścianę z liści.

– Wejdziemy do środka? – spytała Beryl.

– A wiesz, jak z tego wyjść?

– To się dopiero okaże – rzuciła ze śmiechem.

Gdy wkroczyli do labiryntu, otoczyły ich wysokie ściany żywopłotu. Okazało się, że Beryl zna tu każdy zakręt, każdy ślepy zaułek. Poruszała się z ogromną pewnością siebie.

– Mogłabym to robić z zasłoniętymi oczami – stwierdziła.

– Wychowałaś się w Chetwynd?

– Pomiędzy jedną szkołą z internatem a drugą. Zamieszkałam u wuja, kiedy miałam osiem lat. Po śmierci rodziców.

– Tak... – mruknął cicho jakby do siebie.

Pokonali ostatni zakręt i znaleźli się w samym środku labiryntu, gdzie było wystarczająco dużo wolnego miejsca, by ustawić kamienną ławę. Na tej niewielkiej, ale jednak otwartej przestrzeni niezmącone niczym światło księżyca łagodnie podświetlało ich twarze.

– Też pracowali w tej branży – powiedziała, powoli obchodząc trawiastą polankę. – Ale... pewnie już o tym wiesz.

– Tak, słyszałem o twoich rodzicach.

Wyczuła ostrożność w jego głosie. Dlaczego odpowiedział tak enigmatycznie, tak wymijająco? – zastanawiała się, zerkając na Richarda, który stał przy ławie z rękami w kieszeniach. Wszystkie te rodzinne tajemnice, myślała dalej. Mam tego dość. Dlaczego w tym domu nikt nigdy nie mówi prawdy?

– Co słyszałeś? – zapytała.

– Wiem, że zginęli w Paryżu.

– Na służbie. Wuj Hugh mówi, że to była tajna misja, szczególnie tajna, więc do dziś taką pozostaje, dlatego nie chce o tym rozmawiać. – Zatrzymała się i spojrzała na Richarda. – Ostatnio często się nad tym zastanawiam.

– Czemu?

– Bo to się stało piętnastego lipca. Jutro minie dwadzieścia lat.

Podszedł do niej, twarz nadal skrywając w cieniu.

– Kto więc cię wychował? Wuj?

– Wychował... – Uśmiechnęła się delikatnie. – Nie, nie, to zbyt wielkie słowo. Dał nam dom, a także wolną rękę, żebyśmy sami się wychowali tak jak chcemy, jak się nam spodoba. Wygląda na to, że Jordan nieźle na tym wyszedł. Studiował i tak dalej. Ale wiesz, mój brat jest tym mądrzejszym.

Richard przysunął się jeszcze bliżej, tak blisko, że przez chwilę wydało jej się, że dostrzega jego błyszczące w mroku oczy.

– A ty, Beryl? Powiedz, kim jesteś...

– Chyba... tą dziką.

– Dziką – mruknął. – To by się zgadzało...

Dotknął jej twarzy. Wystarczył przelotny dotyk, by poczuła mrowienie. Raptem jej serce przyśpieszyło, zaczęła głębiej oddychać. Czemu na to pozwalam? – dopytywała się w duchu. Przecież przyrzekłam sobie, że nie będę romansować. A teraz ten facet, którego ledwie znam, wciąga mnie do gry... tej gry, w której nie potrafię wygrywać. To głupie, to impuls. To bardziej niż głupie, to szaleństwo.

W dodatku chcę więcej...

Jego usta musnęły jej usta. Pocałunek był lekki, zawrócił jednak w głowie bardziej niż szampan. Od razu zapragnęła mocniej, dłużej. Patrzyli na siebie, wabieni pokusą.

Beryl poddała się pierwsza. Nachyliła się i przytuliła do Richarda. Objął ją, uwięził w swoich ramionach. Gorliwie przyjęła jego usta, z nieskrywanym pożądaniem oddała pocałunek, nagle jakby przemieniona, wyzbyta dystansu, ogarnięta jednym tylko pragnieniem.

– Dzika – szepnął. – To prawda, dzika.

– I wymagająca...

– Nie wątpię.

– I bardzo trudna...

– Tego nie zauważyłem.

Pocałowali się. Poznała po jego urywanym oddechu, że również padł ofiarą pożądania, stracił samokontrolę, dystans do tego, co się wokół dzieje. Raptem przyszedł jej do głowy diabelski plan. Oderwała się od Richarda i spytała podstępnie:

– A teraz powiesz?

– Co niby mam powiedzieć? – wyszeptał zdumiony.

– Dla kogo naprawdę pracujesz?

Zapadła długa cisza, wreszcie odparł:

– Dla firmy Sakaroff & Wolf. Konsultant do spraw bezpieczeństwa.

– Zła odpowiedź. – Beryl ze śmiechem odwróciła się na pięcie i wybiegła z labiryntu.

Paryż

Za piętnaście dziewiąta, jak to miała w zwyczaju, Marie St. Pierre wklepała w twarz krem z pierzgą, rozczesała szczotką sztywne, siwe włosy, a potem wsunęła się pod kołdrę. Pilotem włączyła telewizor i zaczekała na ulubiony serial, czyli „Dynastię”. Chociaż nadawano wersję z dubbingiem, a w dodatku rzecz działa się w scenerii do bólu amerykańskiej, ta historia była bardzo bliska jej sercu. Miłość i władza. Ból i kara. Tak, Marie doskonale wiedziała, co to miłość i ból. Nie opanowała jeszcze tylko kary. Za każdym razem, gdy gotowała się w niej dudniąca złość i gdy do głosu dochodziły dawne marzenia o zemście, wystarczyło, że pomyślała o potencjalnych skutkach, i w jej głowie zapadała cisza. Nie, zbyt kochała Philippe’a. Razem tak daleko zaszli, a od ministra finansów do premiera to tylko jeden krok...

Nagle skupiła uwagę na ekranie telewizora, który wyświetlał skrót wiadomości. Akurat mówiono o londyńskim szczycie ekonomicznym. Czy zobaczy Philippe’a? Nie, tylko pojedyncze ujęcie stołu konferencyjnego, pięć sekund dla dwóch tuzinów mężczyzn w garniturach. Rozczarowana oparła się o zagłówek i po raz setny pomyślała, czy jednak nie powinna była pojechać do Londynu razem z mężem. Nie znosiła latać, a on uprzedził ją, że podróż będzie męcząca. Lepiej, żeby została w domu, tak jej powiedział, bo Londyn i tak jej się nie spodoba.

 

A jednak byłoby miło wyjechać z nim na parę dni. Tylko we dwoje w pokoju hotelowym. Zmiana otoczenia, nowe łóżko. Iskra, której ich małżeństwo tak desperacko potrzebowało...

Nagle przez jej głowę przemknęła pewna myśl. Tak bolesna, że aż ścisnęła za serce. Jestem tutaj, a Philippe jest tam, w Londynie...

Sam?

Usiadła roztrzęsiona, gorączkowo szukając rozwiązania, a wyobraźnia podsuwała jej kolejne obrazy. Aż wreszcie, nie mogąc już wytrzymać, sięgnęła po telefon i wykręciła numer paryskiego mieszkania Niny Sutherland.

Telefon dzwonił i dzwonił. Odłożyła słuchawkę i spróbowała ponownie. Nadal brak odpowiedzi. Czyli Nina też pojechała do Londynu, pomyślała. Będą razem, w jednym pokoju hotelowym. A ja tu siedzę w paryskim domu.

Wstała z łóżka. „Dynastia” właśnie się zaczynała, ale zignorowała ją. Ubrała się. Może działam pochopnie, pomyślała. Może Nina po prostu nie chce odebrać telefonu.

Pojedzie do jej mieszkania w Neuilly. Zobaczy, czy w oknach pali się światło.

A jeśli nie, to co wtedy?

Nie czas o tym myśleć, jeszcze nie teraz.

Po chwili pognała na dół, nie zatrzymując się, złapała torebkę i klucze, otworzyła drzwi wejściowe, nocne powietrze owionęło jej twarz... i w tym momencie rozległ się potężny huk.

Eksplozja powaliła ją na ziemię, Marie wypadła na schodki prowadzące do drzwi. Wyciągnęła przed siebie ręce i tylko dzięki temu nie uderzyła głową o beton. Jak przez mgłę poczuła siekący deszcz szkła i usłyszała trzask płomieni. Powoli zdołała obrócić się na plecy. Leżała tak, patrząc w górę i widząc języki ognia buchające z okna jej sypialni.

Ta bomba była dla mnie, pomyślała.

Leżąc na plecach w odłamkach szkła i słuchając coraz głośniejszego dźwięku syren, pomyślała, a może i wyszeptała:

– Czy do tego doszło, mój kochany?

I patrzyła, jak płonie sypialnia.

ROZDZIAŁ DRUGI

Buckinghamshire, Anglia

Wieża Eiffla topniała. Jordan stał przy bufecie i patrzył na lodowatą wodę ściekającą na paterę z ostrygami. To tyle, jeśli chodzi o Dzień Bastylii, pomyślał ze znużeniem. Kolejny wieczór, kolejna impreza.

– Chyba dość już ostryg, Reggie – strofowała poirytowanym głosem Helena. – Czyżbyś zapomniał o swojej podagrze?

– Od wielu miesięcy nie miałem ataku.

– Tylko dlatego, że pilnuję twojej diety.

– Tego wieczoru – odparł Reggie, biorąc następną ostrygę – mogłabyś popilnować czegoś innego. – Z rozkoszą połknął zawartość muszli.

Helenę przeszły ciarki.

– Jeść żywe zwierzę to obrzydliwość. – Gdy zerknęła na Jordana, zobaczyła jego rozbawioną minę. – Nie mam racji?

Jordan dyplomatycznie wzruszył ramionami.

– Kwestia wychowania, jak sądzę. W niektórych kulturach jadają termity albo ryby na surowo. Słyszałem nawet o małpach, którym golą głowy, unieruchamiają i...

– Przestań, proszę – jęknęła Helena.

Jordan szybko się zmył, póki kłótnia małżeńska nie zdążyła objąć swoim zasięgiem osób postronnych. Fatalnie, gdy wpadnie się między skaczących sobie do gardła żonusię i mężusia. Trzeba wiać, pomyślał. A w tym zestawie najpewniej lady Helena zwykle miała przewagę.

Podryfował do ministra finansów, Philippe’a St. Pierre’a, i załapał się na wykład o światowej ekonomii. Szczyt okazał się klęską, ogłosił Philippe. Amerykanie domagają się koncesji na handel, ale odmawiają wzięcia na siebie odpowiedzialności fiskalnej. I tak dalej. Jordan poczuł niemal ulgę, kiedy do dyskusji włączyła się obwieszona koralikami Nina Sutherland, ciągnąc za sobą pysznego niczym paw syna.

– Nie tylko Amerykanie muszą zacząć postępować zgodnie z zasadami. – Nina aż prychnęła dla większego efektu. – W dzisiejszych czasach nikomu nie powodzi się przesadnie dobrze, nawet Francuzom. Zgodzisz się, Philippe?

Pod jej spojrzeniem minister oblał się rumieńcem.

– Tak, Nino, wszyscy mamy problemy...

– Niektórzy większe niż inni.

– Mamy światową recesję. Trzeba zachować cierpliwość.

– A jeśli ktoś nie może sobie pozwolić na czekanie? – Opróżniła kieliszek i odstawiła go szerokim gestem. – Co wtedy, mój drogi?

Rozmowę jakby ucięto nożem. Jordan zauważył, że Helena przygląda im się z rozbawieniem, a Philippe ściska kieliszek, aż bieleją mu kostki. Co tu się wyrabia? Jakiś prywatny spór? Można by pomyśleć, że podczas tego przyjęcia towarzystwo uległo dziwnemu napięciu. Może to kwestia krążącego szampana? W każdym razie Reggie na pewno wypił zbyt dużo. Właśnie porzucił ostrygi i znów dobrał się do alkoholu. Drżącą dłonią podniósł kolejny kieliszek do ust i opróżnił jego zawartość. Po korpulentnej figurze Reggiego, po jego ruchach widać było, że powinien spasować. A może to nerwy dają znać o sobie? Co tu się dzieje? – pomyślał Jordan. Dziś nikt nie zachowuje się normalnie. Nawet Beryl.

A już zwłaszcza Beryl.

Zauważył siostrę, kiedy wróciła do sali. Miała rozpalone policzki, jej oczy świeciły dziwnym, chciałoby się rzec – nieziemskim blaskiem. Zaraz za nią wszedł ten Amerykanin, tak samo poruszony i rozpalony. Aha, pomyślał Jordan z uśmiechem. Małe co nieco w ogrodzie. I dobrze. Biednej Beryl przydałby się romans, cokolwiek, byle zapomniała o niewiernym chirurgu.

Beryl złapała kieliszek szampana, podeszła do brata i spytała:

– Dobrze się bawisz?

– Nie tak dobrze jak ty, co? – Zerknął wymownie na Richarda Wolfa, którego właśnie przechwycił jakiś amerykański biznesmen. – I jak – szepnął – wydusiłaś coś z niego?

– Ani słówka. – Uśmiechnęła się znad kieliszka. – Wyjątkowo uparty typ.

– Serio?

– Ale później spróbuję jeszcze raz. Niech trochę ochłonie.

Rety, jaka piękna potrafiła być jego siostra, kiedy czuła się szczęśliwa. Czyli ostatnio dość rzadko. Zbyt dużo w jej sercu namiętności, co czyniło ją wrażliwą, choć oczywiście za nic by się do tego nie przyznała. Od roku się czaiła, w ogóle odpuściła sobie choćby i niewinne flirty, o czymś poważniejszym już nie wspominając. Nawet zrezygnowała z wolontariatu u świętego Łukasza, który przecież uwielbiała, ale nieustanne wpadanie w szpitalu na byłego kochanka okazało się zbyt bolesne.

Lecz dziś w jej spojrzeniu pojawiła się dawna iskra, co cieszyło Jordana. Zauważył, że blask nabierał intensywności zwłaszcza w pobliżu Richarda Wolfa. I te zalotne spojrzenia. Nawet niezbyt bystry obserwator zdołałby wychwycić buzujące napięcie między tą parą.

– ...zasłużony wyraz szacunku, choć trochę spóźniony. Jak sądzisz, Jordan?

Popatrzył zdziwiony na czerwoną twarz Reggiego. Było już aż nadto oczywiste, że akurat ten gość zdecydowanie przesadził z szampanem.

– Proszę mi wybaczyć, ale nie słuchałem, zamyśliłem się.

– Medal królowej dla Leona Sinclaira. Pamiętasz Leona, prawda? Wspaniały gość. Zginął półtora roku temu. A może... – Pokręcił głową. – Albo może dwa? Tak czy siak, dopiero się zastanawiają, czy dać medal wdowie. Zastanawiają się! To wprost niewybaczalne.

– Nie wszyscy, którzy zginęli w Zatoce, zostali odznaczeni – wtrąciła Nina.

– Ale Leo pracował w wywiadzie – odparł Reggie. – Zasługuje na uhonorowanie, biorąc pod uwagę, jak... umarł.

– Może to tylko przeoczenie – powiedział Jordan. – Zawieruszyły się dokumenty albo co. MI6 zawsze żegna zmarłych z honorami, a Leo po prostu im się... – przez moment szukał właściwego słowa – ...gdzieś zapodział.

– Tak samo jak mama i tata – wtrąciła Beryl. – Zginęli na służbie, a jednak nigdy nie zostali odznaczeni.

– Na służbie? – rzucił Reggie. – Nie do końca.

Niepewnie podniósł kieliszek do ust, lecz nagle zastygł w bezruchu, gdy wyczuł, że pozostali mu się przyglądają. Zapadła cisza przerywana tylko stukaniem ostryg o talerz.

– Nie do końca? Jak mam to rozumieć? – zapytała Beryl.

– Hugh... – Reggie odchrząknął. – Hugh na pewno wam powiedział. – Rozejrzał się i zbladł. – O nie – mruknął. – A to się wkopałem...

– Niby co miałby nam powiedzieć? – dopytywał się Jordan.

– Hm... Przecież wszyscy wiedzieli – odparł niepewnie. – Paryskie gazety o tym pisały...

– Reggie – powiedział Jordan powoli. – Z tego, co wiemy, mamę i tatę zastrzelono w Paryżu. To było morderstwo. Twierdzisz, że prawda jest inna?

– Cóż, owszem, chodziło o jedno morderstwo...

– Jedno? – przerwał mu Jordan.

Reggie powiódł dokoła wzrokiem zamroczonym alkoholem, wreszcie powiedział:

– Nie tylko ja o tym wiem. Przecież wszyscy byliście w Paryżu, kiedy to się stało!

Przez kilka sekund nikt się nie odzywał, po czym głos zabrała Helena:

– Jordan, to się wydarzyło dawno temu, przed dwudziestu laty. Minęło tyle czasu, po co drążyć tę sprawę? Co za różnica, czy było tak, a może inaczej?

– Dla nas to bardzo ważne – stanowczo zaoponował Jordan. – Czy wreszcie się dowiemy, co tak naprawdę wydarzyło się w Paryżu?

Helena westchnęła.

– Dlaczego Hugh mnie nie posłuchał? Tyle razy mu mówiłam, że powinien otwarcie z wami porozmawiać, zamiast próbować to zataić.

– Co takiego zataić? – spytała Beryl.

Helena zacisnęła usta, jednak Nina nie miała takich oporów i wyjawiła osieroconemu rodzeństwu prawdę. Bezczelna Nina, która nigdy nie bawiła się w subtelności, powiedziała bez ogródek:

– Policja twierdzi, że doszło do zabójstwa, a potem samobójstwa.

Beryl wbiła w nią wzrok, jednak Nina twardo patrzyła jej w oczy, nie odwróciła głowy.

– Nie – szepnęła Beryl.

Helena delikatnie dotknęła jej ramienia, mówiąc łagodnie:

– Kochanie, byłaś wtedy dzieckiem, tak samo jak Jordan, dlatego Hugh uznał, że nie jest wskazane...

– Nie! – Beryl wyrwała się Helenie i pomknęła przez salę.

– Dziękuję. Dziękuję wam wszystkim – oświadczył z porażającym chłodem Jordan. – Za rozbrajającą szczerość. – Pobiegł za siostrą.

Dogonił ją na schodach.

– Beryl, posłuchaj...

– To nieprawda! – gwałtownie wpadła mu w słowo. – Nie wierzę!

– Masz rację, to kłamstwo.

Zatrzymała się na schodach i spojrzała na niego z góry.

– Więc dlaczego to mówią? – spytała agresywnym tonem.

– Plotki, paskudne plotki. Cóż mogłoby być innego?

– Gdzie wuj Hugh? – dopytywała dalej.

– Nie ma go w sali balowej.

Beryl powiodła wzrokiem na wysokość drugiego piętra.

– Chodź, Jordie – powiedziała przez ściśnięte gardło. – Zaraz wszystko wyjaśnimy.

Poszli na górę.

Wuj siedział zamknięty w swoim gabinecie, ale i tak usłyszeli, że mówi coś podniesionym, ponaglającym tonem. Mimo to bez pukania weszli do środka, a Beryl zaczęła:

– Wuju...

Jednak Hugh uciszył ją zdecydowanym gestem, po czym odwrócił się do nich plecami i powiedział do słuchawki:

– Claude, czy to pewne? To nie był wyciek gazu?

– Wuju!

– Tak, rozumiem. – Nadal ich ignorując, mówił do telefonu. – Natychmiast powiadomię Philippe’a. Cóż, to fatalny moment, ale masz rację, nie ma wyboru. Będzie musiał wrócić. – Wyraźnie wstrząśnięty i zdumiony Hugh odłożył słuchawkę.

– Czy powiedziałeś nam prawdę? – spytała Beryl. – O mamie i tacie?

– Co? – Hugh zmarszczył czoło, wreszcie odwracając się do nich. – O czym ty mówisz?

– Powiedziałeś, że zginęli na służbie. Nie wspominałeś o samobójstwie.

– Kto wam o tym powiedział? – spytał ze złością.

– Nina Sutherland, ale Reggie i Helena też wiedzieli. Nie tylko oni. Właściwie to wszyscy wiedzieli... z wyjątkiem nas.

– Niech tę cholerną Sutherland szlag trafi! – ryknął Hugh. – Nie miała prawa.

Beryl i Jordan patrzyli na niego zszokowani, wreszcie po chwili znamiennej ciszy Beryl spytała:

– Ale to kłamstwo, prawda?

– Później o tym porozmawiamy. – Hugh umknął wzrokiem. Opanował już furię, teraz był speszony, zażenowany. – Muszę się zająć tą sprawą...

– Wuju! – krzyknęła Beryl. – Czy to kłamstwo?

Hugh wyraźnie się zawahał, jednak wreszcie wyznał, patrząc na Beryl:

– Długo nie mogłem w to uwierzyć, nie dopuszczałem do siebie myśli, że Bernard mógłby skrzywdzić Madeline...

– O czym ty mówisz? – odezwał się Jordan. – Że to tata ją zabił?

Jego milczenie było bardziej wymowne niż słowa.

Hugh zatrzymał się w drzwiach, przymknął na moment oczy, aż w końcu rzekł cicho:

– Jordan, Beryl, proszę... Porozmawiamy później, obiecuję, ale jak już wszyscy wyjdą. Zrozumcie, teraz muszę zająć się czymś innym. Właśnie otrzymałem wiadomość... – Odwrócił się i wyszedł z pokoju.

 

Beryl i Jordan spojrzeli po sobie. W swoich oczach ujrzeli ten sam wyraz zrozumienia. Szokującego zrozumienia.

– Jordie, na Boga – powiedziała Beryl. – A więc to prawda.

Z drugiego końca sali balowej Richard widział pośpieszną ewakuację rozemocjonowanej Beryl, a zaraz potem równie szybkie wyjście zdenerwowanego i ponurego Jordana. Co tu się, do cholery dzieje? – zachodził w głowę. Ruszył za nimi, ale przytrzymała go Helena, która całe zdarzenie skomentował krótko:

– Katastrofa. – Po czym dodała: – Za dużo przeklętego szampana w powietrzu.

– Co się stało?

– Właśnie poznali prawdę. – Urwała na moment. – O Madeline i Bernardzie.

– Kto im powiedział?

– Nina, ale tak naprawdę zawinił Reggie. Mój szanowny małżonek tak się urżnął, że sam już nie wie, co wygaduje.

Richard spojrzał na drzwi, za którymi właśnie zniknął Jordan.

– Powinienem z nimi porozmawiać. Opowiedzieć całą historię.

– Daj spokój. To należy do obowiązków ich wuja, nie sądzisz? To on przez te wszystkie lata ukrywał przed nimi prawdę, więc niech teraz się tłumaczy.

– Masz rację – odparł po chwili namysłu Richard. – A mnie pozostało co innego do zrobienia. Zaraz uduszę Ninę.

– I przy okazji mojego męża. Pozwalam. Więcej, będę wdzięczna.

Richard odwrócił się i ujrzał, jak Hugh Tavistock wchodzi do pomieszczenia.

– I co teraz? – szepnął, kiedy hrabia ruszył w ich stronę.

A gdy zatrzymał się przy nich, spytał nerwowo:

– Gdzie Philippe?

– Wyszedł, zdaje się, do ogrodu – odparła Helena. – Coś się stało?

– Cały ten wieczór to jedna wielka porażka – oznajmił ponuro Hugh. – Właśnie dzwonili z Paryża. W mieszkaniu Philippe’a wybuchła bomba.

– Co?! – Richard nie krył przerażenia.

– O mój Boże – szepnęła Helena. – Czy Marie...

– Żyje. Drobne obrażenia, nic wielkiego. Jest w szpitalu.

– Próba zabójstwa? – spytał Richard.

Hugh skinął głową.

– Na to wygląda.

Było dobrze po północy, kiedy Jordan i Hugh w końcu odnaleźli Beryl. Była w pokoju matki, siedziała skulona obok starego kufra. Skrzynia była otwarta, dokoła leżały rozrzucone rzeczy Madeline: jedwabne letnie sukienki, kapelusze w kwiaty, torebki, ale też drobnostki, takie jak kawałek koralowca, kamyki, porcelanowa żaba, czyli przedmioty, które kiedyś miały znaczenie tylko dla zmarłej. Beryl wyjęła wszystko z kufra i siedziała otoczona tymi przedmiotami, próbując poprzez z kontakt z nimi wchłonąć ciepło i ducha Madeline Tavistock.

Wuj Hugh wszedł do pokoju i usiadł na krześle.

– Beryl – odezwał się łagodnie. – Czas, żebym... żebym powiedział, jak było naprawdę.

– Ten czas już dawno minął – odparła, wpatrując się w porcelanową żabę, którą trzymała w dłoni.

– Mój Boże, byliście tacy mali. Ty miałaś osiem lat, a Jordan dziesięć. Nie zrozumielibyście...

– Znalibyśmy fakty! Które przed nami ukryłeś!

– Fakty okazały się bolesne. Policja francuska stwierdziła...

– Tata nigdy by nie skrzywdził mamy! – Beryl spojrzała na wuja z taką wściekłością, że aż się odchylił, jakby robił unik przed ciosem. – Nie pamiętasz ich razem? Jak bardzo się kochali? Ja pamiętam!

– Ja też – dodał Jordan.

Hugh zdjął okulary, ciężkim gestem otarł oczy i powiedział:

– Prawda jest jeszcze gorsza.

– Słucham?! – krzyknęła z niedowierzaniem Beryl. – Co może być gorszego niż morderstwo i samobójstwo?

– Myślę, że... powinniście obejrzeć akta. – Wstał. – Są na górze. W moim biurze.

Poszli za nim na trzecie piętro, do pokoju, do którego rzadko zaglądali, bo Hugh zamykał go na klucz. Otworzył szafkę i wyjął teczkę. Były to tajne akta z pieczątką MI6 i etykietą „Tavistock, Bernard i Madeline”.

– Zrozumcie... próbowałem was przed tym ochronić – powiedział. – Prawdę mówiąc, sam w to nie wierzę. Bernard nie był zdrajcą, to wbrew jego naturze, jednak znaleziono dowody, a ja nie wiem, jak inaczej to tłumaczyć. – Podał teczkę Beryl.

Otworzyła ją w ciszy. Razem z Jordanem przejrzała zawartość. Znajdowały się tam kopie raportów paryskiej policji, łącznie z zeznaniami świadków i fotografiami z miejsca zdarzenia. Wniosek nasuwał się taki, jak powiedziała Nina: że Bernard strzelił do żony trzykrotnie z bliskiej odległości, a potem przyłożył pistolet do własnej skroni i pociągnął za spust. Zdjęcia były tak drastyczne, że Beryl tylko na nie spojrzała, a potem skupiła się na raporcie francuskiego wywiadu. Nie mogąc uwierzyć własnym oczom, kilka razy przeczytała płynące z niego wnioski.

– To niemożliwe – powiedziała na koniec.

– Znaleźli teczkę z tajnymi dokumentami NATO. Były to dane dotyczące broni sojuszników. Na poddaszu, tam gdzie znaleziono ciała. Bernard miał te dokumenty przy sobie, gdy umarł. Nie powinny były opuścić budynku ambasady.

– Skąd wiadomo, że to on je wziął?

– Bo miał do nich dostęp. Był naszym łącznikiem z NATO. Przez wiele miesięcy dokumenty NATO trafiały do komunistycznych Niemiec, a dostarczał je ktoś o kryptonimie Delphi. Wiedzieliśmy, że mamy wtyczkę, ale nie umieliśmy jej zidentyfikować, aż wreszcie znaleźliśmy te dokumenty przy ciele Bernarda.

– Dlatego myślicie, że to tata miał kryptonim Delphi – powiedział Jordan.

– Nie, tak stwierdził wywiad francuski. Ja też nie mogłem uwierzyć, ale trudno sprzeczać się z faktami.

Przez chwilę Beryl i Jordan siedzieli w ciszy przytłoczeni ciężarem dowodów.

– Ale tak naprawdę w to nie wierzysz, prawda? – spytała Beryl. – Że tata był kretem?

– Nie byłem w stanie zakwestionować dowodów. Zresztą to by wyjaśniało śmierć waszych rodziców. Gdyby byli zdrajcami, byłoby dla nich oczywiste, że jeśli wpadną, to okryją się hańbą. Bernard zachował się jak dżentelmen, decydując się na takie ostateczne rozwiązanie. To zresztą w jego stylu. Wolał stracić życie niż honor. – Hugh zapadł się w fotel, ciężkim gestem przeczesał siwe włosy, po czym dodał: – Starałem się, jak mogłem, żeby raport nie został nagłośniony. Tak czy inaczej, sprawę uznano za zamkniętą, bo ustalono, kim był Delphi. Był, bo przecież już nie żył. A mnie czekały trudne lata w MI6, rozumiecie, brat zdrajcy, czy można mu ufać? Wreszcie jednak zapomniano, sprawa jakby przestała istnieć, pewnie zresztą dlatego, że tak do końca nikt w MI6 nie wierzył w to, co głosił ten raport. A przede wszystkim w to, że Bernard przeszedł na drugą stronę.

– Ja też nie wierzę – powiedziała Beryl.

Hugh spojrzał na nią.

– A jednak...

– I nie uwierzę. To zostało ukartowane. Ktoś w MI6 próbował ukryć prawdę...

– Nie bądź śmieszna, Beryl.

– Mama i tata nie mogą się obronić! Kto zabierze głos w ich imieniu?

– Kochanie, twoja lojalność jest godna najwyższego uznania, ale...

– A twoja lojalność? Był twoim bratem!

– Długo nie przyjmowałem tego do wiadomości.

– Aha... Podjąłeś jakieś działania? Podważyłeś wnioski? Sprawdziłeś wszystko od a do z? Polemizowałeś z wywiadem francuskim?

– Tak, ale zaufałem raportowi Daumiera. To skrupulatny człowiek.

– Daumier? – spytał Jordan. – Claude Daumier? Szef wywiadu z Paryża?

– Wtedy był łącznikiem między nimi a MI6. Poprosiłem go, żeby raz jeszcze przestudiował dowody. Zrobił to i ponownie doszedł do takich samych wniosków.

– Z czego wynika, że ten cały Daumier musi być idiotą. – Beryl ruszyła do drzwi. – Jeśli jeszcze tego nie wie, to sama mu to powiem.

– Gdzie się wybierasz? – spytał Jordan.

– Spakować się. Idziesz ze mną?

– Spakować się? Wyjeżdżasz? Dokąd? – spytał zdumiony Hugh.

– To oczywiste... – spojrzała na niego przez ramię – że do Paryża.

O szóstej rano Richard Wolf odebrał telefon.

– W południe lecą do Paryża – oznajmił Claude Daumier. – Wygląda na to, przyjacielu, że ktoś otworzył paskudną puszkę Pandory.

Wciąż jeszcze nierozbudzony Richard usiadł na łóżku.

– Claude, o czym ty mówisz? Puszka Pandory zawsze jest paskudna. No i kto leci do Paryża?

– Beryl i Jordan Tavistockowie. Przed chwilą dzwonił do mnie Hugh, stąd wiem. To niedobrze.

Richard opadł na poduszkę.

– Claude, to dorośli ludzie. – Ziewnął przeciągle. – Jeśli chcą polecieć do Paryża...

– Lecą, żeby dowiedzieć się czegoś o sprawie Madeline i Bernarda.

– Cudownie. – Richard na moment przymknął oczy. – Tylko tego nam trzeba.

– No właśnie, jeszcze tylko tego.

– Hugh nie zdołał ich przekonać, by zrezygnowali?

– Próbował, ale ta jego bratanica... – z ciężkim westchnieniem powiedział Daumier. – Poznałeś ją, więc sam rozumiesz.