Ostatni, który umrze

Tekst
Z serii: Rizzoli & Isles #10
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ostatni, który umrze
Ostatni, który umrze
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 66,90  53,52 
Ostatni, który umrze
Audio
Ostatni, który umrze
Audiobook
Czyta Maria Peszek
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Gdy Maura wyjmowała z walizki dżinsy i buty trekkingowe oraz wieszała w szafie bluzki i sukienkę, Julian trajkotał o swoich kolegach, koleżankach i nauczycielach, o katapulcie, którą zbudowali na lekcji pani Saul, o wycieczce do lasu, kiedy to do ich obozu wszedł czarny niedźwiedź.

– I założę się, że to ty go przepędziłeś – powiedziała z uśmiechem.

– Nie, wypłoszył go pan Roman. Żaden niedźwiedź nie chce z nim zadzierać.

– Musi być strasznie groźny.

– Jest leśniczym. Poznasz go dzisiaj przy kolacji. Jeśli się pojawi.

– Może obyć się bez jedzenia?

– Unika doktor Welliver z powodu tej kłótni, o której ci mówiłem.

Maura zamknęła szufladę komody.

– A kim jest ta doktor Welliver, która tak nie znosi polowań?

– To nasza psycholożka. Spotykam się z nią co drugi czwartek.

Maura odwróciła się i spojrzała na niego, ściągając brwi.

– Dlaczego?

– Bo mam problemy. Jak wszyscy tutaj.

– O jakich problemach mówisz?

Popatrzył na nią zaskoczony.

– Myślałem, że wiesz. To z tego powodu tu jestem, podobnie jak pozostali uczniowie. Różnimy się od normalnych dzieci.

Przypomniała sobie klasę, którą właśnie odwiedziła, dwadzieścioro uczniów zgromadzonych wokół stołu Truciciela Pasky’ego. Wyglądali jak typowa grupa amerykańskich nastolatków.

– Czym dokładnie się różnicie? – spytała.

– Straciłem mamę. To samo wyróżnia wszystkie przebywające tu dzieci.

– Inni uczniowie też stracili rodziców?

– Niektórzy. Albo rodzeństwo. Doktor Welliver pomaga nam radzić sobie z gniewem. Z koszmarami. A szkoła Evensong uczy nas, jak się bronić.

Przypomniała sobie, jak zginęła matka Juliana. Pomyślała o tym, jakie skutki w relacjach rodzinnych, sąsiedzkich, pokoleniowych wywołuje zbrodnia. „Szkoła Evensong uczy nas, jak się bronić”.

– Czy mówiąc o tym, że inne dzieci straciły rodziców albo rodzeństwo, masz na myśli…

– Morderstwo – przerwał jej Julian. – To nas wszystkich łączy.

Rozdział ósmy

Tego wieczoru w jadalni pojawiła się nowa twarz.

Julian opowiadał im od tygodni o swoim gościu, doktor Isles, i o jej pracy w bostońskim Zakładzie Medycyny Sądowej, polegającej na krojeniu zwłok. Ale nigdy nie wspomniał, że jest piękną kobietą. Ciemnowłosa i szczupła, o spokojnym przenikliwym spojrzeniu, była do niego tak podobna, że wyglądali niemal jak matka i syn. A doktor Isles patrzyła na Juliana jak matka na swoje dziecko, z dumą słuchając uważnie tego, co mówił.

Na mnie nikt już tak nigdy nie spojrzy, pomyślała Claire Ward.

Przyglądała się doktor Isles z miejsca w kącie, zauważając, z jaką elegancją posługuje się ona nożem i widelcem, krojąc mięso. Claire widziała wszystko, co działo się w jadalni. Nie przeszkadzało jej, że siedzi sama. Oznaczało to, że nie musi wdawać się w bezsensowne rozmowy i może obserwować, co robią inni. Tylko w tym kącie czuła się bezpiecznie, siedząc plecami do ściany, by nikt nie mógł jej zajść od tyłu.

Tego wieczoru w jadłospisie był bulion, sałata, Beef Wellington – polędwica wołowa z pasztetem zawinięta w ciasto francuskie i podana z pieczonymi ziemniakami i szparagami, a na deser tarta cytrynowa. Oznaczało to żonglowanie całym zestawem widelców, łyżek i innych sztućców, co wprawiało Claire w zakłopotanie, gdy przybyła do Evensong przed miesiącem. W domu Boba i Barbary Buckleyów w Ithace kolacje jadało się o wiele prościej, używając tylko noża, widelca i papierowych serwetek.

Żaden Beef Wellington nigdy nie figurował w jadłospisie.

Brakowało jej Boba i Barbary o wiele bardziej, niż się spodziewała. Tęskniła za nimi prawie tak samo jak za rodzicami, których śmierć przed dwoma laty pozostawiła przygnębiająco mgliste wspomnienia, blaknące z dnia na dzień. Ale Bob i Barbara zginęli z jej winy i dlatego wciąż ją to bolało. Gdyby nie wymknęła się tamtej nocy z domu, gdyby nie musieli jej szukać, pewnie by żyli.

A teraz są martwi. A ja jem tartę cytrynową.

Odłożyła widelec i popatrzyła na innych uczniów, którzy nie zwracali na nią uwagi, podobnie jak ona na nich. Znów skupiła wzrok na stoliku, przy którym siedział Julian i doktor Isles. Kobieta, która kroi zwłoki. Claire zwykle unikała wpatrywania się w dorosłych, bo wprawiali ją w zakłopotanie i zadawali za dużo pytań. Szczególnie doktor Anna Welliver, szkolny psycholog, z którą Claire spędzała każde środowe popołudnie. Doktor Welliver była miłą zażywną staruszką o kręconych włosach, ale wciąż pytała ją o to samo. Czy nadal ma problemy ze snem? Czy pamięta rodziców? Czy przestały ją dręczyć koszmary? Jakby rozmawiając lub rozmyślając o tym, można było się ich pozbyć.

Wszyscy tutaj mamy koszmary.

Rozglądając się po jadalni, Claire dostrzegała to, co postronny obserwator zapewne by przeoczył: Lester Grimmett wciąż zerkał w kierunku drzwi, żeby się upewnić, że ma otwartą drogę ucieczki. Arthur Toombs miał na rękach brzydkie blizny po oparzeniach. Bruno Chinn pochłaniał szybko jedzenie, aby nie odebrał mu go wyimaginowany porywacz. Wszyscy jesteśmy okaleczeni, pomyślała, ale niektóre nasze blizny są bardziej widoczne niż inne.

Dotknęła swojej. Była ukryta pod długimi jasnymi włosami. Znaczyła miejsce, gdzie chirurdzy ściągnęli jej kawałek skóry i otworzyli czaszkę, by usunąć skrzep i kawałki pocisku. Nikt nie widział tej szramy, ale ona nigdy o niej nie zapominała.

Nie mogąc zasnąć tej nocy, Claire pocierała bliznę i zastanawiała się, jak wygląda pod nią jej mózg. Czy mózgi też mają blizny, przypominające skórne fałdy? Jeden z lekarzy – nie pamiętała jego nazwiska, tylu ich było w tym szpitalu w Londynie – powiedział jej, że mózgi dzieci regenerują się lepiej niż dorosłych i miała szczęście, że została postrzelona w wieku jedenastu lat. Głupi doktor użył właśnie słowa „szczęście”. Miał w zasadzie rację, twierdząc, że Claire szybko wróci do zdrowia. Potrafiła chodzić i mówić jak wszyscy. Ale pogorszyły się jej oceny, bo nie potrafiła skoncentrować się na niczym dłużej niż dziesięć minut i zbyt szybko traciła nad sobą panowanie. Była wtedy przerażona i zawstydzona swoim zachowaniem. Nie wyglądała na okaleczoną, ale wiedziała, że jest. I dlatego leżała o północy na łóżku, nie mogąc zmrużyć oka. Jak zwykle.

Nie było sensu marnować czasu w łóżku.

Wstała i włączyła światło. Jej trzy współlokatorki pojechały do domu na wakacje, miała więc pokój dla siebie i mogła wychodzić i wracać, kiedy chciała, bez obawy, że ktoś na nią doniesie. Ubrała się w kilka sekund i wymknęła do holu.

W tym momencie zauważyła przyklejoną do drzwi kartkę z paskudnym napisem: Mózbezgowiec!

To znów ta suka Briana, pomyślała. Briana, która szepcze „opóźniona”, gdy Claire przechodzi obok, która śmieje się histerycznie, gdy Claire potyka się w klasie o czyjąś wysuniętą celowo nogę. Claire w odwecie wrzuciła jej do łóżka garść oślizgłych dżdżownic. Och, warto było posłuchać wtedy wrzasków Briany!

Claire zdarła kartkę z drzwi, wróciła do pokoju po długopis i nabazgrała: Lepiej sprawdź swoją pościel. Przechodząc przez hol, przyczepiła kartkę do drzwi sypialni Briany i poszła dalej, obok pokojów, w których spali inni uczniowie. Na schodach jej cień snuł się po ścianie niczym duch. Wyszła przez frontowe drzwi w księżycową noc.

Było dziwnie ciepło, a w powietrzu unosiła się woń siana, jakby wiatr przywiewał z dużej odległości zapachy prerii, pustyń i miejsc, do których miała nigdy nie dotrzeć. Odetchnęła głęboko i pierwszy raz tego dnia poczuła się wolna. Wolna od lekcji, spojrzeń nauczycieli, drwin Briany.

Zeszła po kamiennych schodach, pewnie stawiając kroki w blasku księżyca. Miała przed sobą jezioro, którego pomarszczona tafla lśniła jak cekiny, przyzywając ją. Zaczęła ściągać podkoszulek, chcąc zanurzyć się w tej jedwabistej wodzie.

– Znowu wyszłaś – powiedział czyjś głos.

Claire odwróciła się na pięcie i zobaczyła postać wyłaniającą się z cienia drzew. Od razu rozpoznała krępą sylwetkę. Gdy Will Yablonski stanął w świetle księżyca, ujrzała jego pulchną twarz. Zastanawiała się, czy wie, że Briana nazywa go za plecami wielkim białym waleniem. Tyle mamy ze sobą wspólnego, pomyślała. Oboje jesteśmy nieprzystosowani.

– Co tu robisz? – spytała.

– Patrzyłem przez teleskop. Ale wzeszedł księżyc, więc już go spakowałem. – Wskazał jezioro. – Tam nad wodą jest naprawdę dobre miejsce. Idealne do obserwowania nieba.

– Czego szukasz?

– Komety.

– Widziałeś ją kiedyś?

– Nie. Mam na myśli nową kometę. Taką, której jeszcze nie odkryto. Amatorzy ciągle je znajdują. Niejaki Don Machholz odkrył ich jedenaście, a jest amatorem tak jak ja. Jeśli jakąś wytropię, będę musiał wymyślić dla niej nazwę. Taką jak Kometa Kohoutka. Albo Halleya, albo Shoemakera-Levy’ego.

– Jak nazwiesz swoją?

– Kometą Neila Yablonskiego.

Zaśmiała się.

– Brzmi ciekawie.

– Myślę, że nie najgorzej – odparł cicho. – To na cześć mego ojca.

Usłyszała smutek w jego głosie i pożałowała, że się roześmiała.

– Tak, chyba byłoby fajnie nadać jej imię twojego taty – stwierdziła. Nawet jeśli nazwa Kometa Yablonskiego brzmi głupio.

– Widziałem cię tu nocą kilka dni temu – powiedział. – Co ty tutaj robisz?

– Nie mogę spać. – Spojrzała na wodę i wyobraziła sobie, jak pływa po jeziorach i oceanach. Mroczne głębiny jej nie przerażały. Czuła się ożywiona jak syrena wracająca tam, gdzie mieszka. – Prawie w ogóle nie śpię, odkąd…

– Masz też koszmary? – spytał.

– Po prostu nie śpię. To przez ten zamęt w głowie.

– Co masz na myśli?

– Mam bliznę w miejscu, gdzie lekarze otworzyli mi czaszkę. Wyjęli kawałki pocisku i coś mi tam uszkodzili. Dlatego nie mogę spać.

– Trzeba spać, bo inaczej się umiera. Jak możesz bez tego żyć?

– Po prostu sypiam mniej niż wszyscy. Tylko parę godzin. – Wciągnęła w płuca pachnące latem powietrze. – Zresztą lubię noc. Jest tak spokojnie. Pojawiają się zwierzęta, których nie widuje się w ciągu dnia, jak sowy czy skunksy. Czasem spaceruję po lesie i widzę ich oczy.

 

– Pamiętasz mnie, Claire?

Słysząc to ciche pytanie, odwróciła się zaskoczona w stronę Willa.

– Spotykam cię codziennie w klasie, Will.

– Nie, chodzi o to, czy pamiętasz mnie z innego miejsca? Z czasów, zanim przyjechaliśmy do Evensong?

– Nie znałam cię wcześniej.

– Jesteś pewna?

Przyglądała mu się w świetle księżyca. Widziała dużą głowę i okrągłą twarz. Cały Will. Olbrzym od stóp do głów. Wielki i miękki jak piankowy ludzik.

– O czym ty mówisz?

– Kiedy tu trafiłem i zobaczyłem cię w jadalni, miałem dziwne wrażenie, że już gdzieś się spotkaliśmy.

– Mieszkałam w Ithace. A ty gdzie?

– W New Hampshire. Z ciocią i wujkiem.

– Nigdy tam nie byłam.

Podszedł bliżej, tak blisko, że jego wielka głowa zasłoniła wschodzący księżyc.

– A przedtem mieszkałem w Marylandzie. Dwa lata temu, gdy żyli jeszcze moi rodzice. Czy coś ci to mówi?

Pokręciła głową.

– Nie pamiętam. Z trudem przypominam sobie nawet mamę i tatę. Jak brzmiały ich głosy. Albo jak się śmiali czy pachnieli.

– To naprawdę smutne, że ich nie pamiętasz.

– Mam albumy ze zdjęciami, ale prawie do nich nie zaglądam. Wydaje mi się, że te fotografie przedstawiają obcych ludzi.

Jego dotyk ją zaskoczył. Wzdrygnęła się. Nie lubiła, gdy jej ktoś dotykał. Odkąd ocknęła się w szpitalu w Londynie, dotyk oznaczał zwykle kolejne ukłucie igłą, kolejną osobę, która zadawała jej ból, choć miała dobre intencje.

– Evensong ma nam teraz zastępować rodzinę – powiedział Will.

– Taak – prychnęła. – Doktor Welliver stale to powtarza. Że wszyscy jesteśmy jedną wielką szczęśliwą rodziną.

– Miło w to wierzyć, nie sądzisz? Że będziemy się sobą wzajemnie opiekowali?

– Jasne. Wierzę też w dobre wróżki. Ludzie nie zajmują się innymi. Każdy dba tylko o siebie.

Między drzewami błysnął promień światła. Odwróciwszy się, Claire spostrzegła nadjeżdżający samochód i natychmiast rzuciła się w kierunku najbliższych zarośli. Will pospieszył za nią, poruszając się na gigantycznych stopach jak hałaśliwa mysz. Przykucnął obok niej.

– Kto przyjeżdża o tej porze? – wyszeptał.

Na dziedzińcu zatrzymał się czarny sedan i wysiadł z niego mężczyzna, wysoki i smukły. Przystanął przy samochodzie, wpatrując się w ciemność, jakby próbował zobaczyć coś, czego nikt inny nie widzi. Przez chwilę Claire myślała spanikowana, że patrzy prosto na nią, i skuliła się jeszcze bardziej za krzakami, próbując ukryć się przed jego przenikliwym wzrokiem.

Przez drzwi szkoły, które otworzyły się nagle na oścież, padł na dziedziniec snop światła i w progu stanął dyrektor Gottfried Baum.

– Anthony! – wykrzyknął. – Dziękuję, że przyjechałeś tak szybko.

– Dzieją się niepokojące rzeczy.

– Na to wygląda. Chodź, chodź. Twój pokój jest gotowy i czeka na ciebie posiłek.

– Jadłem w samolocie. Powinniśmy od razu zająć się tą sprawą.

– Oczywiście. Doktor Welliver monitoruje sytuację w Bostonie. W razie potrzeby jest gotowa interweniować.

Drzwi zostały zamknięte. Claire wstała, zastanawiając się, kim jest ten dziwny gość. I dlaczego dyrektor Baum był taki zdenerwowany.

– Obejrzę jego samochód – oznajmiła.

– Claire, nie – wyszeptał Will.

Ale ona już szła w kierunku sedana. Maska wciąż była nagrzana od silnika, a woskowany lakier lśnił w świetle księżyca. Obeszła samochód, gładząc karoserię. Po znaku na masce rozpoznała, że to mercedes. Czarny, smukły, drogi. Samochód bogatego człowieka.

Oczywiście był zamknięty.

– Kim on jest? – zastanawiał się Will. Zdobył się w końcu na odwagę, by wyjść zza krzaka i teraz stał obok niej.

Claire spojrzała na zachodnie skrzydło budynku, gdzie w oświetlonym oknie pojawiła się na moment czyjaś sylwetka. Potem zasunięto zasłony i już niczego nie widziała.

– Wiemy, że ma na imię Anthony.

Rozdział dziewiąty

Maura nie spała dobrze tej nocy.

Może dlatego, że leżała w nie swoim łóżku. A może z powodu panującej ciszy, tak głębokiej, jakby noc wstrzymywała oddech, na coś czekając. Gdy obudziła się po raz trzeci, księżyc świecił prosto w jej okno. Wcześniej zostawiła rozsunięte zasłony, żeby mieć świeże powietrze, ale teraz wstała z łóżka, by je zaciągnąć. Spojrzała w dół na ogród. Lśnił w blasku księżyca, a kamienne posągi fosforyzowały jak duchy.

Czyżby jeden z nich się poruszył?

Trzymając zasłonę, wpatrywała się w posągi, stojące wśród przystrzyżonych żywopłotów jak figury szachowe. W tym widmowym pejzażu poruszała się z gracją nimfy szczupła postać o długich srebrzystych włosach. Była to spacerująca po ogrodzie dziewczynka.

Na korytarzu za drzwiami pokoju Maury zaskrzypiała podłoga. Usłyszała męskie głosy.

– Nie jesteśmy pewni, czy istnieje realne zagrożenie, ale doktor Welliver chyba jest o tym przekonana.

– Policja panuje nad sytuacją. Możemy tylko czekać i obserwować.

Znam ten głos. Maura włożyła szlafrok i otworzyła drzwi.

– Anthony! – wykrzyknęła.

Anthony Sansone odwrócił się w jej stronę. Stojąc w półmroku korytarza obok o wiele niższego Gottfrieda Bauma, ubrany na czarno Sansone wyglądał potężnie, niemal groźnie. Zauważyła jego pogniecione ubranie, zmęczone oczy i zrozumiała, że ma za sobą długą podróż.

– Przepraszam, jeśli cię obudziliśmy, Mauro – rzekł.

– Nie miałam pojęcia, że przyjedziesz.

– Muszę załatwić parę spraw. – Uśmiechnął się blado. Był to zdawkowy uśmiech, który nie sięgnął oczu. Maura wyczuwała w powietrzu napięcie. Dostrzegała je też na twarzy Gottfrieda Bauma i w tym, że Sansone odnosił się do niej z chłodnym dystansem. Nigdy nie okazywał jej otwarcie sympatii i czasami myślała nawet, że jej nie lubi. Ale tej nocy traktował ją z wyjątkową rezerwą.

– Chcę z tobą porozmawiać – powiedziała. – O Julianie.

– Oczywiście. Może rano? Wyjeżdżam dopiero po południu.

– Przyjechałeś na tak krótko?

Wzruszył przepraszająco ramionami.

– Żałuję, że nie mogę zostać dłużej. Ale wszelkie problemy zawsze możesz przedyskutować z Gottfriedem.

– Ma pani jakieś problemy, doktor Isles? – spytał Gottfried.

– Owszem. Chciałabym wiedzieć, dlaczego Julian tu trafił. Evensong nie jest zwyczajną szkołą z internatem, prawda?

Zauważyła, że obaj mężczyźni wymienili spojrzenia.

– Lepiej zostawmy tę sprawę do jutra – odparł Sansone.

– Muszę o tym porozmawiać, zanim znowu znikniesz.

– Porozmawiamy, obiecuję. – Skinął szybko głową. – Dobranoc, Mauro.

Zamknęła drzwi, zaniepokojona jego wyniosłością. Rozmawiali zaledwie przed dwoma miesiącami, gdy zatrzymał się obok jej domu, podrzuciwszy Juliana. Stali przez dłuższą chwilę na ganku, uśmiechając się do siebie, a on najwyraźniej nie miał ochoty odjeżdżać. A może tylko tak mi się wydawało? Czy kiedykolwiek znałam się na mężczyznach?

Nie miała czym się pochwalić. Przez ostatnie dwa lata była uwikłana w romans z mężczyzną, który nigdy nie mógł do niej należeć, romans, który musiał się źle skończyć, ale – bezradna jak ćpunka – nie potrafiła oprzeć się pokusie. Oto co naprawdę oznacza miłość: umysł pod wpływem narkotyków. Adrenaliny, dopaminy, oksytocyny i serotoniny. Opiewane przez poetów chemiczne szaleństwo.

Przysięgam, że tym razem będę mądrzejsza.

Wróciła do okna, żeby zasunąć zasłony i odgrodzić się od światła księżyca, uważanego za kolejne źródło szaleństwa i sławionego przez tych samych bezmyślnych poetów. Nagle przypomniała sobie postać, którą wcześniej spostrzegła. Spoglądając na ogród, widziała tylko posągi w srebrzystym pejzażu cieni i blasku księżyca. Nic się nie poruszało.

Dziewczynka zniknęła.

* * *

Czy kiedykolwiek tam była? Maura zastanawiała się nad tym następnego ranka, gdy znów wyjrzała przez okno i zobaczyła ogrodnika z nożycami do przycinania żywopłotów. Kogut zapiał głośno, obwieszczając swoją władzę. Był zwyczajny poranek, z promieniami słońca i piejącym kogutem. Ale minionej nocy, w świetle księżyca, wszystko wydawało się nieziemskie.

Ktoś zapukał do drzwi. Była to Lily Saul, która przywitała ją radosnym:

– Dzień dobry! Spotykamy się w gabinecie osobliwości, gdyby chciała pani do nas dołączyć.

– Co to za spotkanie?

– W sprawie pani wątpliwości na temat Evensong. Anthony mówi, że ma pani jakieś pytania, więc jesteśmy gotowi na nie odpowiedzieć. – Wskazała schody. – Pokój na dole, naprzeciwko biblioteki. Będzie czekała na nas kawa.

Wszedłszy do gabinetu osobliwości, Maura stwierdziła, że czeka tam na nią dużo więcej niż tylko kawa. Wzdłuż ścian stały szklane gabloty wypełnione eksponatami: zobaczyła rzeźbione figurki i antyczne narzędzia z kamienia, groty strzał i kości zwierząt. Pożółkłe etykiety świadczyły o tym, że to stara kolekcja, być może własność samego Cyrila Magnusa. W innych okolicznościach przyjrzałaby się uważnie tym skarbom, ale musiała skupić uwagę na pięciu osobach siedzących już przy masywnym dębowym stole.

Sansone wstał z krzesła i powiedział:

– Dzień dobry, Mauro. Znasz już Gottfrieda Bauma, naszego dyrektora. Obok niego siedzi pani Duplessis, która uczy literatury. Profesor botaniki, David Pasquantonio. A to doktor Anna Welliver, nasz szkolny psycholog. – Skinął na uśmiechniętą, słusznej postury kobietę po swojej prawej stronie. Choć już po sześćdziesiątce, doktor Welliver z niesforną grzywą siwych włosów i w staromodnej sukience z kołnierzykiem wyglądała jak starzejąca się hipiska.

– Proszę, doktor Isles – Gottfried wskazał dzbanek z kawą i tacę z croissantami i dżemami – niech się pani częstuje.

Gdy Maura zajęła miejsce obok dyrektora Bauma, Lily postawiła przed nią filiżankę kawy. Maślane croissanty wyglądały kusząco, ale Maura wypiła tylko łyk kawy i skupiła uwagę na Sansonie, który patrzył na nią z drugiego końca stołu.

– Masz pytania na temat naszej szkoły i uczniów – zagaił. – Oto ludzie, którzy potrafią na nie odpowiedzieć. – Skinął głową w kierunku swoich towarzyszy siedzących wokół stołu. – Przedstaw nam swoje wątpliwości, Mauro.

Zaniepokoił ją jego oficjalny ton. A także otoczenie, w którym się znalazła: gabinet osobliwości i grupa obcych ludzi.

Odpowiedziała mu równie oficjalnie:

– Nie sądzę, by szkoła Evensong była odpowiednia dla Juliana.

Gottfried uniósł ze zdumieniem brew.

– Czy powiedział pani, doktor Isles, że jest mu tu źle?

– Nie.

– To pani tak uważa?

– Nie – odparła po namyśle.

– Więc czym się pani martwi?

– Julian opowiadał mi o swoich kolegach i koleżankach. Twierdzi, że wielu z nich straciło krewnych w wyniku przemocy. Czy to prawda?

– Tak, wielu z nich.

– Wielu, czy większość?

Gottfried wzruszył ramionami.

– Większość.

– A więc to szkoła dla ofiar przemocy?

– Mój Boże, nie ofiar – prychnęła doktor Welliver. – Są raczej tymi, którzy ocaleli. Zjawiają się u nas ze specjalnymi potrzebami. A my wiemy dokładnie, jak im pomóc.

– I po to pani tu jest, doktor Welliver? Żeby zaspokajać ich potrzeby emocjonalne?

Doktor Welliver uśmiechnęła się pobłażliwie.

– Większość szkół ma doradców.

– Ale nie zatrudniają na etacie terapeutów.

– To prawda. – Psycholożka spojrzała na siedzących przy stole kolegów. – Możemy stwierdzić z dumą, że jesteśmy pod tym względem wyjątkowi.

– Ponieważ specjalizujecie się w uczeniu dzieci z urazami psychicznymi. – Maura spojrzała na zebranych. – W istocie je rekrutujecie.

– Mauro – wtrącił się Sansone – organizacje zajmujące się chronieniem dzieci przysyłają je do nas z całego kraju, bo oferujemy to, czego nie oferują inne szkoły: poczucie bezpieczeństwa, uporządkowanego życia.

– I poczucie celu? To właśnie próbujecie im wpoić? – Spojrzała na sześć par wpatrujących się w nią oczu. – Wszyscy należycie do Klubu Mefista, prawda?

– Może trzymajmy się tematu – zaproponowała doktor Welliver. – I skoncentrujmy na tym, co robimy w Evensong.

– Właśnie o tym mówię. O tym, jak wykorzystujecie tę szkołę, aby rekrutować żołnierzy do paranoidalnej misji waszej organizacji.

– Paranoidalnej? – Doktor Welliver się zaśmiała. – Nikogo w tym pokoju nie nazwałabym paranoikiem.

– Członkowie Klubu Mefista uważają, że zło jest czymś rzeczywistym. Wierzycie, że ludzkość została zaatakowana i waszą misją jest bronienie jej.

– Pani zdaniem to właśnie tutaj robimy? Szkolimy łowców demonów? – Welliver pokręciła z rozbawieniem głową. – Proszę mi wierzyć, nie zajmujemy się metafizyką. Pomagamy odzyskać równowagę dzieciom, które przeżyły tragedię z powodu przemocy. Dajemy im oparcie, poczucie bezpieczeństwa i doskonałe wykształcenie. Przygotowujemy je do studiów albo realizacji innych celów, jakie sobie wytyczą. Była pani wczoraj na lekcji profesora Pasquantonia. Widziała pani, jak uczniowie się angażują nawet w naukę takiego przedmiotu jak botanika.

 

– Pokazywał im trujące rośliny.

– I właśnie dlatego byli zainteresowani – odparł Pasquantonio.

– Bo w podtekście było morderstwo? Które rośliny można wykorzystać do zabijania?

– To pani interpretacja. Ktoś inny nazwałby to lekcją na temat bezpieczeństwa. Jak rozpoznać zagrożenie i go uniknąć.

– Czego jeszcze uczycie? Balistyki? Analizowania plam krwi?

Pasquantonio wzruszył ramionami.

– Na lekcji fizyki byłyby to stosowne tematy. Jakie ma pani zastrzeżenia?

– Wykorzystujecie te dzieci do realizacji własnego programu.

– Sprzeciwiając się przemocy? Złu, jakie ludzie wyrządzają sobie nawzajem? – Pasquantonio prychnął pogardliwie. – Mówi pani tak, jakbyśmy handlowali narkotykami albo szkolili gangsterów.

– Pomagamy im leczyć rany, doktor Isles – wtrąciła się Lily. – Wiemy, jak to jest być ofiarą zbrodni. Chcemy, żeby odnajdowali sens swojego cierpienia. Podobnie jak my.

„Wiemy, jak to jest”. Tak, Lily Saul wiedziała. Zamordowano jej rodzinę. A Sansone’owi zabito ojca.

Maura nagle zrozumiała. Przeszedł ją dreszcz.

– Każdy z was kogoś stracił – stwierdziła.

Gottfried skinął ze smutkiem głową.

– Ja żonę. Podczas napadu rabunkowego w Berlinie.

– A ja siostrę – rzekła pani Duplessis. – Została zgwałcona i uduszona w Detroit.

– Mojego męża – powiedziała cicho doktor Welliver, pochylając głowę – porwano i zamordowano w Buenos Aires.

Maura spojrzała na Pasquantonia, który wpatrywał się w stół. Nie odpowiedział na jej pytanie. Nie musiał. Jego twarz wyrażała wszystko. Maura pomyślała nagle o swojej siostrze bliźniaczce zamordowanej przed kilku laty, i uświadomiła sobie: Należę do ich grona. Podobnie jak oni opłakuję kogoś, kto zginął wskutek przemocy.

– Rozumiemy te dzieci – ciągnęła doktor Welliver. – Dlatego Evensong jest dla nich najlepszym miejscem. Może jedynym. Są takie jak my. Stanowimy rodzinę.

– Rodzinę ofiar.

– Nie ofiar. Tych, którzy przeżyli.

– Wasi uczniowie uniknęli śmierci, ale są tylko dziećmi – zauważyła Maura. – Nie potrafią sami dokonywać wyboru. Nie mogą protestować.

– Przeciwko czemu? – spytała doktor Welliver.

– Włączaniu ich do tej waszej armii. Uważacie się przecież za armię sprawiedliwych. Zbieracie rannych i zamieniacie ich w wojowników.

– Pielęgnujemy ich. Pokazujemy im, jak podnieść się po klęsce.

– Nie, trzymacie ich w miejscu, gdzie nigdy nie będzie im wolno zapomnieć. Otaczając ich innymi ofiarami, odbieracie im wszelkie szanse, że będą postrzegały świat tak jak inne dzieci. Zamiast światła widzą tylko ciemność. Widzą zło.

– Bo ono istnieje – wyszeptał Pasquantonio. Siedział skulony na krześle, wciąż z pochyloną głową. – Doświadczyli tego w swoim życiu. Widzą tylko to, o czego istnieniu już wiedzą. – Podniósł powoli głowę i spojrzał na nią bezbarwnymi oczami. – Podobnie jak pani.

– Nie. W mojej pracy widuję efekty przemocy. To, co wy nazywacie złem, jest jedynie pojęciem filozoficznym.

– Proszę to nazywać, jak pani chce. Te dzieci znają prawdę. Została wypalona w ich pamięci.

Gottfried dodał rozsądnie:

– Dostarczamy im wiedzę i umiejętności, by potrafiły zmieniać świat. Inspirujemy ich do działania, podobnie jak inne prywatne szkoły. Akademie wojskowe uczą dyscypliny. Seminaria pobożności. Licea przygotowują do studiów.

– A Evensong?

– Uczymy odporności, doktor Isles.

Maura przyjrzała się twarzom ludzi siedzących wokół stołu. Wszyscy byli nauczycielami, a ich uczniowie skrzywdzonymi, bezbronnymi dziećmi, którym nie dano wyboru.

Podniosła się z krzesła.

– Julian tu nie pasuje. Znajdę dla niego inną szkołę.

– Obawiam się, że decyzja nie należy do pani – odparła doktor Welliver. – Nie jest pani jego prawną opiekunką.

– Złożę wniosek w stanie Wyoming.

– O ile wiem, mogła to pani zrobić sześć miesięcy temu. Zrezygnowała pani.

– Bo sądziłam, że ta szkoła będzie dla niego odpowiednim miejscem.

– To jest dla niego odpowiednie miejsce, Mauro – wtrącił się Sansone. – Zabieranie go z Evensong byłoby błędem. Żałowałabyś tego.

Czy w jego głosie pobrzmiewała przestroga? Próbowała odczytać coś z jego twarzy, ale podobnie jak wiele razy przedtem nie potrafiła.

– To decyzja Juliana, nie sądzi pani? – spytała doktor Welliver.

– Tak, oczywiście – odparła Maura. – Ale zamierzam powiedzieć mu, co o tym myślę.

– Proponuję więc, żeby poświęciła pani trochę czasu na zrozumienie, co tu robimy.

– Rozumiem to.

– Dotarła tu pani dopiero wczoraj, doktor Isles – przypomniała Lily. – Nie widziała pani, co oferujemy dzieciom. Nie przespacerowała się pani po naszym lesie, nie widziała naszych stajni ani farmy, nie obserwowała, jakie uczniowie zdobywają umiejętności. Poczynając od strzelania z łuku, przez uprawianie warzyw, po instruktaż, jak przetrwać na pustkowiu. Wiem, że jest pani naukowcem. Czy nie powinna pani opierać swoich decyzji na faktach, a nie na emocjach?

Maura zawahała się, bo Lily miała rację. Nie poznała jeszcze Evensong. Nie ma pojęcia, czy istnieje dla Juliana lepsza możliwość.

– Proszę dać nam szansę – poprosiła Lily. – Poznawszy lepiej naszych uczniów, zobaczy pani, dlaczego tylko Evensong może im pomóc. Właśnie przyjęliśmy dwoje nowych dzieci. Oboje dwa razy przeżyli masakrę. Najpierw zamordowano ich rodziców, potem rodziców zastępczych. Proszę sobie wyobrazić, jak głębokie muszą być ich rany, skoro dwa razy zostali sierotami, dwa razy uszli z życiem? – Lily pokręciła głową. – Nie znam innej szkoły, w której rozumiano by ich ból tak jak tutaj.

„Dwa razy zostali sierotami. Dwa razy uszli z życiem”.

– Które to dzieci? – spytała cicho Maura.

– Nieważne – ucięła doktor Welliver. – Liczy się to, że Evensong jest im potrzebne.

– Chcę znać ich nazwiska. – Głosu Maury zabrzmiał tak ostro, że wszyscy drgnęli.

Po chwili milczenia Lily zapytała:

– Dlaczego to takie istotne?

– Powiedziałaś, że jest ich dwoje.

– Chłopiec i dziewczynka.

– Czy mają ze sobą coś wspólnego?

– Nie. Will przyjechał do nas z New Hampshire, a Claire z miasteczka Ithaca w stanie Nowy Jork. Dlaczego pani pyta?

– Robiłam właśnie sekcję małżeństwa z Bostonu. Zostali zamordowani w swoim domu. Ocalała jedna osoba, ich przybrany syn. Czternastoletni chłopiec. Był sierotą, odkąd dwa lata temu zabito jego rodziców. – Popatrzyła na zdumione twarze osób siedzących przy stole. – Przeżył to, co dwoje waszych uczniów. Dwa razy został sierotą. Dwa razy uszedł z życiem.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?