Ostatni, który umrze

Tekst
Z serii: Rizzoli & Isles #10
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ostatni, który umrze
Ostatni, który umrze
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 66,90  53,52 
Ostatni, który umrze
Audio
Ostatni, który umrze
Audiobook
Czyta Maria Peszek
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zabijanie jest łatwe. Trzeba tylko mieć dostęp do ofiary i odpowiednie narzędzie – kulę, nóż albo semteks. I jeśli dobrze wszystko zaplanujesz, nie musisz zacierać śladów. Ale usunięcie kogoś takiego jak Ikar, który żyje i stawia opór, a przy tym otacza się rodziną i ochroniarzami, to o wiele delikatniejsza sprawa.

Dlatego w czerwcu większość czasu poświęciliśmy na obserwację, rekonesans i próbne działania. Zajmowało nam to długie godziny, siedem dni w tygodniu, ale nikt się nie skarżył. Bo i z jakiego powodu? Mieliśmy wygodny hotel, pokrywano wszelkie koszty. A pod koniec dnia zawsze było dużo alkoholu. Nie jakiegoś sikacza, lecz dobrego włoskiego wina. Zważywszy na zadanie, które mieliśmy wykonać, uważaliśmy, że zasługujemy na wszystko co najlepsze.

Gdy dostaliśmy wiadomość od naszego miejscowego łącznika, był czwartek. Pracował jako kelner w restauracji La Nonna i tego wieczoru zarezerwowano tam na kolację dwa sąsiednie stoliki. Jeden dla czterech osób, drugi dla dwóch. Zamówiono wino Brunello di Montalcino, które miały zostać otwarte natychmiast po zjawieniu się gości, aby pooddychało jak należy. Łącznik nie miał wątpliwości, dla kogo te stoliki zarezerwowano.

Przyjechali dwoma samochodami, jeden za drugim. W czarnym BMW siedzieli dwaj ochroniarze. Srebrne volvo prowadził Ikar. Było to jedno z jego dziwactw: zawsze chciał siedzieć za kierownicą, wszystko kontrolować. Oba samochody zaparkowały po drugiej stronie ulicy dokładnie naprzeciwko restauracji La Nonna, aby podczas kolacji były na widoku. Zajmowałem już swoje stanowisko, siedząc w ogródku pobliskiej kafejki i popijając espresso. Mogłem stamtąd obserwować spektakl, który zaraz miał się rozpocząć.

Zobaczyłem ochroniarzy, którzy pierwsi wysiedli z BMW i przyglądali się, jak Ikar wysiada z volvo. Zawsze prowadził volvo, co stanowiło mało ekscytujący wybór dla człowieka, który mógł pozwolić sobie na całą flotyllę maserati. Otworzył tylne drzwi i wysiadł mały Carlo, jego młodszy syn. To między innymi w trosce o niego Ikar wybrał tak bezpieczny samochód. Ośmioletni Carlo miał duże ciemne oczy i niesforne włosy, jak jego matka. Chłopcu poluzowało się sznurowadło i Ikar pochylił się, by je zawiązać.

W tym momencie Carlo mnie zauważył. Spojrzał mi w oczy tak przenikliwie, że spanikowałem. On wie, pomyślałem. Wie, co się zaraz stanie. Nie miałem dzieci, podobnie jak nikt z naszej ekipy, stanowiły więc dla nas zagadkę. Były jak mali kosmici, nieukształtowane istoty, które można ignorować. Ale oczy Carla, świetliste i mądre, sprawiły, że nagle straciłem pewność siebie i nie potrafiłem usprawiedliwić tego, co mieliśmy zrobić jego ojcu.

Ikar wyprostował się, wziął Carla za rękę i przeprowadził żonę i starszego syna przez ulicę, na kolację do restauracji La Nonna.

Znów zacząłem oddychać.

Nasza ekipa wkroczyła do akcji.

Pojawiła się młoda kobieta, pchając wózek z niemowlęciem ukrytym pod warstwami kocyków. Nagle dziecko zaczęło kwilić. Kobieta przystanęła, by je uspokoić. Tylko ja byłem na tyle blisko, by zauważyć, jak przebija oponę samochodu ochroniarzy. Dziecko zamilkło i kobieta poszła dalej.

W tym momencie w La Nonna nalewano wino, dwaj mali chłopcy nawijali na widelce spaghetti, a z kuchni wynoszono półmiski z cielęciną, jagnięciną i wieprzowiną.

Na ulicy miały się za chwilę zatrzasnąć szczęki wnyków. Wszystko przebiegało zgodnie z planem.

Ale ja wciąż widziałem spojrzenie małego Carla. Przenikało w głąb mojej piersi i ściskało za serce. Kiedy ma się tak silne przeczucie, nigdy nie należy go ignorować.

Żałuję, że to zrobiłem.

Rozdział siódmy

Maura jechała z otwartymi oknami i do samochodu wpadały zapachy lata. Przed kilkoma godzinami zostawiła za sobą wybrzeża Maine i skierowała się na północny zachód, między łagodnie falujące wzgórza, gdzie popołudniowe słońce złociło skoszone pola. Potem nagle pojawił się tak gęsty las, że miała wrażenie, jakby zapadła noc. Jechała wiele kilometrów, nie mijając ani jednego samochodu, i zastanawiała się, czy może źle skręciła. Nie było tam żadnych domów, podjazdów ani nawet znaku, by mogła się zorientować, czy zmierza we właściwym kierunku.

Była już gotowa zawrócić, gdy droga skończyła się nagle przy bramie. Na jej łuku widniało pojedyncze słowo, zapisane splecionymi ozdobnie literami: EVENSONG.

Wysiadła z lexusa i ściągnęła brwi na widok zamkniętej bramy z dwoma masywnymi kamiennymi słupami. Nie dostrzegła przycisku interkomu, a ogrodzenie z kutego żelaza, o ile zdołała się zorientować, ciągnęło się w obu kierunkach głęboko w las. Wyjęła telefon komórkowy, by zadzwonić do szkoły, ale na tym odludziu nie było zasięgu. W leśnej ciszy rozbrzmiało głośno złowróżbne bzyczenie komara. Klepnęła się w policzek, czując ukłucie. Spojrzała na niepokojącą plamę krwi. Inne komary otoczyły ją żarłoczną chmarą. Już miała zamiar wycofać się do samochodu, gdy zauważyła nadjeżdżający po drugiej stronie bramy wózek golfowy.

Wysiadła z niego, machając ręką, znana jej młoda kobieta. Ubrana w obcisłe dżinsy i zieloną wiatrówkę trzydziestoparoletnia Lily Saul wyglądała na o wiele zdrowszą i szczęśliwszą niż wtedy, gdy Maura widziała ją po raz ostatni. Jej brązowe włosy, związane w luźny koński ogon, miały teraz jasne pasemka, a policzki jaśniały zdrowymi rumieńcami. Nie była to ta blada, wychudzona twarz, którą Maura pamiętała z okresu krwawego Bożego Narodzenia, gdy spotkały się podczas dochodzenia w sprawie zabójstwa. O mało nie straciły życia z powodu jego brutalnego finału. Ale Lily Saul, która przez całe lata uciekała przed prawdziwymi i wyimaginowanymi demonami, potrafiła przetrwać i sądząc z jej radosnego uśmiechu, w końcu pozbyła się koszmarów.

– Spodziewaliśmy się pani wcześniej, doktor Isles – powiedziała. – Cieszę się, że zdążyła pani przed zmrokiem.

– Już się bałam, że będę musiała przechodzić przez płot – odparła Maura. – Tutaj nie ma zasięgu i nie mogłam do nikogo zadzwonić.

– Och, wiedzieliśmy, że pani przyjechała. – Lily wystukała kod na klawiaturze przy bramie. – Wzdłuż całej drogi są czujniki ruchu. Są też kamery, choć pewnie ich pani nie zauważyła.

– Jak na szkołę, sporo tych zabezpieczeń.

– Chodzi o ochronę naszych uczniów. Wie pani, jak Anthony dba o bezpieczeństwo. Nigdy za dużo ostrożności. – Napotkała spojrzenie Maury. – Nic dziwnego, że tak się zachowuje, zważywszy, przez co wszyscy przeszliśmy.

Patrząc w oczy Lily, Maura zdała sobie sprawę, że ta młoda kobieta nie pozbyła się do końca swoich koszmarów. Ich cienie ciągle ją prześladowały.

– Minęły prawie dwa lata, Lily. Czy zdarzyło się coś jeszcze?

Lily otworzyła bramę i mruknęła złowróżbnie:

– Na razie nie.

To była odpowiedź w stylu Anthony’ego Sansone’a. U takich ludzi jak Sansone czy Lily, dotkniętych tragedią, zbrodnia pozostawiała trwałe blizny. Dla nich świat zawsze będzie miejscem pełnym zagrożeń.

– Proszę jechać za mną – powiedziała Lily, wsiadając do wózka golfowego. – Zamek jest kilka mil stąd.

– Nie musisz zamknąć bramy?

– Zamknie się automatycznie. Gdyby musiała pani wyjechać, trzeba wystukać kod cztery-pięć-dziewięć-sześć. Taki sam jest przy bramie i przy drzwiach szkoły. Zmieniamy go co poniedziałek i podajemy do wiadomości przy śniadaniu.

– A więc uczniowie też go znają.

– Oczywiście. Brama nie służy temu, by kogokolwiek więzić, doktor Isles, tylko by zapewnić nam ochronę przed światem.

Maura wsiadła do lexusa i gdy przejeżdżała obok dwóch słupów, brama już zaczynała się zamykać. Mimo zapewnień Lily, że to nie miejsce odosobnienia, pręty z kutego żelaza przypominały jej więzienie pod specjalnym nadzorem. Kojarzyły się z brzękiem metalu i widokiem oczu spoglądających na nią zza krat.

Jechała za wózkiem golfowym Lily po wąskiej drodze wijącej się w gęstym lesie. Nagle z mrocznej zieleni wyłoniła się zaskakująco jasna pomarańczowa huba, rosnąca na pniu starego dębu. Wysoko w koronach drzew trzepotały ptaki. Czerwona wiewiórka przysiadła na gałęzi, kręcąc ogonem. Jakie jeszcze istoty wyjdą po zapadnięciu zmroku z leśnych ostępów Maine?

Nagle wyjechała z lasu na otwartą przestrzeń i zobaczyła jezioro. W oddali, za nieprzeniknioną taflą ciemnej wody, majaczył budynek Evensong. Lily nazwała go zamkiem i dokładnie tak wyglądał. Osadzony na granitowej skale, zbudowany był z szarego granitu i sprawiał wrażenie, jakby wyrastał ze wzgórza.

Przejechały pod kamiennym łukiem na dziedziniec i Maura zaparkowała lexusa obok omszałego muru. Zaledwie godzinę wcześniej był letni dzień, ale gdy wysiadła z auta, poczuła zimne i wilgotne powietrze. Spoglądając na wysokie granitowe mury i stromy dach, wyobraziła sobie krążące wysoko nad wieżą nietoperze.

– Proszę się nie martwić o walizkę – powiedziała Lily, wyciągając ją z bagażnika lexusa. – Zostanie tu na schodach i pan Roman zaniesie ją do pani pokoju.

– Gdzie są wszyscy uczniowie?

– Większość wyjechała na letnie wakacje. Podobnie jak nauczyciele. Zostało tylko dwadzieścioro dzieci i minimalna obsada personelu, który przebywa tutaj cały rok. A w przyszłym tygodniu będzie tu pani miała z Julianem prawdziwy spokój, bo zabieramy resztę dzieci na wycieczkę do Quebecu. Szybko panią oprowadzę, a potem zobaczy się pani z Julianem. Jest teraz na lekcji.

– Jak sobie radzi? – spytała Maura.

– Och, naprawdę rozkwitł, odkąd tu trafił! Nadal nie przepada za lekcjami, ale jest zaradny i zauważa rzeczy, których inni nie dostrzegają. I opiekuje się młodszymi dziećmi, zawsze je chroni. Prawdziwy anioł stróż. – Lily zamilkła. – Potrwało trochę, zanim nabrał do nas zaufania. Łatwo to zrozumieć, po tym, co przeszedł w Wyoming.

Tak, Maura rozumiała. Przeżywali to z Julianem wspólnie, walcząc o życie i nie wiedząc, komu ufać.

– A ty, Lily? Jak ci się wiedzie?

– Jestem tu, gdzie powinnam być. Mieszkam w pięknym miejscu. Uczę wspaniałe dzieciaki.

 

– Julian wspominał mi, że zbudowałaś w klasie rzymską katapultę.

– Tak, podczas lekcji na temat machin oblężniczych. Uczniowie naprawdę się zaangażowali. Niestety, stłukli szybę.

Idąc po kamiennych schodach, dotarły do masywnych drewnianych drzwi, tak wysokich, że zmieściłby się w nich olbrzym. Otworzyły się z łatwością, gdy Lily pchnęła je lekko, wystukawszy kod. Przeszły przez próg do holu ze strzelistymi drewnianymi łukami. Na ścianie wisiał żelazny kinkiet, a nad nim wstawiony był w łuk, jak wielobarwne oko, okrągły witraż. W to ponure popołudnie przepuszczał tylko mętne światło.

Maura przystanęła u podnóża ogromnych schodów i podziwiała wiszące na ścianie wypłowiałe gobeliny z wizerunkami dwóch jednorożców odpoczywających wśród winorośli i drzew owocowych.

– To prawdziwy zamek – stwierdziła.

– Zbudował go około tysiąc osiemset trzydziestego piątego roku megaloman o nazwisku Cyril Magnus. – Lily pokręciła z niesmakiem głową. – Był potentatem w kolejnictwie, myśliwym, kolekcjonerem dzieł sztuki i ogólnie rzecz biorąc, łajdakiem, jak wynika z większości opinii. To był jego prywatny zamek, zaprojektowany w gotyckim stylu, który Magnus podziwiał podczas podróży po Europie. Granit wydobyto w kamieniołomach sześćdziesiąt kilometrów stąd. Stare dębowe drewno pochodzi z Maine. Gdy Evensong nabyło tę posiadłość trzydzieści lat temu, nadal była w całkiem dobrym stanie, więc większość tego, co pani tu widzi, to oryginalne wyposażenie. Z latami Cyril Magnus rozbudowywał zamek, przez co trochę trudno się w nim zorientować. Proszę się nie dziwić, jeśli się pani zgubi.

– Te gobeliny – Maura wskazała tkaninę z jednorożcami – naprawdę wyglądają na średniowieczne.

– Bo są. Pochodzą z willi Anthony’ego we Florencji.

Maura widziała bezcenną kolekcję szesnastowiecznych obrazów i weneckich mebli, którą Sansone zgromadził w rezydencji na Beacon Hill. Nie miała wątpliwości, że jego willa we Florencji jest równie okazała jak ten zamek, a dzieła sztuki nawet bardziej imponujące. Ale tutaj nie było ciepłych, miodowych barw murów Toskanii. Szary granit emanował chłodem nawet w słoneczny dzień.

– Była już pani tam? – spytała Lily. – W jego domu we Florencji?

– Nie zostałam zaproszona – odparła Maura. W przeciwieństwie do ciebie, jak sądzę.

Lily spojrzała na nią z namysłem.

– To na pewno tylko kwestia czasu – stwierdziła, odwracając się do ściany wyłożonej boazerią. Gdy nacisnęła jedną z desek, otworzyły się ukryte drzwi. – To przejście do biblioteki.

– Ukrywacie książki?

– Nie, to tylko jedna z ciekawostek tego zamku. Stary Cyril Magnus chyba lubił niespodzianki, bo to nie jedyne zamaskowane drzwi w tym domu. – Lily poprowadziła ją pozbawionym okien korytarzem, gdzie wrażenie mroku pogłębiała jeszcze boazeria z ciemnego drewna. Na jego końcu znajdował się pokój, którego wysokie łukowe okna wpuszczały ostatnie szare światło dnia. Maura wpatrywała się zdumiona w rzędy regałów sięgających na wysokość trzech kondygnacji, aż do kopuły sufitu z freskiem przedstawiającym puszyste chmury na tle błękitnego nieba.

– Ta biblioteka to bijące serce Evensong – oznajmiła Lily. – Uczniowie mogą tu przychodzić o każdej porze dnia i nocy i wziąć z półki dowolną książkę, jeśli tylko obiecają traktować ją z szacunkiem. A jeśli nie znajdą tego, czego szukają, w bibliotece… – Lily podeszła do drzwi i otworzyła je, pokazując pokój z kilkunastoma komputerami – …ostatnią deską ratunku jest zawsze doktor Google. – Zamknęła drzwi z wyrazem niechęci na twarzy. – Ale kto chciałby korzystać z internetu, gdy prawdziwe skarby są tutaj? – Wskazała trzy piętra regałów. – Zgromadzona pod jednym dachem mądrość wielu stuleci. Ślinka mi cieknie na sam widok.

– Mówisz jak przystało na nauczycielkę filologii klasycznej – stwierdziła Maura, odczytując tytuły książek. Kobiety Napoleona. Żywoty świętych. Mitologia egipska. Zatrzymała wzrok na jednym z tytułów. Był wytłoczony złotymi literami na ciemnej skórze: Lucyfer. Wydawało się, że książka ją przyzywa, domaga się jej uwagi. Sięgnęła po nią i spojrzała na zniszczoną skórzaną okładkę z tłoczoną podobizną przykucniętego demona.

– Wierzymy, że nie należy wyznaczać granic wiedzy – powiedziała cicho Lily.

– To wiedza – Maura wsunęła książkę na miejsce i spojrzała na młodą kobietę – czy przesądy?

– Dobrze jest rozumieć i jedno, i drugie, nie sądzi pani?

Maura przeszła przez pokój obok rzędów długich drewnianych stołów i krzeseł, obok szeregu globusów pokazujących świat, jaki znano w poszczególnych epokach.

– O ile nie przedstawia się przesądów i mitów jako faktów – rzekła, przystając, by przyjrzeć się globusowi z 1650 roku, ze zniekształconymi kontynentami i ogromnymi obszarami jeszcze nieznanymi i niezbadanymi.

– W istocie uczymy ich pani systemu wierzeń, doktor Isles.

– Mojego systemu wierzeń? – Maura popatrzyła na nią zdziwiona. – A cóż to takiego?

– Nauka. Chemia, fizyka, biologia i botanika. – Zerknęła na zegar dziadka. – Julian właśnie tego się uczy. I lekcja zaraz się skończy.

Opuściły bibliotekę, wróciły korytarzem z ciemną boazerią do głównego holu i weszły na wielkie schody. Gdy mijały gobeliny, Maura spostrzegła, że się poruszyły, pewnie z powodu przeciągu, i jednorożce jakby ożyły, drżąc pod ciężkimi od owoców drzewami. Schody zakręcały koło okna i Maura przystanęła, podziwiając widoczne w oddali zalesione wzgórza. Julian powiedział jej, że szkoła jest otoczona lasami i od najbliższej osady dzieli ją wiele kilometrów. Dopiero teraz zobaczyła, że Evensong jest naprawdę odizolowany od świata.

– Nic nas tu nie dopadnie. – Zaskoczyło ją, że ten cichy głos dochodzi z tak bliskiej odległości. Lily stała ukryta w cieniu łuku. – Uprawiamy warzywa, hodujemy kury i krowy, żeby mieć jajka i mleko. Mamy drewno na opał. Nie potrzebujemy zewnętrznego świata. To pierwsze miejsce, w którym czuję się naprawdę bezpieczna.

– W lesie, z niedźwiedziami i wilkami?

– Obie wiemy, że za bramą jest wiele większych niebezpieczeństw niż niedźwiedzie i wilki.

– Jest ci teraz łatwiej, Lily?

– Nadal każdego dnia myślę o tym, co się stało. Co zrobił mojej rodzinie i mnie. Ale pobyt tutaj bardzo mi pomógł.

– Naprawdę? A może ta izolacja tylko wzmaga twoje lęki?

Lily spojrzała prosto w oczy Maury.

– Zdrowy lęk przed światem utrzymuje niektórych z nas przy życiu. Tego nauczyłam się dwa lata temu. – Ruszyła po schodach, obok mrocznego obrazu przedstawiającego trzech mężczyzn w średniowiecznych szatach, który był niewątpliwie kolejnym darem z rodowej kolekcji Anthony’ego Sansone’a. Maura pomyślała o niesfornych uczniach przebiegających codziennie obok tego dzieła i zastanawiała się, ile ułamków sekundy przetrwałoby nienaruszone w każdej innej szkole. Pomyślała również o bibliotece z bezcennymi woluminami, oprawionymi w skórę z wytłaczanymi złotymi napisami. Uczniowie z Evensong muszą być niezwykli, skoro powierza im się takie skarby.

Gdy dotarły na pierwsze piętro, Lily wskazała wyższą kondygnację.

– Pokoje mieszkalne są tam. Sypialnie uczniów we wschodnim skrzydle, a nauczycieli i gości w zachodnim. Pani zamieszka w starszej części zachodniego skrzydła, gdzie pokoje mają piękne kamienne kominki. W lecie to najlepsze miejsce w całym budynku.

– A zimą?

– Nie nadaje się do mieszkania. Chyba że chce się przez całą noc dorzucać drewno do kominka. Kiedy robi się zimno, zamykamy to skrzydło. – Lily poprowadziła ją przez hol na piętrze. – Zobaczmy, czy stary Pasky już skończył.

– Kto?

– Profesor David Pasquantonio. Uczy botaniki, biologii komórkowej i chemii organicznej.

– Dość zaawansowane przedmioty, jak na uczniów szkoły średniej.

– Szkoły średniej? – Lily się zaśmiała. – Zaczynamy uczyć tych przedmiotów już w gimnazjum. Dwunastolatki są o wiele bystrzejsze, niż wydaje się większości ludzi.

Mijały otwarte drzwi pustych klas. Maura zauważyła dyndający na stojaku ludzki szkielet, stół laboratoryjny z próbówkami, zwijaną planszę z chronologicznym zapisem historii świata.

– Skoro są wakacje, jestem zaskoczona, że nadal prowadzicie zajęcia.

– W przeciwnym razie dwadzieścioro dzieci oszalałoby z nudów. Próbujemy zmusić ich szare komórki do wysiłku.

Skręciwszy za róg, natknęły się na ogromnego czarnego psa, który leżał przez zamkniętymi drzwiami. Na widok Maury uniósł łeb, po czym skoczył w jej stronę, machając energicznie ogonem.

– Ua! Niedźwiedź! – Maura zaśmiała się, gdy stanął na tylnych łapach. Przednie oparł na jej ramionach i liznął ją mokrym jęzorem po twarzy. – Widzę, że nie nabrałeś lepszych manier.

– Najwyraźniej cieszy się, że znów panią spotyka.

– Ja też się cieszę – szepnęła Maura, ściskając psa. Opadł na cztery łapy i przysięgłaby, że się do niej uśmiechał.

– Zostawię panią tutaj – oznajmiła Lily. – Julian czekał niecierpliwie na pani przyjazd, więc może pani wejdzie?

Maura pożegnała ją gestem ręki i wślizgnęła się do klasy tak cicho, że nikt jej nie zauważył. Stanęła w kącie, obserwując, jak łysy nauczyciel w okularach zapisuje na tablicy szybkimi ruchami chudej ręki tygodniowy rozkład zajęć.

– Punktualnie o ósmej rano spotykamy się nad jeziorem – mówił. – Jeśli ktoś się spóźni, zostanie. I straci okazję, żeby zobaczyć rzadki gatunek Amanita bisporigera, który pojawił się właśnie po ostatnich opadach. Zabierzcie wysokie buty i kurtki przeciwdeszczowe, może być błoto.

Juliana „Szczura” Perkinsa łatwo było rozpoznać wśród dwudziestki uczniów zebranych wokół stołu profesora Pasquantonia, nawet od tyłu. W wieku szesnastu lat miał już sylwetkę mężczyzny. Jego szerokie ramiona stały się jeszcze bardziej muskularne, odkąd go ostatnio widziała. Polegała na tych ramionach zeszłej zimy, gdy walczyli razem o życie w górach Wyoming. Dzięki temu wytworzyła się między nimi głęboka i trwała więź. Julian był jej bliski jak syn. Patrzyła z dumą, jak stoi wyprostowany i z uwagą słucha profesora Pasquantonia, choć ten ględził głosem przypominającym brzęczenie komara.

– Chcę mieć wszystkie wasze raporty na temat trujących roślin do piątku, zanim większość z was wyjedzie na wycieczkę do Quebecu. I nie zapomnijcie, że w środę mamy kwiz z rozpoznawania grzybów. Lekcja skończona.

Julian odwrócił się i spostrzegł Maurę, a jego twarz rozjaśnił uśmiech. Zrobił dwa kroki w jej kierunku, rozkładając ręce, by ją uściskać. Jednak po chwili zdał sobie sprawę, że patrzą na niego koledzy, i Maura musiała się zadowolić zdawkowym pocałunkiem w policzek i nieporadnym poklepaniem po ramieniu.

– Nareszcie jesteś! Czekałem na ciebie całe popołudnie.

– Teraz mamy dla siebie pełne dwa tygodnie. – Odgarnęła z jego twarzy ciemny kosmyk, pogłaskała go po policzku i wyczuła ze zdziwieniem pierwsze oznaki zarostu. Dorastał zdecydowanie za szybko.

Julian się zaczerwienił. Uświadomiła sobie, że niektórzy uczniowie nie wyszli jeszcze z klasy i stoją, patrząc na nich. Większość nastolatków ignorowała istnienie dorosłych, ale koledzy i koleżanki Juliana wydawali się zaintrygowani obecnością obcego przybysza. Byli to zarówno gimnazjaliści, jak i licealiści, ubrani w całą gamę strojów, poczynając od blondynki w podartych dżinsach, a na chłopcu w wizytowych spodniach i oksfordzkiej koszuli kończąc. Wszyscy wpatrywali się w Maurę.

– Jest pani lekarzem sądowym – powiedziała dziewczynka w minispódniczce. – Słyszeliśmy, że pani przyjedzie.

Maura się uśmiechnęła.

– Julian o mnie wspominał?

– No pewnie, przez cały czas. Poprowadzi pani dla nas lekcję?

– Lekcję? – Spojrzała na Juliana. – Nie planowałam tego.

– Chcemy posłuchać o medycynie sądowej – odezwał się piskliwie chłopiec o azjatyckich rysach twarzy. – Na biologii kroiliśmy żaby i świńskie płody, ale to była zwykła anatomia. Nie da się porównać z tym, co pani robi z martwymi ludźmi.

Maura spojrzała na ich zaciekawione twarze. Podobnie jak w przypadku większości ludzi, ich wyobraźnię pobudzały prawdopodobnie zbyt liczne telewizyjne seriale policyjne i powieści kryminalne.

– Nie jestem pewna, czy taki temat byłby stosowny – odparła.

– Bo jesteśmy dziećmi?

– Medycynę sądową wykłada się zwykle na studiach. Nawet dla większości dorosłych ta tematyka jest poruszająca.

– Nie dla nas – stwierdził mały Azjata. – Ale może Julian nie powiedział pani, kim jesteśmy?

Jesteście dziwni, pomyślała Maura, przyglądając się, jak koledzy i koleżanki Juliana wychodzą, szurając butami po skrzypiącej podłodze. W ciszy, która zapadła, Niedźwiedź wydał znudzony skowyt i pobiegł truchtem polizać dłoń Juliana.

– Kim jesteśmy? Co on chciał przez to powiedzieć? – spytała Maura.

Odpowiedział jej nauczyciel:

 

– Podobnie jak zbyt wielu jego kolegów, młody pan Chinn często coś mówi, zanim pomyśli. Nie ma sensu doszukiwać się głębszego znaczenia w dziecięcej paplaninie. – Mężczyzna spojrzał na Maurę znad okularów z kwaśną miną. – Jestem profesor Pasquantonio. Julian wspominał, że odwiedzi nas pani w tym tygodniu, doktor Isles. – Spojrzał na chłopca i uśmiechnął się lekko. – Nawiasem mówiąc, to dobry uczeń. Musi popracować nad pisaniem wypracowań, jest beznadziejny z ortografii. Ale lepiej niż ktokolwiek potrafi znaleźć w lesie rzadkie okazy roślin.

Julian uśmiechnął się szeroko na ten komplement, choć okraszony krytycznymi uwagami.

– Popracuję nad ortografią, panie profesorze.

– Życzę miłego pobytu u nas, doktor Isles – powiedział Pasquantonio, zbierając ze stołu notatki i rośliny. – Ma pani szczęście, że o tej porze roku jest spokojnie. Nie słychać na schodach tupotu nóg, jakby pędziło stado słoni.

Maura spostrzegła fioletowe kwiaty, które nauczyciel trzymał w ręku.

– Tojad?

Pasquantonio skinął głową.

– Aconitum. Bardzo dobrze.

Obejrzała inne okazy roślin, które rozłożył na stole.

– Naparstnica. Psianka. Liście rabarbaru.

– A to? – Podniósł do góry gałązkę z uschniętymi liśćmi. – Dodatkowe punkty, jeśli powie mi pani, co to za kwitnący krzew.

– Oleander.

Spojrzał na nią, a w jego jasnych oczach rozbłysło zainteresowanie.

– Rozpoznała go pani, chociaż nie rośnie w naszym klimacie. – Pokiwał z uznaniem łysą głową. – Jestem pod wrażeniem.

– Wychowałam się w Kalifornii, gdzie oleander jest pospolitym gatunkiem.

– Podejrzewam, że zajmuje się też pani ogrodnictwem.

– Próbuję. Ale jestem patologiem. – Popatrzyła na rośliny rozłożone na stole. – To wszystko gatunki trujące.

– A niektóre są takie piękne – westchnął profesor. – Uprawiamy tojad i naparstnicę w naszym ogrodzie kwiatowym. A rabarbar w warzywnym. Psianka, z tymi słodkimi kwiatuszkami i jagodami, rośnie wszędzie jak pospolity chwast. Otaczają nas pięknie zakamuflowane narzędzia śmierci.

– I uczy pan tego dzieci?

– Potrzebują tej wiedzy jak każdy. Przypomina im to, że świat przyrody jest niebezpiecznym miejscem, jak dobrze pani wie. – Ułożył okazy na półce i zebrał kartki z notatkami. – Miło panią poznać, doktor Isles – powiedział, po czym odwrócił się do Juliana. – Panie Perkins, wizyta pańskiej przyjaciółki nie posłuży za wymówkę, żeby odrabiać późno pracę domową. Chyba wyrażam się jasno?

– Tak, proszę pana – odparł z szacunkiem Julian. Zachował poważny wyraz twarzy, dopóki profesor Pasquantonio nie oddalił się w głąb holu i dopiero wtedy wybuchnął śmiechem. – Teraz wiesz, dlaczego ma ksywkę Truciciel Pasky.

– Nie wydaje się zbyt przyjazny.

– I nie jest. Wolałby rozmawiać ze swoimi roślinami.

– Mam nadzieję, że twoi pozostali nauczyciele nie są aż tak dziwni.

– Wszyscy tu jesteśmy dziwni. Dlatego to takie ciekawe miejsce. Jak mówi pani Saul, normalność jest nudna.

Uśmiechnęła się do niego i znów dotknęła jego twarzy. Tym razem się nie cofnął.

– Chyba jesteś tu szczęśliwy, Szczurku. Dobrze ci się układa ze wszystkimi?

– Lepiej niż w domu.

Dom w Wyoming był dla Juliana ponurym miejscem. Chłopak kiepsko się uczył, był zastraszany i ośmieszany, słynął nie z sukcesów w nauce, lecz z wykroczeń i bójek. Gdy miał szesnaście lat, wydawało się, że czeka go przyszłość w więzieniu.

Kiedy więc twierdził, że jest dziwny, mówił prawdę. Nie był normalny i nigdy nie będzie. Odrzucony przez rodzinę, pozostawiony sam na pustkowiu, nauczył się polegać na sobie. Zabił człowieka. Zrobił to w obronie własnej, ale przelanie czyjejś krwi na zawsze zmienia człowieka i Maura zastanawiała się, czy to wspomnienie jeszcze go prześladuje.

Wziął ją za rękę.

– Chodźmy, chcę cię oprowadzić.

– Pani Saul pokazała mi bibliotekę.

– Byłaś już w swoim pokoju?

– Nie.

– Jest w starym skrzydle, tam gdzie mieszkają wszyscy ważni goście. Tam też zatrzymuje się pan Sansone, gdy nas odwiedza. W twoim pokoju jest duży stary kominek z kamienia. Kiedy była u nas ciotka Briany, zapomniała otworzyć szyber w przewodzie kominowym i pokój wypełnił się dymem. Musiano ewakuować cały budynek. Więc pamiętaj, dobrze?

Żeby otworzyć szyber? – I nie narobić mi wstydu – taki był podtekst tej prośby.

– Zapamiętam. Kim jest Briana?

– Jedną z dziewczyn.

– Tylko jedną z dziewczyn? – Z ciemnymi i przenikliwymi oczami Julian wyrastał na przystojnego młodego mężczyznę, który pewnego dnia będzie przyciągał wiele kobiecych spojrzeń. – Proszę o szczegóły.

– Nic mnie z nią nie łączy.

– Spotkałam ją właśnie w klasie?

– Tak. Ma długie czarne włosy. I bardzo krótką spódniczkę.

– O, jest ładna.

– Chyba tak.

Maura się zaśmiała.

– No nie, nie udawaj, że nie zauważyłeś.

– Owszem. Ale myślę, że jest trochę stuknięta. W sumie żal mi jej.

– Dlaczego?

Spojrzał na Maurę.

– Jest tutaj, bo zamordowano jej mamę.

Maura nagle pożałowała, że tak bezceremonialnie wypytuje o jego przyjaźnie. Nastoletni chłopcy stanowili dla niej zagadkę. Byli niezdarnymi istotami o wielkich stopach i buzujących hormonach, w jednej chwili bezbronnymi, a w drugiej zimnymi i wyniosłymi. Choć bardzo pragnęła być dla niego matką, nigdy nie będzie w tym dobra, nigdy nie będzie miała instynktu macierzyńskiego.

Milczała, idąc za nim przez hol na drugim piętrze, gdzie na ścianach wisiały obrazy, przedstawiające średniowieczne wioski, stoły biesiadne i Madonnę z Dzieciątkiem o cerze koloru kości słoniowej. Jej pokój znajdował się przy końcu holu. Gdy do niego weszła, zobaczyła swoją walizkę leżącą na stojaku z wiśniowego drewna. Za oknem widać było otoczony murem ogród z kamiennymi posągami. Na mur jak atakująca armia napierał las.

– Z tego miejsca rano zobaczysz piękny wschód słońca.

– Tutaj wszystkie widoki są piękne.

– Pan Sansone uznał, że spodoba ci się ten pokój. Jest najspokojniejszy.

Stała przy oknie odwrócona tyłem do Juliana.

– Czy on był tu ostatnio? – spytała.

– Przyjechał jakiś miesiąc temu. Zawsze zjawia się na zebrania rady szkoły.

– Kiedy będzie następne?

– Dopiero w przyszłym miesiącu. – Julian milczał przez chwilę. – Lubisz go, prawda?

Jej milczenie było aż nadto wymowne.

– Okazał się bardzo hojny – odrzekła rzeczowo i odwróciła się do Juliana. – Oboje dużo mu zawdzięczamy.

– Czy tylko tyle masz o nim do powiedzenia?

– A co więcej?

– Cóż, pytałaś mnie o Brianę. Uznałem, że zapytam o pana Sansone’a.

– Rozumiem.

Ale jego pytanie wisiało w powietrzu i nie wiedziała, jak na nie odpowiedzieć. „Lubisz go prawda?”.

Patrzyła na misternie rzeźbione łoże z baldachimem i dębową szafę. Być może te antyki również pochodzą z domu Sansone’a. Choć jego samego tu nie było, wszędzie widziała dowody jego obecności, od bezcennych dzieł sztuki na ścianach po oprawione w skórę książki w bibliotece. Odosobnienie tego zamku, zamknięta brama i wewnętrzna droga odzwierciedlały jego obsesyjne pragnienie prywatności. Jedyny irytujący akcent w pokoju stanowił wiszący nad kominkiem olejny portret aroganckiego dżentelmena w stroju myśliwskim, ze strzelbą na ramieniu i nogą wspartą na martwym jeleniu.

– To Cyril Magnus – wyjaśnił Julian.

– Człowiek, który wybudował ten zamek?

– Najbardziej pasjonował się myślistwem. Na poddaszu jest tona trofeów, które przywoził z całego świata. Wisiały w jadalni do czasu, aż doktor Welliver powiedziała, że te wypchane głowy psują jej apetyt, i kazała panu Romanowi je zdjąć. Uważała, że gloryfikują przemoc. Doszło do wielkiej awantury i w końcu dyrektor Baum kazał nam wszystkim głosować w tej sprawie, nawet uczniom. Wtedy właśnie zdjęto te głowy.

Nie znała żadnej z osób, o których mówił, co było smutnym przypomnieniem, że nie należy już do jego świata, że Julian ma teraz swoje życie daleko od niej. Poczuła się osamotniona.

– …a teraz doktor Welliver i pan Roman sprzeczają się o to, czy uczniowie powinni uczyć się sztuki polowania. Pan Roman uważa, że tak, bo to tradycyjna umiejętność, a doktor Welliver twierdzi, że to barbarzyństwo. Pan Roman wypomniał doktor Welliver, że je mięso, więc też postępuje jak barbarzyńca. Boże, ależ się wściekła!