Osaczona

Tekst
Z serii: Thriller
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ DRUGI

Posterunek policji mieścił się w dawnym sklepie wielobranżowym, którego wnętrze, w miarę upływu lat, dzielono na coraz mniejsze pokoje i pokoiki. Chase’owi wydawało się, że budynek jest bardziej imponujący, ale od tamtego czasu minęły przecież lata. Był małym urwisem, dla którego sama zbitka słów „posterunek policji” brzmiała groźnie, gdy przyprowadzono go tu za zniszczenie róż pani Gordimer, co zrobił zupełnie niechcący. Sufity wydawały mu się wówczas wyższe, pokoje większe, a każde prowadzące w nieznane drzwi budziły przerażenie.

Lorne Tibbetts, nowy szef policji, znakomicie pasował to tej klaustrofobicznej scenerii. Wyglądał jak maleńki klocek schludnie ubrany w mundur khaki i dodającą wzrostu czapkę, która, jak przypuszczał Chase, miała przykrywać łysinę.

Niewielki wzrost nadrabiał manierami. Zgrabnie przecisnął się pomiędzy biurkami i szafkami zagracającymi pokój, by przywitać Evelyn z przesadną gorliwością, należną kobiecie o jej pozycji społecznej.

– Przykro mi, że musiałaś się fatygować. – Uścisnął jej ramię wystudiowanym gestem pocieszenia. – Na pewno masz za sobą straszną noc.

Evelyn wzruszyła ramionami, co po części służyło za odpowiedź, a po części miało pomóc pozbyć się jego uścisku.

– Wiem, że jest ci ciężko – dodał komendant. – Wolałbym dać ci dzisiaj spokój, ale sama rozumiesz. Muszę sporządzić raport. – Obrzucił Chase’a pozornie obojętnym spojrzeniem.

– To jest Chase. – Evelyn potarła rękaw, jakby chciała się pozbyć śladu po dłoni Tibbettsa. – Brat Richarda. Przyjechał rano z Connecticut.

– Rzeczywiście! Pańskie zdjęcie wisi w sali gimnastycznej w liceum. – Wyciągnął rękę. Miał miażdżący uścisk dłoni, jakby w ten sposób próbował skompensować niski wzrost. – W stroju koszykarskim.

– Nadal je mają? – spytał zaskoczony Chase.

– Pan, jak mi się zdaje, z rocznika 71, prawda? Środkowy w drużynie uniwersyteckiej.

– Skąd pan to wie?

– Sam grałem w kosza. Liceum w Madison w stanie Wisconsin. – Uśmiechnął się lekko. – Miałem rekord rzutów wolnych, a także największą liczbę zdobytych punktów.

Tak, Chase mógł to sobie doskonale wyobrazić. Lorne Tibbetts, karzeł szalejący na boisku.

Nagle drzwi otworzyły się z rozmachem i rozległ się kobiecy głos:

– Cześć, Lorne!

Tibbetts odwrócił się.

– Annie, znów tu jesteś?

– Wyrzucają drzwiami, wracam oknem. – Przełożyła znoszoną torbę na drugie ramię. – Kiedy dostanę oświadczenie?

– Kiedy będzie gotowe.

Niezrażona odwróciła się do Evelyn. Mogłyby pozować do sesji zdjęciowej „Metamorfozy” w jakimś piśmie kobiecym. Annie, z potarganymi włosami, w powyciąganej bluzie i dżinsach, miałaby tabliczkę „Przed”.

– Pani Tremain – odezwała się uprzejmie – Wiem, że to nie jest dobry moment, ale cisną mnie w redakcji. Może pani powiedzieć kilka słów o tej tragedii?

– Na miłość boską! – Tibbetts odwrócił się do policjanta siedzącego przy biurku. – Ellis, zabierz ją stąd.

Funkcjonariusz natychmiast poderwał się na równe nogi.

– Wynoś się, Annie, bo inaczej napiszesz swój artykuł zza kratek.

– Idę już, idę. – Szarpnęła drzwi. – Jak rany, nawet nie można spokojnie pracować.

Evelyn spojrzała na Chase’a i wyjaśniła:

– To Annie Berenger, jedna z najlepszych dziennikarek Richarda. Strasznie natrętna.

– Trudno jej się dziwić – skomentował Tibbetts. – W końcu za to jej płacicie. – Wziął Evelyn za rękę. – Chodźmy do mojego pokoju. To jedyne spokojne miejsce w tym akwarium.

Biuro Lorne’a mieściło się na końcu korytarza. Niemal każdy skrawek powierzchni był zajęty: biurko, dwa krzesła, szafka na książki, półki na dokumenty. W rogu stała zwiędnięta paprotka. Mimo ciasnoty panował tu idealny porządek: na półkach ani śladu kurzu, papiery ułożone w równe stosy. Na ścianie, w widocznym miejscu, wisiała tabliczka z wielce znaczącym napisem: „Małe psy walczą najzacieklej”.

Tibbetts i Evelyn zajęli dwa krzesła. Trzecie przyniesiono dla sekretarki, która miała robić dodatkowe notatki. Chase stanął z boku. Właściwie wolał stać, bo mógł rozprostować przykurczone po jeździe nogi.

Ale po dziesięciu minutach nie było mu już tak wygodnie. Z trudem koncentrował się na rozmowie. Czuł się niemal jak ta obumarła paprotka w rogu.

Tibbetts zadawał pytania, Evelyn odpowiadała na nie tym swoim półszeptem, który mógł wprowadzić słuchacza w stan hibernacji. Szczegółowo zrelacjonowała przebieg poprzedniego wieczoru. O szóstej cała rodzina jadła kolację. Podano udziec jagnięcy ze szparagami, a na deser suflet cytrynowy. Richard jak zwykle wypił kieliszek wina. Rozmawiali o tym, co zawsze: redakcyjne plotki, spadek nakładu, rosnące koszty druku. Martwili się procesem o zniesławienie, jako że kampania przeciwko deweloperom zezłościła Tony’ego Graffama. Potem przeszli do egzaminów Philipa i stopni Cassie. Bzy pięknie zakwitły w tym roku. Podjazd wymagał wymiany nawierzchni. Zwykłe rozmowy przy rodzinnym stole.

O dziewiątej Richard wrócił do redakcji, żeby jeszcze popracować nad tym numerem. Tak w każdym razie powiedział.

– A ty? – spytał szef policji.

– Poszłam na górę do łóżka.

– Co robili Cassie i Philip?

– Wyszli. Zdaje się do kina.

– Więc każdy zajął się sobą?

– Tak. – Evelyn opuściła wzrok na kolana. – A o wpół do pierwszej zadzwonił telefon.

– Wróćmy do tej rozmowy przy stole.

Chase zaczął odpływać w stan półprzytomności. Nogi mu drętwiały, jakby zapadały w sen, którego mózg tak bardzo pragnął. Podłoga wyglądała coraz bardziej zachęcająco. Poczuł, że się osuwa.

Ocknął się z gwałtownym szarpnięciem i zobaczył, że wszyscy na niego patrzą.

– Dobrze się czujesz? – spytała Evelyn.

– Przepraszam – sumitował się. – Nie myślałem, że jestem aż tak zmęczony. Mógłbym dostać filiżankę kawy?

– Na końcu korytarza jest ekspres. I kanapa. Może pan tam zaczeka? – zaproponował Tibbetts

– Świetny pomysł – przytaknęła Evelyn. – Zaraz skończę.

Chase z ulgą opuścił biuro komisarza Tibbettsa. Idąc korytarzem, zajrzał za pierwsze drzwi, gdzie znalazł łazienkę. Następne były zamknięte. Zerknął do trzeciego pokoju. Było w nim ciemno. W półmroku zobaczył kanapę, kilka krzeseł i stertę mebli w rogu. Na bocznej ścianie znajdowało się okno. Zwróciło jego uwagę, bo nie wychodziło na zewnątrz, lecz do drugiego pokoju. Za szklaną taflą zauważył kobietę, która samotnie siedziała przy stole.

Nie zdawała sobie sprawy z jego obecności. Podszedł bliżej. Coś go w niej pociągało. Czuł się jak myśliwy, który nieoczekiwanie napotkał w lesie łanię.

Wsunął się w ciemność i zamknął za sobą drzwi. Stanął przy oknie. Oczywiście miał przed sobą weneckie lustro. Mógł obserwować nieznajomą, gdy sam pozostawał niewidoczny. Pomyślał, że nie powinien jej w ten sposób podglądać, ale nie umiał się powstrzymać. Odezwały się w nim dziecięce fantazje o tym, by zostać niewidzialnym człowiekiem.

Nie była szczególnie piękna. Co więcej, ani ubranie, ani fryzura nie podkreślały zalet urody. Miała na sobie wytarte dżinsy i o kilka rozmiarów za duży T-shirt. Kasztanowe włosy zebrała w niedbały warkocz. Kilka kosmyków wymknęło się i zwisało luźno wokół skroni. Nie była umalowana, ale jej cera nie potrzebowała makijażu. Zdrowa, lekko muśnięta słońcem. Takie modelki widywał czasem w katalogach sportowej odzieży na tle jesiennych liści albo przytulające małe owieczki. Do całości obrazu nie pasowały jej jasne oczy, szare albo niebieskie. Powieki miała opuchnięte, domyślił się więc, że musiała płakać. Nawet teraz podniosła dłoń i wytarła łzę z policzka. Rozejrzała się po pokoju, a potem z rezygnacją wytarła oczy końcem T-shirtu. Wyglądała jak małe, bezradne dziecko. Zastanawiał się, dlaczego jest tutaj sama. Kim była? Świadkiem? Ofiarą?

Spojrzała wprost na niego. Odruchowo zrobił krok do tyłu, choć wiedział, że nie może go zobaczyć. Widziała jedynie swoje odbicie. Patrzyła na nie z biernym znużeniem i obojętnością, jakby myślała: Wyglądam strasznie. I co z tego.

Gdy w zamku zazgrzytał klucz, wyprostowała się gwałtownie. Jeszcze raz wytarła twarz i uniosła buńczucznie podbródek. Nie chciała wyglądać na bezbronną, nawet z podpuchniętymi oczami i w T-shircie mokrym od łez. Przypominała żołnierza, który szykuje się do bitwy, choć jest śmiertelnie przerażony.

Otworzyły się drzwi. Do pokoju wszedł mężczyzna w szarym garniturze bez krawata. Przysunął sobie krzesło. Chase był zaskoczony głośnym dźwiękiem. Domyślił się, że w pokoju obok musiał być mikrofon, a dźwięk pochodził z małego głośnika zawieszonego przy oknie.

Nieznajomy powiedział:

– Pani Wood, prawda? – Gdy skinęła, mówił dalej: – Przepraszam, że musiała pani czekać. Porucznik Merrifield z policji stanowej. – Wyciągnął rękę z uśmiechem, który mówił: Jestem twoim kumplem. Jakoś to załatwimy.

Zawahała się, jednak po chwili podała mu dłoń.

Porucznik Merrifield popatrzył na nią ze współczuciem.

– Pewnie jest pani wykończona – ciągnął tym samym przyjacielskim tonem. – Możemy zaczynać? – Gdy skinęła głową, spytał: – Zna pani swoje prawa? – Kolejne kiwnięcie. – Nie skorzystała pani z prawa do obecności prawnika.

– Nie mam prawnika.

Chase nie spodziewał się takiego głosu. Był miękki, lekko ochrypły. I przesycony smutkiem.

– Jeżeli pani chce, spróbujemy kogoś załatwić. Ale to może potrwać.

– Chciałabym tylko opowiedzieć, co się stało.

Na ustach porucznika Merrifielda pojawił się triumfalny uśmieszek.

– Doskonale. – Postawił przed sobą magnetofon i nacisnął guzik. – Proszę dokonać oficjalnej prezentacji, czyli podać swoje nazwisko, adres i miejsce pracy.

 

Westchnęła głęboko, jakby zbierając w sobie odwagę.

– Nazywam się Miranda Wood. Mieszkam przy Willow Street 18. Pracuję jako korektorka w „Island Herald”.

– W gazecie pana Tremaina?

– Tak.

– Przejdźmy od razu

do wydarzeń ostatniej nocy, które doprowadziły do śmierci Richarda Tremaina.

Chase poczuł, że jego ciało sztywnieje. Śmierci Richarda Tremaina… Przysunął się tak blisko okna, że niemal opierał się o chłodne szkło. Utkwił wzrok w twarzy Mirandy Wood. Widział jedynie niewinność i łagodność. Umiała przybrać doskonałą maskę.

Nagle do niego dotarło.

Patrzył na kochankę brata.

Na jego morderczynię.

Z dziwną fascynacją zaczął przysłuchiwać się jej spowiedzi.

– Cofnijmy się o kilka miesięcy, pani Wood. Do początków pani znajomości z Richardem Tremainem.

Miranda spojrzała na swoje dłonie ciasno splecione na stole. Zauważyła, że na blacie ktoś wydrapał inicjały JMK. Zastanawiała się, czy ten ktoś znalazł się tu w podobnych co ona okolicznościach i czy był tak sam jak ona niewinny. Poczuła nagłą więź z tą nieznaną osobą, która też musiała walczyć o życie.

– Pani Wood, proszę odpowiedzieć.

Spojrzała na porucznika Merrifielda.

– Przepraszam, nie usłyszałam pytania.

– Jak poznała pani pana Tremaina?

– W „Heraldzie”. Przyjęli mnie tam rok temu. Poznaliśmy się w pracy.

– I co dalej?

– I… – Odetchnęła głęboko. – Zaczęliśmy się spotykać.

– Z czyjej inicjatywy?

– Jego. Zapraszał mnie na lunch, mówił, że chce porozmawiać o gazecie. O zmianach formatu.

– Czy to nie dziwne, że wydawca chciał o tym rozmawiać z korektorką?

– Może w dużej gazecie tak, ale u nas wszyscy robią wszystko.

– A zatem poznaliście się w pracy. A kiedy pani poszła z nim do łóżka?

Pytanie było niczym policzek. Wyprostowała się gwałtownie.

– To wcale nie było tak!

– Nie sypiała pani z nim?

– Tak, ale do tego doszło dopiero po paru miesiącach.

– Chce pani powiedzieć, że to była romantyczna znajomość?

W milczeniu skinęła głową, zdezorientowana, niepewna. Zwrot, którego użył porucznik, zabrzmiał idiotycznie, a już zwłaszcza w tym zimnym, pustym pomieszczeniu. Romantyczna znajomość… Nie, to nie tak. Raczej nieszczęsny romans.

– Wydawało mi się, że go kocham – powiedziała szeptem.

– Nie usłyszałem.

– Myślałam, że go kocham – powiedziała nieco głośniej. – Inaczej bym z nim nie poszła do łóżka. Nie miewam przygód na jedną noc. Ja nawet nie miewam romansów.

– Z wyjątkiem tego.

– Richard był inny.

– Co to znaczy?

– Inni niż wszyscy mężczyźni. Interesowało go coś więcej niż samochody i futbol. Zależało mu na tej wyspie. Kochał ją, co było widać w jego artykułach. Mógł o niej rozmawiać godzinami. Wydawało mi się… – Wzruszyła ramionami. – Wydawało mi się, że jest inny – powiedziała ze smutkiem.

– Wiedziała pani, że był żonaty. I że ma dwoje dzieci. – Gdy znów w milczeniu skinęła głową, dodał: – A mimo to miała z nim pani romans. Nie myślała pani o tych trzech niewinnych osobach…

– Myślałam o nich bez przerwy! – Podniosła gniewnie brodę. – Nienawidziłam siebie za to. Czułam się zła, brudna… – Westchnęła bezradnie. – I zniewolona.

– Przez co?

– Przez swoją miłość do niego. Tyle że tak naprawdę nigdy go nie kochałam. W każdym razie nie tego prawdziwego Richarda.

– Co doprowadziło panią do tego odkrycia?

– Wszystko, czego się o nim dowiedziałam. Wykorzystywał ludzi. Źle ich traktował.

– Więc zobaczyła pani jego prawdziwe oblicze i odkochała się pani.

– Tak, zerwałam z nim. – Odetchnęła z ulgą, gdyż najgorszą część opowieści miała już za sobą. – Miesiąc temu.

– Była pani zła na niego?

– Czasami. Ale głównie czułam się głupio. A on nie chciał mi dać spokoju. Ciągle dzwonił, nalegał, żebyśmy się spotkali.

– To też panią złościło?

– Oczywiście.

– Tak bardzo, żeby go zabić?

– Nie! – Spojrzała na niego ostro.

– Tak bardzo, żeby chwycić kuchenny nóż?

– Nie!

– Tak bardzo, żeby wejść do sypialni, gdzie leżał nagi, i zadać mu cios?

– Nie! Nie, nie, nie… – Jej krzyk mieszał się ze szlochem. Objęła głowę, oparła się na stole. – Nie… – Chciała się znaleźć jak najdalej od tego strasznego mężczyzny i jego pytań. Wstała od stołu.

– Proszę usiąść, pani Wood. Jeszcze nie skończyliśmy.

Posłusznie opadła na krzesło.

– Ja go nie zabiłam. Znalazłam go w swojej sypialni. Byłam na plaży, kiedy to się stało. Już to mówiłam. Ale nikt mi nie wierzy.

– Pani Wood, chciałbym zadać pani jeszcze kilka pytań.

Ale jedyną jej odpowiedzią był płacz. Wreszcie porucznik Merrifield wyłączył magnetofon.

– Zrobimy przerwę. Wrócimy do przesłuchania za godzinę.

Nie poruszyła się. Słyszała dźwięk odsuwanego krzesła, trzaśnięcie zamykanych drzwi.

Które po krótkiej chwili znów się otworzyły.

– Odprowadzę panią do celi.

Miranda wstała wolno i odwróciła się. Przy drzwiach stał młody policjant z miłym uśmiechem na twarzy. Na plakietce miał napisane: „Posterunkowy Snipe”. Pamiętała go niewyraźnie. Tak, w wigilię Bożego Narodzenia podarł jej mandat za parkowanie. Ot, taki miły gest wobec damy. Przemknęło jej przez głowę, czy też widzi w niej morderczynię.

Wyszła za nim na korytarz. Z jednej strony zobaczyła porucznika Merrifielda pogrążonego w rozmowie z Tibbettsem. Przyjaźnie do niej nastawiony, a może tylko uprzejmy policjant Snipe poprowadził ją w przeciwnym kierunku. Miranda przeszła kilka kroków, zwolniła i wreszcie się zatrzymała.

Na jej drodze stał nieznajomy mężczyzna i wpatrywał się w nią z uwagą. Nie wyglądał na policjanta. Funkcjonariuszy obowiązywały pewne zasady, jeżeli idzie o wygląd, a ten człowiek był potargany, nieogolony, miał na sobie pogniecioną koszulę. Ale najbardziej poruszył ją jego wzrok. Nie było to zaciekawione spojrzenie przypadkowego gapia. Kryła się w nim wyraźna wrogość. Patrzył na nią niczym surowy sędzia, który waży wszystkie fakty, a potem ogłasza wyrok.

– Idziemy dalej – ponaglił ją Snipe. – Cele są za rogiem.

Gdy Miranda zmusiła się, by ruszyć do przodu, nieznajomy odsunął się i zrobił jej przejście. Mijając go, czuła na sobie jego spojrzenie, usłyszała też, że gwałtownie wstrzymał oddech, jakby nie chciał oddychać tym samym powietrzem co ona.

Od dwunastu godzin traktowano ją jak przestępcę. Kajdanki, odciski palców, rewizja osobista, do tego musiała znosić dziesiątki upokarzających pytań. Ale dopiero pod wpływem wzroku tego mężczyzny poczuła, że być może zasługuje na takie potępienie i odrazę.

Zaraz jednak wybuchł w niej gniew tak silny, że nie umiała mu się oprzeć. Zatrzymała się i spojrzała intruzowi w oczy, posyłając mu niemy przekaz: „Masz, patrz do woli. Przyjrzyj się, jak wygląda morderczyni. Zadowolony?”.

Miał ciemne oczy, z których wyzierała pogarda. Ale gdzieś bardzo głęboko Miranda dostrzegła błysk niepewności, nawet jakby zmieszania, rodzącej się gotowości do rejterady, do słówka „przepraszam”. Zupełnie jakby obraz, który mężczyzna właśnie zobaczył, nie pasował do podpisu, który wcześniej ułożył sobie w głowie.

Jakieś drzwi na korytarzu otworzyły się.

– Boże! – rozległ się szept.

Miranda odwróciła się. W drzwiach łazienki stała Evelyn.

– Chase – powiedziała ledwie słyszalnym głosem. – To ona… – Gdy błyskawicznie podszedł do niej i podał ramię, chwyciła je desperacko, niczym linę ratunkową. – Nie chcę na nią patrzeć.

Miranda nie poruszyła się, sparaliżowana poczuciem winy. Nie popełniła morderstwa, ale wiedziała, że zawsze już będą ją dręczyć wyrzuty sumienia za to, co zrobiła tej kobiecie.

– Pani Tremain – zaczęła cicho. – Tak mi przykro…

– Chase, zabierz ją stąd. – Evelyn przycisnęła twarz do jego ramienia.

– On panią kochał – mówiła Miranda. – Musi to pani wiedzieć. Nigdy nie przestał pani…

– Zabierzcie ją! – krzyknęła z nutą histerii Evelyn.

– Panie posterunkowy – odezwał się spokojnie Chase. – Proszę ją odprowadzić.

– Chodźmy. – Snipe pociągnął Mirandę za ramię.

Ruszyła za nim, popatrzyła jednak za siebie i oznajmiła z mocą:

– Ja go nie zabiłam, pani Tremain!

– Ty dziwko! – krzyknęła Evelyn. – Zniszczyłaś mi życie!

Te słowa dźwięczały Mirandzie w uszach przez całą drogę do celi. Weszła do środka i stanęła nieruchomo, słuchając, jak drzwi się za nią zatrzaskują. Była sama, zamknięta niczym w klatce.

Nagle poczuła, że się dusi, zaczyna brakować jej powietrza. Rzuciła się do maleńkiego okna i próbowała się podciągnąć na kratach, ale było za wysoko. Zacisnęła powieki i z całych sił starała się nie ulec atakowi paniki.

Jestem niewinna. Muszą mi uwierzyć, pomyślała.

A jeżeli mi nie uwierzą?

Do diabła, nie będę teraz się nad tym zastanawiać, postanowiła w duchu.

Zmusiła się do skupienia na czymś innym. Przypomniał jej się mężczyzna z korytarza. Jak Evelyn się do niego zwróciła? Chase. Poruszyło to w niej mgliste wspomnienia. Już kiedyś słyszała to imię. Chwyciła się tego kurczowo, skupiła maksymalnie. Przeczesywanie pamięci chroniło ją przed lękiem. Chase. Ktoś to powiedział. Tylko kto? Próbowała przypomnieć sobie ten głos.

I nagle usłyszała wyraźnie:

– Nie widziałem brata od wielu lat. Pokłóciliśmy się po śmierci ojca. Ale Chase od dziecka sprawiał w rodzinie problemy – wyznał jej kiedyś Richard.

Czy to możliwe? W ogóle nie byli do siebie podobni. Richard miał niebieskie oczy, jasnobrązowe włosy i ogorzałą cerę, natomiast ten dziwny nieznajomy, ten Chase był jakby zrobiony z mroku. Aż trudno uwierzyć, że byli braćmi. Ale to by wyjaśniało zimne, potępiające spojrzenie.

Powoli opadła na pryczę. Przez maleńkie okno widziała skrawek nieba i chmury. Sierpień. Zapowiadał się upalny dzień. Jej T-shirt był już mokry od potu.

Zamknęła oczy, usiłując wyobrazić sobie, że jest mewą szybującą po błękitnym niebie i patrzącą z wysoka na wyspę. Ale widziała jedynie oskarżycielskie oczy Chase’a Tremaina.

ROZDZIAŁ TRZECI

To był naprawdę najbrzydszy pies na świecie.

Lila St. John spojrzała na swojego zwierzaka z miłością i współczuciem. Sir Oscar Henry San Angelo III, znany bardziej jako Ozzie, należał do rzadkiej rasy portugalskich psów wodnych. Lila St. John dostała go od swojej siostrzenicy, która okrasiła żywy prezent słowami:

– Żebyś miała towarzystwo, ciociu.

Od tamtej pory panna St. John usiłowała sobie przypomnieć, czym się siostrzenicy naraziła. Ozzie miał oczywiście swoje zalety. Nie gryzł, nie ganiał kotów. Ale jadł niczym koń, był nerwowy jak myszka i absolutnie domagał się dwóch spacerów w ciągu dnia. Domagał się, stojąc pod drzwiami i skomląc.

Tak jak teraz.

Doskonale znała to spojrzenie. Gdy z westchnieniem otworzyła drzwi, czarna futrzana kula wystrzeliła jej spod nóg i popędziła do lasu. Panna St. John nie miała innego wyjścia, jak wybrać się na przechadzkę.

To był jeden z tych ciepłych wieczorów z magicznym światłem zmierzchu. Wcale by się nie zdziwiła, gdyby zobaczyła coś niezwykłego. Łanię z jelonkiem, małego lisa albo nawet sowę.

Ruszyła dróżką między drzewami, rozglądając się za psem. Zauważyła, że zbliża się do Rose Hill Cottage, letniego domu Tremainów. Co za tragedia z tą śmiercią Richarda! Nie darzyła go szczególną sympatią, ale w tej okolicy stały tylko ich domy, więc czasem go widywała. Był wobec niej uprzejmy, ale w sposób wskazujący na wyuczone maniery, a nie szczery szacunek. Tolerował stare kobiety, lecz nie miał z nich żadnego pożytku.

Choć mówiono, że wobec młodych kobiet był zupełnie inny.

Rewelacje o jego śmierci bardzo ją poruszyły, więcej, wytrąciły z równowagi. Owszem, sam fakt morderstwa był przerażający, ale przede wszystkim chodziło o osobę uznaną za sprawczynię tej zbrodni. Panna St. John kilkakrotnie miała okazję rozmawiać z Mirandą Wood. Na małej wyspie tylko najzagorzalsi fanatycy ekologii wyjeżdżali w środku zimy na oblodzone drogi, by wziąć udział w spotkaniach klubu ogrodniczego. Tam właśnie panna St. John poznała Mirandę. Najpierw wysłuchały wykładu o nagietkach, a potem wzięły udział w dyskusji o hodowli glicynii. Miranda Wood była uroczą młodą kobietą bez cienia nieszczerości w oczach. Panna St. John była przekonana, że ktoś, kto z taką pasją troszczy się o kwiaty, nie mógł nikogo zabić.

 

Denerwowały ją te okrutne plotki. Miranda Wood zabójczynią? Przeczucie mówiło pannie St. John coś zupełnie przeciwnego, a przeczucie jeszcze nigdy jej nie zawiodło.

Ozzie minął ostatnie drzewa i popędził w kierunku Rose Hill Cottage. Z rezygnacją ruszyła za nim, kiedy nagle zobaczyła migające światełko, które równie szybko znikło.

Zamarła na moment, a przez głowę przebiegła jej dziwna myśl:

Duchy?

Do tego domu przyjeżdżał tylko Richard.

Ale on przecież nie żyje.

Racjonalna strona umysłu panny St. John, która zwykle prowadziła ją przez codzienne życie, wzięła górę. Z pewnością to ktoś z rodziny. Może Evelyn przyjechała po rzeczy męża.

Panna St. John weszła na ganek.

– Halo! – zawołała. – Evelyn! Cassie!

Nikt nie odpowiadał. Próbowała zajrzeć przez okno, lecz było zbyt ciemno. Wydawało jej się, że ze środka dobiegło ciche stuknięcie, ale potem zapanowała cisza.

Ozzie zaczął szczekać, biegając wokół ganku.

– Spokój! – rzuciła panna St. John. – Siad!

Pies posłuchał, ale patrzył na nią z niemym wyrzutem.

Nasłuchiwała jeszcze przez chwilę, lecz jedynym dźwiękiem były miarowe uderzenia psiego ogona o podłogę.

W drodze powrotnej zastanawiała się, czy nie powinna wezwać policji, ale gdy znalazła się w swojej przytulnej kuchni, pomysł wydał jej się bezsensowny.

– To tylko moja wyobraźnia – powiedziała do siebie perswazyjnym tonem. – Albo słaby wzrok. W końcu jak ktoś ma siedemdziesiąt cztery lata, to zmysły mogą zawodzić. – Gdy Ozzie zakręcił się w kółko, położył się i natychmiast zasnął, dodała: – No i proszę, zaczynam rozmawiać z psem. Ciekawe, jaka część mózgu zacznie mi teraz szwankować?

Ozzie, jak zwykle, powstrzymał się od komentarzy.

Sala sądowa była wypełniona po brzegi. Dla wielu osób nie starczyło miejsca, a przecież to nawet jeszcze nie był proces, tylko wstępne przesłuchanie, formalna czynność prawna wymagana po czterdziestu ośmiu godzinach aresztu.

Chase, który siedział w drugim rzędzie z Evelyn i jej ojcem, spodziewał się, że wszystko potrwa krótko. Wina podejrzanej nie budziła wątpliwości. Parę słów sędziego, uderzenie młotka i koniec.

Morderczyni wróci do celi.

– To jakiś cholerny cyrk – mruknął Noah DeBolt, ojciec Evelyn. Choć mocno posiwiały i z sześćdziesięcioma sześcioma latami na karku, wciąż budził respekt.

Nawet Chase odruchowo wyprostował się i zaczął zwracać uwagę na swoje zachowanie. W obecności Noaha DeBolta należało być grzecznym i uprzejmym, nawet jeżeli się było dorosłym.

Nawet jeżeli się było szefem policji. Lorne Tibbetts przystanął i zasalutował Noahowi.

Najważniejsze osoby zaczęły zajmować miejsca. Zastępca prokuratora okręgowego z Bass Harbor przeglądał stos dokumentów. Lorne i Ellis, czyli połowa sił miejskiej policji, siedzieli po lewej stronie wyprostowani jak struny, z przylizanymi włosami. Obrońca oskarżonej, którego garnitur musiał kosztować pewnie z połowę rocznej pensji Mirandy Wood, walczył z zatrzaskiem skórzanej aktówki.

– Powinni opróżnić salę – zrzędził Noah. – Kto ich tutaj wpuścił? To naruszenie prywatności.

– Rozprawa jest otwarta dla publiczności – zauważyła Evelyn znużonym głosem.

– Jakiej publiczności? Ci ludzie nie są stąd. Nic ich to nie powinno obchodzić. – Noah podniósł się i skinął w kierunku Lorne’a, ale szef policji z uporem patrzył przed siebie. Zaczął się więc rozglądać za zastępcą szeryfa, lecz ten akurat zniknął w bocznych drzwiach. Noah usiadł z rezygnacją. – To miasto schodzi na psy – mruknął zrzędliwie.

– Tato, przestań. – Evelyn poruszyła się niespokojnie. – Gdzie bliźnięta? Sędzia powinien ich zobaczyć. Biedne sieroty bez ojca.

– Są już dorośli – burknął Noah. – Nie wzbudzą w nikim litości.

– Są tam. – Chase wskazał gestem na Philipa i Cassie, którzy siedzieli kilka rzędów z tyłu.

Nagle boczne drzwi otworzyły się i stanął w nich potężny zastępca szeryfa, trzymając za ramię oskarżoną.

Chase zauważył, że Miranda wyglądała na jeszcze bledszą niż poprzednim razem. I bardziej kruchą. Ledwie sięgała zastępcy szeryfa do ramienia. Miała na sobie niebieską spódnicę i białą bluzkę. Takie ubranie zapewne doradził jej obrońca, by mogła sprawiać wrażenie niewinnej. Włosy związała z tyłu w koński ogon. W niczym nie przypominała rozwiązłej kobiety. Żadnej biżuterii, żadnego makijażu. Bladość na policzkach nie była efektem pudru.

Podchodząc do stolika obrońcy, omiotła wzrokiem tłum. Chase wychwycił, że na moment jej spojrzenie spoczęło na nim. Trwało to zaledwie ułamek sekundy, ale dostrzegł na twarzy Mirandy Wood dumę. To samo wyrażały jej wyprostowane plecy i lekko uniesiony podbródek. Nie tylko on musiał to zauważyć. I pewnie większość miała jej taką postawę za złe. Oto cyniczna morderczyni, kobieta bezwstydna, pozbawiona sumienia. Żałował, że sam nie potrafi tak o niej myśleć, bo wtedy jej wina byłaby niewątpliwa, a najsurowsza kara jak najbardziej uzasadniona.

Wiedział jednak, co kryje się pod tą maską. Zobaczył to dwa dni temu, kiedy Miranda Wood patrzyła w jego stronę przez weneckie lustro. To był lęk. Ta kobieta była przerażona.

I zbyt dumna, żeby to pokazać.

Kiedy Miranda weszła do sali sądowej, straciła poczucie rzeczywistości. Nogi i ręce miała jak sparaliżowane. Z ulgą przyjęła mocny chwyt zastępcy szeryfa, gdy przeprowadzał ją przez drzwi. Rozejrzała się po sali wypełnionej publicznością. Połowa z tych ludzi zjawiła się tu, by ją powiesić. Pozostali będą ukontentowani, gdy przypadnie im jedynie rola widza. Rozpoznawała w tłumie znajome twarze. Koledzy z pracy: redaktorka wydania Jill Vickery oraz dwójka dziennikarzy, Annie Berenger i Tylor Weingardt. Nikt by się nie domyślił, że byli jej przyjaciółmi. Patrzyli na nią z bezbrzeżnym dystansem, z pełną obojętnością.

Przesuwając wzrok, napotkała jedyną przyjazną twarz. Stary pan Lanzo, jej sąsiad. Przeczytała z jego ust:

– Jestem z tobą, skarbie.

Niemal się do niego uśmiechnęła.

A potem spojrzała na kamienną twarz Chase’a Tremaina i uśmiech zamarł jej na ustach. Miała ochotę zapaść się w najdalszą szczelinę, byle tylko uniknąć jego oskarżycielskiego wzroku.

Zastępca szeryfa pociągnął ją w kierunku stolika obrońcy. Potulnie usiadła obok adwokata, który powitał ją chłodnym skinieniem głowy. Randall Pelham ukończył jeden z najlepszych uniwersytetów, ubierał się bez zarzutu, jednak Miranda myślała tylko o tym, że wygląda zbyt młodo. Sama miała dopiero dwadzieścia dziewięć lat, lecz przy nim czuła się kobietą w średnim wieku. Nie miała jednak wielkiego wyboru. Na Shepherd’s Island było jedynie dwóch adwokatów. Les Hardee miał bogate doświadczenie, znakomitą reputację i odpowiednie do tego honoraria. Niestety, na liście jego klientów znajdowały się takie nazwiska jak Tremain i DeBolt.

Randall Pelham nie miał takiego konfliktu interesów. Ani tylu klientów. Był w mieście nowy, więc chętnie podejmował się każdej sprawy, nawet obrony morderczyni.

– I jak, panie Pelham? – spytała cicho.

– Ja będę mówił, a pani niech siedzi cicho i wygląda na niewinną.

– Jestem niewinna.

Nic nie odpowiedział.

– Proszę wstać. Sprawę prowadzi sędzia Herbert C. Klimenko – ogłosił zastępca szeryfa.

Wszyscy podnieśli się z miejsc.

Powłócząc nogami, do sali wszedł sędzia Klimenko. Z widocznym trudem wsunął się za stół i ciężko opadł na fotel. Długo grzebał w kieszeniach, wreszcie wyciągnął z nich okulary i założył je na nos.

– Ściągnęli go z emerytury – szepnął ktoś w pierwszym rzędzie. – Podobno ma demencję.

– I podobno jest głuchy – odparował sędzia, po czym uderzył młotkiem w blat. – Rozpoczynam rozprawę.

Zgodnie z radą obrońcy, Miranda nie zabierała głosu. Przez czterdzieści pięć minut przysłuchiwała się, jak dwóch mężczyzn – jednego znała bardzo słabo, a drugiego wcale – dyskutowało na temat jej wolności. Nie chodziło o ustalenie, czy jest winna, czy nie, bo tym zajmą się podczas procesu. Dziś miała zapaść jedynie decyzja, czy do tego czasu można ją zwolnić.

Zastępca prokuratora generalnego podał całą listę powodów, dla których powinna pozostać za kratkami. Ciężar oskarżenia. Zagrożenie dla społeczności. Ryzyko ucieczki. Brutalny charakter zbrodni. Miranda nie mogła uwierzyć, że monstrum, o którym opowiada, to właśnie ona.