Osaczona

Tekst
Z serii: Thriller
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tess Gerritsen
Osaczona

Przełożyła

Elżbieta Smoleńska

Dla Terriny i Mike’a, aloha

POSTACI

Miranda Wood – twierdziła, że jest niewinna, tyle że ciało znaleziono w jej łóżku.

Chase Tremain – chciał, by morderczyni jego brata znalazła się za kratkami.

Richard Tremain – nawet w obliczu śmierci znalazł się blisko Mirandy.

Tony Graffam – za wszelką cenę próbował uratować kontrakt na kupno ziemi.

Evelyn Tremain – nie ma takiego gniewu, jak gniew kobiety…

Noah DeBolt – zrobi wszystko, byle tylko ochronić swoją córkę.

Jill Vickery – redaktorka, która starała się zachować bezstronność.

Annie Berenger – doświadczona dziennikarka z najlepszymi źródłami informacji.

Lila St. John – czy ciekawość doprowadzi ją do śmierci?

Philip Tremain – prawowity dziedzic wydawniczego imperium Tremainów.

Cassandra Tremain – jak bardzo chciała zająć stanowisko zmarłego ojca?

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Zadzwonił o dziesiątej, jak zawsze.

Zanim podniosła słuchawkę, wiedziała, że to on. Wiedziała też, że jeżeli nie odbierze, telefon będzie dzwonił bez końca. Miranda przemierzała sypialnię, powtarzając sobie w myślach: Nie muszę odbierać. Nie muszę z nim rozmawiać. Nie jestem mu nic winna.

Dzwonek umilkł. W nagłej ciszy wstrzymała oddech. Może zrezygnował? Może wreszcie zrozumiał, że to już się stało?

Na ponowne brzęczenie aż podskoczyła, jakby dźwięk dzwonka szarpał każdy jej nerw.

Nie mogła tego dłużej znieść. Podniosła słuchawkę, choć wiedziała, że popełnia błąd.

– Słucham?

– Tęsknię za tobą. – W jego głosie brzmiał znajomy ton ich dawnej bliskości.

– Nie dzwoń do mnie więcej – oznajmiła twardo, stanowczo.

– Muszę. Przez cały dzień o tym myślę. Mirando, życie bez ciebie jest piekłem.

Poczuła łzy pod powiekami. Milczała, tylko odetchnęła głęboko, żeby się opanować.

– Nie możemy spróbować jeszcze raz? – spytał błagalnie.

– Nie, Richard.

– Tym razem będzie inaczej.

– Nigdy nie będzie inaczej.

– Zobaczysz!

– To był błąd. I to od samego początku.

– Wiem, że nadal mnie kochasz. Mirando, te wszystkie tygodnie, kiedy cię widywałem, ale nie mogłem przytulić…

– Teraz już będziesz miał spokój. Złożyłam wymówienie.

Zapanowała cisza, jakby te słowa zbiły go z nóg. Mirandę ogarnęła euforia, a zarazem dopadły ją wyrzuty sumienia. Czuła się winna, że nareszcie się uwolniła i znów jest samodzielną kobietą.

– Ona już wie – powiedział cicho. – Słyszysz? Byłem też u prawnika. Zmieniłem swój…

– Posłuchaj, Richardzie – przerwała mu, cedząc słowa. – To już nie ma znaczenia. Możesz się rozwieść albo nie, ale i tak nie będziemy się spotykać.

– Tylko raz.

– Nie.

– Zaraz do ciebie przyjdę.

– Nie!

– Mirando, musimy się zobaczyć.

– Ja już nic nie muszę! – krzyknęła.

– Będę za piętnaście minut.

Z niedowierzaniem wpatrywała się w aparat. Richard rozłączył się. Do cholery, rozłączył się, a za piętnaście minut zapuka do jej drzwi! Udało jej się jakoś przetrwać ostatnie trzy tygodnie. Pracowała tuż obok niego, uśmiechała się uprzejmie, mówiła normalnym głosem. Ale jeżeli on tu przyjdzie, to zerwie z niej maskę samokontroli i znów zaczną tonąć w okropnej pułapce, z której ledwie udało jej się wydostać.

Podbiegła do szafy i wyszarpnęła bluzę. Musi uciekać. Po chwili wypadła na ulicę. O wpół do jedenastej wieczorem okolica była pusta. Przycisnęła ramiona do piersi. Powiało chłodne powietrze, co w sierpniu w Maine nie było niczym niezwykłym. Poczuła złość na Richarda. Za to, że było jej zimno, że musiała uciekać z domu. Ale nie zatrzymywała się.

Na Bayview Street skręciła w kierunku morza. Gęsta mgła zasłaniała gwiazdy, wciskała się w ulice ponurym, mlecznym cieniem. Miranda weszła na ścieżkę, a potem na granitowe stopnie wiodące do kamiennej plaży. Na końcu znajdowała się drewniana ławka. Zawsze myślała o niej „moja ławka”. Usiadła, podciągnęła kolana pod brodę. Od strony morza dochodził dźwięk boi uderzającej o fale.

Na pewno Richard już był pod jej domem. Zastanawiała się, jak długo będzie pukał do drzwi. Czy od tego hałasu obudzi się pan Lanzo, jej sąsiad? A może Richard szybko zrezygnuje i wróci do żony, syna, córki?

Przycisnęła policzek do kolan, starając się wymazać z umysłu obraz szczęśliwej rodziny Tremainów. Chociaż Richard używał zwrotu „małżeństwo na granicy rozpadu”. Mówił, że gdyby nie dzieci, Philip i Cassie, już dawno by się rozwiódł z Evelyn. Gdy bliźniaki skończyły dziewiętnaście lat, miał wolną rękę, ale zwlekał ze względu na żonę. Chciał jej dać trochę czasu, żeby przywykła do nowej sytuacji. Jeżeli Miranda wykaże jeszcze trochę cierpliwości, jeżeli będzie kochała go tak jak on ją, to wszystko dobrze się ułoży…

Roześmiała się cicho. Uniosła głowę, spojrzała w morze i roześmiała się znowu. Nie histerycznie, ale z ulgą. Miała wrażenie, jakby po długiej gorączce odzyskała jasność myślenia. Chłodny dotyk mgły na twarzy sprawiał jej przyjemność, niemal oczyszczał duszę. Jak bardzo tego potrzebowała! Gromadzące się miesiącami poczucie winy przykryło ją niczym warstwa brudu, tak gruba, że przestawała rozpoznawać samą siebie.

Ale to był już koniec. Nieodwołalnie.

Moja dusza znów należy do mnie, pomyślała. Ogarnął ją spokój, jakiego już nie pamiętała. Podniosła się i ruszyła z powrotem.

Dwie przecznice od domu zobaczyła znajomy samochód. Niebieski peugeot stał zaparkowany u zbiegu Willow i Spring Street. Więc Richard wciąż na nią czekał. Zatrzymała się przy samochodzie, patrząc na czarną, skórzaną tapicerkę. Oto miejsce zbrodni, przebiegło jej przez myśl. Pierwszy pocałunek, za który zapłaciła bolesną cenę. Teraz jego kolej.

Ruszyła do domu zdecydowanym krokiem. Weszła na ganek. Wejściowe drzwi były otwarte, tak jak je zostawiła. Wewnątrz paliło się światło. W salonie jednak nikogo nie było.

– Richard! – zawołała.

Odpowiedziała jej cisza.

Z kuchni rozchodził się zapach kawy. Dzbanek stał wciąż na podgrzewaczu, obok zobaczyła do połowy wypełniony kubek. Jedna z szuflad była wysunięta. Zamknęła ją z trzaskiem. Więc poczuł się jak u siebie w domu! Chwyciła kubek i wylała zawartość do zlewu. Kawa ochlapała jej palce. Była letnia.

Przeszła korytarzem do łazienki, gdzie też paliło się światło.

– Nie masz prawa tu przychodzić! – krzyknęła. – To mój dom. Mogę zawołać policję i oskarżyć cię o naruszenie cudzej własności.

Odwróciła się w kierunku sypialni. Zanim jeszcze stanęła w progu, wiedziała, z czym będzie się musiała zmierzyć. Na pewno leży w jej łóżku, nagi, z szerokim uśmiechem na twarzy. Tak ją właśnie powitał ostatnim razem. Ale teraz wyrzuci go na ulicę. W ubraniu czy bez, wszystko jedno.

W sypialni było ciemno, więc sięgnęła do wyłącznika.

Tak jak myślała, leżał na łóżku, z szeroko rozrzuconymi ramionami i nogami zaplątanymi w prześcieradła. Był nagi. Ale na jego twarzy nie zobaczyła uśmiechu, lecz przerażenie. Z otwartych ust wydobywał się niemy krzyk, oczy miał utkwione w pełnym grozy obrazie wieczności. Z boku łóżka zwisał róg prześcieradła nasiąknięty krwią. W pokoju panowała idealna cisza, przerywana jedynie miarowym kapaniem szkarłatnego płynu.

Miranda zrobiła dwa kroki, czując gwałtowny przypływ mdłości. Opadła na kolana, z trudem chwytając oddech. Dopiero kiedy podniosła głowę, zobaczyła leżący na podłodze nóż. Nie musiała mu się nawet przyglądać. Znajoma rączka, długie na trzydzieści centymetrów ostrze. Doskonale wiedziała, skąd się tutaj wziął. Z kuchennej szuflady. Wiedziała też, że na pewno ma na sobie jej odciski palców.

Chase Tremain jechał już całą noc. Szum opon na drodze, słaby blask deski rozdzielczej, muzyka płynąca z radia, wszystko to było jak niewyraźne tło dla snu. Złego snu. Realne były jedynie słowa, które powtarzał w kółko:

– Richard nie żyje. Richard nie żyje.

Przestraszył go dźwięk własnego głosu. Słowa wypowiedziane w ciemnościach auta wyrwały go z transu. Spojrzał na zegarek. Była czwarta nad ranem.

– Richard nie żyje.

Znów usłyszał te słowa, z mglistej pamięci wydobyła się tamta rozmowa telefoniczna. Evelyn nawet nie próbowała złagodzić wstrząsu. Ledwie do niego dotarło, że w słuchawce rozbrzmiewa głos szwagierki, a straszna wiadomość uderzyła w niego z całych sił. Żadnych wstępów, żadnego ostrzeżenia, jak choćby: „Może najpierw usiądź”.

– Richard nie żyje – powiedziała. – Został zamordowany. Przez kobietę… – I zaraz potem: – Jesteś mi potrzebny, Chase.

Tego się nie spodziewał. Dawno temu na dobre opuścił ten stan i rodzinę. Był bratem z kłopotliwą przeszłością. Chase’em wyrzutkiem. Chase’em czarną owcą.

Potrząsnął głową, by przepędzić macki snu. Otworzył okno i wciągnął rześkie, zimne powietrze, przesycone zapachem morza i sosen. Zapach Maine. Wraz z nim powróciły wspomnienia z dzieciństwa. Wędrówka po skalistej plaży, stopy oplątane wodorostami. Grzechotanie świeżo zebranych małży w wiaderku. Dźwięk syreny okrętowej we mgle. Stare, dobre czasy, kiedy wydawało mu się, że Richard jest najlepszym i najmądrzejszym bratem na świecie. Wtedy jeszcze nie znał jego prawdziwego charakteru.

Zamordowany. Przez kobietę.

To akurat wcale go nie zdziwiło.

 

Ciekawe, kim była. Co doprowadziło ją do takiej wściekłości, że wbiła nóż w pierś jego brata? Mógł się tego łatwo domyślić. Fatalny koniec romansu. Zazdrość o kochankę. Nieuchronne porzucenie. I gniew, że została wykorzystana i zdradzona, gniew, który przytłumił logiczne myślenie i instynkt samozachowawczy. Chase mógł nakreślić cały scenariusz. Mógł nawet wyobrazić sobie tę kobietę, z pewnością podobną do wszystkich innych, które przewinęły się przez życie Richarda. Na pewno była piękna. Na to Richard zawsze zwracał uwagę. Ale też w jakiś sposób zdesperowana. Może wybuchała zbyt głośnym śmiechem, a może jej uśmiech był zbyt nieobecny. Lub delikatne zmarszczki wokół oczu wskazywały, że znalazła się na życiowym zjeździe. Tak, bez trudu mógł ją sobie wyobrazić. Jej postać wywoływała w nim zarówno współczucie, jak i odrazę.

Oraz gniew. Miał do Richarda wiele żalu, ale w końcu był to jego brat. Dzielili ze sobą te same wspomnienia o leniwych popołudniach nad jeziorem, wędrówkach wzdłuż morskiego brzegu, beztroskich wybuchach śmiechu. Ich ostatnia kłótnia była poważna, ale Chase zawsze miał nadzieję, że znów się pogodzą i będzie tak jak kiedyś.

Tak myślał, dopóki nie zadzwoniła Evelyn.

Złość wzbierała w nim niczym górski potok w czas powodzi. Wszystko stracone. Już nie powiedzą sobie:

– Zależy mi na tobie.

Już nie będą się przekrzykiwać:

– A pamiętasz, jak…

Droga zamazała się przed jego oczami. Zamrugał, mocniej zacisnął palce na kierownicy.

O dziesiątej rano dotarł do Bass Harbor. O jedenastej wjechał na prom. Wystawił twarz do wiatru, trzymając się barierki. W oddali wyłonił się z mgły zielony garb Shepherd’s Island. Dziób promu unosił się na falach i Chase poczuł znajome skurcze żołądka i wilgoć w ustach. W rodzinie żeglarzy to on zawsze cierpiał z powodu choroby morskiej. A Richard zdobywał kolejne trofea. Katamarany, jednomasztowe żaglówki – klasa nie miała znaczenia. Na tych wodach ćwiczył halsowanie, pływanie na foku, wydawanie komend. Spinaker w górę, spinaker w dół. Dla Chase’a to wszystko nie miało sensu. No i gnębiła go potworna choroba morska.

Prom wpływał do portu, więc wrócił do samochodu i czekał na swoją kolej do wyjazdu na rampę. Przed nim było osiem samochodów, wszystkie z rejestracją spoza stanu. Chyba pół Massachusetts jechało latem na północ. Niemal słyszał, jak ziemia stanu Maine ugina się pod ciężarem tych wszystkich cholernych pojazdów.

Pracownik promu machnął w jego kierunku, więc Chase wrzucił bieg i powoli wjechał na Shepherd’s Island.

Niewiele się tu zmieniło przez ostatnie lata. Na Sea Street stały te same stare budynki: piekarnia, bank, FitzGerald’s Cafeu, sklep wielobranżowy.

Skręcił w Limerock Street. Po lewej stronie, wciąż w tym samym ceglanym budynku, mieściła się siedziba „Island Herald”. Ciekawe, czy w środku coś się zmieniło. Doskonale pamiętał ozdobny sufit z blachy cynkowej, zniszczone biurka, ściany zawieszone portretami kolejnych wydawców. Oczywiście wszyscy nosili nazwisko Tremain. Miał w pamięci każdy szczegół, włącznie ze stojącym na biurku ojca starym remingtonem. Z pewnością po maszynach do pisania nie było już śladu, ich miejsce zajęły komputery. Richard na pewno tak zarządził. Wyrzucamy stare, bierzemy nowe.

Teraz przyszedł czas na nowego wydawcę o nazwisku Tremain.

Chase skręcił w kierunku Chestnut Hill, gdzie rozsiadła się rezydencja Tremainów. Z wiktoriańskimi wieżyczkami i ozdobami w szczytach dachów zawsze przypominała mu żółtawy, monstrualny tort weselny. Dom został przemalowany na biało i szaro, ale Chase wolał dawne tortowe barwy.

Zaparkował auto na podjeździe. Zanim jeszcze podszedł do frontowych schodów, drzwi otworzyły się i stanęła w nich Evelyn.

– Chase! – zawołała. – Dzięki Bogu, że już jesteś. – Rzuciła mu się w ramiona.

W naturalnym odruchu przytulił ją do siebie, czując jej drżenie i ciepły oddech na szyi. Czekał, aż się uspokoi.

Kiedy się od niego oderwała, wreszcie mógł na nią spojrzeć. Błyszczące zielone oczy jak zawsze robiły wrażenie. Miodowe włosy miała splecione z tyłu we francuski warkocz. Opuchniętą twarz i zaczerwieniony nos przykrywały warstwy makijażu. Na policzku widoczna była maleńka smuga rozmazanego tuszu do rzęs. Aż nie mógł uwierzyć, że to była jego piękna szwagierka. Naprawdę pogrążyła się w rozpaczy?

– Wiedziałam, że przyjedziesz – szepnęła.

– Ruszyłem zaraz po twoim telefonie.

– Dzięki. Nie miałam się do kogo zwrócić. – Spojrzała na niego. – Musisz być wykończony. Zrobię ci kawę.

Weszli do holu. Nic się tu nie zmieniło. Ta sama dębowa podłoga, to samo światło, te same zapachy. Niemal miał wrażenie, że jeżeli się odwróci, to w salonie zobaczy matkę notującą coś przy biurku. Nigdy nie chciała słyszeć o maszynie do pisania. Nie bez słuszności uważała, że redaktor kolumny plotkarskiej kupi tekst napisany nawet w suahili, o ile będzie wystarczająco pikantny. Okazało się, że kupił nie tylko jej teksty, ale i ją. Wszystko w ramach małżeństwa z rozsądku.

Matka Chase’a nigdy nie nauczyła się pisać na maszynie.

– Dzień dobry, wujku.

Na szczycie schodów zobaczył dwójkę młodych ludzi. To przecież nie mogły być bliźnięta! Kiedy widział ich po raz ostatni, były niezdarnymi nastolatkami, którym zbyt szybko urosły stopy. Oboje byli wysocy i mieli jasne włosy, ale podobieństwa na tym się kończyły. Philip poruszał się z gracją dobrego tancerza. Niczym Fred Astaire w towarzystwie… no, na pewno nie Ginger Rogers. Młoda dama, która szła krok za nim, bardziej przypominała konia.

– Nie mogę uwierzyć, że to Cassie i Philip.

– Za długo nie było cię na wyspie – odpowiedziała Evelyn.

Philip uścisnął Chase’owi rękę, jakby się witał z kimś obcym. Miał szczupłą, wypielęgnowaną dłoń dżentelmena. Po matce odziedziczył zielone oczy, a także specyficzne arystokratyczne rysy, czyli prosty nos i delikatnie rzeźbione policzki.

– Miło cię widzieć, wujku – powiedział ze smutkiem.

Chase spojrzał na Cassie. Pamiętał ją jako pełne życia dziecko, które zasypywało go niekończącymi się pytaniami. Jak to się stało, że wyrosła na aż tak posępną kobietę? Nadmiar zmartwień? Miękkie włosy miała związane ciasno z tyłu głowy, co uwydatniało wszystkie niedostatki urody, czyli duży nos, króliczy zgryz, kwadratowe czoło. Jedynie w bystrym, inteligentnym spojrzeniu krył się ślad dawnej dziesięciolatki.

– Dzień dobry, wujku. – Jej ton był suchy i rzeczowy.

– Pocałuj wujka – ponagliła ją Evelyn. – Przejechał dla nas taką długą drogę.

Cassie zrobiła krok do przodu i drętwo cmoknęła Chase’a w policzek. Cofnęła się szybko, jakby zawstydzona widoczną nieszczerością w okazywaniu emocji.

– Ale wyrosłaś. – Chase nie umiał zdobyć się na żaden komplement. – Ile masz lat?

– Prawie dwadzieścia.

– Musicie już być na studiach.

Na ustach Cassie po raz pierwszy pojawił się cień uśmiechu.

– Jestem na uniwersytecie stanowym. Na dziennikarstwie. Pomyślałam sobie, że pewnego dnia „Herald” będzie potrzebował…

– Philip jest na Harvardzie – przerwała jej Evelyn. – Jak jego ojciec.

Uśmiech na twarzy Cassie zamarł, zanim jeszcze zdążył się w pełni rozwinąć. Spojrzała ze złością na matkę, odwróciła się i weszła na schody.

– Cassie, dokąd idziesz? – natychmiast zainterweniowała Evelyn.

– Muszę zrobić pranie.

– Posiedź z nami, przecież wujek przyjechał.

– Sama dasz sobie radę – rzuciła Cassie przez ramię.

– Znów robisz mi wstyd.

– Przecież to nic nowego.

Evelyn była bliska łez.

– Sam widzisz – zwróciła się do Chase’a. – Nie mogę liczyć nawet na własne dzieci. Nie dam sobie sama rady. – Pochlipując, weszła do salonu.

Bliźnięta spojrzały po sobie.

– To nie jest dobry czas na kłótnie, Cassie – odezwał się Philip. – Nie możesz jej choć trochę współczuć? Pogodzić się z nią przynajmniej na parę dni?

– Próbuję, ale doprowadza mnie do szewskiej pasji.

– Więc przynajmniej bądź dla niej uprzejma. Wiesz, że tata by sobie tego życzył – dodał po krótkiej chwili.

Cassie wzruszyła z rezygnacją ramionami i poszła za matką do salonu.

– Przynajmniej tyle mu jestem winna.

Philip spojrzał na Chase’a.

– Oto nasza cudowna rodzina.

– Od dawna tak jest?

– Od wielu lat. Wydawałoby się, że śmierć ojca powinna nas do siebie zbliżyć, lecz nic z tego. Jeszcze bardziej nas oddaliła.

Weszli do salonu. Cassie i Evelyn siedziały po przeciwnych stronach pokoju. Philip usiadł między nimi, przejmując na siebie rolę bufora. Chase wybrał fotel w rogu, bo ta strefa wydała mu się najbardziej neutralna.

Ciszę wypełniało jedynie tykanie zegara na kominku. Chase pomyślał, że wszystko tu wygląda tak jak dawniej. Te same stoliki typu hepplewhite, te same krzesła w stylu królowej Anny. Tak je zapamiętał z dzieciństwa. Evelyn nic tu nie zmieniła, za co był jej wdzięczny.

Postanowił przerwać milczenie:

– Przejeżdżałem obok budynku redakcji. Jakie macie plany wobec gazety?

– Philip przejmie kierownictwo – powiedziała Evelyn. – Najwyższy czas. Wolę, żeby teraz był w domu… – Odwróciła na chwilę wzrok. – Jest gotowy na to stanowisko.

– Sam nie wiem. – Philip wcale nie był przekonany. – Dopiero jestem na drugim roku. Poza tym chciałbym jeszcze…

– Twój ojciec miał dwadzieścia lat, kiedy został redaktorem naczelnym.

Philip wzruszył ramionami.

– Jill Vickery radzi sobie całkiem nieźle.

– Ona jest tylko pracownikiem najemnym, a „Herald” potrzebuje prawdziwego kapitana.

Cassie pochyliła się do przodu.

– Inni też się do tego nadają – stwierdziła ostro. – Dlaczego akurat Phil?

– Bo taka była wola ojca, a Richard najlepiej wiedział, co jest dobre dla gazety.

Znów zapadła cisza odmierzana tykaniem zegara. Evelyn ukryła twarz w dłoniach.

– Boże, jak możemy w takiej chwili rozmawiać o tym, kto zajmie jego miejsce.

– Prędzej czy później będziemy musieli o tym porozmawiać – chłodno stwierdziła Cassie. – I o innych rzeczach też.

W sąsiednim pokoju rozległ się dzwonek telefonu.

– Ja odbiorę. – Philip podniósł się z miejsca.

– Nie jestem w stanie myśleć. – Evelyn przycisnęła dłonie do głowy.

– To normalne w tej sytuacji. Potrzebujesz czasu, żeby się otrząsnąć – powiedział Chase łagodnie.

– Trzeba się zająć pogrzebem. Nie chcieli mi powiedzieć, kiedy wydadzą… – Skrzywiła się. – Dlaczego to musi tyle trwać? Przecież wiadomo, co się stało. Wszystko jest oczywiste.

– Prawda nie zawsze jest oczywista – wtrąciła Cassie.

Evelyn spojrzała na córkę.

– Co to ma znaczyć?

W progu stanął Philip.

– Mamo, dzwonił Lorne Tibbetts.

– Mój Boże! – Evelyn stanęła niepewnie na nogach. – Już idę.

– On chce się zobaczyć z tobą osobiście.

– Teraz? Nie może z tym poczekać? – Evelyn zmarszczyła brwi.

– Nie da się tego uniknąć. Może lepiej mieć to z głowy.

Evelyn spojrzała na Chase’a.

– Jedź ze mną, proszę.

Chase nie miał najmniejszego pojęcia, kim jest Lorne Tibbetts, a teraz marzył jedynie o gorącym prysznicu i łóżku. Wiedział jednak, że jedno i drugie będzie musiało poczekać.

– Oczywiście. – Podniósł się ciężko, z ociąganiem. Był bardzo znużony wielogodzinną jazdą z Greenwich.

Evelyn wyciągnęła z torebki kluczyki do samochodu i podała je Chase’owi.

– Jestem za bardzo zdenerwowana. Możesz prowadzić?

– Dokąd jedziemy? – Wziął kluczyki.

Założyła przeciwsłoneczne okulary. Zapuchnięte oczy skryły się za ciemnymi szkłami.

– Na policję.