Klub Mefista

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Tytuł oryginału:

THE MEPHISTO CLUB

Copyright © Tess Gerritsen 2006

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz 2007

Polish translation copyright © Jerzy Żebrowski 2007

Redakcja: Jacek Ring

Ilustracja na okładce: Vetta/Getty Images/Flash Press Media

Projekt graficzny okładki i serii: Andrzej Kuryłowicz

Skład: Laguna

ISBN 978-83-7659-447-7

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com


2012. Wydanie elektroniczne

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Spis treści

  Dedykacja

  Podziękowania

  Motto

  Rozdział pierwszy

  Rozdział drugi

  Rozdział trzeci

  Rozdział czwarty

  Rozdział piąty

  Rozdział szósty

  Rozdział siódmy

  Rozdział ósmy

  Rozdział dziewiąty

  Rozdział dziesiąty

  Rozdział jedenasty

  Rozdział dwunasty

  Rozdział trzynasty

  Rozdział czternasty

  Rozdział piętnasty

  Rozdział szesnasty

  Rozdział siedemnasty

  Rozdział osiemnasty

  Rozdział dziewiętnasty

  Rozdział dwudziesty

  Rozdział dwudziesty pierwszy

  Rozdział dwudziesty drugi

  Rozdział dwudziesty trzeci

  Rozdział dwudziesty czwarty

  Rozdział dwudziesty piąty

  Rozdział dwudziesty szósty

  Rozdział dwudziesty siódmy

  Rozdział dwudziesty ósmy

  Rozdział dwudziesty dziewiąty

  Rozdział trzydziesty

  Rozdział trzydziesty pierwszy

  Rozdział trzydziesty drugi

  Rozdział trzydziesty trzeci

  Rozdział trzydziesty czwarty

  Rozdział trzydziesty piąty

  Rozdział trzydziesty szósty

  Rozdział trzydziesty siódmy

  Rozdział trzydziesty ósmy

  Rozdział trzydziesty dziewiąty

  Posłowie

  Przypisy

Dedykuję Neilowi i Mary

Podziękowania

Pisanie książki jest zawsze wyzwaniem, wspinaczką na nieosiągalny z pozoru szczyt. Bez względu jednak na trudności znajduję oparcie we wspaniałych kolegach i przyjaciołach. Bardzo dziękuję mojej niezrównanej agentce, Meg Ruley, i całemu zespołowi z Jane Rotrosen Agency. Wasze wskazówki były gwiazdą, która wskazywała mi drogę. Jestem też wdzięczna mojej znakomitej wydawczyni, Lindzie Marrow, dzięki której może zabłysnąć każdy pisarz, Ginie Centrello, za jej niesłabnący latami entuzjazm, oraz Gilly Hailparn, za nieustanną życzliwość. A także dopingującej mnie niestrudzenie zza oceanu Selinie Walker z Transworld.

Na koniec muszę podziękować osobie, która towarzyszy mi najdłużej. Mój mąż, Jacob, wie, jak trudno dzielić życie z pisarką. A jednak wciąż jest ze mną.

Zniszcz wszystkie dusze lubieżne i synów Czuwających,

bo zepsuli oni ludzi1.

Księga Enocha (10:15)

starożytny tekst żydowski, II w. p.n.e.

Rozdział pierwszy

Wyglądali na idealną rodzinę.

Tak właśnie pomyślał chłopiec, stojąc nad otwartym grobem ojca i słuchając, jak pastor czyta frazesy z Biblii. Tylko garstka ludzi zebrała się w ten ciepły czerwcowy dzień, aby pożegnać Montague’a Saula, najwyżej kilkanaście osób, z których wiele dopiero poznał. Przez ostatnie pół roku chodził do szkoły z internatem i dziś widział niektórych z tych ludzi po raz pierwszy. W większości w ogóle go nie interesowali.

Ale rodzina wuja ciekawiła go ogromnie. Byli warci uwagi. Doktor Peter Saul przypominał bardzo swego zmarłego brata, Montague’a. Był szczupłym intelektualistą o rzedniejących nieuchronnie brązowych włosach i okularach, które upodabniały go do sowy. Jego żona, Amy, miała okrągłą, słodką twarz i rzucała wciąż zatroskane spojrzenia w kierunku swego piętnastoletniego bratanka, jakby chciała go przytulić i zdusić w uścisku. Ich syn, Teddy, miał dziesięć lat. Był chudy jak szczapa i wyglądał jak miniaturowa kopia Petera Saula. Nosił nawet takie same okulary.

Mieli też szesnastoletnią córkę, Lily.

Kosmyki włosów wysunęły jej się z końskiego ogona i przywierały teraz w upale do twarzy. Najwyraźniej czuła się źle w czarnej sukience i przestępowała niecierpliwie z nogi na nogę, jakby szykowała się do ucieczki. Jakby wolała być gdziekolwiek indziej, byle nie na tym cmentarzu, gdzie opędzała się od brzęczących owadów.

Wyglądają tak normalnie, tak przeciętnie, pomyślał chłopiec. Są tak niepodobni do mnie. Nagle napotkał spojrzenie Lily i poczuł dreszcz zaskoczenia. Wzajemnego zrozumienia. W tym momencie czuł niemal, jak jej wzrok przenika najmroczniejsze zakamarki jego mózgu, wnikając we wszystkie sekretne miejsca, których nikt nigdy nie widział. Których nie pozwolił nikomu oglądać.

 

Odwrócił wzrok z zakłopotaniem i skupił uwagę na innych ludziach stojących wokół grobu. Zarządca domu ojca, adwokat, dwoje sąsiadów. Zwykli znajomi, którzy znaleźli się tam z poczucia obowiązku, nie z przywiązania. Znali Montague’a Saula tylko jako spokojnego naukowca, który wrócił niedawno z Cypru i spędzał całe dnie nad książkami, mapami i kawałkami ceramiki. Nie znali go naprawdę. Podobnie jak jego syna.

Wreszcie ceremonia się skończyła i zebrani ruszyli w kierunku chłopca, jak ameba szykująca się do tego, by osaczyć go wyrazami współczucia, powiedzieć mu, jak im przykro, że stracił ojca. W dodatku tak szybko po przeprowadzce do Stanów.

– Masz tu przynajmniej rodzinę, która może ci pomóc – powiedział pastor.

Rodzinę? Tak, ci ludzie to chyba moi krewni, pomyślał chłopiec, gdy podszedł do niego nieśmiało mały Teddy, popychany przez matkę.

– Będziesz teraz moim bratem – oznajmił.

– Naprawdę?

– Mama przygotowała ci już pokój. Tuż obok mojego.

– Aleja zostaję tutaj. W domu ojca.

Teddy spojrzał zdezorientowany na matkę.

– Czy on nie wraca z nami do domu?

Amy Saul rzekła pospiesznie:

– Nie możesz mieszkać zupełnie sam, kochanie. Masz dopiero piętnaście lat. Może spodoba ci się w Purity tak bardzo, że zechcesz z nami zostać.

– Mam szkołę w Connecticut.

– Tak, ale rok szkolny już się skończył. Jeśli we wrześniu zechcesz wrócić do swojej szkoły z internatem, to rzecz jasna wrócisz. Ale przez lato pomieszkasz u nas.

– Nie będę tu sam. Przyjedzie do mnie mama.

Zaległo długie milczenie. Amy i Peter spojrzeli na siebie i chłopiec wiedział, o czym myślą. Matka opuściła go wiele lat temu.

– Przyjedzie do mnie – powtórzył z naciskiem.

– Pomówimy o tym później, synu – powiedział łagodnie wujek Peter.

* * *

Nocą chłopiec leżał w łóżku, w domu swojego ojca w mieście, nasłuchując głosów ciotki i wujka, którzy rozmawiali cicho w gabinecie na dole. W tym samym gabinecie, gdzie Montague Saul pracował w ciągu ostatnich miesięcy, tłumacząc teksty z kruchych zwojów papirusu. W tym samym gabinecie, gdzie pięć dni temu dostał zawału i osunął się na biurko. Ci ludzie nie powinni tam być, wśród bezcennych skarbów ojca. Wtargnęli bezprawnie do jego domu.

– On jest jeszcze dzieckiem, Peter. Potrzebuje rodziny.

– Nie możemy zaciągnąć go siłą do Purity, jeśli nie chce z nami jechać.

– W wieku piętnastu lat nie ma się wyboru w takich sprawach. Decyzje podejmują dorośli.

Chłopiec wstał z łóżka i wymknął się z pokoju. Zszedł chyłkiem do połowy schodów i przysłuchiwał się rozmowie.

– Z iloma dorosłymi miał tak naprawdę do czynienia? Twój brat właściwie się nie liczy. Był tak pochłonięty swoimi mumiami, że pewnie nawet nie zauważał obecności dziecka.

– Jesteś niesprawiedliwa, Amy. Mój brat był dobrym człowiekiem.

– Dobrym, ale trudnym do zrozumienia. Nie wyobrażam sobie, co za kobieta chciała mieć z nim dziecko. A potem zostawia Monty’emu chłopca na wychowanie? Nie mogę tego pojąć.

– Monty spisał się nie najgorzej. Chłopak ma w szkole celujące oceny.

– To twoim zdaniem kryterium wzorowego ojcostwa? Fakt, że dziecko dostaje dobre stopnie?

– Jest też opanowany. Spójrz, jak dobrze zniósł ten pogrzeb.

– On jest otępiały, Peter. Widziałeś dziś na jego twarzy jakiekolwiek uczucia?

– Monty też był taki.

– Pozbawiony emocji?

– Nie. Kierował się intelektem. I logiką.

– Ale przecież wiesz, że w głębi duszy chłopiec musi cierpieć. Chce mi się płakać na myśl, jak bardzo potrzebuje teraz matki. Upiera się, że matka do niego wróci, choć oboje wiemy, że to nieprawda.

– Wcale tego nie wiemy.

– Nawet nie znamy tej kobiety! Monty napisał do nas pewnego dnia z Kairu, że ma syna. Równie dobrze mógł go wyciągnąć z sitowia jak małego Mojżesza.

Chłopiec usłyszał nad sobą skrzypienie podłogi i spojrzawszy na szczyt schodów, stwierdził ze zdumieniem, że znad poręczy przygląda mu się jego kuzynka Lily. Wpatrywała się w niego uważnie, jak w egzotyczne stworzenie, którego nigdy przedtem nie spotkała, i nie była pewna, czy nie jest niebezpieczne.

– O! – powiedziała ciocia Amy. – Nie śpicie?

Ciotka i wujek wyszli właśnie z gabinetu i stali u podnóża schodów, patrząc na niego. Wydawali się nieco zaniepokojeni, że mógł słyszeć ich rozmowę.

– Dobrze się czujesz, kochanie? – spytała Amy.

– Tak, ciociu.

– Już tak późno. Może powinieneś wrócić do łóżka?

Ale chłopiec nie ruszył się z miejsca. Siedział dalej na schodach, zastanawiając się, jak by to było, gdyby zamieszkał z tymi ludźmi. Czego mógłby się od nich nauczyć? Miałby ciekawe lato, zanim przyjedzie po niego mama.

– Ciociu Amy – odezwał się wreszcie. – Już postanowiłem.

– Co takiego?

– Gdzie chcę spędzić lato.

Amy domyślała się najgorszego.

– Proszę, nie decyduj pochopnie! Mamy naprawdę ładny dom, tuż nad jeziorem i miałbyś własny pokój. Odwiedź nas chociaż, zanim coś postanowisz.

– Ale ja chcę z wami zostać.

Ciotka zaniemówiła na chwilę z wrażenia, po czym jej twarz rozpromieniła się w uśmiechu. Wbiegła na schody, by chłopca uściskać. Pachniała mydłem Dove i szamponem Breck. Tak pospolicie, tak zwyczajnie. Potem uśmiechnięty szeroko wuj Peter poklepał go serdecznie po ramieniu, jakby witał nowego syna. Ich radość opasywała chłopca jak nić waty cukrowej, wciągając go w ich świat, gdzie istniała tylko miłość, światło i śmiech.

– Dzieciaki tak się ucieszą, że z nami wracasz! – rzekła

Amy.

Spojrzał w kierunku szczytu schodów, ale Lily już tam nie było. Zniknęła niepostrzeżenie. Będę musiał mieć ją na oku, pomyślał. Bo ona już mnie obserwuje.

– Należysz teraz do naszej rodziny – oznajmiła Amy.

Gdy wchodzili razem po schodach, opowiadała mu już o planach na lato. O miejscach, do których go zabiorą, o specjalnych potrawach, które dla niego przyrządzą, gdy wrócą do domu. Wydawała się radosna, nawet podekscytowana, jak matka nowo narodzonego dziecka.

Amy Saul nie miała pojęcia, co sprowadzają do swego domu.

Rozdział drugi

Dwanaście lat później

Być może popełniała błąd.

Doktor Maura Isles przystanęła przed drzwiami kościoła Najświętszej Maryi od Bożej Światłości, niepewna, czy powinna wejść do środka. Parafianie zgromadzili się już wewnątrz, a ona stała samotnie w mroku i płatki śniegu opadały wolno na jej nieosłoniętą głowę. Przez zamknięte drzwi kościoła słyszała, jak organistka zaczyna grać Adeste Fidelis i wiedziała, że wszyscy siedzą już w ławkach. Jeśli chciała do nich dołączyć, nie powinna dłużej zwlekać.

Wahała się, bo nie należała tak naprawdę do parafialnej wspólnoty. Ale nęciła ją muzyka, a także obietnica ciepła i swojskich obrzędów. Tutaj, na ciemnej ulicy, stała sama. Samotna w wieczór wigilijny.

Weszła po schodach do budynku.

Mimo późnej pory ławki były wypełnione rodzinami i zaspanymi dziećmi, które wyciągnięto z łóżek na pasterkę. Spóźnione przybycie Maury zwróciło uwagę paru osób i gdy milkły ostatnie dźwięki Adeste Fidelis, zajęła pospiesznie pierwsze wolne miejsce, jakie znalazła w ostatnich rzędach.

Niemal natychmiast musiała jednak znowu wstać wraz z resztą wiernych, gdyż zaczęła się antyfona na wejście. Ojciec Daniel Brophy podszedł do ołtarza i przeżegnał się.

– Łaska i pokój Boga Ojca i naszego Pana Jezusa Chrystusa niech będą z wami wszystkimi – powiedział.

– I z duchem twoim – mruknęła pod nosem Maura razem z wiernymi. Choć od tylu lat nie chodziła do kościoła, odpowiedzi płynęły spontanicznie z jej ust, zachowane w pamięci dzięki niedzielnym mszom z dzieciństwa. – Panie, zmiłuj się. Chryste, zmiłuj się. Panie, zmiłuj się.

Chociaż Daniel nie był świadomy jej obecności, Maura koncentrowała uwagę tylko na nim. Na jego ciemnych włosach, miękkich ruchach, dźwięcznym barytonowym głosie. Tej nocy mogła przyglądać mu się bez wstydu, bez zażenowania. Niczym to nie groziło.

– Daj nam wieczną radość w Królestwie Niebieskim, gdzie On mieszka i rządzi wraz z Tobą i Duchem Świętym, jeden Bóg na wieki wieków.

Siadając ponownie w ławce, Maura słyszała stłumione chrząknięcia i pojękiwania zmęczonych dzieci. Na ołtarzu migotały świece, symbolizując światło i nadzieję w tę zimową noc.

Daniel zaczął czytać:

– Lecz anioł rzekł do nich: „Nie bójcie się! Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu…”.

Święty Łukasz, pomyślała Maura, rozpoznając te słowa. Łukasz, który był lekarzem.

– „…A to będzie znakiem dla was: znajdziecie Niemowlę, owinięte w.”. Przerwał, dostrzegając nagle Maurę. Czy to aż taka niespodzianka, że mnie tu dzisiaj widzisz, Danielu? – pomyślała.

Odchrząknął, spojrzał w notatki i czytał dalej:

– „Znajdziecie Niemowlę, owinięte w pieluszki i leżące w żłobie”2.

Chociaż już wiedział, że Maura siedzi wśród jego parafian, więcej na nią nie spojrzał. Ani przy śpiewaniu Cantate Domino i Dies Sanctificatus, ani podczas ofiarowania i liturgii eucharystii. Gdy inni wokół niej wstawali z miejsc i szli do komunii, Maura pozostała w ławce. Skoro ktoś nie wierzy, hipokryzją jest spożywanie hostii i picie wina mszalnego.

W takim razie co ja tu robię?

Pozostała jednak do końca mszy, na błogosławieństwo i wezwanie do rozejścia się.

– Idźcie w pokoju Chrystusa.

– Bogu niech będą dzięki – odparli wierni.

Msza skończyła się i ludzie zaczęli wychodzić z kościoła, zapinając płaszcze i wciągając rękawiczki w drodze do drzwi. Maura także wstała i zamierzała właśnie wyjść z ławki, gdy spostrzegła, że Daniel daje jej w milczeniu znak wzrokiem, by została. Usiadła z powrotem, zauważając wścibskie spojrzenia mijających ją ludzi. Wiedziała, co widzieli, albo co im się wydawało, że widzą: samotną kobietę, spragnioną słów pociechy od księdza w wigilijną noc.

A może dostrzegli coś więcej?

Nie odwzajemniała ich spojrzeń. Gdy kościół opustoszał, spoglądała przed siebie, spokojnie wpatrzona w ołtarz, myśląc: Jest już późno i powinnam wracać do domu. Nie wiem, co dobrego może wyniknąć z tego, że zostałam.

– Witaj, Mauro.

Podniósłszy wzrok, napotkała spojrzenie Daniela. Kościół nie był jeszcze całkiem pusty. Organistka pakowała wciąż swoje nuty, a kilku chórzystów wkładało płaszcze, ale w tym momencie Daniel skupiał już całą uwagę na Maurze, jakby była tylko ona.

– Dawno cię tu nie było – zauważył.

– Rzeczywiście.

– Od sierpnia, prawda?

A więc ty też liczyłeś dni.

Usiadł w ławce obok niej.

– Jestem zaskoczony, że cię widzę.

– W końcu jest Wigilia.

– Przecież nie wierzysz.

– Ale lubię te obrzędy. I pieśni.

– Tylko dlatego przyszłaś? Żeby zaśpiewać kilka pieśni? Zaintonować parę razy „amen” i „Bogu niech będą dzięki”?

– Chciałam posłuchać muzyki. Pobyć wśród ludzi.

– Nie mów mi, że spędzasz tę noc samotnie.

Wzruszyła ramionami i zaśmiała się.

– Znasz mnie, Danielu. Nie lubię przyjęć.

– Myślałem po prostu… To znaczy, zakładałem…

– Co?

– Że jesteś z kimś. Zwłaszcza dzisiejszej nocy.

Jestem. Jestem z tobą.

Oboje zamilkli, gdy obok ławki przeszła organistka, niosąc swoją torbę z nutami.

– Dobranoc, ojcze Brophy.

– Dobranoc, pani Easton. Dziękuję za wspaniały koncert.

– To była przyjemność. – Organistka rzuciła Maurze na pożegnanie przenikliwe spojrzenie i podążyła do wyjścia. Usłyszeli odgłos zamykania drzwi i wreszcie zostali sami.

– Dlaczego nie było cię tak długo? – spytał.

– Wiesz, jak to jest w mojej pracy. Nigdy nie mam czasu. Kilka tygodni temu jeden z naszych patologów musiał iść do szpitala na operację kręgosłupa i trzeba było go zastępować. Miałam dużo zajęć, to wszystko.

– Zawsze możesz podnieść słuchawkę i zadzwonić.

– Tak, wiem. – On też mógł, ale tego nie zrobił. Daniel Brophy nigdy nie przekraczał wyznaczonej linii. Może i słusznie. Maura walczyła z wystarczająco silną pokusą za nich oboje.

 

– Co u ciebie? – spytała.

– Słyszałaś, że ojciec Roy miał w zeszłym miesiącu wylew? Zostałem policyjnym kapelanem.

– Wiem o tym od detektyw Rizzoli.

– Kilka tygodni temu byłem na miejscu przestępstwa w Dorchester. Kiedy zastrzelono policjanta. Widziałem cię tam.

– A ja ciebie nie. Powinieneś się przywitać.

– Cóż, byłaś bardzo zajęta. Całkowicie pochłonięta pracą, jak zwykle. – Uśmiechnął się. – Wyglądasz czasem tak groźnie, Mauro. Wiedziałaś o tym?

Roześmiała się.

– Może na tym polega mój problem.

– Jaki problem?

– Odstraszam mężczyzn.

– Mnie nie odstraszyłaś.

Jak bym mogła? – pomyślała. Tobie nie złamie się serca. Spojrzała wymownie na zegarek i wstała.

– Już późno. Zabrałam ci zbyt wiele czasu.

– Nie mam już żadnych pilnych zajęć – oznajmił, odprowadzając ją do drzwi.

– Musisz opiekować się całą trzódką parafian. Poza tym jest Wigilia.

– Zauważyłaś pewnie, że ja też nie mam dziś dokąd pójść.

Przystanęła i odwróciła się do niego. Stali sami w kościele, wdychając wonie świec i kadzidła, znajome zapachy, które przywodziły wspomnienia z dzieciństwa, z dawnych świąt, dawnych pasterek. Z dni, kiedy wizyta w kościele nie wzbudzała w niej takiej burzy uczuć jak teraz.

– Dobranoc, Danielu – powiedziała, odwracając się do drzwi.

– Czy znów nie zobaczę cię przez cztery miesiące? – zawołał za nią.

– Nie wiem.

– Brakowało mi naszych rozmów, Mauro.

Znów się zawahała, dotykając już ręką drzwi.

– Mnie też ich brakowało. Może właśnie dlatego powinniśmy z nimi skończyć.

– Nie zrobiliśmy nic, czego należałoby się wstydzić.

– Na razie – odparła cicho, nie patrząc na niego, lecz na ciężkie rzeźbione drzwi, które zagradzały jej drogę ucieczki.

– Mauro, nie zostawiajmy tego tak. Nie ma powodu, żebyśmy nie mogli utrzymywać… – Zamilkł.

Dzwonił telefon Maury.

Wydobyła go z torebki. O tej porze sygnał komórki nie mógł oznaczać nic dobrego. Gdy odbierała, czuła na sobie wzrok Daniela, który wprawiał ją w drżenie.

– Doktor Isles – odezwała się nienaturalnie chłodnym tonem.

– Wesołych świąt! – powiedziała detektyw Jane Rizzoli. – Jestem trochę zaskoczona, że nie zastałam cię o tej porze w domu. Dzwoniłam najpierw tam.

– Byłam na pasterce.

– Chryste, jest już pierwsza w nocy. Jeszcze się nie skończyła?

– Owszem, Jane. Skończyła się i właśnie wychodzę – odparła Maura tonem, który ucinał dalsze pytania. – Co dla mnie masz? – spytała. Wiedziała już, że Jane nie dzwoni z pozdrowieniami, tylko z wezwaniem.

– Wschodni Boston, Prescott Street, numer dwieście dziesięć. Prywatny dom. Frost i ja dotarliśmy tu pół godziny temu.

– Szczegóły?

– Jedna ofiara, młoda kobieta.

– Zabójstwo?

– O tak!

– Wydajesz się tego bardzo pewna.

– Sama zobaczysz, jak przyjedziesz.

Wyłączyła telefon i zobaczyła, że Daniel wciąż na nią patrzy. Ale czas na ryzykowne decyzje, na wypowiadanie słów, których oboje mogliby żałować, już minął. Stanęła między nimi śmierć.

– Musisz jechać do pracy?

– Pełnię dziś dyżur. – Wsunęła telefon do torebki. – Ponieważ nie mam w tym mieście rodziny, zgłosiłam się na ochotnika.

– Akurat tej nocy?

– Prawdę mówiąc, Boże Narodzenie nie ma dla mnie większego znaczenia.

Zapięła kołnierz płaszcza i wyszła z kościoła w ciemną noc. Podążył za nią i gdy brnęła w świeżym śniegu do samochodu, przyglądał się jej ze schodów, a jego białe szaty powiewały na wietrze. Obejrzawszy się, zobaczyła, jak unosi rękę w pożegnalnym geście.

Wciąż do niej machał, gdy odjeżdżała.