Potworny regimentTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

MONSTROUS REGIMENT

Copyright © Terry and Lyn Pratchett 2003

This edition is published by arrangement

with Transworld Publishers,

a division of The Random House Group Ltd.

All rights reserved

Projekt graficzny serii

Zombie Sputnik Corporation

Ilustracja na okładce

Paul Kidby www.paulkidby.net

Redakcja

Łucja Grudzińska

Redakcja techniczna

Elżbieta Urbańska

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8234-646-6

Warszawa 2021

Fantastyka

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

TEGO SAMEGO AUTORA POLECAMY:


KOLOR MAGII

BLASK FANTASTYCZNY

RÓWNOUMAGICZNIENIE

MORT

CZARODZICIELSTWO

ERYK

TRZY WIEDŹMY

PIRAMIDY

STRAŻ! STRAŻ!

RUCHOME OBRAZKI

NAUKA ŚWIATA DYSKU I, II, III

KOSIARZ

WYPRAWA CZAROWNIC

POMNIEJSZE BÓSTWA

PANOWIE I DAMY

ZBROJNI

MUZYKA DUSZY

CIEKAWE CZASY

MASKARADA

OSTATNI BOHATER

ZADZIWIAJĄCY MAURYCY I JEGO EDUKOWANE GRYZONIE

NA GLINIANYCH NOGACH

WIEDŹMIKOŁAJ

WOLNI CIUTLUDZIE

BOGOWIE, HONOR, ANKH-MORPORK

OSTATNI KONTYNENT

CARPE JUGULUM

PIĄTY ELEFANT

PRAWDA

ZŁODZIEJ CZASU

ZIMISTRZ

STRAŻ NOCNA

POTWORNY REGIMENT

PIEKŁO POCZTOWE

ŁUPS!

ŚWIAT FINANSJERY

HUMOR I MĄDROŚĆ ŚWIATA DYSKU

NIEWIDOCZNI AKADEMICY

W PÓŁNOC SIĘ ODZIEJĘ

NIUCH



*1*

Polly ścięła włosy przed lustrem. Miała trochę wyrzutów sumienia z powodu tego, że nie ma z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. Powinny przecież być jej chwałą i dumą; wszyscy powtarzali, że są piękne, ale do pracy i tak zakładała na nie siatkę. Zawsze sobie mówiła, że się u niej marnują. Uważała jednak, by długie złociste loki wylądowały na kawałku płótna, rozłożonym w tym właśnie celu.

Jeśli już przyznałaby się do jakiejś silniejszej emocji, to tylko do czystej irytacji, że strzyżenie było wszystkim, czego potrzebowała, by udawać młodego chłopca. Nie musiała nawet bandażować sobie piersi, co – jak słyszała – należało do standardowych praktyk. Natura zadbała o to, by w tych okolicach Polly nie miała prawie żadnych problemów.

Skutek działań nożyczek okazał się… nierówny, ale nie gorszy od innych męskich fryzur, jakie widywała. Ujdzie. Czuła wprawdzie chłód na karku, ale tylko w części z powodu utraty długich włosów. Także z powodu Spojrzenia.

Znad łóżka przyglądała się jej księżna.

Był to marny drzeworyt, ręcznie pokolorowany, głównie na czerwono i niebiesko. Przedstawiał bezbarwną kobietę w średnim wieku; jej obwisły podbródek i trochę wyłupiaste oczy budziły cyniczne wrażenie, że ktoś ubrał w suknię wielką rybę. Artyście udało się w tej dziwnie obojętnej twarzy oddać coś jeszcze; niektóre portrety wodzą oczami za patrzącym, a ten miał oczy, które spoglądały przez patrzącego na wylot. Taką twarz można było znaleźć w każdym domu. W Borogravii człowiek dorastał pod okiem księżnej.

Rodzice mieli taki obrazek w pokoju, a mama – kiedy jeszcze żyła – co wieczór przed nim dygała. Polly odwróciła portret twarzą do ściany. Jakaś myśl w głowie zawołała „Nie!”, ale została uciszona. Polly podjęła decyzję.

Włożyła na siebie ubranie brata, zawartość płóciennej ściereczki przesypała do małej sakiewki, którą wcisnęła na dno worka, pod zapasową odzież, położyła na łóżku list, chwyciła worek i wyszła przez okno. W każdym razie Polly weszła na parapet, ale stopy, które wylądowały miękko na ziemi, należały już do Olivera.

Kiedy przemknęła przez dziedziniec gospody, brzask zmieniał właśnie świat ciemności w świat monochromatyczny. Księżna przyglądała się jej z szyldu. Ojciec był wielkim lojalistą, przynajmniej do śmierci matki. W tym roku nie odmalował szyldu, a jakiś przypadkowy ptak ulżył sobie w locie i sprawił, że księżna miała zeza.

Polly sprawdziła, czy wózek werbownika nadal stoi; jaskrawe proporce poszarzały i zwisały ciężko, mokre po nocnym deszczu. Sądząc po wyglądzie tego wielkiego i grubego sierżanta, minie jeszcze kilka godzin, zanim ruszy w drogę. Miała dość czasu. On chyba nie będzie się spieszył ze śniadaniem.

Wymknęła się przez furtkę w murze na tyłach i ruszyła w górę. Ze szczytu wzgórza popatrzyła na budzące się dopiero miasteczko. Dymy wznosiły się już z kilku kominów, ale że to ona zawsze wstawała pierwsza i wypędzała z łóżek służące, gospoda jeszcze spała. Wiedziała, że wdowa Clambers została na noc (albowiem „za bardzo padało, żeby mogła wracać do domu”, jak tłumaczył ojciec); Polly miała nadzieję, że dla jego dobra zostanie już na stałe. W miasteczku nie brakowało wdów, a Eva Clambers była niewiastą o dobrym sercu i prawdziwą mistrzynią wypieków. Długa choroba żony i nieobecność Paula wiele ojca kosztowały. Na szczęście powoli wracał do siebie. Stare kobiety, które przez całe dnie tylko patrzyły ponuro z okien, mogły sobie szpiegować, irytować się i marudzić; robiły to od tak dawna, że nikt już ich nie słuchał.

Trochę dalej dym i para wznosiły się już nad pralnią Szkoły Zawodu dla Dziewcząt. Budynek wyrastał groźnie na końcu miasteczka, wielki i szary, z wysokimi, wąskimi oknami, zawsze milczący. Kiedy Polly była mała, dowiedziała się, że tam właśnie trafiają Złe Dziewczynki. Natura tej „złości” nie została wyjaśniona, a w wieku pięciu lat Polly miała niejasne wrażenie, że polega na niechodzeniu do łóżka, kiedy rodzice jej każą. W wieku lat ośmiu dowiedziała się, jakie ma szczęście, że nie trafiła tam za kupienie dla brata pudełka z farbkami.

Odwróciła się i ruszyła między drzewa, gdzie już śpiewały ptaki.

Musiała zapomnieć, że kiedykolwiek była Polly. Musiała myśleć jak młody mężczyzna – to najważniejsze. Puszczać bąki głośno i z satysfakcją z dobrze wykonanej pracy, ruszać się jak marionetka, której obcięto kilka przypadkowych sznurków, nikogo nie obejmować, a jeśli spotka przyjaciela, walnąć go pięścią. Kilka lat pracy w barze dostarczyło jej dosyć materiału obserwacyjnego. I z łatwością mogła nie kołysać biodrami – tutaj natura także okazała się oszczędna.

Musiała jeszcze opanować chód młodych mężczyzn. Kobiety przynajmniej kołyszą tylko biodrami. Młodzi mężczyźni kołysali wszystkim, licząc od ramion w dół. Chyba usiłują zajmować jak najwięcej miejsca, myślała. Dzięki temu wyglądają na większych – tak jak kocury, które stroszą ogon. Wiele razy widziała to w gospodzie. Chłopcy starali się udawać dużych, by się bronić przed innymi dużymi chłopcami. Jestem zły, jestem wściekły, jestem twardzielem, wypiję kufel piwa z lemoniadą, mama kazała mi wrócić do domu przed dziewiątą…

Po kolei… łokcie odstają od ciała, jakby niosła dwa worki mąki… gotowe. Ramiona kołyszą się w przód i w tył, jakby przeciskała się przez tłum… gotowe. Dłonie nieco zaciśnięte, poruszają się, jakby obracały dwie niezależne korbki umocowane do pasa… gotowe. Nogi przesuwają się naprzód luźno, jak u małpy… gotowe…

Wszystko działało przez kilka sążni, a potem chyba coś pomyliła, bo wskutek powstałego mięśniowego chaosu wywróciła się w krzak ostrokrzewu. Potem zrezygnowała z dalszych prób.

Burza wróciła, kiedy Polly maszerowała traktem; burzom zdarzało się przez wiele dni krążyć po górach. Ale przynajmniej tak wysoko ścieżka nie zmieniła się w rzekę błota, a na drzewach pozostało dość liści, by trochę dziewczynę osłonić. Zresztą i tak nie miała czasu, żeby przeczekać gdzieś złą pogodę. Czekała ją długa droga. Werbownicy przepłyną rzekę promem, ale wszyscy przewoźnicy znali Polly z widzenia, a strażnik zechce obejrzeć pozwolenie na podróż, którego Oliver Perks oczywiście nie ma. To oznaczało, że musi nadłożyć drogi aż do trollowego mostu w Tübz. Dla trolli wszyscy ludzie wyglądają tak samo, a byle kawałek papieru wystarczy za przepustkę, bo przecież trolle nie umieją czytać. Potem może zejść przez sosnowe lasy do Plün. Wózek musi się tam zatrzymać na noc, ale poza tym było to jedno z tych miejsc, które istniały tylko dla uniknięcia zakłopotania z powodu dużej pustej powierzchni na mapie. W Plün nikt jej nie znał. Nikt tam nie jeździł. To była zapyziała wiocha.

I właśnie takiej potrzebowała. Werbownicy się tam zatrzymają, a ona się zaciągnie. Była pewna, że ten wielki gruby sierżant razem z oślizłym kapralem nie zauważyli nawet dziewczyny, która obsługiwała ich w gospodzie. Nie dysponowała przecież, jak to mówią, konwencjonalną urodą. Kapral próbował szczypnąć ją w pośladek, ale raczej odruchowo, jakby przeganiał muchę; zresztą nie było tam wiele do szczypania.

Usiadła na wzgórzu powyżej promu i zjadła spóźnione śniadanie – zimne ziemniaki i kiełbasę. Patrzyła, jak wózek przepływa przez rzekę. Nikt za nim nie maszerował. Tym razem nikogo w Munz nie udało się zwerbować. Ludzie trzymali się z daleka. Zbyt wielu młodych chłopców odeszło przez ostatnie kilka lat i nie dość ich powróciło. A z tych, którzy wrócili, często nie powróciło dość niektórych z nich. Kapral mógł sobie walić w ten wielki bęben. W Munz kończyli się synowie – prawie tak samo szybko, jak przybywało wdów.

 

Było gorąco i duszno; żółty ptak podlatywał za nią od krzaka do krzaka. Nad błotem z zeszłej nocy unosiła się para. Polly dotarła do trollowego mostu, przecinającego rzekę, płynącą tu wąskim wąwozem. Była to smukła, pełna gracji konstrukcja, zbudowana, jak mówiono, bez żadnej zaprawy. Mówiono też, że ciężar mostu tym mocniej utrzymuje go w skale. Mówiono, że to jeden z dziwów świata, ale bardzo niewielu ludzi w okolicy dziwiło się czemukolwiek, a o świecie mieli słabe pojęcie. Aby przekroczyć most, trzeba było zapłacić jednego pensa albo sto sztuk złota, jeśli ktoś prowadził kozła1. W połowie drogi Polly wyjrzała przez balustradę i daleko w dole zobaczyła wózek sunący powoli wąską drogą tuż nad spienioną rzeką.

Po południu droga prowadziła cały czas w dół, przez ciemny sosnowy las po drugiej stronie wąwozu. Polly nie spieszyła się i przed zachodem słońca dotarła do gospody. Wózek zjawił się tu wcześniej, a sądząc z wyglądu, sierżant postanowił nie marnować czasu. Nikt nie walił w bęben, jak zeszłego wieczoru, nikt nie krzyczał: „Wstępujcie, moi chłopaczkowie! Czeka was wspaniałe życie w Piersiach i Tyłkach”.

Zawsze toczyła się jakaś wojna. Zwykle był to konflikt graniczny, narodowy odpowiednik narzekania, że sąsiad nie przyciął jak należy żywopłotu. Czasami chodziło o coś poważniejszego. Borogravia była krajem miłującym pokój, ale otoczonym zdradzieckimi, przebiegłymi i wojowniczymi nieprzyjaciółmi. Musieli być zdradzieccy, przebiegli i wojowniczy, bo w przeciwnym razie byśmy z nimi nie walczyli, prawda? Zawsze toczyła się jakaś wojna.

Ojciec Polly był w wojsku, zanim przejął gospodę Pod Księżną od dziadka Polly. Niewiele o tym opowiadał. Wracając, przyniósł swój miecz, ale zamiast powiesić go nad kominkiem, używał do grzebania w ogniu. Czasami zjawiali się starzy przyjaciele, a po zamknięciu gospody na noc, siadali przy ogniu, pili i śpiewali. Mała Polly szukała jakichś pretekstów, żeby zostać i posłuchać ich piosenek, ale to się skończyło, kiedy jednego z bardziej interesujących słów użyła przy mamie. Teraz była już starsza i podawała piwo, więc uznawano zapewne, że zna te słowa albo i tak wkrótce się dowie, co znaczą. Poza tym mama odeszła tam, gdzie brzydkie słowa nie mogą już jej urazić i w teorii nigdy nie są wypowiadane.

Te piosenki były częścią jej dzieciństwa. Znała na pamięć „Świat stanął na głowie”, „Diabeł będzie mi sierżantem” i „Johnny poszedł w wojaki” oraz „Dziewczę, które zostawiłem”. A kiedy alkohol płynął przez dłuższy czas, mogła się nauczyć „Pułkownika Pierdoły” i „Szkoda, że ją pocałowałem”.

Oczywiście, była też „Słodka Polly Oliver”. Ojciec śpiewał ją, kiedy Polly była mała i smuciła się albo przestraszała, a ona śmiała się wtedy po prostu dlatego, że w piosence pojawiało się jej imię. Słowa znała na pamięć, zanim jeszcze wiedziała, co znaczy większość z nich. A teraz…

…Pchnęła drzwi. Sierżant z kapralem spojrzeli nad nią znad poplamionego blatu stołu. Kufle znieruchomiały w połowie drogi do ust. Odetchnęła głęboko, podeszła do nich i spróbowała zasalutować.

– Czego chcesz, mały? – burknął kapral.

– Chcę się zaciągnąć, sir!

Sierżant uśmiechnął się szeroko, od czego jego blizny poruszyły się dziwnie, a wstrząsy objęły wszystkie podbródki. Słowo „tęgi” nie stosowało się do niego, gdyż słowo „gruby” przeciskało się do przodu, by zwrócić powszechną uwagę. Sierżant nie miał talii. Miał równik. Miał grawitację. Gdyby upadł w dowolnym kierunku, toby się zakołysał. Słońce i alkohol spaliły mu twarz do barwy czerwieni, w której małe ciemne oczka połyskiwały jak odbłyski światła na klindze. Obok, na stole, leżały dwa staromodne kordy – broń mająca więcej wspólnego z tasakiem niż z mieczem.

– Tak po prostu? – zapytał.

– Tajest!

– Naprawdę?

– Tajest!

– I nie chcesz, żebyśmy najpierw upili cię do nieprzytomności? Wiesz, to taka tradycja.

– Nie, sir!

– Nie mówiłem ci o wspaniałych możliwościach awansu i kariery, co?

– Nie, sir!

– A wspomniałem, że ten świetny czerwony mundur sprawi, że będziesz musiał odganiać dziewczyny kijem?

– Raczej nie, sir!

– A wyżywienie? Każdy posiłek to prawdziwy bankiet, kiedy z nami maszerujesz! – Sierżant klepnął się po brzuchu, wzbudzając kołysania w regionach zewnętrznych. – Jestem tego żywym dowodem!

– Tak, sir! Nie, sir! Chcę tylko wstąpić do wojska, żeby walczyć o mój kraj i o honor księżnej, sir!

– Naprawdę? – zdumiał się kapral.

Ale sierżant jakby nie słyszał. Zmierzył Polly wzrokiem od stóp do głów, a Polly nabrała przekonania, że nie jest ani tak pijany, ani tak głupi, jak się wydaje.

– Słowo honoru, kapralu Strappi, mam wrażenie, że stoi przed nami prawdziwy, staroświecki patriota! – Małe oczka wpatrywały się w twarz Polly. – No to trafiłeś we właściwe miejsce, mój chłopcze! – Z poważną miną przysunął sobie jakieś papiery. – Wiesz, kim jesteśmy?

– Dziesiąty Pieszy, sir. Lekka piechota, sir. Znani jako Piersi i Tyłki, sir – odpowiedziała Polly, niemal osłabła z ulgi. Najwyraźniej przeszła jakiś test.

– Słusznie, chłopcze. Dobrzy, weseli Serożercy. Najznakomitszy regiment ze wszystkich w najznakomitszej armii świata! I ostro chcesz do nas wstąpić, co?

– Ostro jak musztarda, sir!

Polly czuła na sobie podejrzliwy wzrok kaprala.

– Zuch chłopak.

Sierżant odkorkował butelkę atramentu i zanurzył w niej czubek pióra. Dłoń zawisła nad papierami.

– Nazywasz się?

– Oliver, sir. Oliver Perks.

– Wiek?

– Siedemnaście skończę w niedzielę, sir.

– Tak, akurat… – mruknął sierżant. – Jeśli ty masz siedemnaście lat, to ja jestem wielką księżną Annagovią. Przed czym uciekasz, mały, co? Jakaś młoda panna chce założyć rodzinę?

– Ktoś by mu musiał pomóc… – wyszczerzył zęby kapral. – Przecież piszczy jak mały chłopak.

Polly wyczuła, że zaczyna się rumienić. Ale przecież młody Oliver też by się zarumienił, prawda? Łatwo sprawić, by chłopcy się rumienili. Polly potrafiła do tego doprowadzić samym spojrzeniem.

– Zresztą to nieważne – uznał sierżant. – Postaw znaczek na tym dokumencie, pocałuj księżną i jesteś moim chłopakiem, rozumiesz? Nazywam się sierżant Jackrum. Będę twoją matką i ojcem, a ten tutaj kapral Strappi będzie dla ciebie jak starszy brat. Codziennie zjesz u nas stek i bekon, a gdyby ktoś cię próbował wyciągnąć, to będzie musiał ciągnąć i mnie, bo złapię cię za kołnierz. I słusznie możesz pomyśleć, że nikt nie da rady uciągnąć tak wiele, panie Perks. – Gruby kciuk stuknął w kartkę papieru. – Tutaj.

Polly sięgnęła po pióro i złożyła podpis.

– Co to jest?! – zawołał kapral.

– Mój podpis – wyjaśniła Polly.

Usłyszała otwierające się za nią drzwi i odwróciła się niespokojnie. Kilku młodych ludzi… to znaczy, poprawiła się, kilku innych młodych ludzi wcisnęło się do wnętrza. Rozglądali się nerwowo.

– Umiesz czytać i pisać? – zdziwił się sierżant. Zerknął na nowo przybyłych, a potem znów na Polly. – No tak, widzę. Ładne, okrągłe litery… Materiał na oficera, jak nic. Dajcie mu szylinga, kapralu. I obrazek, naturalnie.

– Robi się, sierżancie. – Kapral Strappi podniósł obrazek z uchwytem, podobny do lusterka. – Zróbcie dzióbek, szeregowy Nerds.

– Perks, sir – poprawiła go Polly.

– Niech będzie. Pocałujcie księżnę.

Nie była to dobra kopia słynnego portretu. Obraz za szkłem wyblakł, a coś dziwnego, jakby mech albo co, rosło wewnątrz pęknięć w szkle. Polly musnęła je wargami, wstrzymując przy tym oddech.

– Aha – mruknął Strappi.

Wcisnął jej coś do ręki.

– Co to jest? – Polly spojrzała na niewielki prostokąt papieru.

– To weksel. Ostatnio nie stoimy najlepiej z szylingami – wyjaśnił sierżant, a Strappi skrzywił się niechętnie. – Ale oberżysta postawi ci kufel piwa, z łaski jej wysokości.

Przyjrzał się młodym ludziom.

– Jak już pada, to leje – stwierdził. – Wy, chłopcy, też chcecie się zaciągnąć? Coś podobnego, nawet nie musieliśmy uderzyć w bęben. To pewnie niezwykła charyzma kaprala Strappiego. Podejdźcie bliżej, nie ma się czego wstydzić. Który będzie następny?

Polly spojrzała na kolejnego rekruta – ze zgrozą, choć miała nadzieję, że dobrze ją ukrywa. W półmroku nie widziała go zbyt dobrze, gdyż ubrany był na czarno, ale nie w elegancką, stylową czerń, ale w czerń zakurzoną, w jakiej człowieka kładą do trumny. I sądząc z wyglądu, chłopak był właśnie tym człowiekiem. Całe ubranie miał w pajęczynach, a czoło przecinał mu rząd szwów.

– Jak ci na imię, chłopcze? – zapytał Jackrum.

– Igor, fir.

Jackrum przeliczył szwy.

– Wiesz, coś mi mówiło, że właśnie tak – stwierdził. – I widzę, że masz już osiemnaście.

– „Przebudźcie się!”.

– Bogowie… – Komendant Samuel Vimes zasłonił oczy dłońmi.

– Przepraszam, wasza łaskawość? – zaniepokoił się konsul Ankh-Morpork w Zlobenii. – Czy wasza łaskawość źle się czuje?

– Przypomnij mi, młody człowieku, jak ci na imię… Przykro mi, ale od dwóch tygodni jestem w podróży, nie dosypiam, a przez cały dzień muszę poznawać osoby o trudnych nazwiskach. To źle wpływa na mózg.

– Clarence, wasza łaskawość. Clarence Buziak.

– Buziak… – powtórzył Vimes, a z jego miny Clarence wyczytał wszystko.

– Obawiam się, że tak, sir.

– W szkole umiałeś się bić?

– Nie, wasza łaskawość, ale nikt nie mógł mnie prześcignąć w biegu na pięćdziesiąt sążni.

Vimes się roześmiał.

– No cóż, Clarence, każdy hymn państwowy, który zaczyna się od „Przebudźcie się”, na pewno prowadzi do kłopotów. Nie uczyli was tego w kancelarii Patrycjusza?

– Eee… Nie, wasza łaskawość.

– No cóż, sam się przekonasz. Mów dalej.

– Oczywiście, sir. – Clarence odchrząknął. – Borogroviański hymn państwowy – zaczął po raz drugi.

Przebudźcie się, przepraszam waszą łaskawość, synowie Matczyzny!

Dość już picia wina z kwaśnych jabłek.

Drwale, chwyćcie swe topory!

Farmerzy, dobijcie wroga narzędziem używanym poprzednio

do załadunku buraków!

Zniweczcie ohydne podstępy naszych nieprzyjaciół!

W ciemność maszerujemy ze śpiewem

Przeciw całemu światu zbrojnie atakującemu,

Ale widzimy już złocisty blask na szczytach gór!

Nowy dzień jest jak wielka, ogromna ryba!

– Ehm… Ten ostatni fragment… – Vimes nie zrozumiał.

– To dosłowne tłumaczenie, wasza łaskawość – odparł nerwowo Clarence. – Zwrot oznacza coś w rodzaju „niezwykłych możliwości” czy „wspaniałego sukcesu”, wasza łaskawość.

– Kiedy nie występujemy publicznie, Clarence, zupełnie wystarczy „sir”. „Wasza łaskawość” służy tylko po to, by zrobić wrażenie na miejscowych. – Vimes przesunął się na niewygodnym krześle, opierając brodę na dłoni. I skrzywił się nagle. – Dwa tysiące trzysta mil – rzekł, zmieniając pozycję. – A na miotle zawsze jest strasznie zimno, choćby leciała całkiem nisko. Potem barka, potem dyliżans… – Znów się skrzywił. – Czytałem twój raport. Myślisz, że to możliwe, by cały naród stracił rozum?

Clarence milczał. Uprzedzono go, że będzie rozmawiał z drugim najpotężniejszym człowiekiem w Ankh-Morpork, nawet jeśli ów człowiek zachowuje się jak ktoś, kto nie ma o tym pojęcia. Rozklekotane biurko w tym zimnym pokoiku na wieży do wczoraj należało do głównego odźwiernego garnizonu Kneck. Na porysowanym blacie piętrzyły się papiery, a całe ich stosy leżały za krzesłem Vimesa.

Sam Vimes – według Clarence’a – wcale nie wyglądał na diuka. Raczej na strażnika, którym – jak rozumiał – był rzeczywiście. Trochę to irytowało Clarence’a Buziaka. Ludzie na szczycie powinni wyglądać tak, jakby tam było ich miejsce.

– To bardzo… interesujący problem, sir – przyznał. – Chodzi panu o to, że ludzie…

– Nie ludzie, ale naród – poprawił go Vimes. – Borogravia wygląda, jakby całkiem straciła rozum. Sądzę, że ludzie radzą sobie, jak mogą, żyją i wychowują dzieci… A muszę przyznać, że w tej chwili też wolałbym się tym zająć. Wiesz chyba, o co mi chodzi. Bierzesz ludzi, którzy na oko niczym się nie różnią od ciebie i ode mnie, ale kiedy połączysz ich wszystkich razem, dostajesz wielkiego szaleńca z granicami państwowymi i hymnem.

 

– Fascynująca idea, sir – zapewnił dyplomatycznie Clarence.

Vimes rozejrzał się po pokoju. Ściany były z surowego kamienia, okna wąskie… i panował wściekły chłód, nawet w ten słoneczny dzień. Całe to marne jedzenie, tłuczenie się na miotle, sypianie w niewygodnych łóżkach… A potem nocne podróże krasnoludzkimi barkami po ich tajnych kanałach pod górami – bogowie tylko wiedzą, jaką wyrafinowaną dyplomację zastosował Vetinari, żeby to uzyskać, choć owszem, Dolny Król winien był Vimesowi jedną czy drugą przysługę…

…i wszystko to dla tego zimnego zamku nad tą zimną rzeką między tymi głupimi kraikami i ich głupią wojną. Wiedział, co chciałby zrobić. Gdyby to byli ludzie bijący się na ulicy, wiedziałby, jak się zachować. Stuknąłby ich głowami, może przymknął na noc w areszcie… Ale państw nie da się stuknąć głowami…

Vimes przysunął sobie jakieś papiery, przejrzał je, a potem odrzucił.

– Do demona z tym – powiedział. – Co się tam dzieje?

– Jak rozumiem, pozostały jeszcze nieliczne ogniska oporu w trudniej dostępnych regionach twierdzy, ale są właśnie tłumione. Praktycznie rzecz biorąc, twierdza jest w naszych rękach. To był bardzo sprytny podstęp, wasza… sir.

Vimes westchnął.

– Nie, Clarence. To był prymitywny i ograny podstęp. Wprowadzenie do fortecy naszych ludzi przebranych za praczki nie powinno się udać. Na litość bogów, przecież trzech miało wąsy!

– Borogravianie są dosyć… staromodni w takich kwestiach, sir. A przy okazji, wydaje się, że w dolnych kryptach mamy zombi. Straszne stwory. Mam wrażenie, że przez stulecia pochowano tam wielu borograviańskich wyższych oficerów.

– Naprawdę? A co teraz robią?

Clarence uniósł brwi.

– Chodzą i się kołyszą, sir. Tak myślę. Jęczą. Jak to zombi. Coś musiało ich rozbudzić.

– Prawdopodobnie my – uznał Vimes. Wstał, przeszedł przez pokój i szarpnięciem otworzył ciężkie, wysokie drzwi. – Reg! – zawołał.

Po chwili zjawił się kolejny strażnik. Zasalutował. Miał szarą twarz i Clarence nie mógł nie dostrzec, że salutującą dłoń i rękę trzymały razem liczne szwy.

– Poznałeś już funkcjonariusza Shoe, Clarence? – zapytał uprzejmie Vimes. – Należy do mojego personelu. Nie żyje od ponad trzydziestu lat i kocha każdą ich minutę, Mam rację, Reg?

– Tak jest, panie Vimes. – Reg uśmiechnął się, odsłaniając rząd brązowych zębów.

– W piwnicy jest paru twoich ziomków, Reg.

– Oj… Chodzą i się kołyszą, co?

– Obawiam się, że tak, Reg.

– Zejdę i pogadam z nimi – obiecał Reg.

Zasalutował i wyszedł, z niewielką tylko sugestią rozkołysania.

– On jest, ehm… pochodzi z tych stron? – zapytał Clarence, który wyraźnie zbladł.

– Ależ nie. Z nieodkrytej krainy… – odparł Vimes. – Jest martwy. Ale trzeba mu przyznać, że go to nie powstrzymuje. Nie wiedziałeś, że mamy w straży zombi, Clarence?

– Ehm… nie, sir. Od pięciu lat nie byłem w mieście. Jak rozumiem, wiele się zmieniło.

I to na gorsze, zdaniem Clarence’a Buziaka. Funkcja konsula w Zlobenii była nietrudna i zostawiała dość czasu, by zajmować się własnymi sprawami. A potem wzdłuż całej doliny wyrosły nagle wielkie wieże semaforowe i okazało się, że Ankh-Morpork jest oddalone ledwie o godzinę. Przed sekarami list potrzebował dwóch tygodni, by pokonać tę trasę, więc nikt się nie przejmował, jeśli odpowiadał na niego dzień czy dwa później. Teraz ludzie oczekiwali odpowiedzi następnego dnia. Właściwie to był nawet zadowolony, kiedy Borogravia zniszczyła kilka tych nieszczęsnych wież. A potem rozpętało się piekło.

– Różni służą u nas w straży, Clarence – oświadczył Vimes. – I wszyscy są nam wściekle potrzebni zwłaszcza teraz, kiedy Borogravianie i Zlobeńcy tłuką się na ulicy z powodu jakiejś durnej kłótni sprzed tysiąca lat. Są gorsi niż krasnoludy i trolle! Wszystko dlatego, że czyjaś pra-do-umptej-potęgi babka dała w twarz czyjemuś pra-jak-wyżej wujowi! Borogravia i Zlobenia nie mogą się nawet dogadać co do wspólnej granicy. Wybrały sobie rzekę, która co wiosnę zmienia koryto. I nagle wieże sekarowe znajdują się na borograviańskim gruncie, a przynajmniej błocie, więc ci idioci palą je z powodów religijnych!

– Ehm… Tu chodzi o coś więcej, sir – zauważył Buziak.

– Tak, wiem. Znam historię. Ta doroczna bójka ze Zlobenią to tylko lokalne derby. Borogravia walczy ze wszystkimi. Dlaczego?

– Duma narodowa, sir.

– Z czego? Przecież tutaj nic nie ma! Mają parę kopalni tłuszczu i są niezłymi farmerami, ale trudno tu znaleźć przykłady wspaniałej architektury, wielkie biblioteki, słynnych kompozytorów, jakieś bardzo wysokie góry czy wspaniałe krajobrazy. Jedyne, co można o tym miejscu powiedzieć, to że nie jest żadnym innym. Co Borogravia ma takiego specjalnego?

– Wydaje się, że jest specjalna, bo jest ich. Oczywiście, sir, nie można też zapominać o Nugganie. To ich bóg. Przyniosłem panu „Księgi Nuggana”.

– Przejrzałem ją sobie w mieście, Clarence. Wydaje się dość głu…

– To nie było najnowsze wydanie, sir. A podejrzewam, że tak daleko stąd nie mogło być zbyt hm… aktualne. Tutaj mam bardziej bieżące. – Buziak położył na biurku niedużą, ale grubą książeczkę.

– Aktualne? Co to znaczy: aktualne? – zdziwił się Vimes. – Pismo święte jest… spisane. To rób, tego nie rób, nie pożądaj wołu bliźniego…

– Ehm… Nuggan na tym nie poprzestaje. On no… aktualizuje nakazy. Głównie Obrzydliwości, prawdę mówiąc.

Vimes otworzył książeczkę. Była wyraźnie grubsza od tej, którą przywiózł ze sobą.

– To coś, co nazywają Żywym Testamentem – tłumaczył Buziak. – One… no, można chyba powiedzieć, że „umierają”, kiedy zostaną wywiezione z Borogravii. Potem już nie są uzupełniane. Ostatnie Obrzydliwości znajdzie pan na końcu, sir – dodał.

– Święta księga z dodatkami?

– Właśnie tak, sir.

– Oprawiona jak skoroszyt?

– Tak jest, sir. Ludzie wstawiają czyste kartki, a Obrzydliwości… się pojawiają.

– Znaczy: magicznie?

– Chyba raczej znaczy: religijnie, sir.

Vimes otworzył księgę w przypadkowym miejscu.

– Czekolada? – zdziwił się. – Nie lubi czekolady?

– Tak, sir. To Obrzydliwość.

– Czosnek? Właściwie ja też go nie lubię, więc akceptuję. Koty?

– O tak. Naprawdę nie lubi kotów, sir.

– Krasnoludy? Stoi tu wyraźnie: „Krasnoludzia rasa, która czci Złoto, jest Obrzydliwą w oczach Nuggana”. On chyba oszalał. Co się tu potem działo?

– Och, krasnoludy, które tu mieszkały, zablokowały szyby swoich kopalni i zniknęły, wasza łaskawość.

– Można się było spodziewać. Potrafią wyczuć kłopoty.

Tym razem pozostawił waszą łaskawość bez komentarza. Widział, że Buziak czerpie satysfakcję z rozmowy z diukiem.

Przerzucił jeszcze kilka kartek.

– Kolor niebieski?

– Zgadza się, sir.

– Co jest obrzydliwego w niebieskim? To tylko kolor! Niebo jest niebieskie!

– Owszem, sir. Gorliwi nugganici starają się ostatnio nie patrzeć w górę. Ehm… – Buziak był wyszkolonym dyplomatą. Pewnych rzeczy wolał nie mówić wprost. – Nuggan, sir… hm… jest dość… zgryźliwy – wykrztusił.

– Zgryźliwy? – powtórzył Vimes. – Zgryźliwy bóg? Znaczy co, skarży się na to, że dzieci hałasują? Protestuje przeciwko głośnej muzyce po dziewiątej wieczorem?

– No… Dociera tutaj „Puls Ankh-Morpork”, sir, w końcu. I tego… moim zdaniem, no… Nuggan jest całkiem podobny… do tych ludzi, którzy piszą do ich działu listów. Wie pan, ci, którzy podpisują się „Zdegustowani mieszkańcy Ankh-Morpork”…

– Aha, chodzi ci o to, że naprawdę jest obłąkany – stwierdził Vimes.

– Och, nigdy by mi o coś takiego nie chodziło – zaprotestował pospiesznie Buziak.

– A co robią kapłani?

– Niezbyt wiele, sir. Myślę, że dyskretnie ignorują co bardziej… skrajne Obrzydliwości.

– Chcesz powiedzieć, że Nugganowi nie podobają się krasnoludy, koty i niebieski kolor, a są jeszcze bardziej obłąkane przykazania?

Buziak zakaszlał uprzejmie.

– No dobra – ustąpił Vimes. – Bardziej skrajne przykazania?

– Ostrygi, sir. Nie lubi ostryg. Ale to żaden kłopot, bo nikt tutaj nigdy nie widział ostrygi. Aha, i dzieci. Dzieci też uznał za Obrzydliwość.

– Ale zakładam, że ludzie wciąż je tu robią?

– O tak, wasza łas… przepraszam. Tak, sir. Ale czują się winni. Szczekające psy to następna. Koszule z sześcioma guzikami. I ser. No i… Ludzie tak jakby, no… unikają tych trudniejszych. Nawet kapłani zrezygnowali chyba z prób ich tłumaczenia.

– No tak. Chyba rozumiem dlaczego. Czyli mamy tu do czynienia z krajem próbującym żyć według przykazań boga, który, w opinii mieszkańców, może nosić kalesony na głowie… Czy kalesony też są Obrzydliwością?

– Nie, sir. – Buziak westchnął. – Ale to prawdopodobnie tylko kwestia czasu.

– Więc jak sobie radzą?

– Ostatnimi czasy ludzie modlą się głównie do księżnej Annagovii. W każdym domu wisi jej portret. Nazywają ją Małą Matką.

– A tak, księżna. Mogę się z nią spotkać?