Na glinianych nogach

Tekst
Z serii: Świat dysku #19
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Zgadza się, sir.

– To dość niezwykłe spotkać w tym fachu krasnoluda. Wasi ludzie na ogół tyrają w kuźni wuja albo robią coś w tym rodzaju.

Aha, wasi ludzie, zauważył krasnolud.

– Nie miałem talentu do metalu.

– Krasnolud bez talentu do metalu? To wyjątkowe zjawisko.

– Dość rzadkie, sir. Ale byłem całkiem niezły z alchemii.

– Należysz do gildii?

– Już nie, sir.

– A jak odszedłeś?

– Przez dach, sir. Ale jestem prawie pewien, że wiem, co zrobiłem źle.

Vimes odchylił się w krześle.

– U alchemików stale eksplodują różne rzeczy. Nigdy nie słyszałem, żeby z tego powodu kogoś wyrzucili.

– To dlatego, że jeszcze nikt nie wysadził rady gildii, sir.

– Jak to? Całą?

– Większość. A przynajmniej wszystkie łatwo odłączane elementy.

Vimes zauważył, że odruchowo wysuwa szufladę biurka. Zamknął ją stanowczo i zajął się papierami na blacie.

– Jak się nazywasz, chłopcze?

Krasnolud przełknął ślinę. Najwyraźniej obawiał się tego pytania.

– Tyłeczek, sir.

Vimes nawet nie podniósł głowy.

– A rzeczywiście, mam to wpisane. To znaczy, że pochodzisz z regionów górskich Überwaldu, tak?

– No... tak, sir – odparł nieco zdziwiony Tyłeczek. Ludzie rzadko kiedy potrafili rozróżnić klany krasnoludów.

– Nasza funkcjonariusz Angua też stamtąd pochodzi – stwierdził Vimes. – Chwileczkę... Tutaj jest napisane, że na imię masz... nie mogę odczytać pisma Freda... tego...

Nie było rady.

– Cudo, sir – oznajmił Cudo Tyłeczek.

– Cudo, tak? Miło wiedzieć, że podtrzymuje się dawne tradycje nadawania imion. Cudo Tyłeczek. Dobrze.

Na twarzy Vimesa nie pojawił się nawet najlżejszy grymas rozbawienia. Tyłeczek przyglądał się uważnie.

– Tak jest, sir. Cudo Tyłeczek – powiedział. I nadal nie dostrzegł choćby dodatkowej zmarszczki. – Ojcu było Wesoły. Wesoły Tyłeczek – dodał tak, jak ktoś mógłby szturchać językiem chory ząb, żeby sprawdzić, kiedy pojawi się ból.

– Naprawdę?

– A... jego ojciec miał na imię Klep. Klep Tyłeczek.

Ani śladu, ani cienia uśmiechu... Vimes odsunął tylko formularz.

– No cóż... Zarabiamy tutaj na życie, Tyłeczek.

– Tak jest, sir.

– Nie wysadzamy różnych rzeczy w powietrze, Tyłeczek.

– Oczywiście, sir. Nie wszystko wysadzam w powietrze. Część się tylko roztapia.

Vimes zabębnił palcami o biurko.

– Wiesz coś na temat martwych ciał?

– Doznali tylko niezbyt mocnego wstrząsu, sir.

Vimes westchnął.

– Posłuchaj, wiem, jak to jest być gliną. To zwykle chodzenie i rozmowy. Ale o wielu sprawach nie mam pojęcia. Trafiasz na miejsce zbrodni i znajdujesz szary proszek na podłodze. Co to takiego? Ja nie wiem. Ale wy tam znacie się na mieszaniu substancji w miskach, więc możecie to wykryć. A może ofiara nie ma na ciele żadnych śladów przemocy. Czy ktoś ją otruł? Wychodzi na to, że potrzeba nam kogoś, kto wie, jaki kolor powinna mieć wątroba. Kogoś, kto zajrzy do popielniczki i powie mi, jakie palę cygara.

– Cienkie Panatelle Pantweeda – odparł odruchowo Tyłeczek.

– Wielcy bogowie!

– Zostawił pan paczkę na stole, sir.

Vimes spojrzał na stół.

– No dobrze, czasami odpowiedź jest łatwa – przyznał. – Ale czasami nie jest. Czasami nie wiemy nawet, czy pytanie było właściwe. – Wstał. – Nie mogę powiedzieć, że lubię krasnoludy, Tyłeczek. Ale nie lubię też trolli ani ludzi, więc chyba wszystko jest w porządku. Poza tym jesteś jedynym kandydatem. Trzydzieści dolarów miesięcznie, pięć dolarów na koszta kwatery, nie spodziewaj się określonego czasu pracy, są takie mityczne stworzenia zwane nadgodzinami, tylko nikt jeszcze nie widział ich śladów, jeśli funkcjonariusze trolle nazwą cię żwirojadem, wylatują, jeśli ty ich nazwiesz kamulcami, ty wylatujesz, jesteśmy tu jak jedna wielka rodzina, a kiedy pójdziesz z interwencją na parę domowych awantur, Tyłeczek, z pewnością zauważysz podobieństwo, pracujemy zespołowo i zwykle reguły tworzymy po drodze, a w większości przypadków nie wiemy nawet, jakie jest prawo, więc może być ciekawie, formalnie jesteś kapralem, ale nie próbuj wydawać rozkazów prawdziwym policjantom, jesteś przyjęty na miesięczny okres próbny, w pierwszej wolnej chwili zostaniesz przeszkolony, a teraz znajdź ikonograf i spotkamy się przy Bezprawnym Moście za... no, może lepiej za godzinę. Muszę się rozmówić w sprawie tego przeklętego herbu. Na szczęście martwe ciała rzadko kiedy stają się bardziej martwe. Sierżancie Detrytus!

Zabrzmiała seria trzasków, jakby coś ciężkiego przesuwało się korytarzem, po czym w drzwiach stanął troll.

– Ta-jest!

– To kapral Tyłeczek. Kapral Cudo Tyłeczek, którego ojciec był Wesołym Tyłeczkiem. Dajcie mu odznakę, odbierzcie przysięgę, pokażcie, gdzie co jest. Słucham, Tyłeczek?

– Postaram się być godnym munduru, sir.

– Świetnie – rzekł energicznym tonem Vimes. Spojrzał na Detrytusa. – Przy okazji, sierżancie, otrzymałem meldunek, że troll w mundurze przybił za uszy do muru jednego z opryszków Chryzopraza. Wiecie coś o tym?

Troll zmarszczył swe wielkie czoło.

– A jest w tym meldunku, że sprzedawał slab trollowym dzieciakom?

– Nie. Piszą, że zamierzał czytać literaturę religijną swojej drogiej starej matce.

– Czy Tłuczeń zeznał, że widział odznakę tego trolla?

– Nie. Twierdzi za to, jakoby ów troll zagroził, że wbije mu ją tam, gdzie słońce nie dochodzi.

Detrytus smętnie pokiwał głową.

– To kawał drogi tylko po to, coby zniszczyć dobrą odznakę.

– Nawiasem mówiąc – dodał Vimes – mieliście szczęście, sierżancie. Od razu zgadliście, że to Tłuczeń.

– To było olśnienie, sir – wyjaśnił Detrytus. – Pomyślałżem: taki łajdak, co to dzieciakom sprzedaje slab, zasługuje na przybicie za uszy, sir, i nagle... bingo. Taka myśl wpadła mi do głowy.

– Tak właśnie pomyślałem.

Cudo Tyłeczek spoglądał to na jedną, to na drugą nieruchomą twarz. Obaj strażnicy patrzyli sobie w oczy, ale słowa zdawały się dochodzić z dystansu, jak gdyby obaj czytali niewidzialny scenariusz.

Po chwili Detrytus wolno pokiwał głową.

– Musiał się ktoś podszyć, sir. Bardzo łatwo jest dostać takie hełmy jak nasze. Żaden z moich trolli by czegoś takiego nie zrobił. To przecie brutalność policji, sir.

– Miło mi to słyszeć. Ale tak dla porządku sprawdzicie szafki funkcjonariuszy trolli. Krzemowa Liga Przeciw Zniesławieniom zajęła się tą sprawą.

– Ta-jest, sir. A jak wykryję, że to któryś z moich trolli, to spadnę na tego trolla jak tona tych prostokątnych rzeczy do budowy.

– Bardzo dobrze. Do roboty, Tyłeczek. Detrytus się tobą zajmie.

Tyłeczek zawahał się. To wszystko było niesamowite. Ten człowiek nie wspomniał nawet o toporach ani o złocie. Nie powiedział nawet nic w rodzaju: „W straży zajdziesz wysoko”. Tyłeczka trochę wyprowadziło to z równowagi.

– Ehm... Mówiłem panu, jak się nazywam, sir?

– Tak. Mam to zapisane. Cudo Tyłeczek, tak?

– Eee... Tak. Zgadza się. Bardzo dziękuję, sir.

Vimes słuchał, jak odchodzą korytarzem. Potem starannie zamknął drzwi i zarzucił sobie płaszcz na głowę, żeby nikt nie usłyszał, jak się śmieje.

– Cudo Tyłeczek!


Cudo biegł za trollem o imieniu Detrytus. Komenda zaczynała się wypełniać. I stawało się jasne, że straż zajmuje się najrozmaitszymi sprawami, z których wiele wiąże się z krzykiem.

Dwa umundurowane trolle stały przed biurkiem sierżanta Colona, trzymając między sobą trzeciego, trochę mniejszego. Trzeci troll wyglądał na przygnębionego, miał baletowy kostium i parę przyklejonych na plecach tiulowych skrzydeł.

– ...się składa, że wiem: wśród trolli nie ma żadnej tradycji wróżki zębuszki – mówił Colon. – A już zwłaszcza takiej, która nazywa się... – spojrzał w papiery – Gliniany Dzwoneczek. Może więc po prostu określimy to jako kradzież z włamaniem, bez licencji Gildii Złodziei?

– To uprzedzenia rasowe nie pozwalają trollom mieć swojej wróżki zębuszki – wymamrotał Gliniany Dzwoneczek.

Jeden z trolli strażników opróżnił na biurko worek. Na dokumenty posypały się różne elementy srebrnej zastawy.

– A to wszystko znalazłeś u dzieci pod poduszkami, tak? – spytał Colon.

– Bogom dziękuję za ich dobre serduszka...

Przy sąsiednim biurku zmęczony krasnolud dyskutował z wampirem.

– Proszę posłuchać, to nie było morderstwo – tłumaczył. – Przecież jest pan już martwy, tak?

– Wbił je we mnie!

– Byłem tam i rozmawiałem z kierownikiem. Twierdzi, że to był wypadek. Zapewnia, że nie ma nic przeciwko wampirom. Przenosił po prostu trzy pudełka HB z gumką i potknął się o brzeg pańskiego płaszcza.

– Nie rozumiem, dlaczego nie mogę już tam pracować.

– No wie pan... W fabryce ołówków?

Detrytus spojrzał z góry na Tyłeczka i uśmiechnął się szeroko.

– Witaj w wielkim mieście, Tyłeczek – rzekł. – Ciekawe imię.

– Tak?

– Większość krasnoludów nazywa się jakoś tak... Skałomiot albo Wręcemocny.

– Naprawdę?

Detrytus nie wgłębiał się w subtelne szczegóły wzajemnych kontaktów, lecz nawet do niego dotarło rozdrażnienie w głosie krasnoluda.

– Ale imię masz dobre – stwierdził.

– Co to jest slab? – zainteresował się Cudo.

– Chlorek amonu wymieszany z radem. Daje mrowienie w głowie, ale rozpuszcza trollowy mózg. Duży problem w górach, a jakieś dranie robią to w mieście i próbujemy wykryć, skąd się bierze. Pan Vimes pozwala mi prowadzić społeczną akcję... – Detrytus skoncentrował się – uświa... dam... ja... jącą. Mówię ludziom, co się dzieje z tymi bandytami, co sprzedają slab dzieciakom.

 

Skinął ręką na wielki, dość prymitywnie wymalowany plakat na ścianie. Napis głosił:

Slab? Po prostu powiedz:

„Aarrgharrghproszęnienienie-nieUGH”.

Otworzył jakieś drzwi.

– To jest stary wychodek, co go już nie używamy, możesz tu mieszać różne takie, tylko tutaj jest miejsce. Ale musisz najpierw tu wyczyścić, bo pachnie jak w toalecie.

Otworzył inne.

– A tutaj jest szatnia. Dostaniesz swój kołek i resztę, a tam masz takie panele, coby się za nimi przebierać, bo wiemy, żeście wy, krasnoludy, są skromne. To niezłe życie, jak tylko nie osłabniesz. Pan Vimes jest w porządku, ale trochę dziwak w pewnych sprawach, ciągle powtarza różne takie, że to miasto jest jak tygiel i szumowiny wypływają na wierzch. I inne też. Zaraz ci wydam hełm i odznakę, ale najpierw... – otworzył dużą szafkę na drugim końcu pomieszczenia; miała na drzwiczkach napis „DTRyTUS” – ...muszę schować gdzieś ten młot.


Dwie postacie wybiegły z Krasnoludziej Piekarni Staloskórki („Chleb na ostro”), wskoczyły na wózek i krzyknęły, żeby natychmiast ruszać. Woźnica zwrócił ku nim pobladłą twarz i wskazał drogę przed sobą.

Siedział tam wilk.

Ale nie zwyczajny wilk. Miał jasne futro, które przy uszach było niemal tak długie, by stać się grzywą. Poza tym wilki na ogół nie siedzą spokojnie na środku ulicy.

W dodatku ten warczał. Długim, gardłowym warkotem. Był to akustyczny odpowiednik skracającego się lontu.

Koń stał jak skamieniały, zbyt wystraszony, by zostać na miejscu, ale o wiele za bardzo przerażony, żeby się ruszyć.

Jeden z pasażerów wózka ostrożnie sięgnął po kuszę. Warkot zabrzmiał głośniej. Człowiek jeszcze bardziej ostrożnie cofnął rękę. Warkot znowu przycichł.

– Co to jest?

– Wilk!

– W mieście? A czym się żywi?

– Naprawdę musiałeś o to pytać?

– Dzień dobry, panowie – odezwał się Marchewa, do tej chwili opierający się o mur. – Wygląda na to, że mgła znowu się podnosi. Poproszę licencje Gildii Złodziei.

Obejrzeli się. Marchewa z radosnym uśmiechem zachęcająco pokiwał głową. Jeden z mężczyzn zaczął poklepywać się po kieszeniach, teatralnie demonstrując roztargnienie.

– Ach... No więc... hm... Rano wychodziliśmy z domu w pośpiechu, musiałem zapomnieć...

– Paragraf drugi, zasada numer jeden statutu Gildii Złodziei stwierdza, że członkowie muszą nosić swoje karty podczas wszelkich czynności natury profesjonalnej – przypomniał Marchewa.

– Nawet nie wyjął miecza – syknął najgłupszy z trzyosobowego gangu.

– Nie musi. Ma naładowanego wilka.


Ktoś pisał coś w mroku; jedynym dźwiękiem było skrzypienie pióra. Dopóki drzwi nie otworzyły się ze zgrzytem.

Piszący obejrzał się szybko, niczym ptak.

– To ty? Mówiłem ci, żebyś nigdy tu nie wracał.

– Wiem, wiem, ale idzie o to przeklęte coś! Linia produkcyjna stanęła, a to wyszło i zabiło tego kapłana!

– Ktoś to widział?

– W tej mgle wczoraj w nocy? Nie przypuszczam, ale...

– A zatem nie jest to, ah-ha, sprawa wielkiej wagi.

– Nie? Przecież one nie powinny zabijać ludzi. No... – Mówiący zawahał się. – Przynajmniej nie rozbijając im głowy.

– Zrobią to, jeśli takie dostaną polecenie.

– Ale ja mu nie kazałem! A co się stanie, jeśli zwróci się przeciwko mnie?

– Swojemu panu? Nie może być nieposłuszny słowom w swojej głowie.

Przybysz usiadł ciężko i pokręcił głową.

– Tak, ale którym słowom? Nie wiem, sam nie wiem, to już za wiele, on cały czas się kręci w pobliżu...

– I przysparza ci solidnych zysków...

– Tak, rzeczywiście, ale cała reszta, ta trucizna, nigdy bym...

– Cicho bądź. Odwiedzę cię znowu dziś wieczorem. Przekaż pozostałym, że mam odpowiedniego kandydata. I jeśli spróbujesz znowu tutaj przyjść...


Ankhmorporskie Królewskie Kolegium Heraldyczne okazało się zieloną bramą w murze przy ulicy Mokociej. Vimes pociągnął sznurek dzwonka. Coś brzdęknęło po drugiej stronie muru i natychmiast wybuchła kakofonia huknięć, warknięć, gwizdów i trąbienia.

– Spokój, mały! – zawołał jakiś głos. – Couchant! Powiedziałem: couchant! Nie, nie rampant. I dostaniesz kostkę cukru, jak będziesz grzeczny. William! Przestań natychmiast! Postaw go! Mildred, puść Grahama!

Zwierzęce głosy przycichły nieco i ktoś podszedł do bramy. Mała furtka w skrzydle wrót uchyliła się odrobinę.

Vimes zobaczył calowej szerokości pasek bardzo niskiego mężczyzny.

– Tak? Jesteś dostawcą mięsa?

– Komendant Vimes – przedstawił się Vimes. – Mam umówione spotkanie.

Zwierzęta znowu podniosły wrzawę.

– Co?

– Komendant Vimes! – wrzasnął Vimes.

– Aha. No to lepiej wejdź, panie.

Wrota rozwarły się i Vimes wkroczył do środka.

Zapadła cisza. Kilkadziesiąt par oczu spoglądało na Vimesa z wyraźną podejrzliwością. Niektóre z nich były małe i czerwone, niektóre wielkie i wystające tuż nad powierzchnię błotnistej sadzawki zajmującej dużą część dziedzińca. Niektóre patrzyły z grzęd.

Dziedziniec był pełen zwierząt. Ale nawet one mocno odczuwały zapach dziedzińca pełnego zwierząt. A większość była wyraźnie bardzo stara, co wcale owego zapachu nie poprawiało.

Bezzębny lew otworzył paszczę na Vimesa. Lew biegający, a przynajmniej leżący swobodnie, był zjawiskiem niezwykłym, choć nie aż tak niezwykłym jak fakt, że wykorzystywał go jako poduszkę podstarzały gryf, śpiący ze wszystkimi czterema szponami w górze.

Były tu jeże, siwiejący leopard i wyliniałe pelikany. W sadzawce zafalowała zielona woda, a para hipopotamów wynurzyła się na powierzchnię i ziewnęła. Nic tu nie siedziało w klatce i nic nie usiłowało zjadać niczego innego.

– Och, za pierwszym razem to zaskakuje ludzi, jak i ciebie, panie – rzekł staruszek. Miał drewnianą nogę. – Ale jesteśmy tu całkiem szczęśliwą rodzinką.

Vimes odwrócił się i odkrył, że patrzy na małą sowę.

– Bogowie – powiedział. – To przecież morpork, prawda?

Staruszek uśmiechnął się radośnie.

– Widzę, że znasz, panie, naszą heraldykę. – Zachichotał. – Przodkowie Daphne przybyli tu aż z jakichś wysp po drugiej stronie Osi. Tak było.

Vimes wyjął swoją odznakę Straży Miejskiej i obejrzał wytłoczony na niej herb. Staruszek zajrzał mu przez ramię.

– To nie ona, naturalnie – stwierdził, wskazując sowę siedzącą na ankh. – To była jej prababka, Olive. Morpork na ankh, rozumiesz, panie? To akurat tak zabawne, że bardziej w tym miejscu być nie może. Przydałby się nam dla niej partner, szczerze mówiąc. I samica hipopotama. Jego lordowska wysokość uważa, że mamy przecież dwa hipopotamy, i to się zgadza. Ja tylko uważam, że to nie jest naturalne dla Rodericka i Keitha, chociaż nie chciałbym nikogo osądzać, po prostu nie powinno tak być, tyle tylko mówię. Zaraz, jak brzmi twe imię, panie?

– Vimes. Sir Samuel Vimes. Żona umówiła mnie na spotkanie.

Staruszek znów zachichotał.

– No tak – rzekł. – Zwykle tak się dzieje.

Całkiem szybko, mimo drewnianej nogi, poprowadził gościa między parującymi stosami wielogatunkowych odchodów do budynku po drugiej stronie dziedzińca.

– Przypuszczam, że dobrze to działa na ogród – zauważył Vimes, próbując podtrzymać rozmowę.

– Wypróbowałem na swoim rabarbarze. – Staruszek otworzył drzwi. – Ale urósł wysoki na dwadzieścia stóp, a potem nastąpił spontaniczny samozapłon. Uważaj, panie, gdzie chodził wyvern, ostatnio chorował na żołądek... Och, co za pech. Ale to drobiazg, wykruszy się bez śladu, jak tylko wyschnie. Wejdź, panie.

Hol okazał się równie mroczny i cichy, jak dziedziniec pełen światła i hałasów. Unosił się w nim suchy, grobowy zapach starych książek i kościelnych wież. W górze – kiedy oczy przyzwyczaiły się już do ciemności – Vimes zauważył wiszące sztandary i proporce. Było też kilka okien, ale wpadające przez pajęczyny i martwe muchy światło miało szarą barwę.

Staruszek zamknął drzwi i zostawił go samego. Vimes patrzył z okna, jak wraca, utykając, i podejmuje pracę, którą był zajęty przed jego przybyciem.

Polegała ona na układaniu żywej tarczy herbowej.

Na dziedzińcu stała wielka tarcza. Przybito do niej kapusty – prawdziwe kapusty. Staruszek powiedział coś, czego Vimes nie usłyszał. Mała sowa sfrunęła ze swojej grzędy i wylądowała na wielkim ankh przyklejonym do szczytu tarczy. Dwa hipopotamy wyszły z sadzawki i zajęły pozycje po obu stronach.

Staruszek ustawił przed tarczą sztalugi i założył na nie płótno. Chwycił pędzel i paletę.

– Hop-la! – zawołał.

Hipopotamy stanęły na artretycznych tylnych łapach, a sowa rozłożyła skrzydła.

– Wielcy bogowie! – mruknął Vimes. – Zawsze mi się wydawało, że oni to wszystko wymyślają...

– Wymyślają, panie? Wymyślają? – rozległ się głos za jego plecami. – Szybko wpadlibyśmy w kłopoty, gdybyśmy spróbowali cokolwiek wymyślać my, biedacy... Tak.

Vimes obejrzał się. Następny niski staruszek wyrósł mu za plecami; mrugał z zadowoleniem przez grube okulary. Pod pachą niósł kilka zwojów.

– Przepraszam, panie, że nie wyszedłem ci na spotkanie do bramy, ale w tej chwili jesteśmy bardzo zajęci. – Wyciągnął wolną rękę. – Croissant Rouge Pursuivant.

– Eee... Jest pan małym czerwonym rogalikiem? – zdumiał się Vimes.

– Nie, nie. Nie. To znaczy „czerwony półksiężyc” i jest moim tytułem. To bardzo stary tytuł. Jestem heroldem. A ty, panie, jesteś zapewne sir Samuelem Vimesem, tak?

– Tak.

Czerwony Półksiężyc zajrzał do zwoju.

– Dobrze... dobrze... Co myślisz, panie, o łasicach?

– Łasicach?

– Mamy kilka wolnych łasic, rozumiesz, panie. Wiem, że nie są zwierzętami heraldycznymi w ścisłym sensie, ale wydaje się, że jest kilka na składzie. Prawdę mówiąc, pewnie je w końcu wypuszczę, chyba że zdołam kogoś namówić, by je adoptował, a to bardzo zirytuje Pardessusa Chataina Pursuivanta. Kiedy jest zirytowany, zamyka się w swojej szopie.

– Pardessus... Masz na myśli tego staruszka na dziedzińcu? Ale... dlaczego on... Myślałem, że wy... No przecież herb to tylko symbol. Nie musicie malować go z natury.

Czerwony Półksiężyc wyraźnie się oburzył.

– Cóż, gdybyśmy chcieli zmienić całe to przedsięwzięcie w kpinę, to przypuszczam, że istotnie moglibyśmy wymyślać herby. Tak jednak nie można. W każdym razie... nie łasice?

– Osobiście wolałbym w ogóle zrezygnować – zapewnił Vimes. – A już na pewno z łasic. Moja żona twierdzi, że smoki by...

– Na szczęście taka możliwość się nie pojawi – odezwał się jakiś głos w mroku.

Nie był to rodzaj głosu, który dobrze jest słyszeć w oświetleniu. Był suchy jak kurz. Brzmiał, jakby dochodził z ust, które nigdy nie zaznały rozkoszy śliny. Brzmiał martwo.

I był martwy.


Złodzieje przed piekarnią rozważyli dostępne możliwości.

– Mam rękę na kuszy – odezwał się najbardziej przedsiębiorczy z całej trójki.

– Masz? – upewnił się najrozsądniejszy. – A ja mam serce w gardle.

– Ooo – dodał trzeci. – A ja mam słabe serce, naprawdę.

– Tak, ale chodziło mi o to, że... On nawet nie ma miecza. Jeśli załatwię wilka, wy dwaj powinniście sobie szybko z nim poradzić. Mam rację?

Jedyny rozsądny przyjrzał się kapitanowi Marchewie. Lśniąca zbroja. Lśniące mięśnie nagich ramion. Nawet kolana lśniły.

– Wydaje mi się, że znaleźliśmy się w impasie, inaczej mówiąc, w sytuacji patowej – stwierdził kapitan Marchewa.

– A jeżeli rzucimy pieniądze?

– To z pewnością pomoże.

– I pozwolisz nam odejść?

– Nie. Ale takie zachowanie będzie przemawiało na waszą korzyść i z pewnością zabiorę głos w waszej obronie.

 

Ten odważny z kuszą oblizał wargi, zerkając to na Marchewę, to na wilka.

– Jeśli go na nas poszczujesz, ostrzegam, że ktoś może zginąć!

– Tak, to możliwe – przyznał ze smutkiem Marchewa. – Wolałbym w miarę możności tego uniknąć.

Uniósł ręce. W obu dłoniach trzymał coś płaskiego, okrągłego, średnicy mniej więcej sześciu cali.

– To – powiedział – jest chleb krasnoludów. Jeden z najlepszych wypieków pana Staloskórki. Oczywiście, to nie klasyczny chleb bojowy, ale prawdopodobnie wystarczy, by rozciąć...

Błyskawicznie machnął ręką. Sypnęły się trociny i płaski bochenek wyhamował, wbity do połowy w grube deski wózka, jakieś pól cala od człowieka ze słabym sercem, a jak się okazało – także pęcherzem.

Człowiek z kuszą odwrócił wzrok od chleba dopiero wtedy, gdy poczuł lekki, wilgotny ucisk na przegubie.

Żadne zwierzę nie mogło poruszać się tak szybko, ale było tutaj. I wyraz paszczy wilka zdawał się sugerować dyskretnie, że jeśli zwierzę tylko zechce, nacisk może być zwiększany praktycznie bez ograniczeń.

– Odwołaj go! – krzyknął złodziej, wolną ręką odrzucając kuszę. – Każ, żeby puścił!

– Och, nigdy jej niczego nie każę – odparł Marchewa. – Sama podejmuje decyzje.

Zatupały okute żelazne buty i z bramy piekarni wybiegła szóstka zbrojnych w topory krasnoludów. Krzesząc iskry z bruku, wyhamowali obok Marchewy.

– Brać ich! – huknął pan Staloskórka.

Marchewa opuścił dłoń na jego hełm i obrócił krasnoluda w miejscu.

– To ja, panie Staloskórka – powiedział. – Czy to właśnie ci ludzie?

– Zgadza się, kapitanie Marchewa! – oświadczył krasnoludzi piekarz. – Dalej, chłopaki! Powieśmy ich za bura’zak-ka3!

– Ooo! – jęknął ten ze słabym sercem.

– Tylko spokojnie, panie Staloskórka – tłumaczył cierpliwie Marchewa. – Nie stosujemy w Ankh-Morpork takich kar4.

– Pobili do nieprzytomności Bjorna Obciportkiego! A Olafa Wręcemocnego kopnęli w bad’dhakz5! Utniemy im...

– Panie Staloskórka!

Krasnoludzi piekarz zawahał się, po czym – ku zdumieniu i uldze złodziei – cofnął się o krok.

– Tak... Oczywiście, kapitanie Marchewa. Skoro pan tak twierdzi...

– Mam sprawy gdzie indziej, ale byłbym wdzięczny, gdybyście doprowadzili ich do Gildii Złodziei.

Szybko myślący zbladł.

– Nie! Oni tam bardzo poważnie traktują nielicencjonowane kradzieże! Wszystko, byle nie Gildia Złodziei!

Marchewa odwrócił się. Światło w pewien szczególny sposób padło na jego twarz.

– Wszystko? – zapytał.

Nielicencjonowani złodzieje porozumieli się wzrokiem i odpowiedzieli wszyscy równocześnie:

– Gildia Złodziei. Świetnie. Żaden problem.

– Lubimy Gildię Złodziei.

– Nie mogę się doczekać. Gildio Złodziei, nadchodzę.

– Wspaniały zespół.

– Surowi, ale sprawiedliwi.

– Dobrze – zgodził się Marchewa. – W takim razie wszyscy są zadowoleni. Aha... – Sięgnął do sakiewki. – Tu ma pan pięć pensów za bochenek, panie Staloskórka. Dotykałem też drugiego, ale powinien pan go bez kłopotu doszorować piaskiem.

Krasnolud zamrugał niepewnie, patrząc na monety.

– Chce mi pan płacić za odzyskanie moich pieniędzy?

– Jako podatnik ma pan prawo do ochrony przez straż – odparł Marchewa.

Nastąpiło kłopotliwe milczenie. Staloskórka przypatrywał się własnym stopom. Jeden czy dwóch krasnoludów zaczęło dyskretnie chichotać.

– Wie pan co? Wpadnę do pana w wolnej chwili i pomogę wypełnić zeznanie – zaproponował uprzejmie Marchewa. – Co pan na to?

Złodziej przerwał nerwowe milczenie.

– Eee... Czy pana... piesek... mógłby puścić moją rękę? Proszę.

Wilk rozwarł szczęki, zeskoczył i podbiegł do Marchewy, który z szacunkiem uniósł dłoń do hełmu.

– Miłego dnia życzę wszystkim – powiedział i odszedł.

Złodzieje i ich ofiary spoglądali za nim.

– On jest prawdziwy? – zapytał ten szybko myślący.

Piekarz warknął wściekle.

– Wy dranie! – wrzasnął. – Wy dranie!

– Co... co jest? Dostałeś z powrotem pieniądze, nie?

Dwaj pracownicy Staloskórki musieli przytrzymywać szefa.

– Trzy lata! – wołał. – Trzy lata i nikt się nie przejmował! Trzy piekielne lata i nikt nawet do drzwi nie zastukał! A on zapuka! Na pewno! Będzie bardzo uprzejmy! Pewnie przyniesie mi nawet dodatkowe formularze, żebym nie miał kłopotu! Dlaczego, durnie, nie mogliście zwyczajnie uciec?


Vimes rozejrzał się po ciemnym, pachnącym stęchlizną pomieszczeniu. Głos równie dobrze mógłby dochodzić z grobowca.

Po obliczu niewysokiego herolda przemknął wyraz paniki.

– Może sir Samuel zechciałby łaskawie przejść tutaj? – zapytał głos. Był spokojny; precyzyjnie odmierzał każdą sylabę. Był to ten rodzaj głosu, który nawet nie mrugnie.

– To jest, panie, w samej rzeczy, no... Smok – powiedział Czerwony Półksiężyc.

Vimes sięgnął po miecz.

– Smok Herbowy Królewski.

– Królewski?

– To zaledwie tytuł – wyjaśnił głos. – Dziwny, to być może. Wejdź.

Z jakiegoś powodu słowa w tyłomózgowiu Vimesa zmieniły się nieco i zabrzmiały jak „zdobycz może wejść”.

– Herbowy Królewski – mówił głos Smoka, gdy Vimes wkraczał w mrok wewnętrznego sanktuarium. – Nie będzie pan potrzebował miecza, komendancie. Pełnię funkcję Smoka Herbowego Królewskiego od ponad pięciuset lat, ale nie zionę ogniem, mogę pana zapewnić. Ah-ha. Ah-ha.

– Ah-ha – odpowiedział Vimes.

Postać rozmówcy widział dość niewyraźnie. Światło wpadało tu przez kilka wysoko umieszczonych, raczej brudnych okien i z kilkudziesięciu świec palących się płomykami z czarną obwódką. W sylwetce przed sobą dostrzegał sugestię przygarbionych ramion.

– Proszę, niech pan siądzie – zaproponował Smok Herbowy Królewski. – Byłbym też niezwykle zobowiązany, gdyby zechciał pan spojrzeć w lewą stronę i unieść brodę.

– I odsłonić szyję, chcesz powiedzieć?

– Ah-ha. Ah-ha.

Postać chwyciła lichtarz i podeszła bliżej. Dłoń tak chuda, że była niemal szkieletem, ujęła Vimesa pod brodę i przekręciła mu głowę w jedną i drugą stronę.

– No tak. Ma pan profil Vimesa, z pewnością. Ale nie uszy Vimesa. Oczywiście, pańska babka ze strony matki była Clamp. Ah-ha...

Dłoń Vimesa raz jeszcze chwyciła miecz Vimesa. Tylko jeden rodzaj osoby mógł posiadać tak wielką siłę w ciele z pozoru tak kruchym.

– Tak myślałem! Jesteś wampirem! – powiedział Vimes. – Jesteś przeklętym krwawym wampirem.

– Ah-ha. – To mógł być śmiech. To mogło być kaszlnięcie. – Tak. Wampirem, istotnie. Tak. Słyszałem o pańskich poglądach na temat wampirów. „Nie całkiem żywi, ale niedostatecznie martwi”, jak zdaje się pan powiedział. Myślę, że całkiem dowcipnie. Ah-ha. Wampirem, tak. Krwawym, nie. Kaszanka, owszem, ten szczyt sztuki rzeźniczej, tak. A jeśli wszystko zawiedzie, to dość jest koszernych rzeźni na ulicy Długiej Wieprzowiny. Ah-ha, tak. Wszyscy żyjemy najlepiej, jak potrafimy. Ah-ha. Dziewicom nic z mojej strony nie grozi, ah-ha. Już od kilkuset lat, więc tym bardziej szkoda. Ah-ha.

Sylwetka i plama światła świecy się odsunęły.

– Obawiam się, że niepotrzebnie marnował pan czas, komendancie Vimes.

Oczy Vimesa powoli przyzwyczajały się do migotliwego blasku. Pokój był pełen książek ułożonych w stosy. Żadna nie stała na półce. I z każdej, niczym przygniecione palce, sterczały zakładki.

– Nie rozumiem – powiedział.

Albo Smok Herbowy Królewski miał wyjątkowo zgarbione ramiona, albo pod bezkształtną szatą kryły się skrzydła. Niektóre potrafią latać jak nietoperze, przypomniał sobie Vimes. Zastanawiał się, ile lat ma ten tutaj. Mogą żyć prawie w nieskończoność.

– Jak przypuszczam, jest pan tutaj, ponieważ uznano za właściwe, ah-ha, by miał pan własny herb. Obawiam się, że nie jest to możliwe. Ah-ha. Tarcza herbowa Vimesów istniała, ale nie może być ponownie użyta. To byłoby wbrew zasadom.

– Jakim zasadom?

Stuknęło, gdy książka została położona na blacie i otwarta.

– Jestem przekonany, że zna pan swoje pochodzenie, komendancie. Pańskim ojcem był Thomas Vimes, jego ojcem Gwiliam Vimes.

– Stara Kamienna Gęba, tak? – rzekł spokojnie Vimes. – To ma coś wspólnego z Kamienną Gębą.

– Istotnie. Ah-ha. „Nie zniosę niesprawiedliwości” Vimes. Pański przodek, Kamienna Gęba. W samej rzeczy, tak go nazywano. Komendant Straży Miejskiej w 1688. I królobójca. Jak o tym wie każdy uczeń, to on zamordował ostatniego króla Ankh-Morpork.

– Stracił na egzekucji!

Ramiona drgnęły.

– Niemniej jednak herb rodziny został, jak to określamy w heraldyce, excretus est ex altitudine, inaczej mówiąc depositatum de latrina. Zniszczony. Zakazany. Wykluczony z możliwości odtworzenia. Ziemia skonfiskowana, dom zburzony, stronica wyrwana z księgi historii. Ah-ha. Wie pan, komendancie, to ciekawe... wielu potomków „Kamiennej Gęby”... – cudzysłowy opadły równo po obu stronach przezwiska, jak gdyby starsza pani brała w szczypczyki coś obrzydliwego – ...zostało oficerami Straży Miejskiej. Jak się zdaje, komendancie, pan również zyskał ten przydomek. Ah-ha. Ah-ha. Zastanawiam się, czy to jakieś dziedziczne pragnienie zatarcia niesławy. Ah-ha.

Vimes zgrzytnął zębami.