Wyprawa czarownicTekst

Z serii: Świat dysku #12
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Babcia na próbę pomachała rękami przed niewidzącymi oczami matuli Dismass.

– Znowu ją wcięło – stwierdziła.

– Cóż, jeśli Magrat nie może przejąć obowiązków, jest jeszcze Millie Hopgood spod Kromki – przypomniała babunia Brevis. – To pracowita dziewczyna. Co prawda ma większego zeza niż Magrat.

– Nic w tym złego – zaprotestowała babcia Weatherwax. – Zez dobrze wygląda u czarownicy.

– Ale trzeba wiedzieć, jak z niego korzystać – wtrąciła niania Ogg. – Stara Gertie Simmons miała zeza i zawsze rzucała zły urok na czubek własnego nosa. Nie można ludziom sugerować, że jeśli zirytują czarownicę, ona mamrocze coś, przeklina, a potem odpada jej czubek nosa.

Znowu spojrzały w płomienie.

– Przypuszczam, że Dezyderata nie wskazała następczyni? – upewniła się babunia Brevis.

– Nie mogła – odparła babcia Weatherwax. – Nie tak załatwiamy sprawy u nas.

– To prawda, ale Dezyderata niewiele czasu tu spędzała. Taką miała pracę. Ciągle wyjeżdżała w obce strony.

– Nie znoszę obcych stron.

– Byłaś w Ankh-Morpork – przypomniała delikatnie niania. – To obce strony.

– Nie, wcale nie. Ankh-Morpork jest tylko bardzo daleko stąd. To nie to samo co obce. Obce strony są tam, gdzie bełkoczą w pogańskim języku, jedzą zagraniczne paskudztwa i oddają cześć... no wiecie... obiektom – wyjaśniła babcia, prawdziwa ambasadorka dobrej woli. – Obce strony mogą leżeć całkiem blisko, jeśli nie zachowuje się czujności. Ha! – dodała ze wzgardą. – Tak, z obcych stron mogła przywieźć właściwie wszystko.

– Mnie kiedyś przywiozła bardzo ładny biało-niebieski półmisek – wtrąciła niania Ogg.

– O to właśnie chodzi – podsumowała babunia Brevis. – Ktoś powinien pójść do niej i rozejrzeć się po chacie. Miała tam sporo cennych rzeczy. Straszna jest sama myśl, że jakiś złodziej mógłby się włamać i tam szperać.

– Nie wyobrażam sobie, żeby jakiś złodziej odważył się włamać do domku czarownicy... – zaczęła babcia i urwała nagle. – Tak – zgodziła się potulnie. – To dobry pomysł. Zajmę się tym natychmiast.

– Nie, ja się tym zajmę – zaprotestowała niania Ogg, która także miała dość czasu, żeby coś sobie uświadomić. – Zajrzę tam po drodze do domu. Żaden problem.

– Nie, na pewno chciałabyś wrócić wcześnie – powiedziała z naciskiem babcia. – Nie przejmuj się. Mogę tam wpaść.

– Ależ to naprawdę nie sprawi kłopotu – zapewniła niania.

– Nie powinnaś się przemęczać w twoim wieku – przypomniała jej babcia.

Patrzyły na siebie wyzywająco.

– Nie rozumiem, o co wam chodzi – wtrąciła babunia Brevis. – Możecie przecież iść tam razem, zamiast się kłócić.

– Jutro będę trochę zajęta – poinformowała babcia. – Może po obiedzie?

– Zgoda – ustąpiła niania Ogg. – Spotkajmy się przy jej chacie. Zaraz po obiedzie.

– Mieliśmy kiedyś taką, ale ten odkręcany kawałek wypadł gdzieś i się zgubił – powiedziała matula Dismass.


Kłusownik Hurker rzucił do dołu ostatnią łopatę ziemi. Uznał, że wypada powiedzieć kilka słów.

– No, to by było na tyle – rzekł.

Stanowczo była jedną z lepszych czarownic, pomyślał w mroku przedświtu, zmierzając w stronę chaty. Niektóre inne – choć są, oczywiście, wspaniałymi istotami ludzkimi, dodał do siebie pospiesznie, tak znakomitą grupą kobiet, jakiej tylko można mieć nadzieję uniknąć – były nieco władcze. Pani Hollow należała do tych, które potrafią człowieka wysłuchać.

Na kuchennym stole leżał długi pakunek, niewielki stosik monet i koperta.

Hurker otworzył kopertę, choć nie była zaadresowana do niego. Wewnątrz znalazł mniejszą kopertę i liścik.

Liścik brzmiał: „Paczę na ciebie, Albercie Hurker. Odniesiesz paczkę i kopertę, a gdybyś spróbował zajrzeć do śrotka, czeka cię coś strasznego. Jako zawodowa dobra wrószka i matka chszesna nie mogę nikogo pszeklinać, ale pszewiduję, że to coś będzie związane z ugryzieniem przez wściekłego wilka, asz noga ci zsinieje, zaropieje, a w końcu otpadnie, i nie pytaj mnie nawet skąd wiem, zresztą i tak nie możesz, bo jestem martwa. Wszyskiego najlepszego, Dezyderata”.

Wziął pakunek z zamkniętymi oczami.


W potężnym polu magicznym Dysku światło biegnie powoli, a zatem czas także. Jakby to ujęła niania Ogg: kiedy w Genoi podają herbatkę, u nas jest środa...

W rzeczywistości w Genoi wstawał świt. Lilith siedziała w wieży i przy użyciu zwierciadła posyłała swe obrazy, by przemierzały świat. Szukała...

Gdziekolwiek słońce błysnęło na szczycie fali, gdzie tylko gładko zamarzł lód, gdzie było lustro albo odbicie, stamtąd mogła wyjrzeć Lilith. Nie potrzebowała magicznego zwierciadła. Każde lustro się nadaje, trzeba tylko wiedzieć, jak go używać. A Lilith, roziskrzona mocą milionów obrazów, wiedziała to doskonale.

Dręczyła ją jedna wątpliwość. Dezyderata zapewne się jej pozbyła. Takie jak ona zawsze tak postępują. Sumienne. I prawdopodobnie oddała ją tej głupiej dziewczynie z wodnistymi oczami, która czasami odwiedzała ją w chacie – tej noszącej tanią biżuterię i niegustowne suknie. Świetnie by pasowała.

Ale Lilith wolała się upewnić. Nie dotarłaby tutaj, gdzie była dzisiaj, gdyby nie upewniała się w takich sprawach.

W kałużach i oknach w całym Lancre pojawiała się na moment i znikała twarz Lilith...


Teraz świt dotarł też do Lancre. Jesienne mgły kłębiły się wśród lasu.

Babcia Weatherwax pchnęła drzwi chaty. Nie były zamknięte. Jedyny gość, którego oczekiwała Dezyderata, nie należał do takich, których mogłyby zniechęcić zamki.

– Kazała się pochować na tyłach – odezwał się głos zza jej pleców. Należał do niani Ogg.

Babcia zastanowiła się nad swoim następnym posunięciem. Gdyby wytknęła niani, że specjanie przyszła wcześniej, by sama przeszukać dom, zapewne sprowokowałaby pytania dotyczące własnej tu obecności. Z pewnością potrafiłaby na nie odpowiedzieć, gdyby miała na to dość czasu. W sumie, lepiej zająć się właściwym celem wizyty.

– Aha. – Kiwnęła głową. – Zawsze lubiła porządek. Cała Dezyderata.

– To przez tę pracę – stwierdziła niania Ogg. Przecisnęła się obok i w zadumie zbadała wzrokiem pokój. – Przy takiej pracy zawsze trzeba wiedzieć, gdzie co leży. O rany, ależ wielgachny kocur!

– To lew – wyjaśniła babcia Weatherwax, zerkając na wypchany łeb nad kominkiem.

– Cokolwiek to było, musiało walnąć w ścianę z piekielną szybkością.

– Ktoś go zabił. – Babcia rozejrzała się badawczo.

– No pewno – zgodziła się niania. – Gdybym zobaczyła, jak coś takiego przegryza mi się przez ścianę, sama bym to walnęła pogrzebaczem.

Oczywiście, nie istnieje nic takiego jak typowa chatka czarownicy. Gdyby jednak istniało coś takiego, jak nietypowa chatka czarownicy, to z pewnością właśnie w takiej się znalazły. Poza głowami zwierząt o szklistych oczach, ściany pokrywały półki z książkami i akwarelowe obrazy. W stojaku na parasole tkwiła włócznia. Zamiast zwykłej gliny i fajansu w kredensie stały zagraniczne z wyglądu mosiężne naczynia i delikatna błękitna porcelana. W całym domu nie znalazłoby się ani jednego suszonego zioła, było za to mnóstwo książek, większość wypełniona drobnym, starannym pismem Dezyderaty. Na całym stole leżały arkusze papieru, wyglądające na pracowicie wykreślone mapy.

Babcia Weatherwax nie lubiła map. Instynktownie wyczuwała, że spłaszczają krajobraz.

– Trzeba przyznać, że bywała w świecie – uznała niania Ogg. Wzięła wachlarz z kości słoniowej i pomachała nim kokieteryjnie7.

– Dla niej było to łatwe – przyznała babcia.

Otworzyła kilka szuflad. Przejechała palcami po półce nad kominkiem i przyjrzała im się krytycznie.

– Mogłaby poświęcić chwilę i popracować trochę miotełką do kurzu – stwierdziła odruchowo. – Ja tam bym nie umierała, zostawiając dom w takim stanie.

– Zastanawiam się, gdzie zostawiła... no wiesz... to? – mruknęła niania. Otworzyła drzwiczki stojącego zegara i zajrzała do wnętrza.

– Wstydź się, Gytho! – oburzyła się babcia. – Nie przyszłyśmy tu, żeby jej szukać.

– Oczywiście że nie. Tak sobie tylko pomyślałam... – Niania Ogg stanęła na palcach, próbując ukradkiem zajrzeć na szczyt kredensu.

– Gytho! Jak możesz! Idź, zrób nam po filiżance herbaty.

– No dobrze...

Burcząc pod nosem, niania Ogg zniknęła w spiżarce. Po chwili dobiegł stamtąd zgrzyt ręcznej pompy.

Babcia Weatherwax od niechcenia zbliżyła się do fotela i szybko sięgnęła pod siedzenie.

W sąsiednim pomieszczeniu rozległ się głośny brzęk. Babcia wyprostowała się szybko.

– I nie przypuszczam, żeby była pod zlewem! – zawołała.

Odpowiedź niani Ogg była niezrozumiała.

Babcia odczekała chwilę, po czym podkradła się szybko do kominka. Wsunęła rękę do wnętrza i ostrożnie obmacała mur.

– Szukasz czegoś, Esme? – spytała z tyłu niania Ogg.

– Tam jest pełno sadzy – wyjaśniła babcia i odskoczyła nerwowo. – Sadzy tam pełno.

– Więc jej tam nie ma? – rzuciła niania głosem pełnym słodyczy.

– Nie wiem, o czym mówisz.

– Nie musisz udawać. Wszyscy wiedzą, że musiała ją mieć. Należy do zawodu. Właściwie nawet jest zawodem.

– No... może – przyznała babcia Weatherwax. – Chciałam ją tylko chwilę potrzymać. Ale nie używać. Nie zobaczysz mnie używającej czegoś takiego. Widziałam je raz czy dwa. Niewiele ich już zostało.

 

Niania Ogg pokiwała głową.

– Nie ma odpowiedniego drewna.

– Nie sądzisz chyba, że jest z nią pochowana?

– Nie, raczej nie. Ja bym nie chciała, żeby mnie chować z czymś takim. To wielka odpowiedzialność. Zresztą nie pozostałaby pochowana. Takie rzeczy chcą być używane. Przez cały czas stukałaby ci w trumnie. Sama wiesz, jaki z nimi kłopot.

Uśmiechnęła się.

– Przyniosę serwis do herbaty – powiedziała. – A ty rozpal ogień.

Po czym wróciła do spiżarni.

Babcia Weatherwax sięgnęła nad kominek po zapałki, ale zaraz sobie uświadomiła, że ich nie znajdzie. Dezyderata zawsze powtarzała, że ma zbyt dużo zajęć, by nie korzystać z czarów w gospodarstwie. Nawet jej pranie samo się prało.

Babcia nie pochwalała takiego użytku z czarów, ale była zirytowana. Poza tym miała ochotę na herbatę.

Wrzuciła do kominka kilka polan i przyglądała się im tak długo, że wybuchnęły płomieniem z samego zakłopotania.

Wtedy właśnie jej wzrok przyciągnęło zasłonięte lustro.

– Zakrywała je? – mruknęła do siebie. – Nie wiedziałam, że stara Dezyderata bała się burzy.

Zdjęła serwetę.

Spojrzała.

Bardzo niewiele osób na całym świecie panuje nad sobą tak jak babcia Weatherwax. Jej samokontrola jest twarda niczym pręt z lanego żelaza. I tak samo elastyczna.

Strzaskała lustro.


Lilith wyprostowała się nagle w swej lustrzanej wieży.

Ona?

Twarz była inna, naturalnie. Starsza. Minęło już wiele lat. Ale oczy się nie zmieniają, a czarownice zawsze patrzą na oczy.

Ona!


Magrat Garlick, czarownica, także stała przed lustrem. W jej przypadku było ono całkiem niemagiczne i wciąż w jednym kawałku, choć kilka razy niewiele już brakowało.

Ze zmarszczonymi brwiami przyjrzała się swojemu odbiciu. Potem zajrzała do taniej, drzeworytowej broszurki, którą otrzymała poprzedniego dnia.

Wymamrotała pod nosem kilka słów, wyciągnęła przed siebie ręce i energicznie wyprowadziła kilka ciosów w powietrze.

– Haaaiiiiieeeeehgh! – powiedziała. – Hm.

Magrat pierwsza byłaby skłonna przyznać, że posiada otwarty umysł. Był otwarty jak pole, jak niebo. Żaden umysł nie mógłby być bardziej otwarty bez specjalnej interwencji chirurgicznej. I ciągle czekała, aż coś go wypełni.

W tej chwili wypełniało go poszukiwanie wewnętrznego spokoju, kosmicznej harmonii i prawdziwej istoty Bytu.

Kiedy ktoś mówi: „Wpadła mi do głowy pewna myśl”, nie jest to zwykła metafora. Pierwotne natchnienie – maleńkie cząstki samodzielnych myśli – bez przerwy mkną przez kosmos. Są ściągane do takich umysłów jak Magrat w ten sam sposób, w jaki woda ścieka do dziury na pustyni.

Wszystko przez to, uważała zawsze, że jej matka miała braki w sztuce pisania. Kochająca matka poprawnie napisałaby: Margaret. A wtedy córka byłaby Peggy albo Maggie – solidne, krzepkie imiona, na których można polegać. Z Magrat niewiele daje się osiągnąć. Brzmi jak nazwa czegoś, co żyje w jamie na brzegu rzeki i ciągle jest zalewane wodą.

Myślała wprawdzie, czyby nie zmienić imienia, lecz w głębi serca wiedziała, że nic z tego nie wyjdzie. Nawet gdyby stała się z wierzchu Chloe albo Isobel, i tak pod spodem pozostanie Magrat. Ale miło byłoby spróbować. Miło byłoby nie być Magrat – choćby przez kilka godzin.

Takie właśnie myśli popychają człowieka na drogę Odnalezienia Własnego Ja. A jedną z pierwszych rzeczy, jakich Magrat się nauczyła, to że ktoś, kto Odnalazł Własne Ja, nie powinien o tym wspominać babci Weatherwax. Babcia uważała, że emancypacja to kobiece dolegliwości, o których nie należy mówić w obecności mężczyzn.

Niania Ogg okazywała więcej zrozumienia, choć jej komentarze – zdaniem Magrat – były zwykle dość dwuznaczne. Zdaniem niani były prawdopodobnie wręcz całkiem jednoznaczne i bardzo z tego dumne.

Krótko mówiąc, Magrat zrezygnowała z prób nauczenia się czegokolwiek od starszych czarownic i zarzuciła sieć poszukiwań dalej. O wiele dalej. Tak daleko, jak to tylko możliwe.

Niezwykłą cechą wszystkich poszukiwaczy mądrości jest to, że nieważne, gdzie się akurat znajdują, zawsze szukają jej bardzo daleko. Mądrość to jedna z tych rzeczy, które wydają się tym większe, im są dalej8.

W tej chwili Magrat poszukiwała swojego ja, podążając Drogą Skorpiona, która oferowała kosmiczną harmonię, wewnętrzne zespolenie i możliwość wybicia napastnikowi nerek przez uszy. Posłała po podręcznik.

Oczywiście, pojawiły się wątpliwości. Autor, wielki mistrz Lobsang Dibbler, mieszkał w Ankh-Morpork. Nie wydawało się to odpowiednim siedliskiem kosmicznej mądrości. Poza tym, choć wiele razy podkreślał, że Droga Skorpiona nie powinna być wykorzystywana dla agresji, jedynie dla zyskiwania kosmicznej mądrości, wszystko to wypisał drobnym drukiem pomiędzy ilustracjami przedstawiającymi ludzi, którzy entuzjastycznie okładają się ryżowymi cepami i wołają „Hai!”. Później człowiek uczył się, jak dłonią rozbijać cegły i chodzić po rozżarzonych węglach, i opanowywał inne kosmiczne umiejętności.

Magrat uznała, że Ninja to ładne imię dla dziewczyny.

Znowu wyprężyła się przed lustrem.

Ktoś zapukał do drzwi. Otworzyła.

– Hai? – spytała.

Kłusownik Hurker cofnął się o krok. Był trochę zdenerwowany – wściekły wilk tropił go spory kawałek w lesie.

– Tego... – powiedział. Pochylił się i troska zastąpiła zdumienie. – Zraniła się panienka w głowę?

Spojrzała na niego, nie rozumiejąc. Po chwili dopiero zdała sobie sprawę, o co mu chodzi, i ściągnęła z głowy opaskę z rysunkiem chryzantemy, bez której praktycznie niemożliwe jest poszukiwanie kosmicznej mądrości przy równoczesnym wykręcaniu łokci przeciwnika o trzysta sześćdziesiąt stopni.

– Nie – odparła krótko. – Czego chcesz?

– Mam paczkę dla panienki.

Wręczył jej przesyłkę. Miała jakieś dwie stopy długości i była bardzo wąska.

– Jest też liścik – podpowiedział.

Przesunął się w bok i usiłował czytać jej przez ramię.

– To prywatna wiadomość – oświadczyła Magrat.

– Naprawdę? – zdziwił się uprzejmie Hurker.

– Tak!

– Powiedziała mi, że dostanę pensa za doręczenie – przypomniał sobie kłusownik.

Magrat sięgnęła do sakiewki.

– Pieniądze wykuwają łańcuch, który wiąże klasę robotniczą – ostrzegła, wręczając mu monetę.

Hurker, który nigdy w życiu nie pomyślałby o sobie jako o klasie robotniczej, pokiwał tylko głową. Za pensa skłonny był wysłuchać wszystkiego.

– Mam nadzieję, że głowa przestanie panienkę boleć – rzucił jeszcze na pożegnanie.

Kiedy Magrat została sama w swojej kuchni-dojo, rozwinęła pakunek. Znalazła cienki biały pręcik.

Zajrzała do listu. Dezyderata pisała: „Jakoś nie miałam czasu wyszkolić następczyni, więc musisz wystarczyć. Masz jechać do miasta Genoi. Sama bym to zrobiła, ale nie mogę, poniewasz jestem martwa. Ella Saturday NIE MOŻE wyjść za księcia. PS To ważne”.

Magrat spojrzała na swoje odbicie w lustrze. A potem znowu na list.

„PSPS Powiec tym 2 Staruchom że mają nie jechać z tobą, bo tylko wszystko popsują”.

Było jeszcze coś.

„PSPSPS Czasem przełącza sie na dynie, ale szypko się zorientujesz”.

Magrat znowu popatrzyła w lustro. I na różdżkę.

W jednej chwili jej życie było całkiem proste, a w następnej zaroiło się od komplikacji.

– O rany – powiedziała. – Jestem chrzestną wróżką!


Kiedy wbiegła niania Ogg, babcia Weatherwax wciąż stała wpatrzona w błyszczące odłamki.

– Esmo Weatherwax, coś ty narobiła? To przynosi pecha, takie... Esme?

– Ona? Ona?

– Dobrze się czujesz?

Babcia Weatherwax na chwilę zacisnęła powieki i potrząsnęła głową, jakby chciała usunąć jakąś myśl nie do pomyślenia.

– Co?

– Strasznie zbladłaś. Nigdy jeszcze nie widziałam cię takiej bladej.

Babcia powoli zdjęła z kapelusza odprysk szkła.

– Wiesz... Trochę się wystraszyłam, kiedy tak nagle pękło... – wymamrotała.

Niania zerknęła na dłoń przyjaciółki – krwawiła. Popatrzyła na twarz babci i uznała, że nigdy się nie przyzna do spojrzenia na rękę.

– To mógł być znak – stwierdziła, losowo wybierając bezpieczny temat. – Kiedy ktoś umiera, takie rzeczy często się zdarzają. Obrazy spadają ze ścian, zegary stają... wielkie szafy zjeżdżają po schodach... Różne takie.

– Nigdy nie wierzyłam w te bajki, to przecież... Jak to szafy zjeżdżają po schodach? – zdumiała się babcia. Oddychała głęboko.

Gdyby nie to, że – jak powszechnie wiadomo – babcia Weatherwax była twarda, można by pomyśleć, że właśnie przeżyła szok swojego życia. I że rozpaczliwie usiłuje wziąć udział w zwyczajnej, codziennej sprzeczce.

– Tak było, kiedy umarła siostra mojej babki, Sophie – wyjaśniła niania Ogg. – Trzy dni, cztery godziny i sześć minut po jej śmierci, co do minuty, jej szafa spadła ze schodów. Nasz Darren i nasz Jason próbowali przeciągnąć ją przez zakręt, a ona tak jakby się wymknęła. Niesamowite. W każdym razie nie miałam zamiaru zostawiać jej tam dla Agathy, prawda? Odwiedzała matkę tylko w Noc Strzeżenia Wiedźm. To ja pielęgnowałam Sophie przez cały czas, aż do końca...

Babcia nie słuchała już znajomej, kojącej litanii o sporach w rodzinie niani Ogg. Niepewnie sięgnęła po filiżanki.

Oggowie tworzyli rozległy ród. Nie tylko rozległy, ale też długi, długowieczny i wytrwały. Żadna kartka papieru nie zdołałaby pomieścić ich drzewa genealogicznego, które zresztą bardziej przypominało gąszcz mangrowców. A każda gałąź prowadziła cichą, ale chroniczną wojnę ze wszystkimi innymi gałęziami. Wrogość opierała się na tak tradycyjnych causes célèbres, jak Co Kevin Powiedział Do Naszego Stana Na Ślubie Kuzynki Di i Kto Dostał Srebrne Sztućce, Które Ciocia Em Obiecała Po Śmierci Naszej Doreen, Bardzo Chciałabym Wiedzieć, Jeśli Wolno Spytać, Dziękuję Uprzejmie.

Niania Ogg, bezdyskusyjna matrona rodu, wspierała wszystkie strony jednocześnie. Było to dla niej czymś w rodzaju hobby.

Oggowie w jednej rodzinie kontynuowali tyle zatargów, że kilku zwykłym wioskom wystarczyłyby na całe stulecie.

Czasami zachęcony tym nierozsądny przybysz próbował się włączyć. Na przykład wygłaszał jakąś niepochlebną uwagę o jednym z Oggów do innego. I wtedy wszyscy Oggowie zwracali się przeciw niemu, jak dobrze naoliwiona maszyna zwierając szeregi, by natychmiast i bezlitośnie zniszczyć intruza.

Mieszkańcy Ramtopów wierzyli, że wojny Oggów są błogosławieństwem. Sama myśl, że mogliby skierować swoją straszliwą energię na świat, budziła przerażenie. Na szczęście Ogg z nikim nie kłócił się chętniej niż z innym Oggiem – w końcu byli rodziną.

Dziwne są te rodziny, kiedy się nad nimi zastanowić...

– Esme! Co z tobą?

– Co?

– Te filiżanki grzechoczą jak nie wiem co. I całą tacę zalałaś herbatą.

Babcia nieprzytomnie spojrzała na rozlaną herbatę i spróbowała się bronić – najlepiej, jak w tej chwili potrafiła.

– Nie moja wina, że te przeklęte filiżanki są takie małe – mruknęła.

Otworzyły się drzwi.

– Dzień dobry, Magrat – dodała babcia, nie oglądając się nawet. – Co tu robisz?

Coś było takiego w zgrzytnięciu zawiasów... Magrat nawet drzwi potrafiła otwierać przepraszająco.

Młoda czarownica bez słowa wsunęła się do środka. Twarz miała czerwoną jak burak, a ręce schowane za plecami.

– Zajrzałyśmy tu właśnie, żeby uporządkować rzeczy Dezyderaty, jak nakazuje nam obowiązek wobec siostry-czarownicy – wyjaśniła głośno babcia.

– I żeby poszukać jej magicznej różdżki – dodała niania.

– Gytho Ogg!

Niania Ogg zmieszała się i zwiesiła głowę.

– Przepraszam, Esme.

Magrat wyciągnęła ręce przed siebie.

– Ehm... – powiedziała i zaczerwieniła się jeszcze bardziej.

 

– Znalazłaś ją! – zawołała niania.

– Raczej nie. – Magrat unikała wzroku babci. – Dezyderata mi ją dała.

Cisza aż trzeszczała i brzęczała.

– Dała ją tobie? – upewniła się babcia Weatherwax.

– No... tak.

Niania i babcia porozumiały się wzrokiem.

– Cóż... – stwierdziła niania.

– Ona cię znała, prawda? – zapytała groźnie babcia, zwracając się znowu do Magrat.

– Zaglądałam tu dość często, żeby poczytać książki – przyznała Magrat. – I jeszcze... Ona lubiła gotować zagraniczne potrawy, ale nikt w okolicy nie chciał ich jeść, więc przychodziłam, żeby jej dotrzymać towarzystwa.

– Aha! Chciałaś się przypodobać! – zawołała babcia.

– Ale nie przypuszczałam nawet, że zostawi mi różdżkę. Naprawdę!

– Pewnie zaszła jakaś pomyłka – wtrąciła spokojnie niania Ogg. – Prawdopodobnie chciała, żebyś ją przekazała jednej z nas.

– Rzeczywiście, tak musiało być – zgodziła się babcia. – Wiedziała, że można cię prosić o doręczenie i tak dalej. A teraz obejrzyjmy ją.

Wyciągnęła rękę.

Zaciśnięte na różdżce palce Magrat aż pobielały.

– ...dała ją mnie... – przypomniała słabym głosem.

– Pod koniec jej umysł nieco błądził – stwierdziła babcia.

– ...dała ją mnie...

– Być chrzestną wróżką to wielka odpowiedzialność – pouczyła ją niania. – Musisz być pomysłowa, elastyczna i taktowna, radzić sobie ze złożonymi sprawami serca i w ogóle. Dezyderata na pewno o tym wiedziała.

– ...tak, ale dała ją mnie...

– Magrat Garlick, jako najstarsza czarownica rozkazuję ci, żebyś natychmiast oddała różdżkę – rzekła babcia. – Pamiętaj, różdżki sprawiają tylko kłopoty.

– Chwileczkę, chwileczkę – uspokajała ją niania. – Nie należy posuwać się za...

– ...nie...

– Zresztą nie jesteś najstarszą czarownicą – przypomniała niania. – Matula Dismass jest starsza od ciebie.

– Cicho bądź. Poza tym ona jest psychicznie niezrównana.

– ...nie możesz mi rozkazywać. Czarownice nie są hierarchiczne...

– To niegodne zachowanie, Magrat Garlick.

– Wcale nie – sprostowała niania Ogg. – Niegodne zachowanie jest wtedy, kiedy chodzisz bez żadnego ubrania i...

Urwała nagle.

Obie starsze czarownice wpatrywały się w kawałek papieru, który wysunął się Magrat z rękawa i spłynął na podłogę. Babcia rzuciła się pierwsza i podniosła go szybko.

– Aha! – zawołała tryumfalnie. – Teraz zobaczymy, czego naprawdę chciała Dezyderata.

Poruszając wargami odczytała list. Magrat usiłowała zebrać całą siłę woli.

Kilka mięśni drgnęło na twarzy babci. Potem spokojnie zmięła papier.

– Tak jak myślałam – powiedziała. – Dezyderata pisze, że mamy koniecznie pomagać Magrat, jako że jest młoda i w ogóle. Prawda, Magrat?

Magrat spojrzała jej w oczy.

Możesz zarzucić jej kłamstwo, myślała. List był całkiem jasny, w każdym razie w części o starszych czarownicach. Możesz kazać jej przeczytać na głos. Wszystko się wyda. Chcesz do końca życia pozostać trzecią czarownicą?

A potem ogień buntu, płonący na bardzo niesprzyjającym podłożu, zgasł.

– Tak – wymamrotała załamana. – Coś w tym rodzaju.

– Pisze, że mamy się udać w jakieś miejsce. To bardzo ważne. Tam musimy komuś pomóc poślubić księcia – mówiła dalej babcia.

– To Genoa – wyjaśniła Magrat. – Czytałam o niej w książkach Dezyderaty. Ale mamy dopilnować, żeby ona nie wyszła za księcia.

– Wróżka chrzestna nie pozwalająca dziewczynie wyjść za księcia? – zdziwiła się niania. – To trochę bez sensu.

– W każdym razie to życzenie jest chyba łatwe do spełnienia – zauważyła babcia.. – Miliony dziewcząt nie wychodzą za książąt.

Magrat postanowiła chociaż spróbować.

– Genoa leży bardzo daleko stąd – ostrzegła.

– Mam nadzieję – odparła babcia Weatherwax. – Przecież nie chcemy, żeby obce strony leżały blisko.

– Chodziło mi o to, że to długa podróż. A wy jesteście... już nie takie młode jak dawniej.

Nastąpiła długa, pełna napięcia chwila ciszy.

– Ruszamy jutro – zdecydowała babcia Weatherwax.

– A dlaczego nie mogę ruszyć sama? – protestowała rozpaczliwie Magrat.

– Bo nie masz żadnego doświadczenia w pracy wróżki – wyjaśniła babcia.

Tego było już za wiele, nawet dla spokojnej duszy Magrat.

– Wy też nie – oświadczyła.

– To prawda – przyznała babcia. – Ale chodzi o to... chodzi o to... chodzi o to, że nie mamy doświadczenia o wiele dłużej od ciebie.

– Jesteśmy bardzo doświadczone w braku doświadczenia – dodała z zadowoleniem niania Ogg.

– A to najważniejsze.

W domu babci było tylko jedno poplamione lusterko. Kiedy wróciła, zakopała je głęboko w ogrodzie.

– Masz – mruknęła pod nosem. – Spróbuj mnie teraz szpiegować.


Wydawało się całkiem niemożliwe, by Jason Ogg, mistrz kowalski, był synem niani Ogg. W ogóle nie wyglądał, jakby mógł się normalnie urodzić, ale jakby go zbudowano. W stoczni. Do jego powolnej i łagodnej natury genetyka uznała za stosowne dołożyć muskuły godne dwóch byków, ramiona jak konary dębu i nogi niczym cztery beczki piwa, zestawione parami jedna na drugiej.

Do jego kuźni sprowadzano rozpłodowe ogiery, płomiennookich, spienionych królów końskiej rasy, bestie o kopytach jak talerze, które ludzi mniejszego kalibru wykopywały przez ściany. Ale Jason Ogg poznał tajemnicę mistycznego Zaklęcia Jeźdźców; samotnie wchodził do kuźni, grzecznie zamykał wrota, a pół godziny później wyprowadzał zwierzę świeżo podkute i dziwnie pokorne9.

Za jego potężną, nieruchomą sylwetką skrywała się reszta licznej rodziny niani Ogg i grupa przypadkowych mieszkańców miasteczka, którzy – widząc jakieś niezwykłe zdarzenie, w którym uczestniczą czarownice – nie mogli oprzeć się pragnieniu, by zobaczyć coś, co w Ramtopach nazywa się „niezłym ubawem”.

– No to ruszamy, Jasonie – powiedziała niania Ogg. – Mówią, że ulice w obcych stronach są wybrukowane złotem. Pewnie zrobię tam majątek, jak myślisz?

Jason zmarszczył krzaczaste brwi w intensywnym wysiłku myślenia.

– Przydałoby się nowe kowadło – stwierdził po chwili.

– Jeśli wrócę bogata, już nigdy nie będziesz musiał pracować w kuźni.

Jason znów zmarszczył czoło.

– Ale ja lubię kuźnię – zapewnił.

To nianię zaskoczyło.

– No to... No to będziesz miał kowadło z litego srebra.

– Nie nada się, mamo. Będzie za miękkie.

– Jeżeli ci przywiozę kowadło z litego srebra, to będziesz miał kowadło z litego srebra, mój chłopcze, czy ci się to podoba, czy nie!

Jason zwiesił głowę.

– Tak, mamo – wymruczał.

– Dopilnuj, żeby codziennie ktoś tu przychodził i wietrzył dom. I co rano macie rozpalić ogień na palenisku.

– Tak, mamo.

– A wchodzić wolno tylko kuchennymi drzwiami, słyszysz? Rzuciłam klątwę na ganek. Gdzie są te dziewuchy z moim bagażem?

Odbiegła, jak mały szary kogucik zaganiający stado kwok.

Magrat przysłuchiwała się temu z zainteresowaniem. Jej własny bagaż podróżny składał się z dużego worka, w którym mieściło się kilka zmian odzieży pozwalających przetrwać wszystko, czym może zagrozić pogoda w obcych stronach, i drugiego, mniejszego, gdzie zapakowała kilka użytecznych książek z domku Dezyderaty Hollow. Dezyderata znakomicie notowała i zapełniła kilkanaście małych książeczek swoim drobnym pismem oraz tytułami rozdziałów w stylu „Z różdżką i miotłą przez pustynie Wielkiego Nefu”.

Nigdy jednak chyba nie przyszło jej do głowy, by zapisać jakiekolwiek instrukcje obsługi różdżki. O ile Magrat się orientowała, trzeba było tylko pomachać nią i pomyśleć życzenie.

Kilka nieoczekiwanych dyń wzdłuż ścieżki prowadzącej od jej chaty dawało świadectwo niedostatków tej strategii. Jedna wciąż jeszcze myślała, że jest gronostajem.

Teraz Magrat została sama z Jasonem, który niepewnie przestępował z nogi na nogę.

Dotknął palcem grzywki. Wychowano go w szacunku dla kobiet, a Magrat mieściła się mniej więcej w tej kategorii.

– Będzie pani uważać na naszą mamę, panno Garlick? – upewnił się zmartwiony. – Ostatnio strasznie dziwnie się zachowuje.

Magrat łagodnie poklepała go po ramieniu.

– Takie rzeczy często się zdarzają – wyjaśniła. – Rozumiesz, kiedy kobieta wychowała już dzieci i tak dalej, chce żyć własnym życiem.

– To czyim życiem żyła do tej pory?

Magrat spojrzała na niego zaskoczona. Jakoś nie kwestionowała sensu tej myśli, odkąd pierwszy raz przyszła jej do głowy.

– Widzisz, to jest tak – zaczęła, błyskawicznie tworząc wytłumaczenie. – W życiu kobiety przychodzi taka chwila, kiedy chce odnaleźć siebie.

– To dlaczego nie zacznie szukać tutaj? – spytał smętnie Jason. – Znaczy się, nie chciałem się odzywać nie pytany, ale liczyliśmy na panią, panno Garlick, że przekona pani ją i panią Weatherwax. Żeby nie wyjeżdżały.

– Próbowałam – zapewniła Magrat. – Naprawdę. Mówiłam: wcale nie musicie jechać. Anno domini, mówiłam. Już nie jesteście takie młode jak kiedyś, mówiłam. To bez sensu, wyprawiać się setki mil stąd po głupstwo, zwłaszcza w waszym wieku.

Jason przechylił głowę. Zapewne nie dotarłby do finału dyskowych mistrzostw szybkości orientacji, ale dobrze znał własną matkę.

– Powiedziała pani to wszystko naszej mamie? – upewnił się.

– Nie martw się – uspokoiła go Magrat. – Jestem pewna, że żadna krzywda...