Wyprawa czarownicTekst

Z serii: Świat dysku #12
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

WITCHES ABROAD

Copyright © Terry and Lyn Pratchett 1991

First published by Victor Gollancz Ltd, London

Projekt graficzny serii

Zombie Sputnik Corporation

Ilustracja na okładce

©Josh Kirby/via Thomas Schlück GmbH

Redakcja

Łucja Grudzińska

Korekta

Wiesława Partyka

ISBN 978-83-8234-684-8

Warszawa 2021

Fantastyka

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Tego samego autora polecamy:

KOLOR MAGII

BLASK FANTASTYCZNY

RÓWNOUMAGICZNIENIE

MORT

CZARODZICIELSTWO

ERYK

TRZY WIEDŹMY

PIRAMIDY

STRAŻ! STRAŻ!

RUCHOME OBRAZKI

NAUKA ŚWIATA DYSKU I, II, III

KOSIARZ

WYPRAWA CZAROWNIC

POMNIEJSZE BÓSTWA

PANOWIE I DAMY

ZBROJNI

MUZYKA DUSZY

CIEKAWE CZASY

MASKARADA

OSTATNI BOHATER

ZADZIWIAJĄCY MAURYCY I JEGO EDUKOWANE GRYZONIE

NA GLINIANYCH NOGACH

WIEDŹMIKOŁAJ

WOLNI CIUTLUDZIE

BOGOWIE, HONOR, ANKH-MORPORK

OSTATNI KONTYNENT

CARPE JUGULUM

PIĄTY ELEFANT

PRAWDA

ZŁODZIEJ CZASU

ZIMISTRZ

STRAŻ NOCNA

POTWORNY REGIMENT

PIEKŁO POCZTOWE

ŁUPS!

ŚWIAT FINANSJERY

HUMOR I MĄDROŚĆ

ŚWIATA DYSKU

NIEWIDOCZNI AKADEMICY

W PÓŁNOC SIĘ ODZIEJĘ

NIUCH

Dedykuję wszystkim tym – bo dlaczego nie

– którzy po publikacji Trzech wiedźm zasypali autora

swoimi wersjami tekstu piosenki o jeżu.

Co ja narobiłem...


*1*

Oto świat Dysku, sunący przez kosmos na grzbietach czterech słoni, które z kolei stoją na skorupie Wielkiego A’Tuina, niebiańskiego żółwia.

Dawno, dawno temu taki wszechświat uważany był za niezwykły, a być może nawet całkiem niemożliwy.

Ale z drugiej strony... dawno, dawno temu wszystko było tak proste...

Ponieważ wszechświat był wtedy pełen ignorancji, a uczony przyglądał mu się jak poszukiwacz schylony nad górskim potokiem i wypatrujący złota wiedzy pośród żwiru głupoty, piasku niepewności i małych, wąsatych, ośmionożnych pływających stworków zabobonu.

Od czasu do czasu prostował się i wołał coś w rodzaju: „Hurra! Właśnie odkryłem trzecie prawo Boyle’a”. I wszyscy wiedzieli, na czym stoją. Problem w tym jednak, że ignorancja stała się ciekawsza, zwłaszcza ignorancja dotycząca spraw wielkich i ważnych, takich jak materia i kreacja. Ludzie zaprzestali cierpliwej budowy swych domków z patyczków racjonalności wśród chaosu, a zaczęli się interesować samym chaosem – po części dlatego, że o wiele łatwiej być ekspertem od chaosu, ale głównie z tego powodu, że chaos skutkował naprawdę ładnymi deseniami, które można umieścić na koszulkach.

I zamiast zajmować się prawdziwą nauką1, uczeni zaczęli nagle tłumaczyć, że poznanie czegokolwiek jest niemożliwe i że nie ma czegoś takiego, co można by nazwać rzeczywistością, którą da się poznawać, i jakie to wszystko strasznie ciekawe... A przy okazji, słyszeliście, że dookoła może latać mnóstwo różnych małych wszechświatów, tylko nikt ich nie widzi, bo są zakrzywione i zwinięte w sobie? Nawiasem mówiąc, ładna ta koszulka, prawda?

W porównaniu z czymś takim, spory żółw ze światem na grzbiecie jest całkiem zwyczajny. Przynajmniej nie udaje, że nie istnieje; nikt też na Dysku nie próbował tego nieistnienia udowodnić – by się przypadkiem nie okazało, że ma rację i nagle znajdzie się zawieszony w kosmicznej pustce. Dysk istnieje na samej granicy realności. Najmniejsze małe obiekty potrafią przebić się przez nią na drugą stronę. Dlatego na świecie Dysku ludzie traktują różne rzeczy z należytą powagą.

Na przykład opowieści.

Ponieważ opowieści są ważne.

Ludzie wierzą, że to oni wpływają na opowieści. Tymczasem jest odwrotnie.

Opowieści istnieją niezależnie od osób, które w nich występują. Dla kogoś, kto o tym wie, wiedza to potęga.

Opowieści – szerokie, falujące wstęgi ukształtowanej czasoprzestrzeni – powiewały i rozwijały się w całym wszechświecie od początków czasu. I ewoluowały. Najsłabsze wymarły, a najsilniejsze przetrwały i z każdym powtórzeniem nabierały mocy... Opowieści, wijące się i płynące w ciemności.

Samo ich istnienie narzuca delikatny, ale trwały wzorzec chaosowi, którym jest historia. Opowieści ryją rowki dość głębokie, by ludzie podążali nimi w taki sam sposób, w jaki woda spływa po zboczu pewnymi trasami. A za każdym razem, kiedy nowi aktorzy podążają ścieżką opowieści, rowek staje się głębszy.

Nazywa się to teorią przyczynowości narracyjnej i oznacza, że opowieść, kiedy już się zacznie, nabiera kształtu. Przejmuje wszelkie wibracje wszystkich innych swoich realizacji, jakie się kiedykolwiek zdarzyły.

Właśnie dlatego historia przez cały czas się powtarza.

I dlatego tysiąc bohaterów wykradło ogień bogom. Tysiąc wilków pożarło babcię, tysiąc księżniczek zostało pocałowanych. Miliony nieświadomych aktorów poruszało się mimowolnie po ścieżkach opowieści.

Jest już praktycznie niemożliwe, by trzeci i najmłodszy syn dowolnego króla, wyruszywszy z misją, w której wcześniej zginęli jego starsi bracia, nie odniósł sukcesu.

Opowieści nie dbają o to, kto bierze w nich udział. Ważne jest tylko, by były opowiadane, by się powtarzały. Albo też, jeśli wolicie, można sobie to wyobrazić inaczej: opowieść to forma pasożytnicza, naginająca życie ludzi tak, by służyło jej samej2.

Trzeba bardzo szczególnej osobowości, by mogła się temu oprzeć i stać się sodą oczyszczoną historii.

Dawno, dawno temu...


Szare dłonie ujęły młot i uderzyły w słupek tak mocno, że wbił się na całą stopę w miękką ziemię.

Jeszcze dwa uderzenia i nie dało się go wyrwać.

Na drzewach wokół polanki ptaki i węże obserwowały wszystko w milczeniu. W bagnie, niby plamy brudnej wody, dryfowały aligatory.

Szare dłonie podniosły poprzeczkę krzyża, umieściły na odpowiedniej wysokości i przywiązały lianami tak mocno, że aż trzeszczało.

Przyglądała mu się. Po chwili przywiązała na szczycie krzyża kawałek lustra.

– Płaszcz – poleciła.

Wziął płaszcz i włożył na ramiona krzyża. Poprzeczka była trochę za krótka, więc ostatnie kilka cali rękawów zwisało pusto.

– I kapelusz – dodała.

Był wysoki, okrągły i czarny. Lśnił lekko.

Lustro błyszczało pomiędzy czernią kapelusza i płaszcza.

– Czy to podziała? – zapytał.

– Tak. Nawet lustra mają swoje odbicia. Musimy zwalczać lustra lustrami. – Zerknęła na smukłą białą wieżę za lasem. – Trzeba odszukać jej odbicie.

– Musi więc sięgnąć daleko.

– Tak. Przyda się każda pomoc.

Rozejrzała się po łące.

Wezwała pana Tesco, lady Bon Annę, Hotalogę Andrewsa i Kroczącego Szeroko. Prawdopodobnie nie byli najlepszymi bogami.

Ale byli najlepsi, jakich potrafiła wymyślić.


To jest opowieść o opowieściach.

Albo o tym, co naprawdę znaczy być wróżką i matką chrzestną.

Ale też, zwłaszcza, o zwierciadłach i odbiciach.

W całym wszechświecie żyją prymitywne plemiona3, które nie ufają lustrom i obrazom. Uważają bowiem, że lustra kradną część duszy, a przecież tej duszy nikt nie ma aż tak dużo. Ludzie, którzy noszą więcej odzieży, twierdzą, że to przesądy. Twierdzą tak, mimo że ci, którzy przez całe życie pojawiają się na takich czy innych obrazach, zwykle stają się chudzi i przezroczyści. Składa się to na karb przepracowania i niedożywienia.

Zwykły przesąd. Ale przesądy nie muszą być fałszywe.

Lustro może wessać skrawek duszy. Lustro może pomieścić odbicie całego wszechświata, niebo pełne gwiazd w kawałku posrebrzonego szkła, nie grubszego niż tchnienie.

Kto rozumie lustra, ten rozumie prawie wszystko.

Spójrzmy w lustro...

...głębiej...

...na pomarańczowe światełko na nagim górskim wierzchołku, tysiące mil od roślinnego ciepła bagien...


Miejscowi nazywali ją Lisią Górą. Nie z powodu dużej liczby lisów, ale dlatego że była łysą górą. Fakt ten wywołał jednak sporo zyskownego zamieszania; w najbliższych wioskach często pojawiali się przybysze uzbrojeni w kusze, sidła i wnyki, po czym wyniośle żądali przewodników, którzy doprowadzą ich do lisich stad. Większość miejscowych potrafiła całkiem nieźle się z tego utrzymać – sprzedawali poradniki dla wędrujących po górze, mapy lisich siedlisk, ozdobne zegary z lisami wskazującymi godzinę, laski z lisią główką i ciastka wypiekane w kształcie lisa. Jakoś nikt nie znalazł czasu, żeby wyjaśnić nieporozumienie4.

 

Ta góra była chyba tak łysa, jak to tylko możliwe dla góry.

Większość drzew rezygnowała w połowie drogi na szczyt, dokąd docierało tylko parę sosenek. Sprawiały wrażenie bardzo podobne do kilku pasemek włosów na czaszce kogoś łysego, kto nie chce się pogodzić z losem.

Było to miejsce, gdzie spotykały się czarownice.

Dziś w nocy na samym wierzchołku płonęło ognisko. W migotliwym świetle poruszały się ciemne sylwetki.

Księżyc sunął leniwie nad plamami chmur.

Wreszcie ktoś wysoki, w szpiczastym kapeluszu, powiedział:

– To znaczy, że wszystkie przyniosłyśmy tylko sałatkę ziemniaczaną?


W Ramtopach pozostała jedna czarownica, która nie brała udziału w sabacie. Oczywiście, czarownice lubią przyjęcia tak samo jak wszyscy inni, jednak ta konkretna miała dzisiaj ważniejsze spotkanie. I to nie takie, które można łatwo przesunąć na kiedy indziej.

Dezyderata Hollow pisała testament.

Kiedy Dezyderata Hollow była jeszcze małą dziewczynką, babcia udzieliła jej czterech ważnych rad, które miały pokierować jej krokami na zaskakująco krętych ścieżkach życia.

Oto te rady:

Nigdy nie ufaj psu z pomarańczowymi brwiami.

Zawsze zapisuj nazwisko i adres młodego człowieka.

Nigdy nie stawaj między dwoma lustrami.

I zawsze noś absolutnie czystą bieliznę, codziennie, bo nigdy nie wiesz, czy nie przewróci cię i nie stratuje na śmierć spłoszony koń, a kiedy ludzie zobaczą, że masz na sobie brudną bieliznę, umrzesz ze wstydu.

Później Dezyderata urosła i została czarownicą. Jedną z korzyści tego stanu jest, że człowiek dokładnie wie, kiedy umrze, więc może nosić taką bieliznę, na jaką ma ochotę5.

Działo się to osiemdziesiąt lat temu, gdy pomysł, że będzie dokładnie wiedzieć, kiedy umrze, wydawał się całkiem atrakcyjny. Ponieważ – w tajemnicy, oczywiście – dobrze wiedziała, że będzie żyła wiecznie.

To było wtedy.

A to było teraz.

Wieczność okazała się trwać o wiele krócej niż kiedyś.

Kolejna kłoda rozpadła się w kominku na popiół. Dezyderata nie zamawiała opału na zimę. Przecież nie warto.

Oczywiście, była jeszcze jedna rzecz...

Starannie owinęła wąski, długi pakunek. Złożyła liścik, zaadresowała i wsunęła pod sznureczek. Załatwione.

Rozejrzała się. Od trzydziestu lat była niewidoma, ale nie sprawiało jej to kłopotów. Los pobłogosławił ją – jeśli to właściwe określenie – darem jasnowidzenia. Kiedy więc zwykłe oczy przestały funkcjonować, nauczyła się widzieć teraźniejszość, i tak o wiele łatwiejszą od przyszłości. A że okultystyczna siatkówka nie jest uzależniona od światła, Dezyderata oszczędzała na świecach. Każda sytuacja ma swoje dobre strony, jeśli tylko wie się, gdzie patrzeć. W przenośni, oczywiście.

Na ścianie wisiało lustro. Ale oblicze w nim nie było twarzą Dezyderaty, zaróżowioną i krągłą. Wręcz przeciwnie.

– Umierasz, Dezyderato – oświadczyła kobieta w lustrze.

– Owszem.

– Zestarzałaś się. Takim jak ty zawsze się to zdarza. Twoja moc już prawie zanikła.

– To prawda, Lilith – zgodziła się spokojnie Dezyderata.

– I twoja magia przestaje ją chronić.

– Obawiam się, że tak.

– Czyli teraz pozostałam tylko ja i ta zła kobieta z bagien. I ja zwyciężę.

– Niestety, na to wygląda.

– Powinnaś znaleźć sobie następczynię.

– Nigdy nie miałam na to czasu. Nie wychodzi mi planowanie przyszłości.

Twarz w lustrze urosła – to postać zbliżyła się do swojej strony zwierciadła.

– Przegrałaś, Dezyderato Hollow.

– Tak bywa.

Dezyderata wstała trochę niepewnie i sięgnęła po serwetę.

Postać wyraźnie się irytowała. Pewnie uważała, że ludzie, którzy przegrywają, powinni być załamani, a nie zachowywać się tak, jakby bawili się żartem zrobionym zwycięzcom.

– Czy ty w ogóle rozumiesz, co oznacza przegrana?

– Niektórzy bardzo wyraźnie mi to tłumaczyli – odparła Dezyderata. – Żegnam, droga pani.

I zasłoniła zwierciadło serwetą.

Spod materiału dobiegło jeszcze gniewne syknięcie, a potem zapadła cisza.

Dezyderata stała przez chwilę nieruchomo, jakby zatopiona w myślach.

Potem uniosła głowę.

– Przed chwilą zagotowała się woda – powiedziała. – Może wypijesz filiżankę herbaty?

NIE, DZIĘKUJĘ, odezwał się głos za jej plecami.

– Od dawna czekasz?

OD ZAWSZE.

– Nie zatrzymuję cię, mam nadzieję.

TO SPOKOJNA NOC.

– Przygotuję herbatę. Zostało chyba jedno ciasteczko.

NIE, DZIĘKUJĘ.

– Gdybyś był głodny, to nad kominkiem stoi słój. To prawdziwy klatchiański wyrób, wiesz? Od prawdziwego klatchiańskiego garncarza. Z Klatchu – dodała.

NAPRAWDĘ?

– Za młodu sporo podróżowałam.

TAK?

– Piękne czasy. – Dezyderata szturchnęła pogrzebaczem palenisko. – Taką miałam pracę, rozumiesz. Zresztą pewnie u ciebie jest podobnie.

TAK.

– Nigdy nie wiedziałam, kiedy mnie wezwą. Ty, naturalnie, wiesz takie rzeczy. Głównie do kuchni... Zawsze jakoś trafiałam do kuchni. Czasem na bale, ale zwykle do kuchni. – Podniosła czajnik i nalała wrzątku do imbryka nad ogniem.

RZECZYWIŚCIE?

– Spełniałam ich życzenia.

Śmierć zdziwił się.

CO? TO ZNACZY... NA PRZYKŁAD ZABUDOWANE KREDENSY? NOWE ZLEWY? TAKIE RZECZY?

– Nie, nie. Życzenia ludzi. – Dezyderata westchnęła. – To wielka odpowiedzialność, taka praca chrzestnej wróżki. Trzeba wiedzieć, gdzie się zatrzymać. No wiesz... Ludzie, którym spełnia się życzenia, często okazują się nie całkiem mili. Czy więc powinno się im dać to, czego chcą, czy raczej to, czego potrzebują?

Śmierć uprzejmie skinął głową. Z jego punktu widzenia ludzie dostają to, co im się daje.

– Jak ta sprawa w Genoi... – zaczęła Dezyderata.

Śmierć gwałtownie podniósł głowę.

GENOA?

– Znasz ją? No tak, oczywiście, że znasz...

JA... ZNAM WSZYSTKO, NATURALNIE.

Dezyderata rozmarzyła się wyraźnie. Jej wewnętrzny wzrok spoglądał gdzieś daleko.

– Było nas dwie. Wiesz pewnie, że matki chrzestne zawsze występują parami. Ja i lady Lilith. Matka chrzestna ma wielką moc. To jak być częścią historii. W każdym razie urodziła się dziewczynka: z nieprawego łoża, ale wcale przez to nie gorsza. Nie chodzi o to, że nie mogli się pobrać, po prostu jakoś im to nie przyszło do głowy... I Lilith życzyła jej urody, władzy i żeby poślubiła księcia. Ha! Od tamtego dnia ciągle nad tym pracuje. Co mogłam zrobić? Nie można się spierać z takimi życzeniami. Lilith zna potęgę opowieści. Zrobiłam co mogłam, ale to Lilith ma moc. Słyszałam, że sama rządzi miastem. Zmienia cały kraj, żeby opowieść mogła się spełnić. Teraz i tak już za późno, przynajmniej dla mnie. Dlatego postanowiłam przekazać odpowiedzialność. Tak to już jest z wróżkami chrzestnymi. Nikt nie chce taką zostać. Oprócz Lilith, ma się rozumieć. Bzika ma i tyle. Dlatego posyłam kogoś innego. I tak chyba powinnam wcześniej o tym pomyśleć.

Dezyderata miała dobre serce. Wróżki chrzestne osiągają głębokie zrozumienie ludzkiej natury, dzięki czemu te dobre stają się łagodne, a te złe potężne. Dezyderata nie należała do osób, które używają ostrych sformułowań. Ale można było mieć pewność, że wykorzystując stosunkowo delikatne określenie „ma bzika”, ma na myśli kogoś, kto jej zdaniem znalazł się już parę mil poza horyzontem obłędu i ciągle przyspiesza.

Nalała herbaty.

– To problem z jasnowidzeniem – mówiła dalej. – Człowiek widzi, co się dzieje, ale nie wie, co to oznacza. Widziałam przyszłość. Jest tam kareta zrobiona z dyni, a to niemożliwe. Oraz woźnice z myszy, co mało prawdopodobne. Jest też zegar wybijający północ i coś ze szklanym pantofelkiem. To wszystko się wydarzy, ponieważ tak właśnie działają opowieści. I wtedy pomyślałam sobie: znam kilka osób, które zmuszają opowieści, by działały na ich sposób.

Znowu westchnęła.

– Chciałabym sama pojechać do Genoi – wyznała. – Stęskniłam się za ciepłem. I zbliża się Tłusty Wtorek. Za dawnych lat zawsze odwiedzałam Genoę w Tłusty Wtorek.

Zapadła pełna wyczekiwania cisza.

Po chwili odezwał się Śmierć.

CHYBA NIE PROSISZ MNIE O SPEŁNIENIE ŻYCZENIA?

– Ha! Nikt nie spełnia życzeń wróżki chrzestnej. – Dezyderata znów jakby spojrzała w głąb siebie. – Widzisz? Muszę wysłać je wszystkie trzy do Genoi. Muszą tam trafić, bo widziałam, że tam są. I koniecznie wszystkie trzy. To niełatwe z takimi osobami jak one. Muszę użyć głowologii. Muszę sprawić, żeby same się wysłały. Powiesz Esme Weatherwax, że ma gdzieś jechać, to z czystej przekory się nie ruszy. Ale jeśli jej powiesz, że nie wolno jej jechać, pobiegnie choćby po tłuczonym szkle. Tak już jest z Weatherwaxównymi. Nie umieją przegrywać.

Nagle przyszło jej do głowy coś zabawnego.

– Ale jedna z nich będzie się musiała nauczyć.

Śmierć milczał. Z jego punktu widzenia, pomyślała Dezyderata, przegrywanie to coś, czego każdy w końcu się uczy.

Dopiła herbatę. Potem wstała, ceremonialnym gestem wcisnęła na głowę szpiczasty kapelusz i wyszła przez kuchenne drzwi.

Kawałek za domem, między drzewami ktoś wykopał głęboki dół, do którego przewidująco wstawił krótką drabinę. Dezyderata zeszła na dno i z wysiłkiem wyrzuciła drabinę w krzaki. Położyła się. I usiadła.

– Pan Czert, troll, mieszka koło tartaku, ma bardzo dobre ceny na trumny. Jeśli nie przeszkadza ci sosna.

NA PEWNO BĘDĘ O TYM PAMIĘTAŁ.

– Kazałam kłusownikowi Hurkerowi wykopać dla mnie ten dół – wyjaśniła Dezyderata. – W drodze do domu zajrzy tu jeszcze i go zasypie. Lubię porządek. Do dzieła, maestro.

SŁUCHAM? AHA, TAKIE POWIEDZENIE.

Wzniósł kosę.

Dezyderata Hollow odeszła na wieczny spoczynek.

– No tak – powiedziała. – To było łatwe. I co teraz?


A oto Genoa. Magiczne królestwo. Diamentowe miasto. Szczęśliwa kraina.

W samym środku miasta między dwoma zwierciadłami stoi kobieta i przygląda się sobie, odbijanej w nieskończoność.

Same zwierciadła także stoją pośrodku ośmiokąta zbudowanego z luster i otwartego na niebo, na najwyższej wieży w pałacu. Dają tyle odbić, że tylko z najwyższym wysiłkiem można odróżnić, gdzie kończą się lustra, a zaczyna prawdziwa osoba.

Nazywa się lady Lilith de Tempscire, choć w czasie swego długiego i pełnego wydarzeń życia nosiła wiele imion. To coś, jak odkryła, czego człowiek uczy się bardzo wcześnie. Jeśli chce do czegoś dojść – a ona na samym początku postanowiła, by dojść tak daleko, jak to tylko możliwe – powinien traktować imiona lekko i gromadzić moc wszędzie, gdzie ją znajdzie. Pochowała trzech mężów, z których co najmniej dwóch było już martwych.

I trzeba dużo podróżować. Większość ludzi prawie wcale nie podróżuje. Wystarczy zmieniać kraje i imiona, a jeśli ma się odpowiedni sposób bycia, świat jest otwartym mięczakiem. Na przykład wystarczyło przejechać ledwie sto mil, by stać się lady.

Teraz nie zawaha się przed niczym...

Dwa główne zwierciadła stoją prawie, ale niezupełnie naprzeciw siebie. Dzięki temu Lilith, zerkając przez ramię, może oglądać swoje obrazy powtarzające się wokół wszechświata w lustrze.

Wyczuwa siebie wlewającą się w siebie, pomnożoną przez nieskończone odbicia.

W końcu wzdycha i opuszcza przestrzeń między lustrami. Efekt jest zadziwiający: obrazy wiszą za nią jeszcze przez chwilę jak trójwymiarowe cienie, zanim się w końcu rozwiewają.

Zatem... Dezyderata umiera. Wścibski tłumok. Zasłużyła na śmierć. Nigdy nie rozumiała, jaką mocą dysponuje. Należała do osób, które boją się czynić dobro ze strachu, by kogoś nie skrzywdzić, które traktują wszystko z taką powagą, że raczej zadławią się moralnymi wątpliwościami, niż spełnią życzenie choćby jednej mrówki.

Lilith patrzy w dół, na miasto. Teraz nic jej już nie powstrzyma. Ta głupia kobieta voodoo z bagna to tylko drobna przeszkoda. Niczego nie rozumie.

 

Nic już nie stoi na drodze do tego, co Lilith lubi najbardziej ze wszystkiego.

Do szczęśliwego zakończenia.


Sabat na szczycie nieco się uspokoił.

Malarze i pisarze zawsze mieli trochę przesadzone wyobrażenia o tym, co dzieje się podczas sabatu czarownic. Wynika to z czasu spędzanego w niewielkich pomieszczeniach za spuszczonymi kotarami, zamiast na świeżym powietrzu.

Na przykład kwestia tańczenia nago. W klimacie umiarkowanym tylko kilka nocy w roku nadaje się do tańca bez ubrania – pomijając nawet problem kamieni, ostów i nie wiadomo skąd się pojawiających jeży.

Jest też cała ta sprawa z koziogłowymi bóstwami. Większość czarownic nie wierzy w bogów. Wiedzą naturalnie, że bogowie istnieją. Czasami ubijają z nimi różne interesy. Ale nie wierzą w nich. Zbyt dobrze ich znają. To tak jakby wierzyć w listonosza.

Albo jedzenie i picie – kawałki gadów i tak dalej. W rzeczywistości czarownice nawet nie próbują takich rzeczy. Najgorsze, co można powiedzieć o przyzwyczajeniach dietetycznych starszych czarownic, to skłonność do pierniczków maczanych w herbacie tak słodkiej, że łyżeczka staje w niej sztorcem. I czasami piją tę herbatę ze spodeczka, jeśli uznają, że jest za gorąca. W dodatku wydają przy tym odgłosy aprobaty, zwykle kojarzone z tańszymi systemami instalacji wodno-kanalizacyjnej. Nawet udka ropuchy i temu podobne specjały byłyby chyba lepsze niż coś takiego.

Albo rozważmy maści magiczne. Czystym przypadkiem malarze i pisarze mają tu trochę racji. Większość czarownic jest już w wieku, kiedy maści zaczynają być atrakcyjne. Przynajmniej dwie z obecnych dzisiaj miały na sobie słynne mazidło z gęsiego smalcu i szałwii babci Weatherwax. Nie pozwalało ono latać ani nie sprowadzało wizji, ale chroniło od przeziębień. Choćby dlatego że przykry zapach, jaki powstawał około drugiego tygodnia stosowania, trzymał wszystkich w takiej odległości, że nie można było się od nich niczym zarazić.

I wreszcie same sabaty. Przeciętna czarownica z natury nie jest istotą towarzyską, przynajmniej jeśli chodzi o inne czarownice. Występuje konflikt dominujących osobowości. Czarownice przypominają grupę przywódców pozbawionych zespołów do przewodzenia. Podstawowa niepisana zasada czarownictwa mówi: „Nie rób, co chcesz; rób, co ja mówię”. Naturalna liczebność konwentu wynosi jeden. Czarownice spotykają się tylko wtedy, kiedy nie mogą tego uniknąć.

Tak jak teraz.

Rozmowa, ze względu na nieobecność Dezyderaty, zeszła na pogłębiający się problem braku czarownic6.

– Jak to? Nikt? – upewniła się babcia Weatherwax.

– Nikt – potwierdziła babunia Brevis.

– To przecież straszne – orzekła babcia. – To obrzydliwe.

– Co? – wtrąciła matula Dismass.

– Mówi, że to obrzydliwe! – krzyknęła babunia Brevis.

– Co?

– Nie ma żadnej dziewczyny! Żeby zastąpiła Dezyderatę!

– Oj.

Wnioski powoli docierały do wszystkich.

– Gdyby któraś nie jadła skórek, to ja je wezmę – oznajmiła niania Ogg.

– Za czasów mojej młodości takie rzeczy się nie zdarzały – stwierdziła babcia. – Zawsze było przynajmniej tuzin czarownic tylko po tej stronie gór. Oczywiście, potem przyszło to... – skrzywiła się – ...szukanie sobie rozrywki. W dzisiejszych czasach za dużo jest tego szukania sobie rozrywki. Kiedy byłam dziewczyną, nie szukałyśmy sobie rozrywki. Nie miałyśmy czasu.

– Tempers fuggit – wtrąciła niania Ogg.

– Co?

– Tempers fuggit. To znaczy, że tamto było wtedy, a to jest teraz – wyjaśniła niania.

– Nie musisz mi o tym przypominać, Gytho. Sama wiem, kiedy jest teraz.

– Trzeba iść z duchem czasu.

– Niby dlaczego? Nie rozumiem, czemu...

– Czyli znowu musimy przesunąć granice – uznała babunia Brevis.

– To niemożliwe – zaprotestowała natychmiast babcia Weatherwax. – I tak już obsługuję cztery wioski. Miotła ledwie zdąży wystygnąć.

– No cóż, po odejściu matki Hollow zdecydowanie brakuje nam ludzi – przypomniała babunia Brevis. – Wiem, że niewiele robiła, bo miała inne obowiązki, ale przynajmniej była. A to jest najważniejsze: być. Musi być miejscowa czarownica.

Cztery czarownice zapatrzyły się smętnie w ogień. No, w każdym razie trzy z nich się zapatrzyły. Niania Ogg, która zawsze wolała szukać w życiu jaśniejszych stron, robiła sobie grzankę.

– W Więcierskich Źródłach sprowadzili sobie maga – poinformowała babunia Brevis. – Nie było komu objąć posady, kiedy odeszła babcia Hopliss, więc posłali do Ankh-Morpork po maga. Prawdziwego. Ma tam sklep i wszystko, i na drzwiach mosiężną tabliczkę. Z napisem „Mag”.

Czarownice westchnęły.

– Pani Singe odeszła – mówiła dalej babunia Brevis. – I babunia Peavey odeszła.

– Naprawdę? Stara Mabel Peavey? – wykrzyknęła niania Ogg wśród gradu okruchów. – Ile miała lat?

– Sto dziewiętnaście. Mówiłam jej: „W twoim wieku nie można się wspinać po górach”, ale nie słuchała.

– Niektórzy ludzie tacy właśnie są – stwierdziła babcia. – Uparci jak muły. Powiesz, że nie wolno im czegoś robić, a nie spoczną, dopóki nie spróbują.

– Słyszałam jej ostatnie słowa – dodała babunia.

– A co powiedziała?

– „A niech to”, o ile dobrze pamiętam.

– W taki właśnie sposób chciałaby odejść – zapewniła niania Ogg.

Pozostałe czarownice pokiwały głowami.

– Wiecie co? Być może, oglądamy właśnie koniec czarownictwa w tej okolicy – zmartwiła się babunia Brevis.

Znów zapatrzyły się w płomienie.

– Nikt nie przyniósł prawoślazu? – upewniła się z nadzieją niania Ogg.

Babcia Weatherwax przyjrzała się swym siostrom czarownicom. Babuni nie znosiła – Brevis uczyła w szkole po drugiej stronie gór i miała paskudny zwyczaj bycia rozsądną, gdy tylko ktoś ją sprowokował. A matula Dismass była chyba najbardziej bezużyteczną jasnowidzącą w całej historii objawień przyszłości. Babci trudno też było wytrzymać z nianią Ogg, jej najlepszą przyjaciółką.

– A co z młodą Magrat? – zaproponowała niewinnie matula Dis-mass. – Jej teren przylega do Dezyderaty. Może zajęłaby się dodatkowym kawałkiem.

Babcia Weatherwax i niania Ogg wymieniły znaczące spojrzenia.

– W głowie jej się poprzewracało – stwierdziła krótko babcia.

– No wiesz, Esme... – zaprotestowała niania.

– W każdym razie ja uważam to za poprzewracanie. Nie wmówisz mi, że te bzdury o szukaniu krewnych to nie skutek poprzewracania w głowie.

– Tego nie powiedziała. Mówiła, że chce odnaleźć siebie, nie krewnych.

– No właśnie, przecież o to chodzi – rzekła babcia Weatherwax. – Powiedziałam jej: znam twoją rodzinę od lat. Simplicity Garlick była twoją matką, Araminta Garlick była twoją babką, Yolande Garlick jest twoją ciotką, a ty jesteś twoją... jesteś twoją sobą.

Usiadła wygodniej z zadowoloną miną kogoś, kto odgadł wszystko, co można wiedzieć o kryzysie osobowości.

– Nie chciała słuchać – dodała jeszcze.

Babunia Brevis zmarszczyła czoło.

– Magrat?

Usiłowała przywołać w myślach wizerunek najmłodszej czarownicy Ramtopów i zobaczyła... no, może nie twarz, ale lekko rozmazany wyraz beznadziejnej dobrej woli wbity pomiędzy ciało niczym badyl i włosy podobne do stogu siana po burzy. Nieustraszona wykonawczyni dobrych uczynków. Wiecznie się zamartwiająca. Osoba z rodzaju tych, które ratują małe ptaszki wypadające z gniazda, i płaczą, kiedy pisklęta zdychają, co jest funkcją, jaką dobra Matka Natura zwykle przeznacza małym ptaszkom wypadającym z gniazd.

– To do niej niepodobne – uznała.

– I jeszcze powiedziała, że chce być bardziej asertywna – oświadczyła babcia.

– Nic w tym złego – zapewniła niania. – Bycie czarownicą właśnie na asertywności polega.

– Nie mówiłam, że jest w tym coś złego – odparła babcia. – Powiedziałam jej, że nic w tym złego. Możesz być tak asertywna, jak tylko ci się podoba, powiedziałam, bylebyś robiła, co ci każą.

– Trzeba nacierać, a za tydzień czy dwa wszystko przejdzie – zapewniła matula Dismass.

Trzy czarownice spojrzały na nią wyczekująco, na wypadek gdyby miała do powiedzenia coś jeszcze. Nie miała.

– I w dodatku prowadzi... Co ona takiego prowadzi, Gytho? – spytała babcia.

– Kursy samoobrony – odparła niania.

– Przecież jest czarownicą – zdumiała się babunia Brevis.

– Też jej to mówiłam – zapewniła babcia Weatherwax, która przez całe życie bez lęku kroczyła nocami przez pełne zbójców górskie lasy, absolutnie pewna, że ciemność nie skrywa niczego straszniejszego niż ona. – Powiedziała, że to nie przeszkadza. Tak właśnie powiedziała.

– I tak nikt do niej nie przychodzi – uspokoiła ją niania Ogg.

– Miała chyba wyjść za króla... – przypomniała sobie babunia Brevis.

– Wszyscy tak myśleli – potwierdziła niania. – Ale znasz Magrat. Ma skłonność do otwierania się na na Idee. Teraz twierdzi, że nie ma zamiaru być obiektem seksualnym.

Wszystkie rozważyły tę kwestię. W końcu babunia Brevis odezwała się tonem osoby wypływającej na powierzchnię z głębin zamyślenia.

– Przecież nigdy nie była obiektem seksualnym.

– Z satysfakcją stwierdzam, że nawet nie wiem, co to jest obiekt seksualny – oświadczyła stanowczo babcia Weatherwax.

– A ja wiem – pochwaliła się niania Ogg.

Spojrzały na nią.

– Nasz Shane przywiózł mi kiedyś taki z obcych stron.

Dalej na nią patrzyły.

– Był brązowy i gruby, miał na sobie paciorki i miał twarz, i dwie dziurki do przewleczenia rzemyka.

Wciąż nie odwracały wzroku.

– W każdym razie mówił, że to właśnie to – dokończyła niania.

– Wydaje mi się, że opisujesz bożka płodności – podpowiedziała babunia Brevis.

Babcia pokręciła głową.

– To niepodobne do Magrat... – zaczęła.

– Nie wmówisz mi, że to jest warte dwa pensy – wtrąciła matula Dismass z tej chwili czasu, gdzie aktualnie przebywała.

Nikt nigdy dokładnie nie wiedział, która to chwila.

Była to choroba zawodowa osób obdarzonych darem jasnowidzenia. Umysł ludzki nie został stworzony, by pędzić tam i z powrotem po wielkiej autostradzie czasu. Dlatego często zrywa się z kotwicy. Spogląda wtedy losowo w przyszłość albo przeszłość, i tylko z rzadka w teraźniejszość. Matula Dismass była osobą temporalnie rozogniskowaną. To znaczy, że jeśli ktoś odezwał się do niej w sierpniu, prawdopodobnie słuchała go w marcu. Najlepszą metodą było zwracanie się do niej teraz – w nadziei że treść dotrze do niej, kiedy następnym razem umysł będzie mijał tę chwilę.