Carpe JugulumTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Carpe Jugulum
Carpe Jugulum
Audiobook
Czyta Nigel Planer
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

CARPE JUGULUM

Copyright © Terry Pratchett

This edition is published by arrangement

with Transworld Publishers,

a division of the Random House Group Ltd.

All rights reserved

Projekt graficzny serii

Zombie Sputnik Corporation

Ilustracja na okładce

© Josh Kirby via Agentur Schlück GmbH

Redakcja

Łucja Grudzińska

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8234-675-6

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Przez postrzępione czarne chmury ognik sunął niczym spadająca gwiazda, pędząc ku ziemi...

...to znaczy ku ziemi na Dysku...

...jednak w przeciwieństwie do wszelkich innych spadających gwiazd, potrafił niekiedy sterować swym lotem, czasem się wznosił, czasem skręcał, jednak nieuchronnie opadał coraz niżej.

Śnieg rozbłysnął krótko na górskich zboczach, kiedy rozjarzył się nad nimi.

W dole teren zaczął się rozstępować. Blask odbił się przelotnie od ścian błękitnego lodu, gdy płomyk opadł w wejście do kanionu i pomknął szybko przez jego zakręty i zwroty.

Światło zgasło. Ale coś nadal szybowało cicho wzdłuż rozjaśnionej księżycowym blaskiem wstążki pomiędzy skałami.

Wystrzeliło z kanionu nad urwiskiem, gdzie wytopiona z lodowca woda spadała kaskadą do odległego jeziorka.

Wbrew wszelkiemu rozsądkowi była tam dolina, a raczej sieć dolinek przylegających do podnóża gór przed długim spadkiem ku równinom. Niewielkie jeziorko lśniło w cieplejszym powietrzu. Były tu lasy. Były maleńkie pola, podobne do kołdry zszywanej z łatek i rzuconej na skały.

Wiatr zamarł. Zrobiło się cieplej.

Cień zaczął krążyć.

Daleko w dole, nie zwracając uwagi na siebie ani na nic innego, coś jeszcze wkraczało w tę garść dolinek. Trudno byłoby określić, co to takiego – falowało poszycie, szeleściły wrzosy, jak gdyby bardzo wielka armia złożona z bardzo małych osobników maszerowała w jednym celu.

Cień dotarł do płaskiej skały, z której roztaczał się wspaniały widok na pola i lasy w dole, i zobaczył miejsce, gdzie armia wynurzyła się spomiędzy korzeni. Składała się z bardzo małych niebieskich ludzików; część nosiła spiczaste niebieskie czapki, większość jednak miała odkryte rude włosy. Nosili miecze. Żaden nie miał więcej niż sześć cali wzrostu.

Stanęli w szeregu, po czym, wymachując bronią, wznieśli bojowy okrzyk. Robiłby większe wrażenie, gdyby wcześniej zgodzili się na jeden wspólny, ale w tej chwili brzmiało to tak, jakby każdy z wojowników miał własny okrzyk bojowy i stanąłby do walki z każdym, kto próbowałby mu go odebrać.

– Nac mac Feegle!

– Wsadź se w trakan!

– Jak z kopa zasunem!

– Grube szychy!

– Może być tylko tysiunc!

– Nac mac Feegle górom!

– Som se górom leź, głumbie!


Zespół dolin, lśniących teraz w blasku zachodzącego słońca, był królestwem Lancre. Z jego najwyższego punktu, jak twierdzili mieszkańcy, można było spojrzeć aż po kraj świata.

Mówili też – choć nie ci, którzy mieszkali w Lancre – że poniżej owego skraju, gdzie morza z hukiem wylewały się przez krawędź, ich dom sunie w przestrzeni na grzbietach czterech ogromnych słoni, stojących z kolei na skorupie żółwia tak wielkiego, jak cały świat.

Mieszkańcy Lancre słyszeli o tym. Uważali, że brzmi to całkiem rozsądnie. Świat jest w oczywisty sposób płaski, choć w Lancre jedynymi miejscami naprawdę płaskimi są blaty stołów i głowy niektórych osób; żółwie z całą pewnością mogą unieść solidne ciężary, a słonie, jak wiadomo, też są silne. Teza nie zawierała więc żadnych poważnych błędów logicznych i Lancryjczykom to wystarczało.

Nie znaczy to, że nie interesował ich świat dookoła. Wręcz przeciwnie, analizowali go na poziomie bardzo osobistym, głębokim i pełnym pasji. Zamiast jednak pytać: „Dlaczego tu jesteśmy?”, pytali: „Czy nie będzie padać przed żniwami?”.

Filozof mógłby ubolewać nad takim brakiem ambicji intelektualnych, jednak tylko wtedy, gdyby był całkiem pewien, skąd weźmie się jego najbliższy posiłek.

Albowiem położenie i klimat Lancre sprawiły, że mieszkali tu ludzie prości i rozsądni, którzy często odnosili wielkie sukcesy w niższych krainach. Lancre dało równinom wielu z najznakomitszych magów i czarownic. I znowu, filozof mógłby się zdumiewać, jak to możliwe, że ludzie tak prostoduszni ofiarowują światu tylu wybitnych adeptów magii – całkiem nieświadom faktu, że aby budować zamki w chmurach, trzeba mocno stać nogami na ziemi.

I tak synowie i córki Lancre ruszali w świat, robili kariery, wspinali się po rozmaitych szczeblach awansu i zawsze pamiętali, żeby posyłać do domu pieniądze.

Poza zwróceniem uwagi na adres zwrotny na kopercie ci, którzy pozostali w domu, niewiele dbali o świat zewnętrzny.

Jednak świat zewnętrzny pamiętał o nich.

Skała na płaskim szczycie była teraz pusta, ale na polanach w dole kołysały się wrzosy, a fale w kształcie grotów wskazywały ku nizinom.

– Dżin do łeba!

– Nac mac Feegle!

1


Istnieje wiele odmian wampirów. Mówi się nawet, że jest ich tyle co różnych chorób1. I nie są wyłącznie ludźmi (jeśli wampiry można uznać za ludzi). W całych Ramtopach spotyka się wierzenia w to, że każde pozornie niewinne narzędzie, choćby młotek czy piła, będzie szukać krwi, jeśli zostawi się je nieużywane na dłużej niż trzy lata. W Ghacie wierzą w wampirze arbuzy, choć trudno ustalić, w co konkretnie na temat wampirzych arbuzów wierzą – możliwe, że także ssą z zemsty.

Dwie kwestie tradycyjnie zastanawiają badaczy wampirów. Pierwsza: Dlaczego wampiry mają taką moc? Przecież wampira bardzo łatwo zabić, podkreślają. Istnieją dziesiątki sposobów pozbycia się wampira, nie licząc nawet kołka wbitego w serce, który działa też na zwyczajnych ludzi, więc jeśli pozostaną jakieś kołki w zapasie, to się nie zmarnują. Klasycznie – wampiry całe dnie spędzają w trumnach, bez żadnej straży poza starym garbusem, którego łatwo pokona nawet całkiem nieliczny tłum. A mimo to jeden wampir potrafi całą społeczność utrzymywać w stanie posępnej uległości...

Kolejna zagadka: Dlaczego wampiry zawsze są takie głupie? Tak jakby samo chodzenie przez cały dzień w stroju wieczorowym nie zdradzało wszystkiego, dlaczego muszą jeszcze mieszkać w starych zamkach, które oferują tak wiele sposobów pokonania wampira, jak choćby łatwe do zerwania kotary czy elementy dekoracyjne, które można szybko przerobić na symbole religijne? I czy naprawdę uważają, że pisanie swojego nazwiska wspak kogokolwiek oszuka?

Powóz turkotał wśród wrzosowisk, wiele mil od Lancre. Sądząc ze sposobu, w jaki podskakiwał w koleinach, nie był zbyt obciążony. Ale wraz z nim sunęła ciemność.

Konie były czarne, podobnie jak powóz, jeśli nie liczyć herbu na drzwiczkach. Każdy z koni nosił między uszami czarny pióropusz. Czarne pióropusze były też zatknięte na rogach powozu. Może to właśnie sprawiało, że wyglądał jak wędrujący cień. Zdawało się, że ciągnie za sobą noc.

Na granicy wrzosowiska, gdzie z gruzów zrujnowanego budynku wyrastało kilka drzew, powóz zatrzymał się ze zgrzytem.

Konie stały nieruchomo. Od czasu do czasu tylko któryś uderzał kopytem albo potrząsał łbem. Woźnica siedział zgarbiony nad lejcami. Czekał.

Cztery sylwetki przepłynęły w srebrzystym blasku księżyca tuż nad chmurami. Sądząc po odgłosach ich rozmowy, ktoś był poirytowany, choć ostry, nieprzyjemny ton głosu sugerował, że lepszym określeniem byłoby raczej „rozdrażniony”.

– Pozwoliłeś mu uciec! – Ten głos miał w sobie zawodzący ton chronicznego malkontenta.

– Był ranny, Lacci. – Ten głos za to brzmiał uspokajająco, ojcowsko, jednak z odrobiną powstrzymywanej chęci, by pierwszemu głosowi dać klapsa.

– Naprawdę nienawidzę tych stworzeń. Są takie... ckliwe!

– Rzeczywiście, moja droga. Symbole naiwnej przeszłości.

– Gdybym ja mogła tak płonąć, nie pętałabym się dookoła, tylko ładnie wyglądając. Dlaczego one tak robią?

– Dawno temu musiało to być dla nich użyteczne, jak przypuszczam.

– W takim razie są... Jak to nazwałeś?

– Ślepym zaułkiem ewolucji, Lacci. Samotnymi rozbitkami na morzu postępu.

– Czyli, zabijając je, wyświadczam im przysługę?

– Rzeczywiście, coś w tym jest. A teraz...

– W końcu kurczaki nie płoną – dodał jeszcze głos zwany Lacci. – W każdym razie nie tak łatwo.

– Słyszeliśmy, że eksperymentujesz. Może dobrym pomysłem byłoby najpierw je zabić. – To był trzeci głos, młody, męski i jakby nieco znużony tym żeńskim. W każdej sylabie rozbrzmiewała tonacja „starszego brata”.

– A w jakim celu?

 

– No cóż, moja droga, na pewno byłoby wtedy ciszej.

– Słuchaj tatusia, kochanie. – Ten czwarty głos mógł być tylko głosem matki. Kochałby pozostałe głosy niezależnie od tego, co by zrobiły.

– Jesteście tacy niesprawiedliwi!

– Pozwoliliśmy ci zrzucać kamienie na krasnali, kochanie. Ale życie nie jest tylko zabawą.

Woźnica drgnął, kiedy głosy zniżyły się przez chmury. A po chwili cztery postacie stały już niedaleko. Wtedy zsunął się z kozła i z niejakim wysiłkiem otworzył drzwi karocy.

– Ale większość tych żałosnych stworzeń i tak uciekła – westchnęła matka.

– Nie martw się tym, moja droga – pocieszył ją ojciec.

– Naprawdę ich nienawidzę. Czy oni też są ślepym zaułkiem? – spytała córka.

– Nie do końca, moja droga, mimo naszych nieustających wysiłków. Igor! Ruszamy do Lancre!

Woźnica obejrzał się.

– Tak, jastśnie panie.

– Och, po raz ostatni, człowieku... Czy w taki sposób powinno się mówić?

– To jedyny stspostsób, jaki znam, jastśnie panie – odparł Igor.

– I mówiłem ci, żebyś zdjął te pióropusze, idioto!

Woźnica niepewnie przestąpił z nogi na nogę.

– Mustsimy mieć czarne pióropustsze. To tradytsja.

– Usuń je natychmiast! – rozkazała matka. – Co sobie ludzie pomyślą?

– Tak, prostszę pani.

Ten, którego nazywano Igorem, zatrzasnął drzwiczki i utykając, wrócił do koni. Ostrożnie zdjął czarne pióropusze i schował je pod kozłem.

Wewnątrz karocy odezwał się rozdrażniony głos.

– Czy Igor też jest ślepym zaułkiem ewolucji, tato?

– Możemy tylko mieć nadzieję, moja droga.

– Stspadaj – mruknął do siebie Igor, sięgając po lejce.


Tekst zaczynał się od: „Mamy zaszczyt serdecznie zaprosić...”, a dalej było takie eleganckie, okrągłe pismo, które trudno odczytać, ale wygląda bardzo oficjalnie.

Niania Ogg uśmiechnęła się i odłożyła kartę nad kominek. Podobało jej się to „serdecznie”. Miało głębokie, znaczące, a przede wszystkim alkoholowe brzmienie.

Prasowała właśnie swoją najlepszą halkę. To znaczy, że siedziała w fotelu przy kominku, a jedna z jej synowych (imienia w tej chwili nie mogła sobie przypomnieć) wykonywała pracę fizyczną. Niania pomagała, wskazując te kawałki, które synowa ominęła.

Wściekle dobre zaproszenie, myślała. Zwłaszcza te złocone brzegi... Jak umoczone w syropie. To pewnie nie jest prawdziwe złoto, ale i tak wygląda imponująco.

– Ten kawałek, o tam, przydałoby się przeciągnąć jeszcze raz – powiedziała, dolewając sobie piwa.

– Tak, nianiu.

Inna synowa (imię z pewnością by sobie przypomniała po chwili namysłu) polerowała czerwone buty niani. Trzecia starannie zbierała pyłki z najlepszego spiczastego kapelusza niani na stojaku.

Niania wstała znowu i przeszła na tyły, by otworzyć kuchenne drzwi. Zmierzchało już, a kilka strzępów chmur sunęło na tle wczesnych gwiazd. Wciągnęła nosem powietrze. Zima w górach trzymała długo, ale wiatr wyraźnie niósł już zapach wiosny.

Dobry czas, pomyślała niania Ogg. Właściwie to najlepszy. Och, wiedziała oczywiście, że rok zaczyna się od Nocy Strzeżenia Wiedźm, kiedy cofają się chłody, ale taki prawdziwy nowy rok zaczyna się właśnie od teraz, kiedy zielone kiełki przebijają się przez resztki śniegu. Zmiana wisiała w powietrzu – niania czuła to w kościach.

Jej przyjaciółka, babcia Weatherwax, zawsze powtarzała, że kościom nie można ufać, ale babcia Weatherwax przez cały czas wygłaszała takie opinie.

Niania Ogg zamknęła drzwi. Wśród drzew na brzegu ogrodu, bezlistnych i rosochatych na tle nieba, coś zatrzepotało skrzydłami i zaćwierkało, gdy świat ogarnęła zasłona mroku.


Kilka mil dalej, we własnym domku, czarownica Agnes Nitt nie mogła się zdecydować w kwestii nowego spiczastego kapelusza. Agnes zwykle w żadnej kwestii nie mogła dojść z sobą do porozumienia.

Kiedy ułożyła jakoś włosy i przeglądała się w lustrze, zaśpiewała piosenkę. Śpiewała chórem. Nie, oczywiście nie chórem ze swoim odbiciem w lustrze, ponieważ taka bohaterka wcześniej czy później zacznie śpiewać w duecie z panem Błękitnym Ptakiem i innymi leśnymi stworzeniami, a wtedy nie ma już innego sposobu niż miotacz ognia.

Agnes śpiewała chórem sama z sobą. Jeśli się nie koncentrowała, takie przypadki trafiały się jej ostatnio coraz częściej. Perdita miała głos raczej piskliwy, ale koniecznie chciała też śpiewać.

Osoby mające skłonność do obojętnego okrucieństwa mawiają, że we wnętrzu każdej grubej dziewczyny jest szczupła dziewczyna i mnóstwo czekolady. W przypadku Agnes tą szczupłą dziewczyną była Perdita.

Matka opowiadała, że Agnes w dzieciństwie za różne wypadki i tajemnicze zdarzenia – takie jak zniknięcie miski śmietany czy rozbicie cennego dzbanka – obwiniała „tę drugą dziewczynkę”.

Dopiero teraz Agnes zdawała sobie sprawę, że takie postępowanie nie jest dobrym pomysłem, kiedy – wbrew sobie – ma się we krwi trochę naturalnego czarownictwa. Wyobrażona przyjaciółka zwyczajnie dorosła, nigdzie nie odeszła i zaczęła sprawiać kłopoty...

Agnes nie lubiła Perdity, która była próżna, samolubna i złośliwa. Perdita za to nie cierpiała przebywania wewnątrz Agnes, którą uważała za żałosną baryłę o słabej woli, ludzie dawno by ją podeptali, gdyby nie była za duża i za gruba.

Agnes tłumaczyła sobie, że po prostu wymyśliła imię „Perdita” jako wygodną etykietę dla tych wszystkich myśli i pragnień, o których wiedziała, że nie powinny jej prześladować, jako imię dla tego irytującego niewidocznego komentatora, który u każdego człowieka siedzi na ramieniu i szydzi. A czasami myślała, że to Perdita ją wymyśliła jako coś, na czym może się wyżyć.

Agnes zwykle przestrzegała zasad. Perdita nie. Perdita uważała, że nieprzestrzeganie zasad oznacza „luz”. Agnes wierzyła, że reguły typu „Nie wpadaj do tego głębokiego dołu z kolcami na dnie” powstały w jakimś celu. Perdita sądziła, że – biorąc całkiem losowy przykład – normy zachowania przy stole są pomysłem głupim i represyjnym. Agnes natomiast była przeciwna rzucaniu kawałkami kapusty w innych stołowników.

Perdita uważała, że kapelusz czarownicy jest mocnym symbolem autorytetu. Agnes sądziła, że grube dziewczyny nie powinny nosić wysokich kapeluszy, zwłaszcza do czarnej sukni. Wyglądała wtedy, jakby ktoś upuścił na ziemię rożek z lodami o smaku lukrecji.

Kłopot polegał na tym, że choć Agnes miała rację, to Perdita również miała rację. Spiczasty kapelusz bardzo się liczył w Ramtopach. Ludzie rozmawiali z kapeluszem, nie z osobą, która go nosiła. Kiedy ludzie mieli poważne kłopoty, szli do czarownicy2.

I trzeba było ubierać się na czarno. Perdita lubiła czerń. Uważała, że czerń znamionuje luz. Agnes sądziła, że czerń nie jest dobra dla osób obwodowo upośledzonych... a, i jeszcze że „luz” to głupie słowo, używane przez osoby, których mózg mógłby się zmieścić w łyżce.

Magrat Garlick nie ubierała się na czarno i chyba nigdy w życiu nie powiedziała „luz”, no może wypowiadając się o dopasowaniu sukni.

Agnes przerwała obserwację swojej spiczastości w lustrze i rozejrzała się po chatce, która należała kiedyś do Magrat, a teraz do niej. Westchnęła. Jej wzrok natrafił na ustawioną nad kominkiem kosztowną, złoconą kartę zaproszenia.

Cóż, Magrat już się wycofała, odeszła, by zostać królową, a jeśli ktoś mógłby jeszcze żywić co do tego wątpliwości, to teraz na pewno zniknęły. Agnes dziwiła się, jakim tonem niania Ogg i babcia Weatherwax wciąż o niej mówiły. Były dumne (mniej więcej), że wyszła za króla, i zgadzały się, że to dla niej odpowiednie życie. Ale chociaż nigdy nie powiedziały tego wprost, ta myśl wisiała w powietrzu nad ich głowami, błyskając barwami umysłu: Magrat zadowoliła się drugą nagrodą.

Agnes niemal wybuchnęła śmiechem, kiedy pierwszy raz to dostrzegła, ale z nimi nie dało się dyskutować. Nie rozumiały nawet, że w ogóle może być jakaś dyskusja.

Babcia Weatherwax mieszkała w chatce krytej strzechą tak starą, że wyrastało z niej całkiem sprężyste młode drzewko. Wstawała i kładła się spać samotnie, a myła się w beczce z deszczówką. Niania Ogg była osobą najbardziej... miejscową ze wszystkich, jakie znała Agnes. Bywała w obcych stronach, to prawda, ale zawsze niosła w sobie część Lancre, jakby rodzaj niewidzialnego kapelusza. Obie jednak uznawały za oczywiste, że stanowią koronę każdego drzewa, że reszta świata istnieje po to, by mogły przy niej majstrować.

Perdita uważała, że być królową to chyba najlepsze, kim być można.

Agnes była przekonana, że najlepsze, kim można być, to kimś żyjącym bardzo daleko od Lancre, a przyzwoitym drugim wyborem to być sama we własnej głowie.

Najlepiej jak umiała poprawiła kapelusz i wyszła z chatki.

Czarownice nigdy nie zamykają drzwi. Nie muszą.

Kiedy wyszła w rozjaśniony księżycem mrok, na dachu wylądowały dwie sroki.


Obecne działania babci Weatherwax zdumiałyby każdego obserwatora.

Obejrzała dokładnie kamienie tuż za kuchennymi drzwiami i czubkiem buta uniosła leżącą przed progiem starą szmatę.

Potem przeszła do nigdy nieużywanych drzwi frontowych i powtórzyła te czynności. Sprawdziła też szczeliny wokół brzegów futryny.

Wyszła na zewnątrz. Nocą zaległ szron – ostatnia mściwa sztuczka konającej zimy; leżące w cieniach stosy liści były jeszcze kruche. W nocnym chłodzie babcia zajrzała za doniczki i pod krzaki rosnące obok drzwi.

Potem wróciła do chatki.

Miała zegar – Lancryjczycy lubili zegary, chociaż nie przejmowali się czasem w okresach dużo krótszych od godziny. Jeśli ktoś chciał ugotować jajko, nucił pod nosem piętnaście zwrotek „Gdzie budyniów przepadł ślad”. Jednak w długie wieczory przyjemnie było posłuchać tykania.

W końcu usiadła w fotelu na biegunach i posępnie patrzyła na drzwi.

Sowy pohukiwały już w lesie, kiedy ktoś nadbiegł ścieżką i zaczął się dobijać.

Każdy, kto nie słyszał o żelaznym opanowaniu babci – na którym można było giąć podkowy – mógłby przez moment pomyśleć, że usłyszał cichutkie westchnienie ulgi.

– No, najwyższy czas... – zaczęła.


Zamieszanie na zamku było w ptaszarni jedynie przytłumionym gwarem. Sokoły i jastrzębie siedziały na swoich grzędach, zagubione w wewnętrznym świecie pikowań i wznoszeń. Od czasu do czasu dało się słyszeć brzęknięcie łańcucha czy trzepot skrzydła.

Sokolnik Hodgesaargh przygotowywał się właśnie w malutkim pokoiku obok, kiedy wyczuł nagłą zmianę w powietrzu. Wszedł do ptaszarni. Ptaki były rozbudzone, czujne... wyczekujące. Nawet orzeł, Król Henryk, do którego Hodgesaargh podszedłby tylko wtedy, gdyby miał na sobie pełną zbroję płytową, rozglądał się uważnie.

Takie reakcje zdarzają się, kiedy gdzieś przebiegnie szczur, ale żadnego szczura nie było. Może już uciekł.

Na dzisiejszą uroczystość Hodgesaargh wybrał myszołowa Williama, na którym można było polegać. Co prawda dotyczyło to wszystkich ptaków Hodgesaargha, ale najczęściej można było polegać na tym, że zaatakują go gwałtownie przy pierwszej okazji. William jednak wierzył, że jest kurą, więc stanowił bezpieczne towarzystwo.

Ale nawet William poświęcał otoczeniu niezwykle wiele uwagi, co nie zdarzało się często, chyba że zauważył gdzieś ziarno.

Dziwne, pomyślał Hodgesaargh. I to wszystko.

Ptaki wciąż patrzyły w górę, jakby dach zwyczajnie zniknął.


Babcia Weatherwax spojrzała na czerwoną, okrągłą i zmartwioną twarz.

– Zaraz, nie jesteś... – Opanowała się. – Jesteś chłopakiem Wattleyów z Kromki, tak?

– M... pa... – Chłopiec oparł się o futrynę i z trudem chwytał oddech. – Mu... si...

– Oddychaj głęboko. Chcesz się napić wody?

– Musi pa...

– Tak, tak, dobrze. Oddychaj.

 

Chłopiec kilka razy chwycił powietrze.

– Musi pani przyjść do pani Ivy i jej dziecka, psze pani!

Słowa popłynęły strumieniem.

Babcia chwyciła kapelusz z wieszaka przy drzwiach i wyrwała miotłę z jej miejsca w słomie strzechy.

– Myślałam, że starsza pani Patternoster się nią zajmuje – powiedziała, wbijając szpilki do kapelusza ze stanowczością wojownika szykującego się przed niespodziewaną bitwą.

– Mówi, że wszystko jest nie tak, psze pani!

Babcia biegła już ścieżką przez ogród. Na końcu polanki było niewielkie urwisko, jakieś dwadzieścia stóp w dół, do zakrętu drogi. Miotła nie odpaliła, ale babcia pędziła dalej; już spadając, przerzuciła nogę przez kij.

Magia złapała w połowie drogi w dół. Babcia przejechała butami po martwych paprociach i wzbiła się w nocne niebo.

Trakt wił się przez góry niczym rzucona na ziemię wstążka. Tu, wysoko, zawsze słychać było szum wiatru.


Wierzchowiec rozbójnika był wielkim, czarnym ogierem. Całkiem możliwe, że był również jedynym koniem z umocowaną na boku drabiną.

To dlatego że rozbójnik ów nazywał się Casanunda i był krasnoludem. Większość ludzi uważa krasnoludy za osobniki zrównoważone, ostrożne, przestrzegające prawa i bardzo powściągliwe w sprawach serca i innych mgliście z nim powiązanych organów. Jest to prawda, jeśli chodzi o znaczną większość krasnoludów. Ale genetyka rzuca dziwnymi kośćmi na zielonym suknie życia i w jakiś sposób krasnoludy wydały na świat Casanundę, który wolał zabawę od pieniędzy i poświęcał kobietom całą namiętność, jaką jego pobratymcy czuli do złota.

Uważał także prawa za rzecz użyteczną i przestrzegał ich, kiedy to było wygodne. Gardził rozbójnictwem, ale było to zajęcie na świeżym powietrzu, z dala od miasta, co służy zdrowiu – zwłaszcza gdy pobliskie miasteczka pełne są mężów mających pretensje i grube kije.

Kłopot polegał na tym, że nikt na drodze nie traktował go poważnie. Owszem, zatrzymywał powozy, ale pasażerowie mówili zwykle: „Co? A niech mnie, toż to półzbójnik. O co chodzi? Trochę nie dorośliśmy, co? He, he, he”, a on był wtedy zmuszony strzelać im w kolana.

Chuchnął w dłonie, by je rozgrzać, i uniósł głowę, słysząc nadjeżdżający powóz.

Już miał się wysunąć ze swej skromnej kryjówki w gąszczu, gdy zobaczył innego rozbójnika, wyjeżdżającego truchtem z lasku po drugiej stronie drogi.

Powóz zahamował. Casanunda nie słyszał słów, ale rozbójnik objechał powóz, stanął obok drzwiczek i pochylił się, by przemówić do pasażerów...

...i wtedy jakaś ręka wysunęła się na zewnątrz, strąciła go z konia i wciągnęła do wnętrza.

Powóz zakołysał się na resorach, potem drzwiczki otworzyły się gwałtownie, a rozbójnik wypadł na drogę i legł nieruchomo.

Powóz ruszył dalej.

Casanunda odczekał chwilę, po czym zbliżył się do ciała. Koń czekał cierpliwie, aż krasnolud odwiąże drabinę i zejdzie na ziemię.

Od razu było widać, że rozbójnik jest całkiem martwy. Ludzie żywi mają zwykle w sobie trochę krwi.


Powóz zatrzymał się kilka mil dalej, na wzniesieniu, gdzie droga zaczynała swój długi i kręty zjazd w stronę Lancre i równin.

Czworo pasażerów wysiadło i podeszło na sam grzbiet.

Chmury kłębiły się za ich plecami, ale tutaj powietrze było mroźne i czyste, a widok rozciągał się aż do Krawędzi pod księżycem. W dole, wycięte wśród gór, leżało małe królestwo.

– Brama do świata – rzekł hrabia de Magpyr.

– I całkowicie niebroniona – dodał jego syn.

– Wręcz przeciwnie. Posiadająca pewne wybitnie skuteczne środki obronne – zapewnił hrabia. Uśmiechnął się w mroku. – Przynajmniej... do tej chwili...

– Czarownice powinny stanąć po naszej stronie – oświadczyła hrabina.

– W każdym razie ona stanie, już niedługo – zapewnił hrabia. – Niezwykle... interesująca kobieta. Interesująca rodzina. Wuj często opowiadał o jej babce. Kobiety Weatherwaxów zawsze stały jedną nogą w mroku. Mają to we krwi. A większa część ich mocy pochodzi z wypierania się tego. Jednakże... – Jego zęby błysnęły w ciemności. – Ta szybko odkryje, po której stronie posmarowana jest kromka.

– Albo piernik pozłacany – rzuciła hrabina.

– Owszem. Ładnie to ujęłaś. Taka jest kara za bycie kobietą Weatherwaxów, naturalnie. Kiedy się starzeją, zaczynają słyszeć trzask drzwiczek piekarnika.

– Słyszałem, że jest twarda – wtrącił syn hrabiego. – Bardzo bystry umysł.

– Zabijmy ją! – zawołała córka hrabiego.

– Doprawdy, Lacci, nie możesz zabić wszystkich.

– Nie rozumiem czemu.

– Nie. Raczej podoba mi się myśl, że będzie... użyteczna. Ona widzi wszystko w czerni i bieli. A to dla posiadających moc zawsze jest groźną pułapką. O tak... Umysł tego rodzaju łatwo daje się prowadzić... z niewielką pomocą.

W świetle księżyca zatrzepotały skrzydła i coś dwukolorowego usiadło hrabiemu na ramieniu.

– I jeszcze to... – Hrabia pogładził srokę, która zaraz odfrunęła. Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjął prostokątną białą kartę. Jej brzeg błysnął przelotnie. – Możecie uwierzyć? Czy coś takiego zdarzyło się wcześniej? Doprawdy, nowy porządek świata...

– Czy masz chusteczkę? – spytała hrabina. – Daj mi, proszę. Zostało kilka plamek...

Musnęła jego podbródek i wsunęła mu pokrwawioną chusteczkę z powrotem do kieszeni.

– Gotowe.

– Są też inne czarownice – wtrącił syn jak ktoś, kto przeżuwa kęs, który okazał się trochę zbyt twardy.

– O tak. Mam nadzieję, że je poznamy. Mogą być zabawne.

Wrócili do powozu.


Za nimi, w górach, człowiek, który próbował obrabować powóz, zdołał wstać na nogi, choć przez chwilę zdawało mu się, że w czymś utknęły. Z irytacją potarł szyję. Swego konia dostrzegł między skałami.

Kiedy spróbował chwycić uzdę, dłoń bez oporu przeszła przez skórę i przez szyję zwierzęcia, jakby była z dymu. Koń stanął dęba i odbiegł galopem jak szalony.

Ta noc nie zapowiada się na udaną, pomyślał ospale rozbójnik. Ale niech go licho porwie, jeśli straci i konia, i zarobek. Kim byli ci ludzie, u demona? Nie pamiętał dokładnie, co wydarzyło się w powozie, ale nie było to przyjemne.

Należał do tej klasy prostych ludzi, którzy – pobici przez kogoś większego – szukają kogoś mniejszego w celach odwetowych. Ktoś dzisiaj jeszcze ucierpi, obiecał sobie. Musi odzyskać przynajmniej konia.

I jakby na wezwanie, usłyszał wśród wiatru stukot kopyt. Dobył miecza i wyszedł na środek drogi.

– Stój i poddaj się!

Nadjeżdżający koń zatrzymał się posłusznie kilka stóp od niego. A więc jednak nocka nie będzie taka zła, pomyślał rozbójnik. Wierzchowiec był wspaniałym zwierzęciem, raczej rumakiem bojowym niż zwykłą wiejską chabetą. Tak biały, że aż połyskiwał w blasku nielicznych gwiazd, a uprząż, sądząc z wyglądu, miał zdobioną srebrem.

Jeździec szczelnie otulał się płaszczem przed zimnem.

– Pieniądze albo życie! – zawołał rozbójnik.

SŁUCHAM?

– Pieniądze – powtórzył rozbójnik. – Albo życie. Masz oddać. Której części nie zrozumiałeś?

ACH, ROZUMIEM. OWSZEM, MAM NIEWIELKĄ SUMĘ PIENIĘDZY.

Kilka monet wylądowało na oszronionym gruncie. Rozbójnik schylił się, ale nie zdołał ich podnieść, co jeszcze bardziej go rozdrażniło.

– W takim razie oddasz życie!

Postać w siodle pokręciła głową.

NIE WYDAJE MI SIĘ. NAPRAWDĘ NIE.

Wyjęła z pochwy długi wygięty kij. Rozbójnik uznał z początku, że to lanca, ale z boku wyskoczyło natychmiast zakrzywione ostrze i zamigotało błękitem na krawędziach.

MUSZĘ PRZYZNAĆ, ŻE PREZENTUJESZ NIEZWYKLE UPORCZYWĄ WITALNOŚĆ, stwierdził jeździec. Był to nie tyle głos, ile raczej echo w umyśle. CHOĆ NIE PRZYTOMNOŚĆ UMYSŁU.

– Kim jesteś?

JESTEM ŚMIERCIĄ, odparł Śmierć. I NAPRAWDĘ NIE PRZYBYŁEM TUTAJ, ŻEBY ZABRAĆ TWOJE PIENIĄDZE. KTÓREJ CZĘŚCI Z TEGO NIE ZROZUMIAŁEŚ?


Coś trzepotało słabo przy oknie zamkowej ptaszarni. W ramie nie było szyby, tylko cienkie drewniane listwy pozwalające na przepływ powietrza.

Rozległo się drapanie, potem ciche dziobanie, potem cisza.

Sokoły patrzyły.

Za oknem coś zrobiło „łumpf”. Na przeciwległej ścianie zatańczyły jaskrawe promienie światła. Potem listwy powoli zaczęły się zwęglać.


Niania Ogg wiedziała, że chociaż główne przyjęcie odbędzie się w wielkiej hali, najlepsza zabawa czeka na zewnątrz, na dziedzińcu wokół ogniska. W środku na pewno znajdą się przepiórcze jaja, pasztet z gęsich wątróbek i malutkie kanapki, które można jeść po cztery naraz. Na dziedzińcu będą pieczone ziemniaki pływające w kadziach masła i cały jeleń na rożnie. Później zaplanowano występ człowieka, który wkładał sobie łasice do nogawek – tę formę rozrywki niania ceniła wyżej niż operę.

Oczywiście, jako czarownica byłaby mile powitana wszędzie i zawsze warto o tym przypominać jaśniepaństwu, na wypadek gdyby zapomnieli. Wybór był trudny, ale postanowiła zostać na zewnątrz i najeść się dziczyzny, ponieważ – jak wiele starszych dam – niania Ogg była bezdenną otchłanią dla darmowego jedzenia. Potem zajrzy do zamku i wypełni ostatnie wolne zakamarki fikuśnymi potrawami. Poza tym pewnie będą tam mieli takie drogie wino z bąbelkami, które dosyć lubiła, pod warunkiem że podawano je w dostatecznie dużych kubkach. Ale porządny podkład z piwa jest konieczny, zanim człowiek się dopakuje czymś bardziej wyszukanym.

Chwyciła kufel, delikatnie przesunęła się na czoło kolejki do beczki, delikatnie odsunęła głowę człowieka, który postanowił spędzić wieczór, leżąc pod kurkiem, i nalała sobie do pełna.

Kiedy się odwróciła, dostrzegła szeroką postać Agnes, wciąż trochę skrępowaną tym, że ma publicznie nosić swój nowy spiczasty kapelusz.