CzarodzicielstwoTekst

Z serii: Świat dysku #5
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Czarodzicielstwo
Czarodzicielstwo
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 56  44,80 
Czarodzicielstwo
Czarodzicielstwo
Audiobook
Czyta Janusz Zadura
28 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Odwróć się – ostrzegła Conena.

Coś zaszeleściło, zapachniały perfumy.

– Już możesz patrzeć.

Wręczyła Rincewindowi dwunastocalowy nóż. Wziął go ostrożnie. Na klindze błyszczały drobne cząsteczki metalu.

– Dziękuję. – Odwrócił się. – Nie będzie ci potrzebny?

– Mam więcej.

– Nie wątpię.

Ostrożnie wyciągnął rękę. Zbliżając się do pudła, ostrze pobielało i zaczęło parować. Rincewind jęknął cicho, gdy chłód dotarł do dłoni – palący, kłujący chłód, płynący wzdłuż ramienia i szturmujący umysł. Mag zmusił zdrętwiałe palce do działania i z wielkim wysiłkiem pchnął wieko czubkiem noża.

Blask przygasł. Śnieg zmienił się w deszcz, potem w lekką mżawkę.

Conena wyjęła pudło z zamarzniętych rąk.

– Szkoda, że nic dla niego nie możemy zrobić. Jakoś nieładnie tak go tutaj zostawiać.

– Nie będzie mu to przeszkadzać – zapewnił Rincewind z przekonaniem.

– Tak… Ale moglibyśmy przynajmniej oprzeć go o mur. Albo co…

Rincewind skinął głową i chwycił zamarzniętego złodzieja za ozdobione soplami ramię. Ten wyśliznął się i upadł na kamienie bruku.

I roztrzaskał się na kawałki.

– Oj – powiedziała.

Jakiś hałas dobiegł z końca zaułka, od strony tylnych drzwi „Łba Trolla”. Rincewind poczuł, że wyrwano mu nóż z ręki, a potem ten sam nóż przefrunął koło jego ucha po płaskiej trajektorii, kończącej się we framudze o dziesięć sążni od nich. Wysunięta zza drzwi głowa cofnęła się pospiesznie.

– Lepiej już chodźmy – rzuciła Conena. – Czy możemy się gdzieś ukryć? Może u ciebie?

– Zwykle sypiam na Uniwersytecie – wyjaśnił Rincewind, goniąc ją truchtem.

Nie wolno wam wracać na Uniwersytet, oznajmił kapelusz z głębin swojego pudła. Rincewind przytaknął obojętnie. Ten pomysł i tak niezbyt mu się podobał.

– Zresztą, nie wpuszczają tam kobiet po zmroku.

– A przed zmrokiem?

– Też nie.

Conena westchnęła.

– To głupie. Co właściwie wy, magowie, macie do kobiet?

Rincewind zmarszczył brwi.

– Właśnie nic nie powinniśmy mieć do kobiet. Na tym cała rzecz polega.


Posępne szare mgły kłębiły się w dokach Morpork, ściekały kroplami z olinowania, zwijały się wokół pijanych dachów, czaiły w zaułkach. Niektórzy uważali, że nocą doki są jeszcze bardziej niebezpieczne od Mroków. Dwaj rabusie, drobny złodziejaszek i jeszcze ktoś, kto po prostu puknął Conenę w ramię, zdążyli się już o tym przekonać.

– Czy pozwolisz zadać sobie pytanie? – odezwał się Rincewind, przestępując nad nieszczęśliwym przechodniem, zwiniętym w kłębek wokół swojego osobistego cierpienia.

– Słucham.

– Rozumiesz, nie chciałbym cię urazić.

– Słucham.

– Rzecz w tym, że trudno nie zauważyć…

– Tak?

– Dość dziwnie traktujesz obcych ludzi. – Rincewind uchylił się, ale nic groźnego nie nastąpiło.

– Co ty tam robisz na dole? – spytała zgryźliwie Conena.

– Przepraszam.

– Wiem, co sobie myślisz. Nic nie poradzę, mam to po ojcu.

– A kim on był? Cohenem Barbarzyńcą? – Rincewind uśmiechnął się, by pokazać, że to tylko żart. A przynajmniej desperacko wykrzywił wargi w półksiężyc.

– Nie ma w tym nic zabawnego, magu.

– Co?

– To przecież nie moja wina.

Rincewind bezgłośnie poruszał ustami.

– Przepraszam – wykrztusił wreszcie. – Ale czy dobrze zrozumiałem? Cohen Barbarzyńca naprawdę jest twoim ojcem?

– Tak. – Dziewczyna spojrzała z ukosa. – Każdy przecież musi mieć ojca. Nawet ty, jak sądzę.

Wyjrzała za róg.

– Nikogo. Możemy iść – rzuciła, a potem, kiedy szli już po mokrym bruku, podjęła: – Przypuszczam, że twój ojciec był magiem?

– Nie sądzę. Magom nie wolno zakładać rodzin. – Zawahał się. Znał Cohena, był nawet gościem na którymś z jego wesel, kiedy żenił się z dziewczyną w wieku Coneny. Cohen, można powiedzieć, każdą godzinę wypychał minutami. – Wielu ludzi chciałoby mieć coś po Cohenie. Wiesz, był najwspanialszym wojownikiem, najsprytniejszym złodziejem, umiał…

– Wielu mężczyzn, z pewnością – burknęła Conena. Przystanęła i oparła się o mur. – Jest takie długie słowo… Zdradziła mi je pewna czarownica. Nie mogę sobie przypomnieć… Wy, magowie, znacie się na długich słowach.

Rincewind poszukał w pamięci długich słów.

– Marmolada? – spróbował.

Z irytacją potrząsnęła głową.

– Oznacza, że bierzesz coś od rodziców.

Rincewind zmarszczył brwi. W kwestii rodziców nie był najlepiej zorientowany.

– Kleptomania? Recydywista? – zaryzykował.

– Zaczyna się na D.

– Dalekowzroczność?

– Dziedyczność – oznajmiła Conena. – Czarownica mi to wytłumaczyła. Moja matka była tancerką w świątyni jakiegoś obłąkanego boga, a ojciec ją uratował i… i przez jakiś czas byli razem. Mówią, że po niej mam twarz i figurę.

– Bardzo piękne – stwierdził Rincewind z beznadziejną galanterią.

Zarumieniła się.

– Może i tak… Ale po nim mam ścięgna, na których można by zacumować łódź, refleks węża na gorącej blasze, potworną chęć wykradania obiektów i to straszne uczucie, że kiedy tylko kogoś spotykam, powinnam trafić go nożem w oko z dziewięćdziesięciu stóp. I umiem – dodała z odcieniem dumy w głosie.

– Do licha…

– To zniechęca do mnie mężczyzn.

– Trudno się dziwić – przyznał Rincewind słabym głosem.

– Rozumiesz, kiedy się dowiadują, trudno chłopaka przy sobie zatrzymać.

– Chyba że za gardło…

– Nie ma czasu zbudować podstawy trwałego związku.

– Nie. Rzeczywiście – zgodził się Rincewind. – Ale masz świetne podstawy, żeby zostać sławnym barbarzyńskim rabusiem.

– Ale nie żeby zostać fryzjerką – odparła Conena.

– Aha.

Wpatrywali się w mgłę.

– Naprawdę fryzjerką? – upewnił się Rincewind.

Conena westchnęła.

– Nie istnieje chyba odpowiednia klientela dla barbarzyńskiej fryzjerki – stwierdził Rincewind. – Nikt chyba nie miałby ochoty na mycie i ścięcie głowy.

– A za każdym razem, kiedy widzę zestaw do manicure, ogarnia mnie potworne pragnienie, żeby rąbać dookoła dwuręcznym nożem do skórek – wyznała Conena. – To znaczy mieczem.

Rincewind westchnął.

– Wiem, jak to jest – pocieszył ją. – Sam chciałem być magiem.

– Przecież jesteś magiem.

– No tak, ale…

– Cisza!

Rincewind został nagle przyciśnięty do muru, gdzie strużka skondensowanej mgły w nie wyjaśniony sposób zaczęła mu ściekać po szyi. Szeroki nóż do rzutów tajemniczo pojawił się w dłoni Coneny, która przyczaiła się niczym dzikie zwierzę z dżungli, albo – co gorsza – dzika kobieta z dżungli.

– Co… – zaczął Rincewind.

– Zamknij się! – syknęła. – Coś tu idzie!

Wyprostowała się, płynnym ruchem obróciła na jednej nodze i cisnęła nożem.

Rozległ się pojedynczy, głuchy, drewniany stuk.

Conena patrzyła nieruchomo. Przynajmniej raz jej bohaterska krew, która płynęła w żyłach, topiąc wszelkie szanse na spokojne życie i różowy fartuszek, nie wiedziała, co podpowiedzieć.

– Właśnie zabiłam drewniany kufer – oznajmiła Conena.

Rincewind wyjrzał zza rogu.

Bagaż stał na mokrym bruku, z nożem drżącym jeszcze w wieku, i patrzył na nią. Potem nieco zmienił pozycję, małe nóżki poruszyły się w złożonym kroku tanga, i spojrzał na Rincewinda. Bagaż nie miał żadnych rysów twarzy, jeśli nie liczyć zamka i pary zawiasów, ale umiał się wpatrywać lepiej niż stado iguan. Mógłby wytrzymać pojedynek na spojrzenia ze szklanookim posągiem. A jeśli chodziło o wygląd zdradzonego nieszczęśnika, Bagaż mógłby zapędzić z powrotem do klatki przeciętnego kopniętego spaniela. Z boków sterczało mu kilka grotów strzał i połamanych mieczy.

– Co to jest? – szepnęła Conena.

– To tylko Bagaż – odparł znużonym tonem Rincewind.

– Jest twoją własnością?

– Właściwie nie. Częściowo.

– Czy jest niebezpieczny?

Bagaż znowu się przemieścił i spojrzał na nią.

– W tej kwestii są dwie szkoły – odparł Rincewind. – Niektórzy uważają, że jest niebezpieczny. Inni sądzą, że jest bardzo niebezpieczny. A co ty o tym myślisz?

Bagaż odrobinę uchylił wieko.

Bagaż zrobiony jest z drewna myślącej gruszy, rośliny tak magicznej, że na Dysku niemal wymarłej. Przetrwała w jednym czy dwóch miejscach. Przypomina wierzbówkę, tyle że zamiast w lejach bombowych, wyrasta w miejscach, które przetrwały potężne wyładowania magiczne. Tradycyjnie robi się z niej laski magów.

Wśród jego magicznych własności była również całkiem prosta i oczywista: za swoim adoptowanym właścicielem podążał wszędzie. Nie „wszędzie” w jakimś konkretnym układzie wymiarów, kraju, wszechświecie czy życiu. Wszędzie. Pozbyć się Bagażu było mniej więcej tak łatwo, jak pozbyć się kataru. I było to równie, może nawet bardziej, nieprzyjemne.

Ponadto Bagaż ochraniał swojego właściciela. Trudno byłoby opisać jego stosunek do reszty stworzenia, zacząć jednak można od określenia „piekielna złośliwość”, a potem posuwać się dalej.

Conena patrzyła na wieko. Bardzo przypominało usta.

– Sądzę, że wybrałabym „śmiertelnie niebezpieczny” – orzekła.

– Lubi chrupki – oświadczył Rincewind. Po czym dodał: – Nie, to może za mocno powiedziane. Zjada chrupki.

– A co z ludźmi?

– Ludzi też. Jak dotąd z piętnastu.

– Byli dobrzy czy źli?

– Myślę, że po prostu martwi. Zajmuje się też praniem. Wkłada mu się do środka ubranie, a potem wyjmuje się czyste i wyprasowane.

 

– I poplamione krwią?

– A wiesz, to właśnie jest zabawne – zauważył Rincewind.

– Zabawne? – powtórzyła Conena, nie spuszczając wzroku z Bagażu.

– Tak. Ponieważ, rozumiesz, wnętrze nie zawsze jest takie samo. Istnieje tak jakby wielowymiarowo i…

– A jak traktuje kobiety?

– Nie jest wybredny. W zeszłym roku zjadł nawet księgę zaklęć. Przez trzy dni chodził osowiały, a potem ją wypluł.

– To okropne… – Conena cofnęła się nieco.

– A tak – zgodził się Rincewind. – Bez wątpienia.

– Chodzi mi o to, jak się gapi!

– Dobrze mu to wychodzi, prawda?

Musimy płynąć do Klatchu, zabrzmiał głos z pudła. Jedna z tych łodzi będzie odpowiednia. Zarekwirujcie ją.

Rincewind zerknął na niewyraźne, spowite mgłą kształty pod wznoszącym się wysoko lasem masztów. Tu i tam lampa pozycyjna wytwarzała rozmytą w mroku kulę światła.

– Trudno się sprzeciwić, co? – spytała współczująco Conena.

– Właśnie próbuję – odparł Rincewind. Krople potu błyszczały mu na czole.

Wejdź na pokład, nakazał kapelusz. Stopy Rincewinda poruszyły się wbrew woli właściciela.

– Dlaczego mi to robisz? – jęknął.

Ponieważ nie mam wyboru. Wierz mi, gdybym mógł znaleźć maga ósmego stopnia, wybrałbym jego. Nie wolno mnie wkładać!

– Dlaczego nie? Jesteś kapeluszem nadrektora.

I poprzez mnie przemawiają wszyscy nadrektorzy, jacy żyli na tym świecie. To ja jestem Uniwersytetem. Ja jestem Sztuką. Jestem symbolem magii opanowanej przez ludzi… I nie pozwolę, żeby mnie nosił czarodziciel. Nie może być więcej czarodzicieli. Świat jest zbyt zużyty, żeby sobie pozwolić na czarodzicielstwo.

Conena odchrząknęła.

– Zrozumiałeś coś z tego? – spytała niepewnie.

– Zrozumiałem trochę, ale w to nie uwierzyłem – odparł Rincewind. Jego stopy tkwiły w miejscu, jakby wrośnięte w chodnik.

Nazwali mnie figureluszem. Głos wręcz ociekał sarkazmem. Grubi magowie, którzy zdradzają wszystko, czym był Uniwersytet, i jeszcze nazwali mnie figureluszem! Rincewindzie, nakazuję ci. I pani, madam. Służcie mi dobrze, a spełnię wasze najskrytsze pragnienia.

– Jak możesz spełnić moje najskrytsze pragnienie, skoro świat ma się skończyć?

Kapelusz chyba się zastanawiał. A nie masz przypadkiem najskrytszego pragnienia, które da się spełnić w parę minut?

– A właściwie jak możesz czarować? Jesteś tylko… – Rincewind nie dokończył.

Ja JESTEM magią. Prawdziwą magią. Poza tym nie można przez dwa tysiące lat dać się nosić największym magom świata, żeby się nie nauczyć tego czy owego. Ale do rzeczy. Musimy uciekać. Oczywiście z godnością.

Rincewind spojrzał żałośnie na Conenę. Ta wzruszyła ramionami.

– Mnie nie pytaj – rzekła. – To mi wygląda na przygodę, a obawiam się, że jestem na nie skazana. Oto dziedyczność w działaniu.9

– Ale ja sobie z nimi nie radzę! Możesz mi wierzyć, przeżyłem ich już dziesiątki! – zawodził Rincewind.

Ach… doświadczenie, pochwalił kapelusz.

– Wcale nie. Jestem okropnym tchórzem i zawsze uciekam. – Pierś Rincewinda zafalowała gwałtownie. – Niebezpieczeństwo patrzyło mi prosto w kark chyba… no, setki razy!

Nie chcę, żebyś narażał się na niebezpieczeństwo.

– To świetnie.

Chcę, żebyś się od niebezpieczeństwa oddalił.

Rincewind oklapł.

– Dlaczego ja? – jęknął.

Dla dobra Uniwersytetu. Dla honoru wszystkich magów. Dla przyszłości świata. Dla spełnienia pragnień swego serca. I dlatego, że jeśli odmówisz, zamrożę cię żywcem.

Rincewind odetchnął niemal z ulgą. Nie znał się na przekupstwie, kuszeniu czy apelach do lepszych stron natury. Ale groźby… Na groźbach znał się doskonale. Wobec gróźb wiedział przynajmniej, na czym stoi.


W dzień Pomniejszych Bóstw słońce wzeszło nad światem Dysku podobne do nie dogotowanego jaja. Mgły oplotły Ankh-Morpork wstęgami srebra i złota – wilgotne, ciepłe, bezgłośne. Gdzieś w dali, na równinach, zagrzmiał wiosenny grom. Wydawało się, że jest cieplej, niż być powinno.

Magowie zwykle śpią długo. Tego ranka jednak wielu z nich wstało wcześnie i włóczyło się bez celu po korytarzach. Wyczuwali zmianę w powietrzu.

Uniwersytet wypełniał się magią.

Oczywiście, i tak zawsze był pełen magii, ale magii starej, wygodnej, równie ekscytującej i groźnej co domowy papuć. Lecz dzisiaj przez tę pradawną osnowę przesączała się nowa magia, ostra jak nóż i wibrująca, jasna i zimna jak błysk komety. Spływała przez kamienie i iskrzyła na krawędziach niby wyładowania elektrostatyczne na dywanie Stworzenia. Brzęczała i syczała. Zwijała brody magów, strzelała smugami oktarynowego dymu z palców, które od trzech dziesięcioleci nie robiły nic ponad drobne iluzje. Jak można delikatnie i gustownie opisać ten efekt? Większość magów przeżywała coś takiego, jak starzec, który spotkawszy młodą i piękną kobietę odkrywa nagle z przerażeniem i radością, że ciało jest równie chętne jak duch.

W halach i korytarzach Uniwersytetu powtarzano szeptem jedno słowo: Czarodzicielstwo!

Sporo magów ukradkiem wypróbowało zaklęcia, których od lat nie mogli opanować, i patrzyło w zadziwieniu, jak rozwijają się perfekcyjnie. Z początku ostrożnie, potem z coraz większą pewnością, wreszcie z krzykami radości i entuzjazmu ciskali w siebie kulami ognistymi, wyciągali z kapeluszy żywe gołębie albo sprawiali, że barwne cekiny materializowały się w powietrzu.

Czarodzicielstwo! Jeden czy dwóch magów, statecznych i poważnych, którzy jak dotąd nie uczynili nic bardziej niestosownego niż zjedzenie żywej ostrygi, stało się niewidzialnymi i goniło po korytarzach pokojówki i sprzątaczki.

Czarodzicielstwo! Niektóre co śmielsze duchy wypróbowały starożytne zaklęcia lewitacji i teraz kołysały się niepewnie pod stropami. Czarodzicielstwo!

Jedynie bibliotekarz nie podzielał tej maniakalnej radości. Przez pewien czas obserwował wybryki magów, ściągając swe chwytne wargi, po czym pospiesznie, na wszystkich czterech kończynach, ruszył do Biblioteki. Gdyby ktoś zwrócił na niego uwagę, usłyszałby, jak rygluje drzwi.

W Bibliotece panowała śmiertelna cisza. Książki nie szarpały się już gorączkowo. Przeszły etap strachu i wpłynęły na spokojne wody absolutnej grozy. Kuliły się na półkach niczym króliki w światłach samochodu.

Długie, kosmate ramię sięgnęło pewnie, pochwyciło „Kompletny Lexykon Magii z Uwagami dla Oświeconych Mężów”, zanim ten zdążył się cofnąć, pogładziło go uspokajająco dłonią o długich palcach, po czym otworzyło na „C”. Bibliotekarz wygładził drżącą stronicę i przesuwając po niej zrogowaciały paznokieć odszukał hasło:

Czarodziciel, rz. (mityczne). Proto-mag, brama, którą magia nowa wkracza do świata tegoż, mag nie ograniczony przez możliwości ciała swego, ani też Przeznaczenie, ni Śmierć. Zapisano, że żyli kiedyś czarodziciele w młodości świata, lecz być ich juże nie może i błogosławione to Losu zrządzenie, czarodzicielstwo bowiem, nie będąc ludziom przeznaczonym, powrotem swym do Końca Świata tego niechybnie by doprowadziło… Gdyby Stwórca chciał, by ludzie byli niczym Bogowie, dałby im skrzydła. PATRZ RÓWNIEŻ: Apokralipsa, legenda o Lodowych Gigantach, takoż Podwieczorek Bogów.

Bibliotekarz sprawdził odwołania, wrócił do pierwszego hasła i przez długi czas wpatrywał się w nie ciemnymi oczami. Potem odłożył książkę na miejsce, wpełzł pod biurko i naciągnął sobie dywan na głowę.

Jednak na galerii minstrelów nad Głównym Holem Carding i Spelter obserwowali wydarzenia w całkiem innym nastroju.

Stojąc tak obok siebie, wyglądali niemal dokładnie jak liczba 10.

– Co się dzieje? – zapytał Spelter. Miał za sobą bezsenną noc i nie myślał zbyt jasno.

– Magia napływa do Uniwersytetu – odparł Carding. – To właśnie oznacza czarodziciel. Kanał dla magii. Prawdziwej magii, mój chłopcze. Nie tej smętnej i zużytej, jaka musiała nam wystarczać przez ostatnie kilka wieków. To świt… e…

– Nowego, hm, świtu?

– Właśnie. Czas cudów, ten, no…

– Anus mirabilis?

Carding zmarszczył czoło.

– Tak – przyznał po chwili. – Przypuszczam, że właśnie coś takiego. Potrafisz dobierać słowa.

– Dziękuję, bracie.

Starszy z magów zignorował tę poufałość. Oparł się na rzeźbionej poręczy i obserwował magiczne efekty w dole. Odruchowo sięgnął do kapciucha z tytoniem, ale cofnął dłoń. Uśmiechnął się, pstryknął palcami i zapalone cygaro zmaterializowało mu się w ustach.

– Od lat mi to nie wychodziło – westchnął. – Wielkie zmiany, mój chłopcze. Oni jeszcze tego nie rozumieją, ale nadszedł koniec Obrządków i Stopni. Były tylko… systemem racjonowania. Nie będą już potrzebne. Gdzie chłopak?

– Jeszcze śpi… – zaczął Spelter.

– Tu jestem – oznajmił Coin.

Stał w przejściu prowadzącym do kwater starszych magów. Trzymał w ręku oktironową laskę, półtora raza wyższą od siebie. Cienkie żyłki żółtego ognia jarzyły się na czarnej matowej powierzchni, tak ciemnej, że przypominała rozcięcie w rzeczywistości świata.

Spelter poczuł, że spojrzenie złocistych oczu przenika go, jak gdyby najskrytsze myśli wyświetlały się na wewnętrznej stronie czaszki.

– Ach – zawołał głosem, który uważał za wesoły i przyjazny, ale który przypominał raczej śmiertelny rechot. Po takim początku sytuacja mogła się tylko pogorszyć. I rzeczywiście. – Widzę, że, hm, wstałeś – powiedział.

– Drogi chłopcze – dodał Carding.

Coin zmierzył go przeciągłym, lodowatym spojrzeniem.

– Widziałem cię wczoraj – oświadczył. – Czy jesteś potężny?

– Tylko trochę – zapewnił pospiesznie Carding, pamiętając o skłonnościach chłopca, by magię traktować jak grę na śmierć i życie w kulki. – Ale z pewnością nie tak potężny jak ty.

– Czy zostanę mianowany nadrektorem, jak chce moje przeznaczenie?

– Ależ oczywiście. Bez wątpienia. Czy mogę obejrzeć twoją laskę? Bardzo interesujące rzeźbienia…

Wyciągnął pulchną dłoń.

W każdym przypadku byłoby to wstrząsające naruszenie etykiety. Żaden mag bez wyraźnego przyzwolenia nie powinien nawet myśleć o dotykaniu laski innego maga. Jednak są ludzie, którzy nie wierzą, by dzieci były do końca ludźmi. Sądzą, że w stosunku do nich funkcjonowanie zwykłych dobrych manier ulega zawieszeniu.

Palce Cardinga objęły czarną laskę.

Zabrzmiał dźwięk, który Spelter raczej wyczuł niż usłyszał, a Carding przeleciał przez całą galerię i uderzył o ścianę z odgłosem worka smalcu spadającego na chodnik.

– Nie rób tego – powiedział Coin. Odwrócił się i spojrzał poprzez pobladłego Speltera. – Pomóż mu wstać – dodał. – Chyba nie odniósł większych obrażeń.

Kwestor podbiegł do ściany i pochylił się nad dyszącym ciężko Cardingiem, którego twarz przybrała dziwną barwę. Poklepał go po ręku. Carding otworzył jedno oko.

– Widziałeś, co się stało? – wyszeptał.

– Nie jestem pewien – syknął Spelter. – Hm. A co się stało?

– Ugryzła mnie.

– Następnym razem, kiedy dotkniesz mojej laski – rzucił obojętnie Coin – zginiesz. Czy to jasne?

Carding podniósł głowę, ostrożnie, żeby się nie rozpadła.

– Całkowicie – zapewnił.

– A teraz chciałbym obejrzeć Uniwersytet – poinformował chłopiec. – Wiele o nim słyszałem…

Spelter pomógł Cardingowi stanąć na drżących nogach i podtrzymywał go, gdy posłusznie truchtali za czarodzicielem.

– Nie dotykaj jego laski – wymruczał Carding.

– Oczywiście, hm, zapamiętam – obiecał Spelter. – Jakie to było uczucie?

– Czy kiedyś ukąsiła cię żmija?

– Nie.

– W takim razie zrozumiesz, jakie to uczucie.

– Hm?

– To wcale nie było podobne do ukąszenia żmii.

Spiesznie podążali za Coinem, który stanowczym krokiem zszedł po schodach i przez zniszczone drzwi wkroczył do Głównego Holu.

Spelter wysunął się naprzód, pragnąc wywrzeć dobre wrażenie.

– To jest Główny Hol – oznajmił. Coin skierował na niego swe złociste oczy i mag poczuł, że zasycha mu w ustach. – Został tak nazwany, ponieważ jest to hol, rozumiesz. I jest główny.

Odchrząknął.

– To duży hol – dodał, usiłując ocalić resztki rozsądku przed wypaleniem w blasku tego spojrzenia. – Wielki główny hol. I dlatego tak go nazywamy.

 

– Kim są ci ludzie? – spytał Coin. Wyciągnął laskę. Przyglądający mu się magowie odskoczyli, jakby laska była miotaczem ognia.

Spelter podążył spojrzeniem za wzrokiem czarodziciela. Coin wskazywał dekorujące ściany portrety i posągi dawnych nadrektorów. Brodaci, w szpiczastych kapeluszach, ściskający ozdobne pergaminy lub trzymający tajemnicze i symboliczne przyrządy astrologiczne, spoglądali w dół z szaleńczym poczuciem własnej ważności.

– Dwustu wspaniałych magów spogląda na ciebie z tych ścian – oznajmił Carding.

– Nie dbam o nich – odparł Coin, a z jego laski trysnął oktarynowy płomień. Nadrektorzy zniknęli.

– I okna są za małe…

– Sufit za wysoko…

– Wszystko takie stare…

Magowie padli na ziemię, a laska płonęła i pluła ogniem. Spelter naciągnął kapelusz na oczy i wtoczył się pod stół, a wokół niego falowała sama tkanka Uniwersytetu. Trzeszczało drewno, stękały kamienie.

Coś stuknęło go w głowę. Wrzasnął.

– Przestań! – zawołał Carding, przekrzykując hałas. – I popraw kapelusz! Okaż trochę godności!

– To dlaczego jesteś pod stołem? – spytał z przekąsem Spelter.

– Musimy wykorzystać okazję!

– Co? Jak wtedy z laską?

– Za mną!

Spelter wypełzł na jasny, nowy, jaskrawy świat.

Zniknęły szorstkie kamienne mury. Zniknęły ciemne krokwie, gdzie mieszkały sowy. Zniknęła posadzka z oszałamiającym wzrok układem białych i czarnych kafelków.

Zniknęły również wysokie, małe okienka z ich delikatną patyną starożytnego brudu. Do sali po raz pierwszy wpadały jaskrawe strugi słonecznego światła.

Magowie spoglądali po sobie rozdziawiając usta, a to, co widzieli, różniło się od tego, co zawsze myśleli, że widzą. Surowy blask transmutował bogate złote hafty w zakurzoną pozłotę, kosztowne tkaniny w wytarty i wyblakły aksamit, przemienił piękne i obfite brody w poplamione nikotyną kłaki, zdradził, że wspaniałe diamenty są drugorzędnymi ramtopowymi kryształami. Czyste światło badało i sondowało, odpędzając znajome i wygodne cienie.

Spelter musiał przyznać, że to, co pozostało, nie poprawiało samopoczucia. Nagle aż nadto wyraźnie zdał sobie sprawę, że pod szatą – pogniecioną i wyblakłą, co uświadomił sobie z kolejnym spazmem wyrzutów sumienia; szatą dziurawą w miejscu, gdzie dostały się do niej myszy – wciąż nosi domowe kapcie.

Sala była teraz prawie w całości zbudowana ze szkła. A co nie zostało zrobione ze szkła, wykonano z marmuru. Wyglądała tak porażająco wspaniale, że Spelter poczuł się niegodny.

Obejrzał się na Cardinga i zobaczył, że mag spogląda na Coina błyszczącymi oczyma.

Na twarzach większości zebranych tu magów malowało się coś bardzo podobnego. Gdyby nie pociągała ich moc, nie byliby magami, a tu zobaczyli prawdziwą potęgę. Laska oczarowała ich jak flet zaklinacza kobrę.

Carding wyciągnął rękę, by poklepać Coina po ramieniu, ale po chwili wahania zrezygnował.

– Wspaniale – powiedział tylko.

Uniósł ręce i zwrócił się do obecnych magów.

– Bracia moi! – zaintonował. – Mamy wśród nas maga o wielkiej potędze!

Spelter pociągnął go za rękaw.

– Niewiele brakowało, a by cię zabił – szepnął.

Carding zignorował go.

– Proponuję zatem… – Odchrząknął. – Zgłaszam jego kandydaturę na nadrektora!

Przez chwilę trwała cisza, potem zabrzmiały krzyki entuzjazmu pomieszane z protestami. Gdzieś w tylnych szeregach wybuchły kłótnie. Magowie z przednich woleli się nie sprzeciwiać. Widzieli uśmiech na twarzy Coina. Był jasny i zimny, niczym uśmiech na tarczy księżyca.

Nastąpiło poruszenie i do przodu przecisnął się stary mag. Spelter rozpoznał Ovina Hakardly’ego, maga siódmego stopnia i wykładowcę Sztuki. Był cały czerwony z gniewu – z wyjątkiem tych miejsc, gdzie zbladł z wściekłości. Kiedy przemówił, każde słowo przewiercało powietrze jak nóż, przycięte jak krzew i twarde jak sucharek.

– Oszalałeś? – zapytał. – Jedynie mag ósmego stopnia może zostać nadrektorem! I musi być wybrany przez innych najpoważniejszych magów wspólnie zgromadzonych! (Należycie kierowanych przez bogów, ma się rozumieć.) Tak każe Sztuka! (Co za pomysł!)

Hakardly studiował Sztukę magii od lat, a że magia zwykle bywa procesem obustronnym, wycisnęła i na nim swoje piętno. Robił wrażenie kruchego jak serowy paluszek, a w jakiś nie wyjaśniony sposób oschłość jego wiedzy dała mu zdolność wymawiania znaków interpunkcyjnych.

Coin uniósł laskę.

Hakardly ostrzegawczo uniósł palec.

– Nie przestraszysz mnie, młody człowieku – warknął. – Może i jesteś utalentowany, ale same magiczne talenty nie wystarczą. Są inne cechy, niezbędne wielkiemu magowi. Na przykład zdolności administracyjne, mądrość albo…

Coin opuścił laskę.

– Zasady Sztuki odnoszą się do wszystkich magów, prawda? – zapytał.

– Bez wyjątku! Zostało to zapisane…

– Ale ja nie jestem magiem, lordzie Hakardly.

Mag zawahał się.

– Aha – mruknął i zawahał się znowu. – Słuszna uwaga – dodał.

– Jestem za to świadom, że niezbędne mi są mądrość, zdolność przewidywania i dobra rada. Będę zaszczycony, jeśli zechcesz zapewnić mi te cenne towary. Na przykład: dlaczego magowie nie rządzą światem?

– Co?

– To proste pytanie. W tej sali znajduje się… – Przez ułamek sekundy wargi Coina poruszały się bezgłośnie. – …czterystu siedemdziesięciu dwóch magów, wyćwiczonych w najsubtelniejszej ze sztuk. A jednak wszystko, czym władacie, to paręset sążni dość marnej architektury. Dlaczego tak się dzieje?

Najstarsi z magów wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

– Tak może się wydawać – rzekł w końcu Hakardly. – Ale, moje dziecko, władamy dziedzinami poza zasięgiem ziemskich potęg. – Oczy mu rozbłysły. – Magia potrafi przenieść umysł do wewnętrznych krajobrazów najwyższej…

– Tak, tak – przerwał mu Coin. – Ale wokół Uniwersytetu wznoszą się bardzo grube mury. Dlaczego?

Carding oblizał wargi. To niewiarygodne. Ten dzieciak wypowiadał głośno jego własne myśli.

– Szukacie potęgi – mówił słodkim głosem Coin. – A jednak, poza tymi murami, dla człowieka, który wywozi ścieki albo przeciętnego kupca, czy naprawdę tak wielka różnica dzieli maga od zwykłego kuglarza?

Hakardly przyglądał mu się z absolutnym i nieskrywanym zdziwieniem.

– Dziecko moje, ta różnica jest oczywista nawet dla najbardziej tępego mieszczucha – powiedział. – Same szaty i ozdoby…

– No tak – rzekł Coin. – Szaty i ozdoby. Oczywiście.

Krótka, ciężka i pełna znaczeń cisza wypełniła salę.

– Wydaje mi się – odezwał się w końcu Coin – że magowie rządzą jedynie magami. A kto włada rzeczywistością na zewnątrz?

– Jeżeli mowa o mieście, to patrycjusz, lord Vetinari – poinformował Carding z niejaką ostrożnością.

– Czy jest dobrym i sprawiedliwym władcą?

Carding zastanowił się. Szpiedzy patrycjusza byli podobno znakomici.

– Moim zdaniem – rzekł niepewnie – jest on niedobry i niesprawiedliwy, ale skrupulatnie bezstronny. Jest niedobry i niesprawiedliwy dla każdego; nikogo nie oszczędza i nikogo nie wyróżnia.

– I jesteście z tego zadowoleni?

Carding starał się unikać wzroku Hakardly’ego.

– Nie chodzi tu o zadowolenie – zapewnił. – Przypuszczam, że nikt z nas się nad tym nie zastanawiał. Prawdziwym powołaniem maga, rozumiesz, jest…

– Czy to istotnie prawda, że mędrcy pozwalają w taki sposób sobą rządzić?

Carding zgrzytnął zębami.

– Oczywiście, że nie. Nie bądź głuptasem! Po prostu tolerujemy to. Na tym polega mądrość, co sam odkryjesz, kiedy dorośniesz. Chodzi o to, żeby zyskać na czasie…

– Gdzie jest ten patrycjusz? Chciałbym z nim porozmawiać.

– Można to zorganizować, naturalnie. Patrycjusz zawsze łaskawie udziela magom audiencji i…

– Dzisiaj ja mu udzielę audiencji – oświadczył Coin. – Musi zapamiętać, że magowie dość już zyskali na czasie. Cofnijcie się, proszę.

Wymierzył laskę.


Aktualny władca rozległego miasta Ankh-Morpork siedział na stołku u stóp stopni prowadzących do tronu, szukając czegoś, co zdołałby rozpoznać w raportach rozpoznania. Tron stał pusty od ponad dwóch tysięcy lat, od śmierci ostatniego z rodu monarchów Ankh. Legenda głosiła, że pewnego dnia miasto znowu będzie miało króla, po czym wikłała się w rozmaitych komentarzach o magicznych mieczach, znamionach w kształcie truskawki i innych rzeczach, o których legendy paplają w takich okolicznościach.

Tymczasem w chwili obecnej jedyną liczącą się kwalifikacją króla byłaby zdolność przeżycia dłużej niż pięciu minut po ujawnieniu magicznych mieczy albo znamion. Wielkie rody kupieckie z Ankh, które rządziły miastem od dwudziestu wieków, były mniej więcej tak chętne do oddania władzy, jak przeciętny mięczak do porzucenia swojej skały.

Obecny patrycjusz, głowa niewiarygodnie bogatego i potężnego rodu Vetinari, był chudy, wysoki i z pozoru tak zimnokrwisty jak martwy pingwin. Raz spojrzawszy na niego można było zgadnąć, że powinien trzymać na kolanach białego kota i głaskać go obojętnie, jednocześnie skazując ludzi na śmierć w zbiorniku z piraniami; można było się założyć – o sporo – że kolekcjonuje rzadką porcelanę i obraca ją w swych sinobladych palcach, gdy z głębi lochów dochodzą echa dalekich krzyków. Można by go podejrzewać, że używa słowa „wyśmienicie” i ma wąskie wargi. Wyglądał na człowieka, którego mrugnięcia zaznacza się w kalendarzu.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?