CzarodzicielstwoTekst

Z serii: Świat dysku #5
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Czarodzicielstwo
Czarodzicielstwo
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 56  44,80 
Czarodzicielstwo
Czarodzicielstwo
Audiobook
Czyta Janusz Zadura
28 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Carding zaczynał dostrzegać pewne zalety w nieznanej sobie dotąd idei współpracy. Spotkał się z godną uwagi mocą, którą da się pewnie przekupić, by stała się użyteczna. Dopóki to będzie konieczne. Oczywiście, potem trzeba ją będzie… zniechęcić…

Spelter myślał: patronat. Słyszał już to słowo, choć nigdy w murach Uniwersytetu. Wiedział, co oznacza: że stojący wyżej podaje rękę, by pomóc wspiąć się w górę temu, który utknął niżej. Naturalnie, żaden mag nawet by nie pomyślał o podaniu koledze ręki, chyba po to, żeby zrzucić go w przepaść. Sam pomysł pomocy dla konkurenta… Chociaż z drugiej strony ten stary dureń może się przydać… przez jakiś czas. A potem, cóż…

Spoglądali na siebie z niechętnym podziwem i wzajemną bezgraniczną nieufnością. Ale przynajmniej była to nieufność, na której mogli polegać. Przez jakiś czas.

– Ma na imię Coin – poinformował Spelter. – Mówił, że jego ojciec nazywał się Ipslore.

– Zastanawiam się, ilu ma braci – mruknął Carding.

– Słucham?

– Od wieków nie widziano na Uniwersytecie takiej magii – wyjaśnił Carding. – Może od tysięcy lat. Ja sam tylko o niej czytałem.

– Wypędziliśmy Ipslore’a trzydzieści lat temu – przypomniał Spelter. – Według naszych danych, ożenił się. Rozumiem, że gdyby miał synów, zostaliby magami, ale nie wiem…

– To nie była magia. To było czarodzicielstwo. – Carding rozparł się wygodnie.

Spelter przyglądał mu się ponad nadpaloną politurą.

– Czarodzicielstwo?

– Ósmy syn maga byłby czarodzicielem.

– Tego nie wiedziałem!

– Nie jest to powszechnie ogłaszane.

– Tak, ale… Czarodziciele istnieli bardzo dawno temu. To znaczy, magia była wtedy o wiele silniejsza, hm, ludzie byli inni… To nie miało żadnego związku z, hm, rozmnażaniem.

Ośmiu synów, myślał Spelter. To znaczy, że zrobił to osiem razy. Co najmniej. A niech to…

– Czarodziciele mogli robić wszystko – mówił dalej. – Byli niemal tak potężni jak bogowie. Hm. Bez przerwy sprawiali kłopoty. Bogowie po prostu nie pozwolą już na coś takiego. Można im wierzyć.

– Sprawiali kłopoty, ponieważ stale ze sobą walczyli – wyjaśnił Carding. – Ale jeden czarodziciel nie stanowi problemu. To znaczy: jeden czarodziciel wspomagany dobrą radą. Starszych i mądrzejszych umysłów.

– Ale on chce dostać kapelusz nadrektora!

– Dlaczego mu go nie dać?

Spelter rozdziawił usta. Tego już było za wiele, nawet dla niego.

Carding uśmiechnął się przyjaźnie.

– Przecież kapelusz…

– To tylko symbol – przerwał mu Carding. – Nic szczególnego. Jeśli go pragnie, niech bierze. Drobiazg. Symbol, nic więcej. Figurelusz.

– Figurelusz?

– Noszony przez figuranta.

– Przecież sami bogowie wskazują nadrektora!

Carding uniósł brew.

– Doprawdy? – spytał i odchrząknął.

– No… Myślę, że chyba tak. W pewnym sensie.

– W pewnym sensie? – Carding wstał i poprawił szatę. – Sądzę – rzekł – że wiele jeszcze musisz się nauczyć. A przy okazji, gdzie jest ten kapelusz?

– Nie wiem – wyznał Spelter, wciąż trochę zaszokowany. – Chyba gdzieś, hm, w apartamentach Virrida.

– Lepiej chodźmy po niego.

Przystanął jeszcze w drzwiach i w zadumie pogładził brodę.

– Pamiętam Ipslore’a – mruknął. – Studiowaliśmy razem. Dziwny chłopak. Dziwaczne obyczaje. Znakomity mag, oczywiście, dopóki nie zszedł na złą drogę. Przypominam sobie, że kiedy był podniecony, tak śmiesznie poruszał brwiami.

Carding spojrzał w głąb czterdziestu lat wspomnień i zadrżał.

– Kapelusz – przypomniał samemu sobie. – Poszukajmy go. Szkoda by było, gdyby coś mu się przytrafiło.


Tymczasem kapelusz nie miał zamiaru pozwalać, żeby coś mu się przytrafiło. W tej chwili spieszył pod Załatany Bęben pod pachą nieco zdezorientowanego, czarno odzianego złodzieja.

Złodziej, jak wkrótce się okaże, był bardzo szczególnym złodziejem. Był artystą złodziejstwa. Inni złodzieje zwyczajnie kradli wszystko, czego nie przybito do podłoża, ale ten złodziej kradł również gwoździe. Wywołał w Ankh liczne skandale, ponieważ szczególnie mocno – i ze zdumiewającymi sukcesami – interesował się przedmiotami nie tylko przybitymi do podłoża, ale też strzeżonymi przez bystrookich strażników w niedostępnych skarbcach. Istnieją artyści, którzy potrafią wymalować cały sufit kaplicy; ten złodziej należał do takich, którzy potrafią go ukraść.

Temu wyjątkowemu złodziejowi przypisywano kradzież wysadzanego klejnotami ofiarnego noża do wypruwania flaków ze świątyni Offlera, Boga-Krokodyla, w samym środku psalmu, i srebrnych podków najlepszego konia patrycjusza, gdy zwierzę zajęte było wygrywaniem wyścigu. Kiedy Gritoller Mimpsey, wiceprzewodniczący Gildii Złodziei, został potrącony na placu targowym, a po powrocie do domu odkrył, że świeżo skradziona garść diamentów zniknęła ze swej kryjówki, wiedział, kogo za to winić7. Ten złodziej potrafił przejąć inicjatywę, ukraść całusa i wyjąć człowiekowi słowa z ust.

Mimo to po raz pierwszy złodziej ów ukradł coś, co nie tylko tego zażądało – głosem cichym acz stanowczym – ale też wydało ścisłe i w jakiś sposób nie znoszące sprzeciwu instrukcje, co powinien z tym zrobić.

Właśnie zaczynała się noc, punkt zwrotny roboczego dnia Ankh-Morpork, gdy ci, którzy zarabiają na życie w świetle słońca, udają się na spoczynek, ci zaś, którzy uczciwego dolara zdobywają w zimnym blasku księżyca, właśnie zbierają siły do pracy. Dzień osiągnął ten niewyraźny punkt, kiedy jest już za późno na rozbój, a za wcześnie na włamania.

Rincewind siedział samotnie w zatłoczonej, zadymionej sali i nie zwrócił uwagi na cień, który przemknął nad stołem, ani na złowieszczą postać, która zajęła miejsce naprzeciwko. W tym lokalu złowieszcze postacie nie były niczym wyjątkowym. Załatany Bęben zazdrośnie strzegł swego wizerunku stylowej tawerny o najgorszej reputacji w Ankh-Morpork; wielki troll, pilnujący drzwi, starannie selekcjonował klientów, dbając o takie elementy jak czarne płaszcze, błyszczące oczy, magiczne miecze i tym podobne. Rincewind nigdy się nie dowiedział, jaki los spotykał tych, którzy się nie zakwalifikowali. Może troll ich zjadał.

Kiedy postać przemówiła, gardłowy głos rozległ się z głębi czarnego aksamitnego kaptura obszytego futrem.

– Przepraszam – powiedział głos.

– Nie gniewam się – odparł Rincewind, który osiągnął już taki stan umysłu, że nie mógł się powstrzymać. – Ale pracuję nad tym.

– Szukam maga – wyjaśnił głos. Brzmiał chrapliwie od prób zamaskowania samego siebie, ale znowu, pod Bębnem nie było to nic niezwykłego.

– Jakiegoś konkretnego maga? – spytał ostrożnie Rincewind. Zadając pytania można się wpędzić w kłopoty.

– Takiego, który jest wierny tradycji i który zechce podjąć ryzyko dla wielkiej nagrody – oznajmił inny głos. Zdawało się, że dobiega z okrągłego skórzanego pudła pod pachą przybysza.

– Ach… – mruknął Rincewind. – To zawęża krąg poszukiwań. Czy przewidywana jest niebezpieczna wyprawa do nieznanych i prawdopodobnie groźnych krain?

– W rzeczy samej.

– Spotkania z niezwykłymi stworami? – Rincewind uśmiechnął się.

– Możliwe.

– Niemal pewna śmierć?

– Prawie na pewno.

Rincewind kiwnął głową i sięgnął po kapelusz.

– No cóż, życzę ci szczęścia w poszukiwaniach – rzekł. – Chętnie bym pomógł, ale nie mam zamiaru.

– Co?

– Przykro mi. Sam nie wiem czemu, ale perspektywa pewnej śmierci w obcej krainie, w szponach niezwykłego stwora, jakoś do mnie nie przemawia. Próbowałem, ale nie potrafię zrozumieć, o co w tym chodzi. Każdemu, co mu się należy, a ja zostałem stworzony do nudy.

Wbił kapelusz na głowę i wstał trochę chwiejnie.

Dotarł już do schodów wiodących na ulicę, gdy głos za jego plecami oświadczył:

– Prawdziwy mag by nie odmówił.

Mógł iść dalej. Mógł wspiąć się na schody, wyjść na ulicę, wziąć pizzę z klatchiańskiego baru przy Alei Prychnięć, położyć się spać. Historia świata potoczyłaby się całkiem inaczej i byłaby znacznie krótsza. Ale przynajmniej przespałby noc spokojnie, chociaż na podłodze.

Przyszłość wstrzymała oddech, czekając, aż Rincewind odejdzie.

Nie zrobił tego z trzech powodów. Pierwszym był alkohol. Drugim maleńka iskierka dumy, płonąca w sercu nawet najostrożniejszego tchórza. Natomiast trzecim był głos.

Brzmiał cudownie. Brzmiał wprost jedwabiście.

Sprawa magów i seksu jest skomplikowanym problemem. Ale, jak już niejednokrotnie wskazywano, w największym skrócie sprowadza się do tego: jeśli chodzi o wino, kobiety i śpiew, magowie mogą upijać się do nieprzytomności i zawodzić, ile tylko dusza zapragnie.

Młodym adeptom wyjaśnia się, że praktyka magiczna jest trudna, wymagająca i nie do pogodzenia z nieestetycznymi, ukradkowymi zajęciami. O wiele rozsądniej będzie, tłumaczy się im, jeśli przestaną się martwić tymi sprawami i wezmą się porządnie za „Elementarz okultyzmu”. To zabawne, ale młodych magów wcale to nie satysfakcjonuje. Podejrzewają, że prawdziwym powodem jest fakt tworzenia reguł przez starych magów. O słabej pamięci. Mylą się całkowicie, choć istotnie, prawdziwy powód już dawno uległ zapomnieniu: gdyby magom pozwolono mnożyć się na prawo i lewo, światu groziłoby czarodzicielstwo.

Oczywiście, Rincewind bywał tu i tam, widział to i owo, i zdołał w dużym stopniu pozbyć się studenckich uwarunkowań. Potrafił na przykład spędzić kilka godzin w towarzystwie kobiety bez konieczności wejścia pod zimny prysznic i odetchnięcia świeżym powietrzem. Ale ten głos nawet posąg skłoniłby do zejścia z piedestału, kilku szybkich okrążeń boiska i pięćdziesięciu pompek. Zwykłe „dzień dobry” wypowiedziane tym głosem brzmiałoby jak zaproszenie do łóżka.

 

Postać zrzuciła kaptur i wstrząsnęła długimi włosami. Były niemal idealnie białe. A że skórę miała opaloną na złoto, ogólny wygląd trafiał w męskie libido niczym ołowiana rura.

Rincewind zawahał się i stracił doskonałą okazję, by żyć w spokoju. Ze szczytu schodów dobiegł chrapliwy głos trolla:

– Zara, mówiłem chyba, że nie macie tu włazić…

Dziewczyna przyskoczyła i wcisnęła w ręce Rincewinda okrągłe skórzane pudło.

– Szybko! Musisz pójść ze mną – rzuciła. – Grozi ci wielkie niebezpieczeństwo!

– Dlaczego?

– Bo cię zabiję, jeśli nie pójdziesz.

– Tak, ale chwileczkę, w takim przypadku… – protestował słabo Rincewind.

Na schodach stanęło trzech członków osobistej gwardii patrycjusza. Ich przywódca z zadowoleniem rozejrzał się po sali. Uśmiech sugerował, że on jeden miał się cieszyć swoim żartem.

– Niech nikt się nie rusza – zaproponował.

Rincewind usłyszał tupot za plecami – kolejni gwardziści nadchodzili przez tylne drzwi.

Pozostali klienci Bębna znieruchomieli z dłońmi na rękojeściach. Przybysze nie byli zwykłymi miejskimi strażnikami, ostrożnymi i sympatycznie skorumpowanymi. Ci byli chodzącymi zwałami mięśni, przy tym absolutnie nieprzekupnymi, choćby dlatego, że patrycjusz mógłby przelicytować każdego. A poza tym nie zwracali uwagi na nikogo prócz kobiety. Reszta klienteli rozluźniła się i przygotowała do przedstawienia. Być może warto będzie włączyć się do zabawy, kiedy stanie się jasne, która strona wygrywa.

Rincewind poczuł, że ktoś ściska go za rękę.

– Oszalałaś? – syknął. – Chcesz Jemu wchodzić w drogę?

Coś świsnęło i w ramieniu sierżanta pojawiła się nagle rękojeść noża. Dziewczyna odwróciła się błyskawicznie i z chirurgiczną precyzją trafiła drobną stopą w krocze pierwszego gwardzisty, który przestąpił próg. W dwudziestu parach oczu stanęły łzy współczucia.

Rincewind przytrzymał swój kapelusz i spróbował zanurkować pod najbliższy stół, jednak dziewczyna trzymała go w żelaznym uścisku. Następny gwardzista, który usiłował atakować, dostał nożem w udo. Potem wydobyła miecz podobny do bardzo długiej igły i uniosła go groźnie.

– Ktoś jeszcze? – zapytała.

Jeden z napastników wymierzył kuszę. Bibliotekarz, siedzący w kucki nad swoim piwem, leniwie wyciągnął rękę – podobną do związanych gumą dwóch kijów od mioteł – i przyłożył mu z lekkiego rozmachu. Bełt odbił się od gwiazdy na kapeluszu Rincewinda i trafił w ścianę obok szacownego sutenera, siedzącego o dwa stoły dalej. Jego ochroniarz rzucił nożem, o włos chybiając pewnego złodzieja na drugim końcu sali. Ten chwycił ławę i walnął nią w dwóch gwardzistów, którzy potrącili najbliższych pijących. Potem sytuacja rozwinęła się jakoś naturalnie i wkrótce wszyscy już walczyli, żeby się wyrwać, uciec albo wyrównać rachunki.

Rincewind poczuł, że jest nieustępliwie wciągany za bar. Właściciel siedział na swoich workach pieniędzy pod ladą, z dwoma maczetami skrzyżowanymi na kolanach, i przy drinku rozkoszował się chwilą spokoju. Od czasu do czasu krzywił się tylko, słysząc trzask łamanych mebli.

Zanim stracił z oczu salę, Rincewind zdążył jeszcze zobaczyć bibliotekarza. Orangutan wyglądał co prawda jak owłosiony gumowy worek pełen wody, ale wagą i zasięgiem ramion nie ustępował nikomu w tawernie. W tej chwili siedział na ramionach strażnika i z pewnymi sukcesami próbował odkręcić mu głowę.

Rincewinda bardziej zaniepokoił fakt, że jest wciągany na piętro.

– Droga pani – odezwał się z desperacją w głosie. – Co pani zamierza uczynić?

– Czy jest tam wyjście na dach?

– Tak. Co znajduje się w tym pudle?

– Pssst!

Zatrzymała się na zakręcie brudnego korytarza, sięgnęła do sakiewki u pasa i rozsypała po podłodze za sobą garść niewielkich metalowych obiektów. Każdy z nich wykonany był z czterech gwoździ zlutowanych razem tak, że jakkolwiek by nie upadły, jeden zawsze sterczał do góry.

Krytycznie przyjrzała się najbliższym drzwiom.

– Nie masz przypadkiem przy sobie czterech stóp linki? – spytała rozmarzona. Wyjęła jeszcze jeden nóż i podrzucała go w dłoni.

– Raczej nie – odparł słabym głosem Rincewind.

– Szkoda. Skończyła mi się. No dobrze, chodźmy.

– Dlaczego? Ja przecież nic nie zrobiłem!

Podeszła do okna, pchnęła okiennice i przystanęła z nogą na parapecie.

– Doskonale – rzuciła przez ramię. – Zostań więc i wytłumacz to gwardzistom.

– Dlaczego cię ścigają?

– Nie wiem.

– Niemożliwe! Musi być jakiś powód.

– Och, jest mnóstwo powodów. Po prostu nie wiem, o który im chodzi. Idziesz czy nie?

Rincewind zawahał się. Osobista gwardia patrycjusza nie była szeroko znana ze swego odpowiedzialnego podejścia do utrzymywania porządku wśród miejscowej społeczności; zwykle woleli odrąbywać z tej społeczności niewielkie kawałki. Wśród obiektów, których nie aprobowali, znajdowali się, hm… wszyscy ludzie żyjący w tym samym universum. Ucieczka przed nimi zostanie pewnie uznana za ciężkie przestępstwo.

– Myślę, że chyba z tobą pójdę – oznajmił rycersko. – Młoda dziewczyna nie powinna samotnie chodzić po mieście.


Marznąca mgła zasnuła ulice Ankh-Morpork. Pochodnie ulicznych straganów wyglądały jak niewielkie żółte aureole wśród mętnych oparów.

Dziewczyna wyjrzała za róg.

– Zgubiliśmy ich – oznajmiła. – Przestań się trząść. Nic ci już nie grozi.

– Chcesz powiedzieć, że zostałem sam na sam z żeńskim maniakalnym mordercą? Doskonale.

Odprężyła się i uśmiechnęła do niego.

– Obserwowałam cię. Jeszcze godzinę temu obawiałeś się, że twoja przyszłość będzie nudna i nieciekawa.

– Chcę, żeby była nudna i nieciekawa – odparł Rincewind z goryczą. – Boję się, że będzie krótka.

– Odwróć się – poleciła, skręcając w ciemny zaułek.

– Nigdy w życiu.

– Zamierzam zdjąć ubranie.

Rincewind odwrócił się błyskawicznie, czerwony jak burak. Za sobą usłyszał szelest, owionął go zapach…

– Możesz się już obejrzeć – zezwoliła po chwili.

Nie obejrzał się.

– Nie martw się. Włożyłam inne.

Otworzył oczy. Dziewczyna miała na sobie skromną suknię z białej koronki z pięknymi bufiastymi rękawami. Otworzył usta. Z absolutną wyrazistością uświadomił sobie, że do tej chwili jego kłopoty były proste, dziecinne… Nic, z czego nie potrafiłby się wyłgać, gdyby tylko dano mu szansę, albo przynajmniej chwilę przewagi w ucieczce. Mózg zaczął wysyłać pilne wiadomości do mięśni przygotowując je do biegu, zanim jednak dotarły do celu, znowu chwyciła go za rękę.

– Nie wiem, czemu jesteś taki nerwowy – powiedziała słodko. – Chodź, przyjrzyjmy się temu…

Zdjęła wieko z pudła tkwiącego w zdrętwiałych dłoniach Rincewinda i wyjęła kapelusz nadrektora.

Oktaryny zajaśniały wszystkimi ośmioma barwami widma, stwarzając w zamglonej alei wizję, dla realizacji której środkami niemagicznymi trzeba by zaangażować doświadczonego eksperta od efektów specjalnych i wyposażyć go w całą baterię gwiaździstych filtrów. Kiedy uniosła go w górę, rozbłysnął mgławicą kolorów, jakie niewielu ludzi ma szansę legalnie oglądać.

Rincewind osunął się na klęczki.

Spojrzała na niego zdziwiona.

– Kolana ci zmiękły?

– To… to ten kapelusz. To kapelusz nadrektora! – wykrztusił z trudem Rincewind. Oczy mu błysnęły. – Ukradłaś go! – wykrzyknął.

Poderwał się i sięgnął do błyszczącego ronda.

– To tylko kapelusz.

– Oddaj mi go natychmiast! Kobietom nie wolno go dotykać! Należy do magów!

– Czemu się tak irytujesz?

Rincewind otworzył usta. Rincewind zamknął usta.

Chciał powiedzieć: czy nie rozumiesz, że to kapelusz nadrektora? Noszony jest przez głowę wszystkich magów, to znaczy na głowie głowy wszystkich magów, nie, metaforycznie rzecz ujmując noszony jest przez wszystkich magów, przynajmniej potencjalnie, i każdy mag pragnie go włożyć, to symbol zorganizowanej magii, szczyt kariery, cel, wszystko, co znaczy dla każdego maga…

I tak dalej. Już pierwszego dnia na Uniwersytecie Rincewind miał wykład o kapeluszu i wiadomości zapadły w jego chłonny umysł niczym ołowiany ciężarek w galaretę. Niewielu rzeczy na świecie był pewien, ale przynajmniej tego, że kapelusz nadrektora jest bardzo ważny. Może nawet magom potrzebna jest w życiu odrobina magii.

Rincewindzie, odezwał się kapelusz.

Rincewind spojrzał na dziewczynę.

– Przemówił do mnie!

– Taki głos w głowie?

– Tak!

– Do mnie też się odzywał.

– Ale wiedział, jak mam na imię!

Pewnie, że wiemy, durniu jeden. W końcu jesteśmy magiczni.

Głos był nie tylko tkaninowy. Miał również dziwnie chóralne brzmienie, jakby mnóstwo głosów mówiło równocześnie i niemal idealnie równo.

Rincewind opanował się.

– O wielki i wspaniały kapeluszu – zaczął pompatycznie. – Poraź tę zuchwałą dziewczynę, która miała czelność, nie, miała…

Zamknij się, dobrze? Ukradła nas, ponieważ jej to poleciliśmy. I zdążyła w ostatniej chwili.

– Ale przecież ona… – Rincewind zająknął się. – Ona jest żeńskiego rodzaju… – wymamrotał.

Tak jak twoja matka.

– Niby tak, ale moja matka uciekła, zanim się urodziłem – mruknął Rincewind.

Ze wszystkich marnych tawern w całym mieście, do których mogłaś wejść, weszłaś akurat do tej, poskarżył się kapelusz.

– Nie mogłam znaleźć innego maga – wyjaśniła dziewczyna. – A ten wyglądał odpowiednio. Miał „Maggus” wypisane na kapeluszu i w ogóle.

Nie wierz we wszystko, co przeczytasz. Zresztą teraz już za późno. Zostało nam niewiele czasu.

– Zaraz, zaraz – wtrącił nerwowo Rincewind. – Co się właściwie dzieje? Sam chciałeś, żeby cię ukradła? Dlaczego niewiele czasu nam zostało? – Oskarżycielskim gestem wyciągnął rękę i wskazał kapelusz. – A poza tym nie możesz tak sobie pozwalać się ukraść! Powinieneś znajdować się… na głowie nadrektora. Wieczorem odbywa się ceremonia, sam miałem tam być…

Coś strasznego dzieje się na Uniwersytecie. Jest niezwykle ważne, abyśmy tam nie wracali. Rozumiesz? Musicie zabrać nas do Klatchu, gdzie żyje ktoś odpowiedni, by nas włożyć.

– Dlaczego?

W głosie było coś niezwykłego, uznał Rincewind. Nieposłuszeństwo wydawało się niemożliwe, jakby słowa przedstawiały niewzruszone przeznaczenie. Gdyby ten głos kazał mu skoczyć w przepaść, byłby już pewnie w połowie drogi, zanim przyszłoby mu do głowy, żeby zaprotestować.

Zbliża się zguba całej magii.

Rincewind rozejrzał się niepewnie.

– Dlaczego? – zapytał.

Świat się kończy.

– Co, znowu?

Nie przesadzamy, dodał smętnie kapelusz. Tryumf Lodowych Gigantów, Apokralipsa, Podwieczorek Bogów i cała reszta.

– Możemy temu zapobiec?

Przyszłość w tym względzie jest niepewna.

Z twarzy Rincewinda powoli znikał wyraz stanowczej grozy.

– To jakaś zagadka – domyślił się.

Może będzie łatwiej, jeśli zrobisz, czego się od ciebie wymaga i nie będziesz się starał rozumieć, odparł kapelusz. Młoda kobieto, włożysz nas z powrotem do pudła. Już wkrótce będzie nas poszukiwać bardzo wielu ludzi.

– Zaraz, momencik – wtrącił Rincewind. – Widywałem cię przecież od lat i nigdy nie słyszałem, żebyś mówił.

Nie mieliśmy nic, co należałoby powiedzieć.

Rincewind kiwnął głową. To brzmiało rozsądnie.

– Może wepchnij go do pudła i chodźmy stąd – zaproponowała dziewczyna.

– Trochę szacunku, panienko – rzekł z godnością Rincewind. – Tak się składa, że zwracasz się do symbolu pradawnej magii.

– Więc ty go nieś.

– Zaczekaj – zawołał, maszerując w ślad za dziewczyną.

Minęli kilka alejek, przekroczyli wąską ulicę i wkroczyli w zaułek między parą domów pochylających się do siebie tak pijacko, że ich górne piętra się stykały. Zatrzymała się.

– Słucham? – rzuciła.

– Jesteś tym tajemniczym złodziejem, prawda? – zapytał. – Wszyscy o tobie mówią. Podobno umiesz wynieść coś nawet z zamkniętych skarbców i w ogóle. Inaczej sobie ciebie wyobrażałem…

 

– Doprawdy? – spytała zimno. – A jak?

– No więc jesteś… niższa.

– Daj spokój.

Uliczne latarnie, w tej części miasta i tak niezbyt popularne, zniknęły zupełnie. Otaczała ich czujna ciemność.

– Chodźmy – powiedziała. – Czego się boisz?

Rincewind nabrał tchu.

– Morderców, rabusiów, złodziei, zamachowców, kieszonkowców, rzezimieszków, zbójców, łupieżców, szmuglerów, gwałcicieli i włamywaczy – wyrzucił z siebie. – Przecież wchodzimy na Mroki!8

– Owszem, ale za to nie będą nas tutaj szukać.

– Ależ będą. Przyjdą za nami, tyle że już nie wyjdą. My też nie. Rozumiesz, taka piękna kobieta jak ty… Nawet nie chcę o tym myśleć. Niektórzy z tutejszych mieszkańców…

– Przecież będziesz mnie bronił – odparła.

Rincewind miał wrażenie, że o kilka ulic dalej słyszy czyjeś kroki.

– A wiesz – westchnął. – Domyślałem się, że to powiesz.

Po tych groźnych zaułkach mężczyzna musi maszerować bez wahania. A w niektórych może się puścić biegiem.


W tę mglistą wiosenną noc na Mrokach jest tak czarno, że w ciemności nie dałoby się czytać opisu wędrówki Rincewinda przez złowieszcze uliczki. Deskryptywny fragment wzniesie się zatem ponad poziom ozdobnych dachów i las poskręcanych kominów, by podziwiać kilka migotliwych gwiazd, których blask zdołał przebić kłęby mgły. Postara się ignorować dobiegające z dołu dźwięki: tupot nóg, świsty, trzaski, jęki, zduszone krzyki. Możliwe, że jakieś dzikie zwierzę spaceruje po Mrokach, po dwóch tygodniach głodowej diety.

Niedaleko centrum Mroków – w regionie, którego dokładnych map nigdy nie wykreślono – znajduje się niewielki dziedziniec. Tutaj przynajmniej wiszą na murach pochodnie, choć światło, jakie rzucają, jest światłem samych Mroków: groźne, poczerwieniałe, ciemne u swego jądra.

Rincewind wtoczył się na dziedziniec i oparł ciężko o mur. Tuż za nim stanęła w rdzawym blasku dziewczyna; podśpiewywała coś pod nosem.

– Nic ci nie jest? – zapytała.

– Nurrghnie – odparł Rincewind.

– Słucham?

– Ci ludzie – wybełkotał. – No wiesz, to jak kopnęłaś go w… I jak złapałaś tamtych za… I kiedy dźgnęłaś tamtego prosto w… Kim ty jesteś?

– Mam na imię Conena.

Przez chwilę Rincewind przyglądał się jej tępo.

– Przykro mi – stwierdził. – Jakoś sobie nie przypominam.

– Przyjechałam tu niedawno.

– Rzeczywiście. Nie podejrzewałem, żebyś pochodziła z tych okolic. Coś bym słyszał.

– Wynajęłam tu kwaterę. Może wejdziemy?

Rincewind zerknął na nierówny drąg, ledwie widoczny w mglistym świetle skwierczących pochodni. Informował, że gospoda za niskimi drzwiczkami nazywa się „Pod Łbem Trolla”.

Można by sądzić, że Załatany Bęben – scena niegodnych zajść sprzed godziny – to nędzna, podejrzana tawerna. Tymczasem jest to tawerna znana ze swojej złej reputacji. Jej klienci posiadają swoją szorstką dumę. Mogą spokojnie wymordować się nawzajem, jak równi równych, ale nie robią tego złośliwie. Dziecko mogłoby wejść do środka i kupić szklankę lemoniady, ryzykując tylko, że dostanie w ucho, kiedy matka usłyszy jego wzbogacone słownictwo. W spokojne noce, kiedy właściciel był pewien, że bibliotekarz nie przyjdzie, podobno stawiał nawet na barze miseczki fistaszków.

„Łeb Trolla” był bagnem zupełnie innej barwy. Jego klienci, gdyby poprawili się, umyli i ogólnie zmienili swój wizerunek nie do poznania, mogliby – ale nie na pewno – uchodzić za najgorsze męty ludzkiego rodzaju. A na Mrokach męt to męt.

Przy okazji: ten przedmiot na drągu to nie szyld. Kiedy już postanowili nazwać gospodę „Pod Łbem Trolla”, to nie dla żartów.

Czując mdłości, przyciskając do piersi mrukliwe pudło na kapelusz, Rincewind wszedł do środka.

Cisza. Omotała ich niemal tak gęsta, jak dym z dziesiątka substancji, które gwarantowały przerobienie na ser każdego normalnego mózgu. Przez zasłonę dymu spoglądały na nowo przybyłych podejrzliwe oczy.

Para kości zagrzechotała i znieruchomiała na stole. Zdawało się, że dźwięk ten jest bardzo głośny. Prawdopodobnie nie pokazały szczęśliwej liczby Rincewinda.

Podążając za pełną godności, drobną postacią Coneny, świadom był spojrzeń kilkudziesięciu klientów. Zerknął na boki; zobaczył złowrogie oblicza mężczyzn, którzy szybciej by go zabili niż pomyśleli, a nawet przyszłoby im to z większą łatwością.

Tam, gdzie przyzwoita tawerna miałaby bar, tu stał tylko rząd grubych czarnych butelek i parę wielkich beczek na kozłach pod ścianą.

Cisza zaciskała się jak gumowa opaska. Lada chwila, pomyślał Rincewind…

Potężny, gruby mężczyzna, ubrany jedynie w futrzaną kamizelę i skórzaną przepaskę, odsunął stołek, podniósł się i mrugnął chytrze do kolegów. Kiedy otworzył usta, przypominały obrębioną czarną dziurę.

– Szukasz chłopa, maleńka? – zapytał.

Przyjrzała mu się.

– Proszę dać mi spokój.

Wąż śmiechów przesunął się po sali. Usta Coneny zamknęły się niczym skrzynka na listy.

– Ho ho – bulgotał grubas. – To dobrze. Lubię takie zadziorne…

Dłoń Coneny poruszyła się nagle. Zmieniła się w jasną smugę, zatrzymującą się tutaj… i tutaj… Po kilku sekundach głębokiego zdumienia napastnik stęknął cicho i bardzo powoli osunął się na podłogę.

Rincewind cofnął się, gdyż wszyscy obecni w gospodzie pochylili się do przodu. Instynkt kazał mu uciekać, ale wiedział, że ten instynkt natychmiast doprowadziłby go do zguby. Na zewnątrz czaiły się Mroki. Cokolwiek go teraz czeka, przydarzy się tutaj. Nie była to pocieszająca myśl.

Czyjaś dłoń zasłoniła mu usta. Dwie inne wyrwały z rąk pudło.

Conena wyminęła go i, unosząc suknię, trafiła zgrabną stopą w cel tuż przy pasie Rincewinda. Ktoś jęknął mu do ucha i upadł. Dziewczyna zakręciła się z gracją, chwytając po drodze dwie butelki, odbijając im denka o półkę i nieruchomiejąc z wysuniętymi do przodu nierównymi krawędziami szkła. Morporskie sztylety, jak je nazywano w ulicznej gwarze.

Widząc je, klientela „Łba Trolla” straciła zainteresowanie.

– Ktoś porwał kapelusz – wymamrotał Rincewind przez zaschnięte wargi. – Uciekli tylnymi drzwiami.

Spojrzała gniewnie i skoczyła do wyjścia. Bywalcy „Łba” rozstąpili się przed nią odruchowo, niczym rekiny rozpoznające pobratymca. Rincewind pomknął jej śladem, nie czekając, aż podejmą decyzję w jego sprawie.

Wybiegli w sąsiedni zaułek i popędzili przed siebie. Rincewind starał się dotrzymać kroku Conenie; ludzie biegnący za nią często wpadali na ostre przedmioty. A nie był pewien, czy będzie pamiętać, że jest po jej stronie, niezależnie od tego, która to strona.

Padała rzadka, niepewna mżawka. Na końcu zaułka coś jaśniało słabym, błękitnym światłem.

– Czekaj!

Przerażenie w głosie Rincewinda wystarczyło, by zwolniła.

– Co się dzieje?

– Dlaczego się zatrzymał?

– Zapytam go – oznajmiła stanowczo.

– Dlaczego jest obsypany śniegiem?

Zatrzymała się, wsparła dłońmi pod boki i niecierpliwie tupała nogą o mokre kamienie.

– Rincewindzie, znam cię dopiero od godziny i jestem zdumiona, że przeżyłeś tak długo.

– Tak… Ale jednak przeżyłem, prawda? Mam do tego talent. Spytaj kogokolwiek. Jestem nałogowcem.

– Nałogowcem czego?

– Życia. Przyzwyczaiłem się bardzo wcześnie. A teraz nie chcę rezygnować, nie chcę, żeby ktoś mi je zabrał. To zwyczajnie nie wypada.

Conena obejrzała się na postać złodzieja, otoczonego błękitną aurą. Wydawało się, że patrzy na coś, co trzyma w rękach.

Śnieg opadał mu na ramiona jak ciężki łupież. Śmiertelny łupież. Rincewind miał instynkt w takich sprawach i żywił głębokie podejrzenie, że człowiek ten odszedł tam, gdzie nie pomoże mu żaden szampon.

Podeszli bliżej, trzymając się blisko wilgotnego muru.

– Jest w nim coś dziwnego – przyznała po chwili.

– Chodzi ci o to, że ma osobistą zamieć?

– Ale chyba mu to nie przeszkadza. Uśmiecha się.

– Sztywny uśmiech, można by powiedzieć.

Obwieszona soplami dłoń mężczyzny zdejmowała z pudła wieko, a oktaryny świeciły jasno prosto w parę chciwych oczu, grubo już pokrytych szronem.

– Znasz go? – spytała Conena.

Rincewind wzruszył ramionami.

– Widziałem go parę razy – mruknął. – Nazywają go Larry Lis, Fezzy Gronostaj czy jakoś tak. W każdym razie jakiś gryzoń. Po prostu kradnie różne rzeczy. Jest nieszkodliwy.

– Wygląda na bardzo zmarzniętego. – Conena zadrżała.

– Przypuszczam, że odszedł do cieplejszego miejsca. Nie sądzisz, że powinniśmy zamknąć pudło?

Teraz nic już wam nie grozi, zabrzmiał z wnętrza pudła głos kapelusza. Tak zginą wszyscy nieprzyjaciele magii.

Rincewind nie miał zamiaru ufać tym słowom.

– Przydałoby się coś do zasunięcia wieka – stwierdził. – Nóż albo coś takiego… Nie masz przypadkiem?