Bogowie, honor, Ankh-MorporkTekst

Z serii: Świat dysku #21
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału:

JINGO

Copyright © Terry and Lyn Pratchett 1997

First published by Victor Gollancz Ltd, London

Projekt graficzny serii:

Zombie Sputnik Corporation

Ilustracja na okładce:

© Josh Kirby/via Thomas Schlück GmbH

Redakcja:

Łucja Grudzińska

Redakcja techniczna:

Małgorzata Kozub

Korekta:

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8234-574-2

Warszawa 2020

Wydawca:

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Tego samego autora polecamy:

KOLOR MAGII

*

BLASK FANTASTYCZNY

*

RÓWNOUMAGICZNIENIE

*

MORT

*

CZARODZICIELSTWO

*

ERYK

*

TRZY WIEDŹMY

*

PIRAMIDY

*

STRAŻ! STRAŻ!

*

RUCHOME OBRAZKI

*

NAUKA ŚWIATA DYSKU I, II, III

*

KOSIARZ

*

WYPRAWA CZAROWNIC

*

POMNIEJSZE BÓSTWA

*

PANOWIE I DAMY

*

ZBROJNI

*

MUZYKA DUSZY

*

CIEKAWE CZASY

*

MASKARADA

*

OSTATNI BOHATER

*

ZADZIWIAJĄCY MAURYCY

I JEGO EDUKOWANE GRYZONIE

*

NA GLINIANYCH NOGACH

*

WIEDŹMIKOŁAJ

*

WOLNI CIUTLUDZIE

*

BOGOWIE, HONOR,

ANKH-MORPORK

*

OSTATNI KONTYNENT

*

CARPE JUGULUM

*

PIĄTY ELEFANT

*

PRAWDA

*

ZŁODZIEJ CZASU

*

ZIMISTRZ

*

STRAŻ NOCNA

*

POTWORNY REGIMENT

*

PIEKŁO POCZTOWE

*

ŁUPS!

*

ŚWIAT FINANSJERY

*

HUMOR I MĄDROŚĆ

ŚWIATA DYSKU

*

NIEWIDOCZNI AKADEMICY

*

W PÓŁNOC SIĘ ODZIEJĘ

*

NIUCH


Noc była bezksiężycowa – dobra z punktu widzenia Twardziela Jacksona.

Łowił ciekawe mątwy, nazywane tak dlatego, że były mątwami, a oprócz tego były ciekawe. Inaczej mówiąc, ich ciekawość była ich najciekawszą cechą.

Wkrótce po tym, jak zaciekawiła je latarnia, którą Twardziel zawiesił na rufie swej łodzi, zaczęło je ciekawić to, w jaki sposób niektóre spośród nich znikają nagle z pluskiem w górze.

Niektóre nawet zaciekawił – choć na krótko – ten ostry, haczykowaty przedmiot, który zbliżał się do nich bardzo szybko.

Ciekawe mątwy były niezwykle wręcz ciekawe. Niestety, niezbyt dobrze radziły sobie z kojarzeniem.

Do terenów rybackich Twardziela Jacksona prowadziła daleka droga, jednak wyprawa zwykle się opłacała. Ciekawe mątwy były niewielkie, nieszkodliwe, trudne do znalezienia i uznawane przez koneserów za stworzenia o najpaskudniejszym smaku na świecie. Co sprawiało, że cieszyły się popularnością w pewnej kategorii restauracji, gdzie wytrawni kucharze przygotowywali dania bez absolutnie żadnego śladu mątwy.

Kłopot Twardziela Jacksona polegał na tym, że dzisiaj, w bezksiężycową noc w okresie tarła, kiedy mątwy były wyjątkowo ciekawe praktycznie wszystkiego, zdawało się, że któryś z tych kucharzy przygotował samo morze.

W polu widzenia nie pojawiło się ani jedno zaciekawione oko. Nie było też ryb, a zwykle sporo ich ściągało do światła. Zauważył tylko jedną. Płynęła pod wodą bardzo szybko i w linii prostej.

Odłożył trójząb i przeszedł na drugi koniec łodzi, gdzie jego syn Les także w skupieniu wpatrywał się w oświetloną latarnią powierzchnię morza.

– Całkiem nic, już od pół godziny – stwierdził Twardziel.

– Na pewno jesteśmy we właściwym miejscu, tato?

Twardziel zbadał wzrokiem horyzont. Na niebie dostrzegł słaby blask, wskazujący miasto Al-Khali na klatchiańskim wybrzeżu. Obejrzał się. Po przeciwnej stronie horyzont także się jarzył – tym razem światłami Ankh-Morpork. Łódź kołysała się łagodnie w połowie drogi między nimi.

– Pewno, że we właściwym – oświadczył, ale pewność opuściła dyskretnie jego słowa.

Bo na morzu panowała cisza. Nie wyglądało jak należy. Łódź kołysała się trochę, ale tylko od ich poruszeń, nie od ruchu fal. Uczucie było takie, jakby zaraz miał nadejść sztorm. Lecz gwiazdy mrugały delikatnie, a na niebie nie było nawet chmurki.

Gwiazdy mrugały też na powierzchni wody. A czegoś takiego nie widuje się często.

– Chyba powinniśmy się stąd wynieść – uznał Twardziel.

Les wskazał ręką obwisły żagiel.

– A czego użyjemy zamiast wiatru, tato?

I wtedy właśnie usłyszeli plusk wioseł.

Wytężając wzrok, Twardziel ledwie dostrzegał kształt innej, zmierzającej ku nim łodzi. Złapał za bosak.

– Wiem, że to ty, złodziejski cudzoziemski draniu!

Wiosła znieruchomiały. Ponad wodą jakiś głos zaśpiewał:

– Obyś pochłanian był przez tysiąc demonów, przeklęta osobo!

Obca łódź podpłynęła bliżej. Wyglądała obco, z oczami wymalowanymi na dziobie.

– Wszystkie wyłowiłeś, co? Poczęstuję cię swoim trójzębem, ty dupożerny śmieciu, ot co!

– Mój krzywy miecz dotknie twojej szyi, ty nieczysty synu psa żeńskiej proweniencji!

Les wyjrzał przez burtę. Na powierzchnię wody wypływały małe bańki.

– Tato... – odezwał się.

– Ten tam to Lepki Arif! – rzucił ze złością ojciec. – Przyjrzyj mu się uważnie! Od lat tu przypływa i kradnie nasze mątwy, kłamliwy mały demon!

– Tato, na morzu...

– Bierz się do wioseł, to powybijam mu te jego czarne zęby!

Les słyszał dobiegający z drugiej łodzi głos.

– ...widzisz, synu, jak ten podstępny złodziej ryb...

– Wiosłuj! – wrzasnął jego ojciec.

– Do wioseł! – wrzasnął ktoś w drugiej łodzi.

– A czyje są te mątwy, tato? – zainteresował się Les.

– Nasze!

– Jak to? Zanim je jeszcze złowiliśmy?

– Nie pyskuj, tylko wiosłuj!

– Łódź się nie rusza, tato. Utknęliśmy na czymś.

– Tu jest głębia na sto sążni, chłopcze! Na czym moglibyśmy utknąć?

Les usiłował odczepić wiosło od obiektu, który unosił się z wolna ponad spienioną wodą.

– Wygląda jak... jak kura, tato!

Spod wody rozległ się dźwięk. Brzmiał jak kołyszący się powoli dzwon czy gong.

– Kury nie pływają!

– Ona jest z żelaza, tato!

Twardziel przeszedł na rufę łodzi.

To rzeczywiście była kura. Żelazna kura. Pokrywały ją muszle i wodorosty; ociekała wodą, kiedy wznosiła się coraz wyżej, ku gwiazdom. Stała na grzędzie w kształcie krzyża. Na końcu każdego z czterech ramion krzyża tkwiło coś, co wyglądało jak litera.

Twardziel przysunął latarnię.

– Co jest, do...

A potem uwolnił wiosło i zajął miejsce obok syna.

– Wiosłuj, jakby nas demon gonił, Les!

– Co się dzieje, tato?

– Zamknij się i wiosłuj! Jak najdalej od tego!

– Czy to potwór, tato?

– Gorzej niż potwór, synu! – zawołał Twardziel, gdy wiosła zanurzyły się w wodzie.

Obiekt wyrastał już dość wysoko nad powierzchnią. Stał na czymś w rodzaju wieży...

– Ale co to jest, tato? Co to takiego?

– To jakiś przeklęty kurek na dachu!


Ogólnie rzecz biorąc, nie wystąpiły poważniejsze komplikacje natury geologicznej. Tonięciu kontynentów zwykle towarzyszą wybuchy wulkanów, trzęsienia ziemi i armady małych łódek niosących starszych mężczyzn, którzy nie mogą się doczekać, by wznosić piramidy i mistyczne kamienne kręgi na nowych lądach, gdzie można oczekiwać, że posiadanie prawdziwie starożytnej wiedzy okultystycznej przyciągnie dziewczęta. Ale wynurzenie tego konkretnego lądu wywołało ledwie zmarszczkę w czysto fizycznej płaszczyźnie rzeczywistości. Można uznać, że wkradł się z powrotem – jak kot, który znikł na parę dni i wie, że człowiek się o niego martwił.

Wokół brzegów Okrągłego Morza wielka fala, wysoka już tylko na pięć czy sześć stóp, gdy do nich dotarła, wzbudziła liczne komentarze. A w pewnych bardzo nisko położonych obszarach mokradeł woda zmoczyła parę wiosek, gdzie żyli ludzie, którymi nikt się specjalnie nie przejmował. Jednak w czysto geologicznym sensie nic wielkiego się nie wydarzyło.

W czysto geologicznym sensie...


– To jest miasto, tato! Patrz, widać okna i...

– Mówiłem ci, nie gadaj, tylko wiosłuj!

Strumienie morskiej wody płynęły ulicami. Po obu stronach wynurzały się z piany wielkie, obwieszone wodorostami budynki.

Ojciec i syn z całych sił starali się uniknąć zderzenia z nimi, gdy łódź sunęła naprzód. A że – jak mówi pierwsza lekcja sztuki wiosłowania – robi się to, patrząc w przeciwną stronę, nie zauważyli drugiej łodzi...

 

– Ty idioto!

– Głupku!

– Nie dotykaj tego domu! Ta ziemia należy do Ankh-Morpork!

Obie łodzie kręciły się wokół siebie w chwilowym wirze.

– Obejmuję tę ziemię w posiadanie w imieniu szeryfa Al-Khali!

– My pierwsi ją zobaczyliśmy! Les, powiedz mu, że widzieliśmy ją pierwsi!

– My ją zobaczyliśmy pierwsi, zanim wy ją zobaczyliście pierwsi!

– Les, widziałeś? Chciał mnie uderzyć wiosłem!

– Ale tato, wymachujesz trójzębem...

– Widzisz, jak niegodnie nas atakuje, Akhanie!

Zgrzytnęły oba kile, a łodzie zaczęły się przechylać, osiadając w dennym mule.

– Spójrz, ojcze, jaki ciekawy posąg...

– Postawił stopę na klatchiańskim gruncie! Złodziej mątw!

– Zabieraj swoje brudne sandały z terytorium Ankh-Morpork!

– Och, tato...

Dwaj rybacy przestali na siebie krzyczeć, głównie dlatego, że musieli nabrać tchu. Kraby umykały na boki. Woda spływała między kępami zielska, ryjąc wąwozy w szarym mule.

– Ojcze, popatrz! Przetrwały kolorowe mozaiki na...

– Moje!

– Moje!

Les pochwycił wzrok Akhana. Wymienili krótkie spojrzenia, modulowane jednak sporą ilością informacji. Przekaz rozpoczynał się od czystego, galaktycznych rozmiarów zakłopotania faktem posiadania rodziców i rozwijał tę kwestię dalej.

– Tato, przecież nie musimy... – zaczął Les.

– Zamknij się! Myślę o twojej przyszłości, chłopcze...

– Tak, ale kogo obchodzi, kto zobaczył tę ziemię pierwszy, tato? Obaj jesteście setki mil od domu! Znaczy, kto w ogóle się dowie?

Dwaj poławiacze mątw spoglądali na siebie wrogo.

Nad nimi wyrastały ociekające wodą budynki. W ścianach były dziury, które mogły być drzwiami, i puste otwory, które zapewne kiedyś służyły za okna. Jednak wewnątrz panowała ciemność. Od czasu do czasu Lesowi wydawało się, że coś pełznie w mule.

Twardziel Jackson odchrząknął.

– Chłopak ma rację – wymruczał. – Nie warto się spierać. Tylko nas czterech...

– W samej rzeczy – zgodził się Arif.

Odstąpili ostrożnie, cały czas obserwując się nawzajem. Potem, niemal równocześnie, aż zabrzmiało to jak chór, wrzasnęli:

– Bierz łódź!

Przez kilka chwil trwało zamieszanie, po czym obie pary, każda dźwigając nad głowami swoją łódź, ruszyły biegiem, ślizgając się po zabłoconych ulicach.

Musieli zatrzymać się i zawrócić, przy wtórze okrzyków „Aha! Do tego jeszcze porywacz, co?”, by zabrać właściwych synów.

Jak wie nawet początkujący odkrywca, nagroda przypada nie temu, kto pierwszy postawi stopę na dziewiczym lądzie, ale temu, kto pierwszy dostarczy ową stopę do domu. Jeśli wciąż jest umocowana do nogi, można to uznać za dodatkową premię.


Kurki na dachach w Ankh-Morpork obracały się ze zgrzytem na wietrze. Bardzo niewiele z nich było rzeczywiście reprezentacjami Avis domestica. Przedstawiały smoki, ryby i najrozmaitsze inne zwierzęta. Na dachu budynku Gildii Skrytobójców ze skrzypieniem ustawiła się w nowej pozycji sylwetka jednego z członków w płaszczu i ze sztyletem w gotowości. Na Gildii Żebraków blaszana ręka prosiła wiatr o miedziaka. Na Gildii Rzeźników wąchała powietrze miedziana świnia. Na dachu Gildii Złodziei prawdziwy, choć martwy nielicencjonowany złodziej zakręcił się powoli, co dowodzi, do czego człowiek jest zdolny, jeśli naprawdę spróbuje – a przynajmniej jeśli spróbuje kraść bez licencji.

Kurek na kopule biblioteki Niewidocznego Uniwersytetu się spóźniał. Miało minąć jeszcze pół godziny, nim pokaże zmianę – ale zapach morza już teraz dryfował nad miastem.

Istniała tradycja, że na placu Sator mówcy stawali na pustych skrzynkach i wygłaszali swoje tyrady. „Mówcy” jest zresztą określeniem mocno naciągniętym, by objąć rzucających gromy, wygłaszających kazania, a z rzadka także osobników zajętych tylko sobą i do siebie mamroczących, którzy pojawiali się w tłumie. Tradycyjnie ludzie mówili, co tylko leżało im na sercu, możliwie jak najgłośniej. Patrycjusz, jak głosiła plotka, spoglądał na ten zwyczaj pobłażliwym okiem. To prawda. Ale też bardzo uważnym. Prawdopodobnie wysyłał tam kogoś, kto wszystko notował.

Podobnie jak Straż Miejska.

To nie jest szpiegowanie, powtarzał sobie komendant Vimes. Szpiegowanie polega na skradaniu się i zaglądaniu w okna. Nie jest szpiegowaniem sytuacja, kiedy człowiek musi się trochę cofnąć, żeby nie stracić słuchu.

Nie patrząc, wyciągnął rękę i zapalił zapałkę o sierżanta Detrytusa.

– To żem był ja, sir – oznajmił z wyrzutem troll.

– Przepraszam, sierżancie. – Vimes przypalił sobie cygaro.

– Żaden problem.

Znowu zaczęli słuchać mów.

To ten wiatr, myślał Vimes. Niesie coś nowego...

Zwykle mówcy roztrząsali najróżniejsze tematy, wiele z nich na granicy obłędu albo gdzieś w spokojnych dolinach po drugiej stronie. Teraz jednak zachowywali się jak monomaniacy.

– ...najwyższy czas dać im lekcję! – wrzeszczał najbliższy. – Dlaczego nasi tak zwani rządzący nie słuchają głosu ludu? Ankh-Morpork ma już dość tych zadufanych opryszków! Odbierają nam ryby, odbierają nam handel, a teraz jeszcze kradną naszą ziemię!

Byłoby lepiej, gdyby ludzie wiwatowali, myślał Vimes. Ludzie wiwatowali wszystkim mówcom bez różnicy, żeby ich zachęcić. Ale teraz, stłoczeni wokół, tylko kiwali głowami. Oni naprawdę myślą tak, jak on mówi, stwierdził w duchu.

– Ukradli mój towar! – krzyknął mówca naprzeciwko. – To przeklęte pirackie imperium! Zaatakowali mnie! Na wodach Ankh-Morpork!

Odpowiedzią był ogólny pomruk słusznego oburzenia.

– A co ukradli, panie Jenkins? – odezwał się głos spośród tłumu.

– Ładunek kosztownych jedwabi!

Słuchający syknęli wzburzeni.

– Ach, zatem nie suszone rybie podroby i gnijące mięso? O ile pamiętam, to pańskie zwykłe ładunki.

Jenkins usiłował wypatrzyć mówiącego.

– Cenne jedwabie! – powtórzył. – Ale czy miasto to obchodzi? Nic a nic!

– Skandal! – zabrzmiały okrzyki.

– A czy miasto zostało powiadomione? – pytał głos.

Ludzie zaczęli wyciągać szyje. Po chwili tłum rozstąpił się nieco, odsłaniając postać komendanta Vimesa ze Straży Miejskiej.

– No więc... ja... – zaczął Jenkins. – No... tego...

– Mnie to obchodzi – zapewnił spokojnie Vimes. – Wytropienie ładunku cennych jedwabi cuchnących rybimi flakami nie powinno być zbyt trudne.

Rozległy się śmiechy. Mieszkańcy Ankh-Morpork lubili pewne urozmaicenie w swym ulicznym teatrze.

Vimes mówił pozornie do sierżanta Detrytusa, lecz cały czas patrzył na Jenkinsa.

– Detrytus, pójdziesz z tym oto panem Jenkinsem, dobrze? Jego łódź to „Milka”, o ile pamiętam. Pan Jenkins pokaże ci listy ładunkowe, manifesty, pokwitowania i całą resztę. Potem załatwimy tę sprawę raz-dwa.

Brzdęknęło, gdy potężna dłoń Detrytusa uderzyła o hełm.

– Tajest!

– Ale... no... nie możecie – tłumaczył pospiesznie Jenkins. – Oni... tego... Oni ukradli też wszystkie papiery.

– Doprawdy? Żeby mogli zwrócić towar, gdyby im nie pasował?

– No bo... Zresztą statek wypłynął. Tak. Wypłynął. Wie pan, muszę jakoś odrobić straty.

– Odpłynął? Bez kapitana? – zdziwił się Vimes. – Czyli dowodzi pan Scoplett? Pierwszy oficer?

– Tak, tak...

– A niech to! – Vimes teatralnym gestem pstryknął palcami. – Ten człowiek, którego wsadziliśmy do celi pod zarzutem Hałaśliwej Nietrzeźwości wczoraj w nocy... Będziemy musieli oskarżyć go też o podszywanie się. Znowu papierkowa robota, normalnie nie można nadążyć...

Jenkins usiłował odwrócić wzrok, ale spojrzenie Vimesa ściągało go z powrotem. Chwilowe drżenie wargi sugerowało, że szykuje ripostę, ale miał dość rozumu, by zauważyć, że uśmiech komendanta jest tak wesoły jak ten, który płynie bardzo szybko w stronę tonącego człowieka. I ma u góry płetwę.

Podjął więc rozsądną decyzję i zrezygnował.

– Ja już... no... pójdę uporządkować... Lepiej pójdę i... tego... – tłumaczył, przepychając się przez tłum.

Ludzie czekali jeszcze chwilę, by sprawdzić, czy nie wydarzy się coś ciekawego. Potem, rozczarowani, ruszyli szukać innych rozrywek.

– Mam iść i obejrzeć mu łódź? – spytał Detrytus.

– Nie, sierżancie. Nie będzie tam żadnego jedwabiu ani żadnych papierów. Niczego nie będzie oprócz aromatu rybich flaków.

– O żeż, ci Klatchianie kradną wszystko, czego się nie przybije, co?

Vimes pokręcił głową i ruszył przed siebie.

– W Klatchu nie mają trolli, prawda? – zapytał.

– Nie, sir. To przez upał. Trollowe mózgi w upale nie działają. – Dłonie Detrytusa postukiwały cicho, kiedy ciągnął je po bruku. – Gdybym żem pojechał do Klatchu, tobym był naprawdę gupi.

– Detrytus...

– Tajest.

– Nigdy nie wybieraj się do Klatchu.

– Tajest!

Kolejny mówca ściągnął więcej słuchających. Stał przed wielkim transparentem głoszącym: BRUDNE CUDOZIMSKIE ŁAPSKA PRECZ OD LESHPU.

– Leshp – rzekł Detrytus. – To jest taka nazwa, co się nie wgryzie.

– To wyspa, która w zeszłym tygodniu wynurzyła się z morza – wyjaśnił przygnębiony Vimes.

Słuchali, jak mówca oznajmia, że Ankh-Morpork ma obowiązek chronić swych mieszkańców i obywateli na nowej ziemi.

– Jak to jest, że mają tam mieszkańców, i jeszcze obywateli, jak ona dopiero co się wynurzyła spod wody? – zdziwił się Detrytus.

– Dobre pytanie.

– Wstrzymywali oddech czy co?

– Wątpię.

W powietrzu unosi się coś więcej niż tylko słony zapach morza, myślał Vimes. Krążyły też inne prądy. Wyczuwał je. Nagle głównym problemem okazał się Klatch.

Już od prawie stu lat między Ankh-Morpork i Klatchem panował pokój – a przynajmniej stan niewojny. W końcu były to sąsiednie państwa.

Sąsiedzi... ha! Ale co to oznacza? Straż mogłaby opowiedzieć to i owo o sąsiadach. Tak samo jak prawnicy, zwłaszcza ci naprawdę bogaci, dla których słowo „sąsiad” znaczyło kogoś, kto będzie się przez dwadzieścia lat procesował o pasek ogrodu szerokości dwóch cali. Ludzie żyją obok siebie całe lata, codziennie w drodze do pracy przyjaźnie kiwają sobie głowami, a potem zdarza się jakiś drobiazg i ktoś musi wyciągać sobie z ucha widły.

A teraz jakaś przeklęta skała wynurzyła się z morza i wszyscy zachowują się tak, jakby Klatch pozwolił swoim psom szczekać przez całą noc.

– Aagragaah – powiedział smętnie Detrytus.

– Nie przejmuj się mną, tylko nie pluj mi na buty – odparł Vimes.

– Znaczy... – Detrytus machnął wielką dłonią. – Takie... rzeczy, co one źle pachną... – Urwał, myśląc intensywnie. – Aagragaah. Znaczy, tak jakby, taki czas, jak się widzi te takie kamyki i się zwyczajnie wie, że zaraz spadnie wielka lawina i już za późno, coby uciekać. Taka chwila to aagragaah.

Vimes poruszył wargami.

– Złe przeczucia?

– Trafiony.

– A skąd się wzięło to słowo?

Detrytus wzruszył ramionami.

– Może się nazywają od głosu, co się go wydaje, kiedy kogoś trafi tysiąc ton skały.

– Złe przeczucia... – Vimes potarł podbródek. – Tak... Mnie ich też nie brakuje.

Lawiny, myślał. Śnieżne płatki opadają, lekkie jak piórka, i nagle całe zbocze góry się rusza...

Detrytus zerknął na niego chytrze.

– Wiem, co wszyscy mówią – oświadczył. – Weź trzonek noża, to będzie tępy jak Detrytus. Ale ja tam wiem, skąd wiatr wieje.

Vimes z nowym szacunkiem popatrzył na sierżanta.

– Zauważyłeś?

Troll z przebiegłą miną stuknął palcem w hełm.

– To całkiem proste. Widzi pan, komendancie, na dachach wszystkie te małe kuraki, smoki i różne? I tego biedaka na Gildii Złodziejów? Wystarczy na nie popatrzyć. One wiedzą. Nie mam pojęcia, jak to robią, że zawsze pokazują w dobrą stronę.

Vimes uspokoił się nieco. Inteligencja Detrytusa wcale nie była taka niska – jak na trolla. Mieścił się gdzieś pomiędzy głowonogiem a linoskoczkiem. Można jednak mieć pewność, że nie pozwoli, by mu to w czymkolwiek przeszkodziło.

Detrytus mrugnął porozumiewawczo.

– I to mi wygląda jak ten czas, kiedy się idzie i znajduje taką wielką, solidną maczugę, a potem słucha taty, co opowiada, jak to kiedyś pobił krasnoludy, jak jeszcze był mały – powiedział. – Coś krąży w powietrzu, nie?

 

– Eee... tak – przyznał Vimes.

Coś zatrzepotało mu nad głową. Westchnął ciężko. Przybywała wiadomość.

Gołębiem.

Próbowali wszystkiego innego. Smoki bagienne miały skłonność do wybuchania w powietrzu, chochliki zjadały wiadomości, a semaforowe hełmy nie okazały się skuteczne, zwłaszcza przy silnym wietrze. Wtedy kapral Tyłeczek zauważyła, że gołębie w Ankh-Morpork – z powodu wielu stuleci tępienia przez miejską populację gargulców – są znacznie bardziej inteligentne od większości gołębi. Co prawda, zdaniem Vimesa, nie była to wielka sztuka, ponieważ istnieją rzeczy wyrastające na starym wilgotnym chlebie, które są bardziej inteligentne od większości gołębi.

Wyjął z kieszeni garść ziarna. Gołąb, posłuszny starannej tresurze, usiadł mu na ramieniu. Posłuszny wewnętrznym naciskom, wypróżnił się.

– Wiesz co? Musimy znaleźć coś lepszego – oświadczył Vimes, rozwijając karteczkę. – Za każdym razem, kiedy wysyłamy wiadomość do funkcjonariusza Rzygacza, on ją zjada.

– No, przecie jest gargulcem – przypomniał Detrytus. – Myśli, że przyleciał obiad.

– Och – mruknął Vimes. – Jego lordowska mość oczekuje mojego przybycia. Jak miło.


Lord Vetinari słuchał w skupieniu, ponieważ przekonał się, że pilne słuchanie zwykle zbija ludzi z tropu. A na spotkaniach takich jak dzisiejsze, kiedy gromadzili się przywódcy społeczności miasta, wsłuchiwał się w tym większym skupieniu. Gdyż to, co ludzie mówili, było tym, co chcieli, by usłyszał. Zwracał więc baczną uwagę na przerwy, chwile ciszy poza słowami. Tam kryło się to, o czym – mieli nadzieję – nic nie wie i woleliby, żeby tego nie odkrył.

W tej chwili zwracał uwagę na kwestie, których lord Downey z Gildii Skrytobójców jakoś nie poruszał w swej długiej opowieści o wysokim poziomie szkolenia w gildii i jej wartości dla miasta. W końcu zamilkł, uciszony agresywną koncentracją Patrycjusza.

– Dziękuję, lordzie Downey – powiedział Vetinari. – Jestem przekonany, że wiedząc to wszystko, będziemy spać o wiele mniej spokojnie. Jest tylko jeden drobiazg. O ile pamiętam, skrytobójcy nazywali się kiedyś asasynami, a słowo to pochodzi z klatchiańskiego?

– No... w samej rzeczy.

– Mam też wrażenie, że wielu waszych studentów pochodzi, jak się okazuje, z Klatchu i krain z nim sąsiadujących?

– Niedościgniony poziom naszej edukacji...

– Oczywiście. Zatem mówi mi pan, jeśli dobrze się zastanowić, że ich asasyni zajmują się tym dłużej, znają dobrze nasze miasto, a także dzięki wam udoskonalili swój tradycyjny kunszt?

– Eee...

Patrycjusz zwrócił się do pana Burleigha.

– Z pewnością jednak dysponujemy przewagą uzbrojenia, panie Burleigh?

– Ależ tak. Można mówić co się chce o krasnoludach, ale i my produkujemy ostatnio znakomity sprzęt – zapewnił przewodniczący Gildii Zbrojmistrzów.

– No tak. Przynajmniej to daje pewną pociechę.

– Tak – zgodził się Burleigh. Minę miał smętną. – Jednakże w produkcji broni ważny jest pewien fakt... dość istotny fakt...

– Jak sądzę, chce nam pan powiedzieć, że istotny fakt w interesie z produkcją broni to ten, że jest to interes.

Burleigh wyglądał, jakby zerwał się z haka tylko po to, by nadziać się na większy.

– No... tak.

– Że, ściśle mówiąc, broń jest na sprzedaż.

– No... właśnie.

– Dla każdego, kto zechce ją kupić.

– No... tak.

– Niezależnie od celów, dla jakich zechce jej użyć?

Producent sprzętu bojowego zrobił urażoną minę.

– Słucham? Oczywiście. Przecież to jest broń.

– I podejrzewam, że w ostatnich latach bardzo lukratywnym rynkiem był Klatch?

– W zasadzie... Szeryf potrzebuje jej do pacyfikacji odległych regionów...

Patrycjusz wyciągnął rękę. Drumknott, sekretarz, wręczył mu kartkę papieru.

– Wielki Wyrównywacz, samojezdna dziesięciorzędowa 500-funtowa kusza – przeczytał. – I jeszcze, niech znajdę... Meteor, automatyczny miotacz gwiazdek do rzutów, dekapituje na dwadzieścia kroków, zwrot pieniędzy w przypadku niepełnej dekapitacji.

– Słyszałeś kiedy o D’regach, panie? – zapytał Burleigh. – Mówią, że jedyna metoda pacyfikacji któregoś z nich to walić go po wielekroć toporem, a to, co zostanie, zakopać pod kamieniem. I nawet wtedy lepiej wybrać ciężki kamień.

Patrycjusz sprawiał wrażenie, że przygląda się rysunkowi Derwisza MK III, bolas z drutu kolczastego. Zapadła bolesna cisza. Burleigh spróbował ją wypełnić, co zawsze jest poważnym błędem.

– Poza tym tworzymy tak potrzebne w Ankh-Morpork miejsca pracy – wymamrotał.

– Eksportując broń do innych krajów – dokończył Vetinari.

Oddał sekretarzowi papier i przeszył Burleigha przyjaznym uśmiechem.

– Bardzo się cieszę, że ta gałąź przemysłu tak znakomicie sobie radzi – zapewnił. – Będę o tym szczególnie dobrze pamiętał.

Złożył dłonie.

– Sytuacja jest ciężka, panowie – rzekł.

– Czyja? – spytał Burleigh.

– Słucham?

– Co? Och, przepraszam, panie. Myślałem o czymś innym.

– Chodziło mi o to, że pewna liczba naszych obywateli popłynęła na tę nieszczęsną wyspę. Podobnie, o ile mi wiadomo, jak pewna liczba Klatchian.

– Ale dlaczego nasi ludzie tam wyruszają? – wtrącił pan Boggis z Gildii Złodziei.

– Ponieważ demonstrują tym mocnego ducha pionierów, a także szukają bogactw i... dodatkowych bogactw na nowych terytoriach.

– A co mają z tego Klatchianie? – spytał Downey.

– Och, oni tam docierają, ponieważ są bandą pozbawionych zasad oportunistów, zawsze gotowych ukraść coś bez ryzyka – wyjaśnił Vetinari.

– Mistrzowskie podsumowanie, jeśli wolno zauważyć – pochwalił Burleigh, uznając, że powinien poprawić swoją pozycję.

Patrycjusz znów zajrzał do notatek.

– Och, najmocniej panów przepraszam – powiedział. – Zdaje się, że odczytałem te zdania w odwrotnym porządku... Panie Slant, chyba ma pan coś do powiedzenia w tej kwestii?

Przewodniczący Gildii Prawników odchrząknął. Dźwięk przypominał śmiertelny kaszel i formalnie biorąc nim był, gdyż pan Slant od kilkuset lat był zombi. Co prawda zapisy historyczne stwierdzały, że jedyna różnica, jaka pojawiła się od chwili śmierci, polegała na tym, że zaczął pracować też w czasie przerwy śniadaniowej.

– Istotnie – zgodził się i otworzył gruby tom. – Historia miasta Leshp i otaczających go ziem jest nieco mglista. Wiadomo jednak, że znajdowało się nad powierzchnią morza prawie tysiąc lat temu. Zapisy sugerują, że uznawane było za część imperium ankhmorporskiego...

– Jaka jest natura owych zapisów i czy wyjaśniają, kto zajmował się tym uznawaniem? – spytał Patrycjusz. Drzwi otworzyły się i wszedł Vimes. – Ach, to pan, komendancie. Proszę usiąść. Niech pan kontynuuje, panie Slant.

Zombi nie lubił, kiedy mu przerywano. Odchrząknął ponownie.

– Zapisy dotyczące zaginionej krainy pochodzą sprzed kilkuset lat, panie. I oczywiście są to nasze zapisy.

– Tylko nasze?

– Nie bardzo widzę, jakie jeszcze mogłyby mieć zastosowanie – odparł surowo pan Slant.

– Klatchiańskie, na przykład? – wtrącił Vimes siedzący po przeciwnej stronie stołu.

– Sir Samuelu, język klatchiański nie ma nawet słowa oznaczającego prawnika.

– Naprawdę? To szczęściarze.

– Uważamy – oznajmił Slant, odwracając nieco krzesło tak, by nie musiał patrzyć na Vimesa – że nowa ziemia należy do nas prawem Wspaniałego Królestwa, prawem Eksterytorialności, a co najważniejsze, Acquiris Quodcumque Rapis. Jak mnie poinformowano, tym razem to jeden z naszych rybaków pierwszy postawił na niej stopę.

– Słyszałem, że według Klatchian był to jeden z ich rybaków – zauważył Vetinari.

Przy końcu stołu Vimes bezgłośnie poruszał wargami. Zaraz, jak to będzie... Acquiris...

– „Dostajesz, co złapiesz”? – powiedział na głos.

– Nie uwierzymy im chyba na słowo – rzekł Slant, ostentacyjnie ignorując komendanta. – Proszę wybaczyć, panie, ale nie uwierzę, by dumne Ankh-Morpork słuchało poleceń bandy złodziei w ręcznikach na głowach.

– Nie, na honor! Najwyższy czas, żeby dać lekcję Rysiowi Klatchysiowi – odezwał się lord Selachii. – Pamiętacie tę zeszłoroczną historię z kapustą? Nie przyjęli ładunku z dziesięciu statków!

– A przecież wszyscy wiedzą, że robaki poprawiają smak – dokończył Vimes, jakby do siebie.

Patrycjusz rzucił mu uważne spojrzenie.

– Otóż to – zgodził się Selachii. – Dobre, uczciwe białko. A pamiętacie, jakie kłopoty miał kapitan Jenkins z transportem baraniny? Chcieli go zamknąć! W klatchiańskim więzieniu!

– To chyba niemożliwe! Mięso jest przecież najlepsze, kiedy zielenieje – rzekł Vimes.

– Zresztą smakowałoby tak samo pod tym całym curry – wtrącił Burleigh. – Byłem kiedyś na bankiecie w ich ambasadzie i wiecie, co mi kazali jeść? Owcze...

– Bardzo przepraszam, panowie. – Komendant wstał. – Muszę pilnie załatwić pewne sprawy.

Skinął głową Patrycjuszowi i szybko wyszedł. Zamknął za sobą drzwi i nabrał do płuc świeżego powietrza, choć w tej chwili z radością odetchnąłby głęboko nawet w garbarni.

Kapral Tyłeczek wstała i spojrzała na niego pytająco. Obok niej leżała gruchająca łagodnie skrzynka.

– Coś się dzieje. Biegnij... to znaczy poślij gołębia do Yardu – polecił Vimes.

– Tak?

– Od tej chwili odwołuję wszystkie przepustki, a wszystkich funkcjonariuszy, ale naprawdę wszystkich, chcę widzieć w Yardzie o... powiedzmy, o szóstej.

– Tak jest. Potrzebny będzie drugi gołąb, chyba że napiszę bardzo małymi literami.

Tyłeczek odeszła.

Vimes wyjrzał przez okno. Przed pałacem zawsze krążyli ludzie, ale dzisiaj był tam... właściwie nie tłum, raczej tylko więcej ludzi, niż się zwykle widziało. Kręcili się. Jakby na coś czekali.

Klatch!

Wszyscy wiedzą.

Poczciwy Detrytus miał rację. Człowiek niemal słyszał, jak spadają kamyki. To nie paru rybaków się pokłóciło, tu chodzi o całe wieki... czego? Coś jakby dwóch potężnych mężczyzn próbowało się zmieścić w małym pomieszczeniu; starają się być uprzejmi, aż pewnego dnia jeden z nich musi się przeciągnąć, a wkrótce potem obaj rozwalają meble.