Spryciarz z LondynuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Henry’emu Mayhew za jego książkę

i

Lyn za wszystko inne


ROZDZIAŁ PIERWSZY

W którym spotykamy naszego bohatera, bohater ów zaś spotyka ofiarę burzy i staje twarzą w twarz z panem Karolem, dżentelmenem znanym tu i ówdzie jako pisarzyna

Deszcz okrywał Londyn niczym mgławica tańczących kropel, z których każda walczyła ze swymi towarzyszkami o dominację w powietrzu. Był to istny potop. Rynsztoki i kanały dławiły się, rzygając raz po raz mieszaniną błota, mułu i wszelkiego paskudztwa, a także martwymi psami, szczurami, kotami i nie tylko. Wydawało się, że wypluwają na świat wszystko to, czego ludzie, jak sądzili, pozbyli się raz na zawsze. Odpadki wszelkiej maści płynęły wartkimi, bulgocącymi potokami ku nader wysokim i jak zawsze gościnnym wodom Tamizy, której nurt szarpał brzegi i kotłował się niczym nieokreślona zupa w przerażającym kotle, łapiąc powietrze jak zdychająca ryba. Lecz ci, co znają się na rzeczy, zawsze twierdzili, że londyński deszcz, choćby się starał ze wszystkich sił, nigdy, przenigdy nie oczyści tego hałaśliwego miasta, co najwyżej odsłoni kolejne pokłady brudu. I trudno się dziwić, że tak brudną nocą zdarzają się stosownie brudne uczynki, których także nie zmyje żaden deszcz.

Para koni ciągnęła wytworny powóz środkiem zalanej ulicy przy wtórze przeraźliwego wrzasku kawałka metalu, który uwiązł gdzieś przy osi. Nagle jednak rozległ się inny wrzask – tym razem ludzki. Oto bowiem otworzyły się gwałtownie drzwi powozu i w przepełniony rynsztok udający fontannę spadła jakaś postać. Dwie inne wyskoczyły w ślad za nią, klnąc językiem tak barwnym, jak czarna była ta noc, a może nawet brudniejszym. W strugach deszczu i ciemności przerywanej raz po raz błyskawicami pierwsza z postaci próbowała uciec, ale potknęła się, a napastnicy natychmiast się na nią rzucili. Nie tylko odgłosy burzy zagłuszyły jej krzyk, ale i zgrzyt metalu, który niepojętym zbiegiem okoliczności rozległ się w tym samym momencie. Klapa studzienki kanalizacyjnej uniosła się, a młody, wychudzony mężczyzna, który ją pchnął, wyskoczył z tunelu zwinnie jak wąż.

– Zostawcie dziewczynę w spokoju! – wykrzyknął.

Z mroku dobiegło przekleństwo, gdy jeden z napastników nagle runął na ziemię podcięty mocnym kopniakiem. Młodzik nie należał może do wagi ciężkiej, za to wszędzie było go pełno. Rozdawał błyskawiczne ciosy, tym boleśniejsze, że utwardzone przez mosiężne kastety, rekwizyty wręcz zbawienne w walce z wieloma przeciwnikami. Ci zaś, dwukrotnie liczniejsi, czym prędzej wzięli nogi za pas pod gradem uderzeń. A był to przecież Londyn, środek ulewy i środek nocy, toteż wbiegłszy w labirynt bocznych uliczek, rozpaczliwie gnając za odjeżdżającym powozem, wkrótce umknęli pogoni. Tajemniczy bywalec kanałów zawrócił więc i rączo jak chart popędził ku pobitej dziewczynie.

Przyklęknął przy niej, a wtedy, ku jego zdumieniu, pochwyciła go za kołnierz i wyszeptała po angielsku, lecz z obcym akcentem:

– Znowu chcą mnie zabrać. Proszę, pomóż mi…

Chłopak zerwał się na równe nogi, rozglądając się podejrzliwie.

Osobliwym zbiegiem okoliczności w ciemnościach nocy, podczas burzy nad burzami, szli – a może raczej brodzili – tą ulicą dwaj dżentelmeni posiadający pewną wiedzę o brudnej stronie Londynu. Obaj spieszyli do domu w kapeluszach mocno wbitych na głowy, co być może byłoby nawet niezłym pomysłem, gdyby nie to, że w zawierusze strugi wody biły w nich równie mocno z góry, jak i z dołu. Gdy błyskawica znów rozświetliła niebo, jeden z nich rzekł:

– Czy mi się zdaje, czy ktoś leży tam w rynsztoku?

Możliwe, że swą troską zrobił wrażenie nawet na samej burzy, bo w tej chwili blask kolejnego pioruna wydobył z mroku niepozorny pagórek: niewątpliwie drobne ciało.

– Wielkie nieba, Karolu, to dziewczyna! Przemoknięta do suchej nitki i porzucona w rynsztoku, jak mniemam – powiedział jeden z dżentelmenów. – Chodź…

– Ejże, mój panie, czego tu szukasz?!

W wątłej poświacie okien pubu, w której trudno było wypatrzyć nawet ciemność, wspomniany Karol i jego przyjaciel ujrzeli twarz chłopaka może siedemnastoletniego, za to obdarzonego męskim głosem. A może po prostu młodego mężczyzny gotowego stawić im czoło i walczyć na śmierć i życie. Emanował wręcz gniewem, gdy tak stał w strugach deszczu, ściskając w dłoni długi kawał metalu.

– Już ja znam takich jak wy, o tak! Zjawiacie się tu w pogoni za spódniczkami. Za nic macie los porządnych dziewcząt. Do licha! Desperaci z was, skoro wyruszacie na łów w taką noc!

Ten, który nazwał swego towarzysza Karolem, wyprostował się na te słowa.

– Nie tak prędko, młodzieńcze. Z całą mocą sprzeciwiam się tym niecnym oskarżeniom. Jesteśmy poważanymi dżentelmenami, którzy, pozwolę sobie dodać, całkiem ciężko pracują nad tym, by poprawić los takich właśnie nieszczęsnych dziewcząt oraz, jeśli się nie mylę, osobników takich jak ty!

Chłopak ryknął tak dziko, że aż otworzyły się drzwi pubu i potoki deszczu rozjaśnił snop przydymionego, pomarańczowego światła.

– Ach, więc tak to nazywacie, niegodziwcy!

Zamachnął się zaimprowizowaną bronią, lecz mężczyzna nazwany Karolem złapał ją zręcznie i cisnął na ziemię, po czym pochwycił chłopaka za kołnierz.

– Pan Mayhew i ja jesteśmy uczciwymi obywatelami, młodzieńcze, dlatego czujemy się zobowiązani zabrać tę młodą damę w bezpieczne miejsce. Do ciebie będzie najbliżej, Henryku – dorzucił przez ramię. – Sądzisz, że twoja żona zechce udzielić schronienia na jedną noc tej zbłąkanej duszy? W taką pogodę i psa żal wypuścić na ulicę.

Henryk, który już przyklęknął przy dziewczynie, skinął głową.

– Nie masz aby na myśli dwóch psów? – spytał.

Bojowy chłopak poczuł się urażony. Wężowym ruchem wyrwał się z uścisku i znowu gotów był do bitki.

– Nie jestem psem, wy eleganciki! Ani ja, ani ta dziewczyna. Mamy swoją dumę. I radzę sobie sam, bez niczyjej łaski!

Karol ponownie złapał go za kołnierz i uniósł nieco, by mogli spojrzeć sobie w oczy.

– Podziwiam twoją postawę, młodzieńcze, ale nie twój zdrowy rozsądek – powiedział cicho. – Zauważ, w jakim stanie jest ta panienka. Widzisz? Mój przyjaciel mieszka niedaleko stąd, a skoro mianowałeś się obrońcą tej młodej damy, chodź z nami i przekonaj się, że zapewnimy jej najlepszą opiekę, na jaką nas stać. Jak masz na imię? Zanim odpowiesz, zachęcam cię jeszcze, byś uwierzył, że w tę ponurą noc nie jesteś jedynym, któremu nieobojętny jest los skrzywdzonych. Zatem, mój chłopcze, jak ci na imię?

Jego ton najwyraźniej dotarł nareszcie do młodzika, ten bowiem odparł po chwili:

– Jestem Dodger1. Tak mnie nazywają, bo jestem nieuchwytny, jeśli rozumie pan, co mam na myśli. I wszyscy w okolicznych gminach znają Dodgera.

– W takim razie – rzekł Karol – skoro już się znamy i gotów jesteś dołączyć do zacnej kompanii, przekonajmy się, czy zdołamy doprowadzić tę małą odyseję do końca w pełnym zrozumieniu. Ruszajmy, Henryku – dodał, prostując się. – Musimy jak najszybciej dotrzeć do twego domu. Obawiam się, że ta nieszczęsna dziewczyna potrzebuje wszelkiej możliwej pomocy. Czy ty, młody człowieku, znasz ją może?

Chłopak, uwolniony z uścisku, cofnął się o kilka kroków.

– Nie, proszę pana. W życiu jej nie widziałem, klnę się na Boga, a przecież znam wszystkich na tych ulicach. Pewnie to kolejna uciekinierka. To się zdarza cały czas, już nawet o takich nie myślę.

– Mam więc wierzyć, panie Dodger, żeś się rzucił na pomoc tej młodej damie niczym Galahad, nawet jej nie znając?

Dodger spojrzał na niego nieufnie.

– Może tak, a może nie, nic panu do tego. I kim, u diabła, jest ten cały Galahad?

Dwaj dżentelmeni uczynili z ramion kołyskę, a gdy unieśli w niej dziewczynę i ruszyli w stronę domu, Karol powiedział:

– Nie masz pan pojęcia, o kim przed chwilą mówiłem, nieprawdaż, panie Dodger? Otóż Galahad to słynny bohater… Zresztą nieważne. Po prostu chodź z nami, rycerzu w przemokniętej zbroi, a przekonasz się, że honorowo potraktujemy tę damę. Dostaniesz też porządny posiłek oraz – w ciemności rozległ się brzęk monet – jakieś dwa szylingi, nie wspominając o tym, że możesz zwiększyć swoje szanse na zbawienie. Choć to, jak mniemam, raczej cię zbytnio nie obchodzi. Ale rozumiesz, do czego zmierzam? Doskonale.

Dwadzieścia minut później Dodger siedział już przy kuchennym palenisku. Dom nie był może pałacem, ale prezentował się lepiej niż większość budynków, do których zdarzyło mu się wejść legalnie, choć nie tak dobrze, jak te odwiedzane nielegalnie. W tych drugich nigdy zbyt długo nie bawił i zazwyczaj ulatniał się z nich w wielkim pośpiechu. Zaiste, skandalem było to, jak wiele psów hodowano w tych czasach i jak bezlitośnie napuszczano je na intruzów, skłaniając ich do jak najkrótszych wizyt. Za to tutaj… Tak, tu nie brakowało mięsa, ziemniaków i marchewki; niestety nie podano piwa, a jedynie szklankę ciepłego, prawie świeżego mleka. Kucharka, pani Quickly, obserwowała go jak jastrząb, zabezpieczywszy rzecz jasna sztućce, ale poza tym miejsce wydawało się całkiem przyjazne. Nie obyło się też bez paru wypowiedzianych z emfazą słów, które małżonka skierowała do Henryka, by uświadomić mu, co sądzi o sprowadzaniu do domu włóczęgów w samym środku nocy. Dodger, który przysłuchiwał się temu z największą uwagą, odniósł wrażenie, że to nie pierwszy raz i że pani domu zachowuje się jak ktoś, kto ma serdecznie dość i ze wszystkich sił stara się nie dać tego po sobie poznać. Niemniej jednak jadł swój posiłek (i to było najważniejsze), żona i pokojówka zniknęły gdzieś z dziewczyną, a teraz… teraz ktoś szedł schodami wprost do kuchni.

 

Był to Karol. Ten Karol, który niepokoił Dodgera. Henryk, jak się zdawało, był jednym z tych dobrych ludzi, których poczucie winy nęka tylko dlatego, że oni mają pod dostatkiem pieniędzy i jedzenia, a inni nie. Dodger znał ten typ. Sam nigdy nie doświadczył wyrzutów sumienia z powodu posiadania pieniędzy. Wiódł życie, w którym najlepszą polisą ubezpieczeniową była szczodrość w krótkich chwilach dostatku. Potrzebował przyjaciół – a przyjaciele to ci, którzy odpowiadają: „Dodger? Pierwszy raz słyszę. W życiu nie widziałem, proszę pana. Pewnie szuka pan kogoś innego!” – by egzystować w tym mieście. Musiał też być czujny i ostrożny o każdej porze dnia i nocy, jeśli chciał przeżyć.

Żył więc tylko dlatego, że był Dodgerem, osobnikiem bystrym i szybkim. Znał wszystkich i wszyscy znali jego. Nigdy, przenigdy nie stanął przed sądem, potrafił prześcignąć najszybszych biegaczy z Bow Street, a teraz, gdy ich czas się skończył, także każdego peelersa2. Aresztować mógł go tylko ten, kto zdołałby go dopaść, a to jeszcze nikomu się nie udało.

Henryk nie stanowił problemu, za to Karol – o tak, Karol! – wyglądał na takiego, co to potrafi w jednej chwili przejrzeć człowieka na wskroś. Mógł też, zdaniem Dodgera, być niebezpieczny. Znał życie i trudno było zasłonić przed nim swoje myśli flanelą miękkich słów. I oto pojawił się na schodach; schodził przy wtórze brzęczenia monet.

Skinął głową w stronę zajętej sprzątaniem kucharki i przysiadł na ławie obok Dodgera, który musiał się nieco przesunąć, by zrobić dlań miejsce.

– Dodger, o ile pamiętam? – zagaił. – Z pewnością uraduje cię wieść, że młoda dama, której pomogliśmy, jest bezpieczna i właśnie zasypia w ciepłym łóżku po tym, jak lekarz zbadał ją i założył kilka szwów. Niestety, nie mogę powiedzieć tego samego o jej nienarodzonym dziecku. Nie przeżyło tej fatalnej przygody.

Dziecko! To słowo było dla Dodgera jak cios pałką, tyle że szok trwał dłużej. Dziecko. Rozmowa się ciągnęła, a on wciąż myślał tylko o nim.

– Nie wiedziałem – powiedział.

– To oczywiste – rzekł Karol. – W mroku wyglądało to jak jeszcze jedna zbrodnia wśród wielu, które niewątpliwie popełniono tej nocy. Obaj o tym wiemy. Ta jednak miała czelność zdarzyć się na moich oczach, dlatego też czuję się zobowiązany wykonać odrobinę policyjnej roboty, naturalnie nie angażując w to policji, która w tej sprawie zapewne nie zdziałałaby wiele.

Wyrazu jego twarzy nie potrafił odczytać nawet Dodger, który znał się na tym wyśmienicie.

– Zastanawiam się – ciągnął z powagą Karol – czy owi panowie, który gnębili dziewczynę, wiedzieli, że jest brzemienna. Być może nigdy się tego nie dowiemy… a może jednak? – To „może” było jak nóż tnący nieugięcie w stronę światła. Mimo to twarz Karola wciąż nie zdradzała żadnych emocji. – Ciekawe też, czy jakiś inny dżentelmen wiedział o jej stanie. I dlatego, mój panie, prócz obiecanych dwóch szylingów dam ci jeszcze jednego, jeśli zechcesz odpowiedzieć na kilka pytań. Mam bowiem nadzieję, że uda się nam dotrzeć do samego dna tej osobliwej historii.

Dodger spojrzał na monety.

– Niby jakich pytań? – spytał, gdyż na co dzień żył w świecie, w którym zadawano tylko te najprostsze: „Ile?” albo „Co będę z tego miał?”. Był pewny, że Karol o tym wie.

– Potrafisz pan czytać i pisać, panie Dodger? – dociekał Karol.

Chłopak spojrzał na niego z ukosa.

– To za tę odpowiedź mam dostać szylinga?

– Nie – odparł szorstko Karol. – Za ten okruch wiadomości mogę ci dać farthinga i nic ponadto. Oto on. A odpowiedź?

Dodger pochwycił maleńką monetę.

– Umiem przeczytać „piwo”, „gin” i „ale”. Zawsze powtarzam: Po co zaśmiecać sobie głowę niepotrzebnymi bzdurami? – Czyżby cień uśmiechu pojawił się na twarzy mężczyzny? Dodger nie był pewny.

– Uczony z ciebie jegomość, Dodger. Może więc zainteresuje cię wiadomość, że nie najlepiej potraktowano tę młodą damę.

Karol już się nie uśmiechał, Dodger zaś wykrzyknął nagle w panice:

– To nie ja! Nigdym nic nie uczynił przeciw niej, klnę się na Boga! Może nie jestem aniołem, ale złym człowiekiem też nie!

Spróbował wstać, ale Karol pochwycił go mocno.

– „Nigdym nic nie uczynił”? Skoro „nigdy nic”, panie Dodger, to w takim razie „kiedyś coś”. Oto i wyznanie win. Nie wątpię, żeś nigdy nie był w szkołach… na to jesteś stanowczo zbyt sprytny. Ale gdybyś kiedyś tam zawitał, z pewnością nauczyciel złoiłby ci skórę za to „nigdym nic”. Posłuchaj jednak, co mam do powiedzenia. Mam bardzo ważny powód, by wierzyć, że naprawdę nie skrzywdziłeś tej dziewczyny. Może o tym nie wiesz, ale na jej palcu znajduje się jeden z największych i najpiękniej zdobionych złotych pierścieni, jakie w życiu widziałem. Taki, który z pewnością coś oznacza. Gdybyś źle jej życzył, zwinąłbyś go w okamgnieniu, jak to uczyniłeś z moim portfelem.

Dodger spojrzał mu w oczy. O nie – pomyślał – bez dwóch zdań, lepiej nie mieć w nim wroga.

– Ja, proszę pana? Nic podobnego – rzekł. – On sobie leżał, proszę pana. A ja całkiem uczciwie zamierzałem go zwrócić.

– Zapewniam, że wierzę bezgranicznie w każde twoje słowo, Dodger. Muszę jednak dodać, że pełen jestem podziwu, bo nie tylko dostrzegłeś w ciemności mój portfel, ale także rozpoznałeś w nim moją własność. Doprawdy zdumiewające – odparował Karol. – A teraz ustalmy fakty. Twierdząc, że nigdy nic nie uczyniłeś, wyraziłeś swoje zdanie w skrajnie negatywnym tonie, po prostacku, ale z emfazą. Rozumiesz? Pan Mayhew i ja zdajemy sobie sprawę z tego, jak nieznośne jest życie większości mieszkańców tego miasta, i rozmaitymi sposobami staramy się uświadamiać to społeczeństwu, a przynajmniej tym jego członkom, których to choć trochę obchodzi. Wydaje się, że ciebie, Dodger, obchodzi los tej młodej damy, zatem może mógłbyś popytać tu i tam albo przynajmniej nadstawić uszu i dowiedzieć się o niej co nieco: skąd przybyła, co przeżyła, cokolwiek. Została ciężko pobita… nie mówię tu o klapsach i domowej przepychance, lecz o skórze i pięściach. O pięściach! I to wiele razy, sądząc po stanie siniaków, a to, mój młody przyjacielu, jeszcze nie wszystko! Niektórzy – choć z pewnością nie ty – powiedzieliby niewątpliwie, że powinniśmy zawiadomić władze. A powiedzieliby tak dlatego, że nie mają pojęcia o prawdziwym życiu klas niższych w Londynie. Nawet im się nie śniła ta nędza, ten wyzysk i upadek. Tak? – rzucił pytająco, widząc uniesiony palec Dodgera.

– Zgoda, na niektórych ulicach bywa niewesoło – rzekł ten natychmiast. – Parę martwych psów, od czasu do czasu martwa starsza pani, ale… Cóż, chyba tak to jest na tym świecie, co nie? Jak stoi w Dobrej Księdze, każdy musi przełknąć trochę brudu, zanim skończy w piachu, prawda?

– Ale nie wszystek za jednym zamachem – odparł Karol. – Skoro jednak już o tym mowa, Dodger, za te swoje dwa szylingi i jeden dodatkowy zacytuj mi, proszę, jeszcze jakiś wers z Biblii.

Widać było, że stanowi to dla młodzieńca pewien problem. Przez chwilę spoglądał na Karola spode łba, zanim rzekł:

– Cóż, mój panie, udawszy się, musisz… tak, właśnie tak to brzmi, a jakoś nie widzę mojego szylinga!

Karol parsknął śmiechem.

– „Udawszy się, musisz”? Obstawiam, żeś w życiu nie zajrzał do kościoła ni kaplicy, młody człowieku! Czytać nie umiesz, pisać nie umiesz. Wielkie nieba, czy potrafisz chociaż podać mi imię jednego apostoła? Zgaduję po twojej minie, że nie potrafisz, niestety. Mimo to gotów byłeś pomóc tej młodej damie, która odpoczywa na piętrze, gdy tak wielu ludzi zapewne odwróciłoby głowę. I dlatego dostaniesz trzydzieści pensów, jeśli wykonasz zadanie dla mnie i dla pana Mayhew. Popytaj więc w okolicy, mój przyjacielu, zbadaj jej historię. Za dnia znajdziesz mnie w redakcji „Morning Chronicle”. Nigdzie indziej nie szukaj. A to moja wizytówka, gdybyś jej potrzebował. Pan Dickens to ja – przedstawił się, podając Dodgerowi kartonik. – Chciałbyś o coś spytać?

Młodzian jakby stracił pewność siebie, ale zdobył się jeszcze na kilka słów:

– Czy mógłbym zobaczyć tę damę, proszę pana? Bo tak naprawdę nawet nie łypnąłem na nią okiem. Widziałem tylko tamtych, jak uciekali, i pomyślałem, że łaskawi panowie są z nimi. Skoro więc mam o nią pytać, powinienem choć wiedzieć, jak wygląda. A powiem panu jeszcze, że zadawanie pytań to nader niebezpieczny sposób na życie w tym mieście.

Karol zmarszczył brwi.

– W tej chwili jest cała w sińcach, Dodger. Ale w tym, co mówisz, dostrzegam trochę sensu – rzekł po chwili namysłu. – Zrozum jednak, że ta historia naruszyła spokój tego domu. Pani Mayhew układa dzieci do snu, a dziewczyna na razie leży w izbie pokojówek. Jeśli chcesz tam wejść, upewnij się, czy masz czyste buty. I czy te twoje chude palce… Wiesz, co mam na myśli? Doskonale wiem, jak sprawne są, a potem tylko „Rety, niech mnie kule biją”, bo oczywiście nie masz pojęcia, skąd u ciebie cudza własność… – Karol urwał. – Nie próbuj, powtarzam: nie próbuj takich sztuczek w domu pana Henryka Mayhew.

– Nie jestem złodziejem – zaprotestował Dodger.

– Chciałeś raczej powiedzieć, mój panie, że jesteś nie tylko złodziejem. Chwilowo przyjmuję twoją historyjkę o tym, w jaki sposób mój portfel znalazł się w twoich rękach. Chwilowo, Dodger. Zauważyłem, że nosisz zgrabny łomik do otwierania studzienek. Stąd wnoszę, że jesteś jednym z tych zbieraczy, co grasują po kanałach. Interesująca profesja, ale nie dla kogoś, kto chciałby dłużej pożyć. Dlatego ciekaw jestem, jakim cudem uniknąłeś śmierci… i pewnego dnia się dowiem. I proszę, nie zgrywaj przede mną niewiniątka. Nazbyt dobrze znam ciemną stronę tego miasta!

Choć słuchał tego z otwartymi ustami, gotów zbuntować się przeciwko traktowaniu go jako zwykłego rzezimieszka, Dodger był w istocie pod wrażeniem: pierwszy raz słyszał z ust elegancika zwroty takie jak „Niech mnie kule biją”, co tylko utwierdziło go w przekonaniu, że pan Dickens to osobnik szczwany, gotów na wiele sposobów zaszkodzić ciężko pracującemu człowiekowi. Warto było zachować ostrożność w kontaktach z takimi jak on, co zawsze byli gotowi zafundować bliźniemu los hycla Wally’ego, to jest nasłać nań draba z kombinerkami, by popracował nad uzębieniem… i to za marnego szylinga! Dlatego też Dodger bardzo się pilnował, gdy prowadzono go w głąb ciemnego domu, ku niewielkiej sypialni. Była tym ciaśniejsza, że przebywał tam jeszcze lekarz, który właśnie mył dłonie w bardzo małej misce. Medyk zerknął na chłopaka nieżyczliwie, a potem skierował wzrok ku Karolowi, by obdarzyć go bardzo charakterystycznym uśmiechem, który jakże często widują ludzie zamożni. Pan Dickens miał słuszność: Dodgerowi naprawdę brakło formalnego wykształcenia. Nadrabiał jednak ten niedostatek w sposób zgoła nieszkolny, obserwując i doświadczając, toteż w twarzach potrafił czytać znacznie lepiej niż w gazetach3.

– Paskudna sprawa, proszę pana, bardzo paskudna – rzekł lekarz do Karola. – Zrobiłem, co mogłem. Powiem nawet, że wyszły mi całkiem zgrabne szwy. A dziewczyna jest silna, to całe szczęście, więc wyjdzie z tego. Trzeba jedynie dobrej opieki oraz czasu, najlepszego z lekarzy.

– I naturalnie łaski Boga, który za swą pomoc kasuje najmniej – dopowiedział Karol, wciskając mu do ręki kilka monet, a potem rzucił za wychodzącym: – Oczywiście dopilnujemy, panie doktorze, by przynajmniej nie zabrakło jej dobrego jedzenia i napoju. Dziękuję za pomoc i życzę dobrej nocy.

Lekarz raz jeszcze zmierzył Dodgera chmurnym spojrzeniem, a potem pognał schodami w dół. Istotnie, kto żyje na ulicy, musi czytać w ludzkich twarzach jak w książce. Dodger po raz drugi spojrzał badawczo na pana Dickensa i wiedział już, że Karol nie lubi lekarza ani trochę bardziej niż lekarz takich młodzieniaszków jak on, a ponadto, że znacznie większą wiarę pokłada w zbawiennym działaniu dobrego jadła i napoju niż Boga, o którym Dodger słyszał bardzo niewiele, a nie wiedział absolutnie nic… może poza tym, że interesowali Go głównie ludzie zamożni. Nie interesował Go zatem nikt ze znajomych młodego zbieracza, z wyjątkiem Salomona, który wynegocjował z Bogiem świetny układ i od czasu do czasu udzielał Mu rad.

 

Gdy postawny doktor wyszedł, Dodger mógł wreszcie przyjrzeć się lepiej dziewczynie. Oszacował, że może mieć szesnaście, siedemnaście lat, choć teraz wyglądała starzej, jak to zwykle bywa z pobitymi. Oddychała powoli, jej włosy były niebywale złociste.

– Bez obrazy, panie Karolu – odezwał się pod wpływem nagłego impulsu – ale czy nie pogniewa się pan, jeśli zostanę tu do świtu i popilnuję tej panny? Nie dotknę jej ani nic. Przysięgam, że jej nie znam, ale sam nie wiem dlaczego, mam wrażenie, że powinienem przy niej czuwać.

Gospodyni, która właśnie stanęła w progu, spojrzała z nienawiścią najpierw na niego, a potem, ku jego zadowoleniu, także na Karola.

– Nie chcę się wtrącać – wymamrotała pod wcale pokaźnym wąsem – ale choć nie mam nic przeciwko pilnowaniu kolejnego „siewcy burzy”, nie mogę odpowiadać za to, co zmaluje ten młody obwieś. Mam nadzieję, że nikt nie będzie mnie winił, jeśli on pomorduje tej nocy wszystkich domowników. Bez obrazy, rzecz jasna. Rozumiemy się?

Dodger zdążył przywyknąć do takiego traktowania. Ludzie pokroju tej niemądrej kobiety sądzili, że każde dziecko ulicy musi być złodziejem, często kieszonkowcem, gotowym w ułamku sekundy ukraść – a następnie sprzedać właścicielowi – nawet sznurówki. Westchnął w duchu. Jasne – pomyślał – większość z nas jest właśnie taka, może nawet prawie wszyscy, ale to nie powód, by wygłaszać tak kategoryczne sądy. Dodger nie uważał się za złodzieja. Był… cóż, po prostu był dobry w znajdowaniu różnych rzeczy. Bo przecież zdarza się, że coś spadnie z wozu, czyż nie? On nigdy nie włożył ręki do cudzej kieszeni. No, może raz albo dwa, gdy był absolutnie pewny, że i tak coś z niej wypadnie i będzie musiał to złapać, nim dotknie ziemi. To nie była kradzież, lecz dbałość o porządek, a poza tym, czy to naprawdę zdarzało się tak często? Raz albo dwa… w tygodniu? Porządek, porządek ponad wszystko, a przecież nie brakowało krótkowzrocznych ludzi gotowych powiesić go z powodu zwykłego nieporozumienia. Choć tak naprawdę nawet nie mieli okazji, żeby go nie zrozumieć, co to, to nie, ponieważ był szybki, sprytny i z całą pewnością bystrzejszy od tej tępej staruchy, która z trudem składała słowa. (Bo w końcu któż to jest „siewca burzy”? Cóż za brednie! Czy to ktoś, kto utrzymuje się z hodowania burz?) Może i ciekawa byłaby to profesja, tylko wspomnieć wypada, że Dodger zawsze unikał zajęć, które postronny obserwator mógłby nazwać pracą. Jasne, był zbieraczem, cóż za wspaniałe zajęcie! Ale to nie była praca, to było jego życie. I może gdyby nie był aż tak cholernie głupi, siedziałby teraz w kanałach, wyczekując końca burzy, a wraz z nim nowego wszechświata możliwości. Dodger naprawdę cenił sobie swój zbieraczy żywot, ale w tej chwili mógł o nim tylko pomarzyć, czując na ramieniu mocną dłoń Karola.

– Posłuchaj no, przyjacielu: ta dama przejrzała cię na wylot i wiedz, że jeśli dojdzie do moich uszu, żeś spróbował zabawić się pod tym dachem w Czyngis-chana, wyślę za tobą odpowiednich ludzi. Rozumiesz? Posłużę się bronią, o której sam Czyngis-chan nawet nie słyszał, a wyceluję ją prosto w ciebie. Teraz muszę zostawić tę młodą damę pod twoją kuratelą, ciebie zaś pod okiem pani Sharples. Pamiętaj, że od jej słowa zależy twoje życie. – Uśmiechnął się i dodał: – „Siewca burzy”. W rzeczy samej, trzeba to zanotować. – I ku zdumieniu Dodgera, a być może i pani Sharples, wyjął notesik i bardzo krótkim ołówkiem prędko zapisał kilka słów.

Gospodyni wpatrywała się w młodzieńca wzrokiem pełnym złośliwej satysfakcji.

– Może mi pan całkowicie zaufać. Jeśli tylko ten gagatek spróbuje jakichś sztuczek, stanie przed sądem, zanim zdąży się obejrzeć. To mogę obiecać. – W tym momencie wrzasnęła dziko, wskazując palcem. – Już coś jej ukradł, niech pan tylko spojrzy!

Dodger zamarł z dłonią w połowie drogi ku podłodze. Nerwowa chwila ciągnęła się niemożliwie.

– O, pani Sharples, ma pani oczy, że tak się wyrażę, samego Argosa – rzekł gładko Karol. – Zauważyłem, że ten młody człowiek podnosi z podłogi coś, co leżało przy łóżku od dłuższego czasu, a co wcześniej dziewczyna ściskała w dłoni. Nie wątpię, że pan Dodger martwił się po prostu, iż przeoczymy ten drobiazg. Zechcesz mi go zwrócić, młody człowieku?

Dodger, który spodziewał się wybuchu gniewu, oddał mu to, co znalazł. Była to tandetna talia kart, ale po prawdzie nawet nie zdążył się jej przypatrzyć, czuł bowiem na sobie wzrok Karola. Irytowało go to spojrzenie.

– To tylko przemoczona dziecięca karcianka, pani Sharples. Dla malców, nie dla tej młodej damy. Słyszałem o niej, nazywa się „Szczęśliwe rodziny”. – Pan Dickens obrócił talię w dłoni i po chwili dodał: – To także zagadka, pani Sharples. Powierzę te karty komuś, kto poruszy niebo i ziemię, by ją pochwycić za ogon i wywlec na światło dnia. Bystremu panu Dodgerowi. – I z tymi słowy oddał talię zdumionemu chłopakowi, a potem rzekł z rozbawieniem: – Nie waż się nadużyć mojego zaufania, Dodger, bo mogę przysiąc, że znam cię jak zły szeląg. A teraz już naprawdę muszę iść. Praca czeka!

Chłopak był pewny, że Karol mrugnął do niego, wychodząc z izby.

Noc minęła dość prędko, bo i tak większą jej część mieli już za sobą. Dodger siedział na podłodze, słuchając wolnego oddechu dziewczyny i pochrapywania pani Sharples, która jakimś cudem spała z otwartym jednym okiem wbijającym weń spojrzenie niczym igła kompasu uparcie wskazująca północ. Po co w ogóle to robił? Dlaczego marzł na podłodze, skoro mógł zwinąć się w kłębek u Salomona za piecem (cudownym urządzeniem w razie potrzeby służącym także do przetopu złota)?

Jednego był pewien: dziewczyna, której się przyglądał, machinalnie obracając w dłoniach talię brudnych kart, choć ranna i posiniaczona, była piękna. Cieszył się w duchu, że potraktował mosiądzem te wieprze, które zrobiły z niej sobie worek treningowy, ale na Boga, to nie wystarczyło! Wiedział, że musi ich odnaleźć, że zrobi to i dopilnuje, by obaj nabrali podobnych kolorów.

Ocknął się na podłodze w niemal zupełnej ciemności i przez chwilę nie wiedział, gdzie się znajduje. Wreszcie zaczął rozpoznawać otoczenie, którego pokaźnym elementem była drzemiąca na krześle pani Sharples. Zdążył pomyśleć, że jej chrapanie przypomina odgłos piłowania świńskiej tuszy, gdy nagle rozległ się cichutki i drżący głos:

– Czy mogę prosić o trochę wody?

Dodger omal nie wpadł w panikę, ale opanował się i sięgnąwszy po dzbanek stojący na umywalce, napełnił szklankę. Dziewczyna przyjęła ją bardzo ostrożnie, a gdy wypiła, poprosiła o więcej. Dolewając wody, młodzieniec zerknął na panią Sharples.

– Powiedz mi, proszę, jak się nazywasz – szepnął.

Dziewczyna raczej skrzeczała, niż mówiła, ale było to skrzeczenie godne damy; zapewne tak właśnie skrzeczą żabie księżniczki.

– Nie wolno mi tego zdradzić. Bardzo pan dla mnie uprzejmy.

– A kim są ci dwaj, co tak cię urządzili, panienko? – spytał zapalczywie Dodger. – Podasz mi ich nazwiska?

– Nie powinnam – odpowiedział mu pełen żalu głosik.

– Może więc chociaż potrzymam cię za rękę w tę chłodną noc? – Dodger uważał, że to wielce chrześcijański gest, a przynajmniej kiedyś o tym słyszał. Zdumiał się jednak, gdy dziewczyna istotnie podała mu dłoń. Uścisnął ją i z wielką uwagą przyjrzał się pierścieniowi na jej palcu. Było tam sporo złota, a także herb. Rety, herb mógł oznaczać kłopoty. Herb z orłami i obcojęzycznym napisem. Karol twierdził, że ten pierścień musi coś oznaczać, że to rzecz, której właściciel z pewnością nie chciałby utracić. A orły wydawały się Dodgerowi złowrogie.

Zauważyła jego zainteresowanie.

– Mówił, że mnie kocha… mój mąż. Ale potem pozwolił, żeby mnie pobili. A matka zawsze mi mówiła, że kto dotrze do Anglii, ten będzie wolny. Proszę, łaskawy panie, nie oddaj mnie w ich ręce. Nie chcę wracać.

Pochylił się nad nią i szepnął:

– Żaden ze mnie pan, panienko. Jestem Dodger.

Odpowiedziała mu sennym głosem, jakby z niemieckim akcentem:

– Dodger? Ktoś biegły w unikach, bystry i nieuchwytny? Dziękuję ci, Dodger. Jesteś dobry, a ja jestem zmęczona.

Zdążył złapać w locie szklankę, gdy głowa dziewczyny opadła na poduszkę.

1 Przydomek „Dodger” to – nie jedyny zresztą! – ukłon autora w stronę twórczości Karola Dickensa, a ściślej rzecz biorąc, nawiązanie do jednego z bohaterów powieści Oliver Twist, znanego jako Artful Dodger (w polskich przekładach między innymi: Przebiegły Smyk, Przemyślny Krętacz, Cwaniak albo Spryciarz). Jednak Dodger Terry’ego Pratchetta to nie tylko spryciarz; to przede wszystkim szybkonogi mistrz uników. Trudno w polszczyźnie o zgrabny odpowiednik tak rozumianego przydomka, niech więc Dodger pozostanie Dodgerem – przyp. tłum. (Wszelkie przypisy, jeśli nie zostało to oznaczone inaczej, pochodzą od autora).