Kłamstwa splamione prawdą

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Ty­tuł ory­gi­nału:

Truth Sta­ined Lies

Au­tor:

Terri Black­stock

Tłu­ma­cze­nie z ję­zyka an­giel­skiego:

Jo­anna Ole­jar­czyk

Re­dak­cja:

Agata To­kar­ska

Ko­rekta:

Na­ta­lia Chro­bak-Le­cho­szest

Skład i pro­jekt okładki:

Ali­cja Ma­linka

Zdję­cia z okładki:

© Ste­phen Car­roll / Tre­vil­lion Ima­ges

© Sha­mia Ca­siano / Pe­xels.com

ISBN 978-83-66977-129

© 2012 by Terri Black­stock by Zon­de­rvan Cor­po­ra­tion L.L.C.,

a sub­si­diary of Har­per­Col­lins Chri­stian Pu­bli­shing, Inc.

© 2021 for the Po­lish edi­tion by Dre­ams Wy­daw­nic­two

Dre­ams Wy­daw­nic­two Li­dia Miś-No­wak

ul. Unii Lu­bel­skiej 6A, 35-016 Rze­szów

www.dre­am­swy­daw­nic­two.pl

Rze­szów 2021, wy­da­nie I

Druk: Lega

Książkę wy­dru­ko­wano na pa­pie­rze Ecco Book cream 2,0 70 g/m2

do­star­czo­nym przez An­ta­lis Po­land sp. z o.o.

Je­śli nie za­zna­czono ina­czej, wszyst­kie cy­taty z Pi­sma Świę­tego po­dano za Bi­blią Ty­siąc­le­cia.

Wszel­kie prawa za­strze­żone. Żadna część tej pu­bli­ka­cji nie może być re­pro­du­ko­wana, prze­cho­wy­wana jako źró­dło da­nych, prze­ka­zy­wana w ja­kiej­kol­wiek me­cha­nicz­nej, elek­tro­nicz­nej lub in­nej for­mie za­pisu bez pi­sem­nej zgody wy­dawcy.

Książkę tę z mi­ło­ścią de­dy­kuję Na­za­rej­czy­kowi

1

Mail od żony Jaya był ży­wym do­wo­dem na to, że cuda się zda­rzają. Nie spo­dzie­wał się, że jesz­cze kie­dy­kol­wiek przy­jaź­nie się do niego ode­zwie, cho­ciaż za­cięta walka o prawo do opieki nad dziec­kiem była dla ich syna dru­zgo­cąca. Kiedy prze­czy­tał jej list na swoim służ­bo­wym kom­pu­te­rze, opa­dła mu szczęka. Zszo­ko­wał go jej uprzejmy ton i bła­ga­nie, by zi­gno­ro­wał radę praw­nika i przy­je­chał do niej na roz­mowę. Na­dzieja, która dawno temu zwię­dła, za­kieł­ko­wała na nowo. Rzu­cił wszystko i prędko jej od­pi­sał:

Za­raz będę. Już wy­cho­dzę.

Tak, to był cud. An­na­lee nie roz­ma­wiała z nim pra­wie od roku. Na każde spo­tka­nie uma­wiali ich praw­nicy. Tę­sk­nił za szansą roz­mowy z nią twa­rzą w twarz. Chciał opo­wie­dzieć jej o swoim za­tro­ska­niu o Jack­sona na wy­pa­dek, gdyby przy­znano jej wy­łączną opiekę. Wi­zyty w co drugi week­end i środy wie­czo­rem – układ, który sę­dzia przy­zna­wał więk­szo­ści oj­ców – nie wy­star­czały. Chciał jej przy­po­mnieć, jak bar­dzo dziecko po­trze­bo­wało ojca; że dzieci, które do­ra­stają bez oj­ców, czę­sto no­szą w so­bie wielką pustkę, którą pró­bują wy­peł­nić au­to­de­struk­cyj­nymi de­cy­zjami. Chciał, żeby zo­ba­czyła w nim do­ro­słego czło­wieka i ro­dzica, żeby za­po­mniała o daw­nych kłót­niach i po­sta­wiła Jack­sona na pierw­szym miej­scu. A te­raz do­stał za­pro­sze­nie i wresz­cie bę­dzie mógł to zro­bić.

Nie za­no­siło się na ła­twą roz­mowę. Trzeba bę­dzie od­su­nąć od sie­bie żal o jej liczne ro­manse i roz­go­ry­cze­nie spo­wo­do­wane wpły­wem nie­któ­rych z jej part­ne­rów na ich pię­cio­let­niego synka. Po­sta­no­wił za­cho­wy­wać się ostroż­nie, żeby jej nie zde­ner­wo­wać.

Po dro­dze zdał so­bie sprawę, że ma pra­wie pu­sty bak. Dla­czego dziś rano o tym za­po­mniał? Wje­chał na sta­cję ben­zy­nową i po­spiesz­nie za­tan­ko­wał za dzie­sięć do­la­rów, po czym ru­szył w stronę dziel­nicy, w któ­rej miesz­kała jego żona.

Skrę­cił w jej ulicę, za­sta­na­wia­jąc się, czy Jack­son wró­cił już z przed­szkola. Je­śli tak, na pewno pod­bie­gnie do Jaya, wo­ła­jąc: „Ta­taaa!”. A może na­dal był w przed­szkolu? An­na­lee za­zwy­czaj pra­co­wała do siód­mej lub ósmej w do­mo­wym biu­rze, przyj­mu­jąc te­le­fony o wspar­cie tech­niczne z firmy in­for­ma­tycz­nej, w któ­rej była za­trud­niona. Czę­sto mu­siała pra­co­wać do późna, żeby być dys­po­zy­cyjna za­równo dla klien­tów z Za­chod­niego Wy­brzeża, jak i wschod­niej strefy cza­so­wej. To wła­śnie z po­wodu go­dzin jej pracy Jay sta­rał się o opiekę nad syn­kiem w ty­go­dniu. Nie było sensu, by Jack­son spę­dzał dwa­na­ście czy trzy­na­ście go­dzin na dobę z opie­kunką, skoro jego oj­ciec przez część tego czasu mógł być przy nim.

Jay zwol­nił, kiedy był już w po­bliżu. Domy stały na dwu­hek­ta­ro­wych za­drze­wio­nych dział­kach, więc dzie­liło je sporo prze­strzeni. Przy­po­mniał so­bie dzień, w któ­rym ra­zem z An­na­lee za­mknęli ra­chu­nek po­wier­ni­czy na tę zie­mię. Byli tak pod­eks­cy­to­wani, że roz­bili na niej na­miot i spę­dzili tu noc. Od tam­tego czasu mi­nęła chyba cała wiecz­ność; wtedy byli jesz­cze za­ko­chani. Po­tem po­ja­wił się Jack­son, a wraz z nim ro­dzi­ciel­skie ra­do­ści i zmę­cze­nie.

Kiedy za­częli bu­do­wać dom, ich ro­mans przy­gasł pod cię­ża­rem stresu. An­na­lee wciąż chciała wię­cej niż to, na co było ich stać, i koszty wzra­stały z każdą de­cy­zją. Co­raz czę­ściej się kłó­cili. Za­nim wpro­wa­dzili się do domu, ich mi­łość zdą­żyła osty­gnąć. Chyba wła­śnie wtedy pierw­szy raz wdała się w ro­mans.

Nie­po­trzeb­nie te­raz nad tym roz­my­ślał. Mi­nął kępę drzew, od­dzie­la­jącą ich działkę od są­sied­nich, wziął za­kręt i uj­rzał dom. Przy kra­węż­niku stał za­par­ko­wany biały pick-up. Ostatni chło­pak An­na­lee jeź­dził srebr­nym ja­gu­arem, ale we­dług jej po­stów na Fa­ce­bo­oku ze­rwali ze sobą kilka ty­go­dni temu. Z tego, co wie­dział Jay, obec­nie z ni­kim się nie spo­ty­kała. A więc kto ją od­wie­dził te­raz, gdy spo­dzie­wała się jego?

Kiedy Jay zje­chał na pod­jazd, drzwi fron­towe gwał­tow­nie się otwo­rzyły. Wrzu­cił bieg do par­ko­wa­nia aku­rat, gdy z domu wy­szedł ja­kiś klaun. Jay za­re­ago­wał z opóź­nie­niem. Klaun?!

Męż­czy­zna miał pe­rukę z czer­wo­nych, krę­co­nych wło­sów z ły­sym czub­kiem głowy. Był ubrany w czer­wony ko­stium w żółte, białe i zie­lone kropki. Na twa­rzy miał ma­ki­jaż, więc trudno było po­wie­dzieć, czy się uśmie­cha, czy to tylko na­ma­lo­wane czer­wone usta z unie­sio­nymi ką­ci­kami dają ta­kie wra­że­nie. Klaun po­ma­chał Jay­owi dło­nią w rę­ka­wiczce i pod­szedł do pick-upa, czła­piąc w wiel­kich, żół­tych bu­tach przez traw­nik.

Jay mu od­ma­chał. Może An­na­lee za­trud­niła klauna na uro­dziny Jack­sona w przy­szłym mie­siącu. Cho­ciaż to do niej nie­po­dobne. Rzadko wy­da­wała pie­nią­dze nie na sie­bie. Czyżby pró­bo­wała za­cząć wszystko od nowa?

Wy­siadł z auta i pod­szedł do fron­to­wych scho­dów. Jesz­cze rok temu użyłby klu­cza, żeby wejść, ale żona wy­ra­ziła się ja­sno, że nie po­wi­nien już tu wcho­dzić jak czło­nek ro­dziny, mimo że jego na­zwi­sko na­dal było w ak­cie wła­sno­ści. Za­pu­kał, a po­tem wci­snął dzwo­nek. Iry­tu­jący, osten­ta­cyjny dźwięk wy­bił się po­nad szum wia­tru. Jay ni­gdy go nie zno­sił, ale An­na­lee się na niego uparła.

Nie otwo­rzyła, więc za­pu­kał po­now­nie. Czy to ja­kiś żart? Czyżby go wy­sta­wiła, żeby po­zba­wić go na­dziei? Wy­ciąg­nął ko­mórkę i za­dzwo­nił do niej, ale od razu ode­zwała się poczta gło­sowa. I co te­raz?

Może była z tyłu domu i nie sły­szała dzwonka. Prze­szło mu przez myśl, by po­trak­to­wać to jako wy­bryk spo­wo­do­wany jej huś­tawką na­stro­jów i od­je­chać, ale ta sprawa była zbyt ważna. Mieli po­roz­ma­wiać!

Wy­jął pęk klu­czy z kie­szeni, zna­lazł wła­ściwy i otwo­rzył drzwi z na­dzieją, że to po­gwał­ce­nie za­sad nie wpę­dzi jej w gniew.

Wszedł do środka.

– An­na­lee! – za­wo­łał. – To ja, gdzie je­steś?

Brak od­po­wie­dzi. Sa­lon był ste­ryl­nie wy­sprzą­tany, w do­kład­nie ta­kim sta­nie, w ja­kim zo­sta­wiła go za­przy­jaź­niona de­ko­ra­torka wnętrz. Prze­szedł do ga­bi­netu, w któ­rym za­zwy­czaj pra­co­wała.

– An­na­lee?

Na­dal brak od­po­wie­dzi. Jej kom­pu­ter był włą­czony, na czar­nym ekra­nie wy­świe­tlał się wy­ga­szacz w for­mie ara­be­ski. Za­dzwo­nił te­le­fon na biurku. Raz, drugi, trzeci… Gdzie ona się po­dzie­wała?

Wtedy usły­szał szum ciek­ną­cej wody… na pię­trze. Czyżby brała prysz­nic?

To do niej po­dobne. Zwa­bić go tu­taj, a po­tem zmie­nić zda­nie. Ba­wiła się z nim jak z ja­kimś idiotą.

– An­na­lee!

Na­dal nie od­po­wia­dała. Zde­ner­wo­wany Jay po­gnał na górę i zer­k­nął przez otwarte drzwi do głów­nej sy­pialni, którą dzie­lili przez lata. Łóżko było po­ście­lone tak schlud­nie jak za­wsze. W po­koju Jack­sona rów­nież był po­rzą­dek. Synka nie było. Jay po­szedł do ła­zienki, z któ­rej do­bie­gał szum wody, i gło­śno za­pu­kał do drzwi.

– An­na­lee? Je­stem tu! Chcesz po­ga­dać czy nie?

Nic.

– An­na­lee! – wrza­snął, wa­ląc w drzwi. – Otwórz mi!

Woda za­częła wy­cie­kać przez szparę pod drzwiami. Co to miało zna­czyć? Była tam i po­zwo­liła, żeby woda się prze­le­wała? Ogar­nęło go na­głe prze­ra­że­nie. Coś było nie tak. Znowu za­stu­kał w drzwi, na­dal bez od­po­wie­dzi, więc cof­nął się i kop­nął w nie tuż pod klamką. Drewno pę­kło, więc kop­nął jesz­cze raz i drugi, aż wy­ła­mała się część z zam­kiem i się otwo­rzyły.

Była tam. Jego żona. Ubrana, bez ru­chu, w wan­nie, z któ­rej… wy­le­wała się ró­żowa woda.

Przez kilka se­kund, które wy­da­wały się wiecz­no­ścią, stał, wro­śnięty w zie­mię, i ga­pił się na tę scenę, nie­zdolny ob­jąć ją umy­słem. Na­gle otrzą­snął się i wró­cił do rze­czy­wi­sto­ści.

 

– An­na­lee! – Pod­biegł do wanny i za­krę­cił wodę. Wsu­nął ręce pod jej ciało, uniósł ją i wy­cią­gnął, wy­chla­pu­jąc wodę za brzeg wanny.

Miała na so­bie ubra­nie i buty, ale biała bluzka była po­pla­miona i roz­darta…

Trzę­sąc się z prze­ra­że­nia, zdał so­bie sprawę, że to nie było roz­dar­cie. Dziura w ma­te­riale wpi­jała się w ranę w jej klatce pier­sio­wej. Z ser­cem wa­lą­cym jak osza­lałe, po­ło­żył ją na pod­ło­dze i pró­bo­wał re­ani­mo­wać.

– An­na­lee! Obudź się! Pro­szę… Boże… nie po­zwól jej umrzeć!

Była wiotka, miała po­sza­rzałą twarz, wy­bla­kłe usta i lekko uchy­lone, pu­ste oczy.

Jay mo­krymi rę­kami się­gnął po te­le­fon, ale nie mógł go zna­leźć. W dru­giej kie­szeni… Wy­stu­kał 112. Ope­ra­torka ode­brała.

– Sto dwa­na­ście, co się dzieje?

– Moja żona… Ona chyba nie żyje.

– Chyba nie żyje? – po­wtó­rzyła ope­ra­torka. – Co jej jest, pro­szę pana?

– Była w wan­nie… Po­strze­lona… Chyba… Nie od­dy­cha.

– My­śli pan, że zo­stała po­strze­lona?

Dla­czego po­wta­rzała każde jego słowo?

– Tak… Nie wiem… To wy­gląda na ranę po­strza­łową. Pro­szę, wy­ślij­cie ka­retkę! – Po­dał jej ad­res.

– Ka­retka jest w dro­dze. Pro­szę się nie roz­łą­czać. Umie pan udzie­lać pierw­szej po­mocy?

Pró­bo­wał ze­brać my­śli. Uci­ski klatki pier­sio­wej…

– Tak, chyba tak.

– Czy wy­czuwa pan puls?

O mało nie upu­ścił te­le­fonu, gdy do­tknął tęt­nicy na jej szyi, mo­dląc się o tętno.

Nic nie wy­czuł.

– Nie! Nie wy­czu­wam! Po­spiesz­cie się!

– Pro­szę usta­wić dłoń na środku klatki pier­sio­wej i przy­ci­snąć drugą ręką.

Trzę­sąc się, odło­żył smart­fon na se­des. A co z raną? Usta­wił ręce obok niej, nad ser­cem, i za­czął uci­skać, mo­dląc się, by coś to dało. Rana była na prawo od mostka. Może omi­nęła na­rząd. Je­śli ra­tow­nicy przy­jadą na czas…

– Pro­szę pana, czy są efekty? – Głos ze słu­chawki brzmiał od­le­gle. Się­gnął po te­le­fon i włą­czył gło­śnik.

– Nie, jesz­cze nie – od­parł bez tchu. – Kiedy przy­jadą?

– Za kilka mi­nut. Czy drzwi są otwarte?

Usi­ło­wał my­śleć.

– Tak, nie za­my­ka­łem ich na klucz. Pro­szę im po­wie­dzieć, że je­ste­śmy na pię­trze.

Roz­ma­wia­jąc, cały czas uci­skał klatkę pier­siową An­na­lee. Jej klatka pier­siowa ugi­nała się od siły jego na­poru, ale nic się nie zmie­niało. Pot za­le­wał mu oczy.

– Nie re­aguje!

– Mó­wił pan, że była w wan­nie?

– Tak, w ubra­niu – od­parł bez tchu. – Kom­plet­nie prze­mo­czona.

– Pro­szę na­dal uci­skać.

– Tak.

Uci­skał i mo­dlił się, ale na­dal nic się nie zmie­niało.

Jack­son… Jego mama… Nie tego chciał. Po­mimo tych wszyst­kich kłótni, w głębi du­szy na­dal ją ko­chał.

– An­na­lee, pro­szę! – krzyk­nął. – Obudź się! Jack­son cię po­trze­buje!

Nie po­ru­szyła się.

Usły­szał przed do­mem gło­śny mo­du­lo­wany dźwięk sy­reny. Może uda się ją ura­to­wać. Po­da­dzą jej tlen, krew, prze­pro­wa­dzą de­fi­bry­la­cję, przy­wrócą do ży­cia…

Usły­szał drzwi na dole, dud­nie­nie kro­ków na scho­dach.

– Je­stem tu­taj! – krzyk­nął. – W ła­zience!

W drzwiach zja­wili się dwaj stra­żacy w mun­du­rach.

– Nie! – krzyk­nął. – Po­trze­buję ka­retki, nie straży po­żar­nej!

Roz­stą­pili się i do środka wszedł ra­tow­nik me­dyczny, a na­stęp­nie uklęk­nął na­prze­ciwko Jaya.

– Pro­szę się prze­su­nąć i mnie prze­pu­ścić – po­wie­dział.

– Bła­gam… Udzie­la­łem pierw­szej po­mocy… Ona nie re­aguje.

Jay się od­su­nął, a ra­tow­nik ją zba­dał.

– Mu­si­cie przy­wró­cić ją do ży­cia. Mamy ma­łego synka.

– Zo­stała za­strze­lona – za­wo­łał do ko­goś me­dyk. – Kula prze­szła na wy­lot, jest rana na ple­cach.

Stra­żacy wy­cią­gnęli Jaya z ła­zienki na ko­ry­tarz. Do­piero wtedy za­uwa­żył, że ma mo­kre no­gawki spodni i buty. Ręce miał prze­mo­czone i po­pla­mione na ró­żowo.

Na scho­dach cze­kali na niego po­li­cjanci. Przed­sta­wili się jako agenci Shel­ton i Blake.

– Czy wie pan, kto ją po­strze­lił?

Męż­czy­zna za­czął krę­cić głową, ale za­raz przy­po­mniał so­bie klauna.

– Był… Był tu ja­kiś fa­cet, kiedy przy­je­cha­łem. Wy­szedł fron­to­wymi drzwiami. Był prze­brany za klauna.

Je­den z mun­du­ro­wych uniósł brwi.

– Za klauna?

– Tak. Miał wielką czer­woną pe­rukę i uma­lo­waną twarz. Wsiadł do bia­łego pick-upa i po­je­chał na wschód.

– Wi­dział pan ta­blice re­je­stra­cyjne?

– Nie. Jego auto stało przo­dem do mnie, kiedy przy­je­cha­łem. Nie przy­szło mi do głowy, żeby spoj­rzeć na re­je­stra­cję. Nie wie­dzia­łem, że coś jest nie tak.

Po­li­cjant o na­zwi­sku Shel­ton uniósł głowę.

– Pod­su­mujmy. Uważa pan, że klaun za­bił pana żonę?

– Nie wiem, czy to on! Po pro­stu go wi­dzia­łem!

Shel­ton spoj­rzał wy­mow­nie na part­nera.

– Klaun.

– Tak.

Nie uwie­rzyli mu. Po­pa­trzył w stronę ła­zienki.

– Drzwi były za­mknięte na za­mek i wy­le­wała się spod nich woda. Wy­ła­ma­łem je.

Ktoś sto­jący przy ła­zience za­wo­łał:

– Shel­ton! Mu­sisz to zo­ba­czyć.

Shel­ton od­szedł od nich w tamtą stronę.

Jay wstrzy­mał od­dech i pa­trzył. Usły­szał słowo „broń”, a po­tem po­li­cjant wszedł do ła­zienki. Po chwili wró­cił na ko­ry­tarz.

– Zrób zdję­cia i udo­ku­men­tuj, jak ją zna­leź­li­śmy. Po­wia­do­mię wy­dział za­bójstw.

– Za­bójstw? Nie, mu­si­cie na­dal pró­bo­wać!

Shel­ton po­słał Jay­owi ostre spoj­rze­nie, idąc w jego kie­runku.

– Pa­nie Cra­mer, czy ma pan broń?

Jay pró­bo­wał po­zbie­rać my­śli. Broń?

– Nie… To zna­czy tak, mia­łem. Zo­sta­wi­łem ją An­na­lee, kiedy się wy­pro­wa­dzi­łem.

– Jaka to broń?

– Re­wol­wer, trzy­dziestka ósemka. Jest za­re­je­stro­wany. Chyba trzyma go w szu­fla­dzie szafki noc­nej.

Męż­czyźni wy­mie­nili spoj­rze­nia.

– Czy na­dal ją re­ani­mują? Pró­bują? – Le­d­wie wy­po­wie­dział te słowa, zo­ba­czył, jak pierw­szy ra­tow­nik me­dyczny wy­cho­dzi z ła­zienki, bez po­śpie­chu.

– Już jest do­brze? – spy­tał Jay z oczami pie­ką­cymi od łez.

Ra­tow­nik po­krę­cił głową.

– Przy­kro mi, pro­szę pana.

Jay rzu­cił się przed sie­bie, ale po­li­cjanci go zła­pali i od­cią­gnęli w tył.

– Nie! Ona nie może umrzeć! Mamy pię­cio­let­niego syna. On nie może stra­cić mamy!

Ale z ich twa­rzy wy­czy­tał, że już za późno. Nie mógł nic zro­bić.

2

Ca­thy Cra­mer nie mo­gła się do­cze­kać prze­rwy. Od czte­rech go­dzin z za­le­d­wie dzie­się­cio­mi­nu­to­wym okien­kiem tkwiła na twar­dej drew­nia­nej ławce i ob­ser­wo­wała spek­takl, który roz­gry­wał się na sali są­do­wej w pro­ce­sie o mor­der­stwo. Ko­ści bo­lały ją od sie­dze­nia bez ru­chu, a miała do­piero trzy­dzie­ści dwa lata. Star­szy od niej re­por­ter, zaj­mu­jący miej­sce obok, praw­do­po­dob­nie cier­piał jesz­cze bar­dziej. Sły­szała, jak strze­lają mu stawy, kiedy prze­kła­dał nogę na nogę. Na każ­dej prze­rwie biegł do ła­zienki, jakby pę­cherz miał mu wy­sko­czyć i sam tam po­biec.

Ładna, młoda oskar­żona nie wy­ka­zy­wała oznak za­ła­ma­nia, na­wet po trzech ty­go­dniach by­cia w cen­trum uwagi ca­łego świata, i co­dzien­nie upi­nała włosy w su­rowy kok. Praw­do­po­dob­nie cie­szyła się, że przez tyle czasu może być poza swoją celą. Ca­thy na jej miej­scu wo­la­łaby się ukryć, gdyby to wo­bec niej wy­su­wano po­dobne oskar­że­nia.

Oskar­żona o za­bój­stwo dziecka była bez wąt­pie­nia winna. Ław­nicy na pewno to wi­dzieli. Czy­tel­nicy bloga śled­czego Ca­thy „Cie­kaw­ska Cat” – rów­nież, cho­ciaż po­le­gali głów­nie na tym, jak Ca­thy i inne me­dia in­ter­pre­to­wały ze­zna­nia są­dowe.

Dzięki tej spra­wie, w któ­rej pro­ces to­czył się w ro­dzin­nym mie­ście Ca­thy – w Pa­nama City na Flo­ry­dzie – w ciągu kilku mie­sięcy po­dwo­iła się liczba czy­tel­ni­ków bloga, co za­skar­biło jej za­in­te­re­so­wa­nie po­rząd­nych re­kla­mo­daw­ców. Dzięki do­świad­cze­niu zdo­by­temu w pracy w pro­ku­ra­tu­rze, do­sko­na­łej in­tu­icji w tego typu spra­wach oraz nie­ustra­szo­nemu dą­że­niu do prawdy zy­skała grono wier­nych czy­tel­ni­ków.

Gdyby lu­dzie kie­dyś prze­stali się za­bi­jać, Ca­thy chyba zo­sta­łaby bez pracy. Za­wsze mo­głaby się prze­pro­fi­lo­wać na de­ma­sko­wa­nie miej­skich le­gend albo ujaw­nia­nie prze­stępstw w wiel­kich kor­po­ra­cjach, o ile nie zmu­si­łaby się do po­wrotu do prak­tyki praw­ni­czej. Ale do czasu, aż so­cjo­paci wy­ro­bią so­bie su­mie­nia, Ca­thy z chę­cią bę­dzie od­gry­wać swoją rolę orę­dow­niczki ofiar, wni­kli­wie ana­li­zo­wać zbrod­nie i ujaw­niać je przed świa­tem.

W końcu sę­dzia od­ro­czył roz­prawę do ju­tra. Ław­ni­ków wy­pro­wa­dzono z sali, a Ca­thy uważ­nie przyj­rzała się twa­rzy oskar­żo­nej. Bez­na­miętna ma­ska Sary Che­sney opa­dła, ko­bieta uśmiech­nęła się do ad­wo­kata i pu­ściła do niego oko.

Świet­nie. Ca­thy miała na­dzieję, że nikt inny tego nie za­uwa­żył. Max, re­por­ter, który sie­dział obok niej, sku­piał się na no­tat­kach. Ka­mera te­le­wi­zji była już wy­łą­czona. Po­zo­stali dzien­ni­ka­rze w dru­gim rzę­dzie przy­glą­dali się ław­ni­kom. Chyba Ca­thy jako je­dyna to do­strze­gła. A na­wet je­śli nie, to ona pierw­sza o tym do­nie­sie. Na­pi­sze o tym jesz­cze dziś po po­łu­dniu.

Co to mo­gło ozna­czać? Czyżby Sara prze­czu­wała, że jej obrońcy udało się prze­my­cić ja­kiś pod­świa­domy prze­kaz dla ław­ni­ków? Czyżby jej ad­wo­kat miał ja­kiś plan? A może oskar­żo­nej ulżyło, że wresz­cie zna­la­zła się poza za­się­giem wzroku sę­dziego, ław­ni­ków i obiek­tywu ka­mery?

Sarę za­kuto w kaj­danki i wy­pro­wa­dzono. Jej pa­ste­lowa ko­szula była bar­dziej po­mięta niż rano. Ca­thy za­sta­na­wiała się, czy ta ko­bieta kie­dy­kol­wiek wcze­śniej w ży­ciu miała na so­bie ko­szulę. Na zdję­ciach sprzed śmierci sio­strze­nicy spra­wiała wra­że­nie ko­goś, kto woli stroje od­sła­nia­jące ciało i przy­naj­mniej o je­den roz­miar za cia­sne. Nikt nie da się na­brać na wy­gląd szkol­nej ku­jonki.

Kiedy sę­dzia opu­ścił salę, Max na­tych­miast przedarł się przez tłum ga­piów do ła­zienki. Ca­thy po ci­chu wy­szła, zer­ka­jąc do no­ta­tek. Za­trzy­mała się na chwilę przy dam­skiej to­a­le­cie, pod­słu­chu­jąc roz­mowy ga­piów. Wszy­scy chyba mieli ta­kie same wra­że­nia z dzi­siej­szej roz­prawy jak ona – że mąż oskar­żo­nej kła­mie, a naj­lep­sza przy­ja­ciółka mówi prawdę…

In­tu­icja Ca­thy rzadko wpro­wa­dzała ją w błąd.

Wy­szła na fron­towe schody gma­chu sądu. Na chod­niku stali dzien­ni­ka­rze, nie­któ­rzy z nich już nada­wali re­la­cję z ostat­nich go­dzin pro­cesu. Ca­thy mi­nęła te­le­wi­zyjne fur­go­netki i po­spie­szyła na par­king. Jej mazda MX-5 stała na naj­wyż­szym po­zio­mie i pie­kła się na słońcu.

Wsia­dła i wci­snęła gu­zik opusz­cza­nia da­chu. Kiedy scho­wał się za jej głową, do­strze­gła ko­pertę za­tkniętą za wy­cie­raczkę. A to co? Otwo­rzyła drzwi i się­gnęła po nią.

Klapka była wło­żona do we­wnątrz, a na środku było na­dru­ko­wane jej na­zwi­sko – Cat Cra­mer. Brak ad­resu zwrot­nego.

Włą­czyła sil­nik i wy­jęła list z ko­perty.

Droga Cie­kaw­ska Cat,

to straszne, że kula Le­onarda Mil­lera tra­fiła tylko two­jego na­rze­czo­nego. Szkoda, że nie by­łaś tam­tego dnia z nim. Za­słu­gu­jesz na to samo. A tym­cza­sem za­mie­niasz swoją oso­bi­stą tra­ge­dię na znaczki do­lara.

Wina i nie­win­ność to nie jest coś, co może roz­są­dzać mierna blo­gerka i jej szu­ka­jący sen­sa­cji czy­tel­nicy.

Może pora, że­byś bez­po­śred­nio do­świad­czyła osądu, który nie ma nic wspól­nego z prawdą. Po­czuj na wła­snej skó­rze, jak spe­ku­la­cje mogą zruj­no­wać ko­muś ży­cie. Prze­ko­naj się, jak to jest.

Mi­łej po­dróży, o ile ją prze­ży­jesz.

Twój Nowy Przy­ja­ciel

Ca­thy opu­ściła list. Czy to groźba, czy tylko ja­kiś obu­rzony czy­tel­nik chce na­mie­szać jej w gło­wie? Wzmianka o Le­onar­dzie Mil­le­rze, który za­mor­do­wał jej na­rze­czo­nego i unik­nął kary, roz­bu­dziła w niej gniew, który mę­czył ją przez pierw­sze mie­siące po jego śmierci.

Od­gar­nęła włosy z oczu i ro­zej­rzała się wo­kół. Kilka in­nych osób zmie­rzało do sa­mo­cho­dów, parę z nich wy­jeż­dżało z miejsc par­kin­go­wych. Nikt nie pa­trzył w jej stronę.

 

List mógł zo­sta­wić kto­kol­wiek, o do­wol­nej po­rze dnia. Jej srebrne spor­towe auto nie­trudno było za­uwa­żyć, a wszy­scy czy­tel­nicy wie­dzieli, że co­dzien­nie jest obecna na roz­pra­wach.

Prze­szło jej przez myśl, czy nie za­dzwo­nić na po­li­cję, ale mu­siała wró­cić do domu i na­pi­sać wpis na bloga, za­nim reszta me­diów ją wy­prze­dzi. Przed wy­jaz­dem z par­kingu na­pi­sała wia­do­mość do naj­bliż­szych – trójki ro­dzeń­stwa i Mi­cha­ela Ho­gana, jed­nego z naj­lep­szych przy­ja­ciół i brata jej za­mor­do­wa­nego na­rze­czo­nego.

Wła­śnie zna­la­złam za wy­cie­raczką list od ja­kie­goś nie­za­do­wo­lo­nego czy­tel­nika. Tak jakby groźba. Nie ma nudy!

Rzu­ciła te­le­fon na sie­dze­nie i wsa­dziła list oraz ko­pertę pod to­rebkę, żeby nie po­rwał ich wiatr, po czym wy­je­chała z wie­lo­po­zio­mo­wego par­kingu i włą­czyła się do ru­chu z roz­wia­nymi dłu­gimi czar­nymi wło­sami.

Je­śli ten, kto zo­sta­wił list, ją ob­ser­wo­wał, miała na­dzieję wy­glą­dać bez­tro­sko i nie­wzru­sze­nie, cho­ciaż to nie była prawda. W środku go­to­wała się ze zło­ści. Jej po­czu­cie spra­wie­dli­wo­ści, ostre jak brzy­twa, przy­po­mi­nało jej o ofia­rach spraw, które opi­sy­wała. Wie­działa, jak to jest, gdy za­bójca zo­sta­nie pusz­czony wolno bez wy­roku, gra­jąc na no­sie tym, któ­rych ży­cie ni­gdy już nie bę­dzie ta­kie samo.

To dla tych ofiar pi­sała da­lej i ro­biła, co mo­gła, by za­bójcy za­pła­cili za swoje czyny. Nie umiała po­móc spo­łe­czeń­stwu jako pro­ku­ra­tor – ta praca to sta­wia­nie za­rzu­tów, a nie wsa­dza­nie zbrod­nia­rzy za kratki. W pro­ce­sach są­do­wych nie cho­dziło o spra­wie­dli­wość, tylko o szu­ka­nie luk w prze­pi­sach. Sprytny plan jed­nej ze stron mógł wpły­nąć na ław­ni­ków, o ile sprawa w ogóle tra­fiła do sądu.

Ca­thy le­piej wy­ko­rzy­sty­wała swoje umie­jęt­no­ści, pro­wa­dząc wła­sne śledz­twa i in­for­mu­jąc czy­tel­ni­ków o do­wo­dach, któ­rych cię­żar umniej­szali sę­dzio­wie.

Po­rzu­ciła pracę w pro­ku­ra­tu­rze okrę­go­wej i za­brała się za pi­sa­nie o spra­wach, które przy­ku­wały jej uwagę. Ob­na­żała in­trygi za­bój­ców, któ­rzy zmy­ślali swoje wer­sje wy­da­rzeń i ma­ni­pu­lo­wali ław­ni­kami. Nie mu­siała już ukry­wać do­wo­dów i nie obo­wią­zy­wało ją prawo ogra­ni­cza­jące moż­li­wość wy­po­wie­dzi.

Przez dwa lata, od­kąd za­częła pi­sać bloga, do­stała kilka gróźb śmierci. Żadna nie skoń­czyła się próbą za­ma­chu na jej ży­cie. Ta praw­do­po­dob­nie wy­ni­kała z po­dob­nej tak­tyki. Je­śli two­jego bloga czyta dwa mi­liony osób, znaj­dzie się wśród nich kilku po­my­leń­ców.

Nie za­mie­rzała jed­nak po­zwo­lić, by ja­kiś ta­jem­ni­czy list ze­psuł jej dzień. Mu­siała na­pi­sać post na bloga. Po­tem bę­dzie się tym mar­twić.