Nie chcę o tym mówić

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Nota autora

Podziękowania

Prolog

Skrywana męska depresja

Synowie Narcyza: godność, wstyd i depresja

Wydrążony człowiek: ukryta depresja a uzależnienie

Mur wokół serca: trauma a biologia

Męskość na manowcach

Utrata relacyjności

Szkoda uboczna

Dwójka wewnętrznych dzieci

Równowaga zwycięża: uzdrawianie dziedzictwa

Droga przez pustkowie: samouzdrowienie

Nauka intymności: uzdrawianie związków

Zakończenie: na czym stoimy

Epilog

Przypisy

Przypisy od tłumacza

Tytuł oryginału: I Don’t Want to Talk About It. Overcoming the Secret Legacy of Male Depression

Redakcja: Mirosław Konkel

Projekt okładki: Magdalena Toczydłowska-Talarczyk

Korekta: Słowne Babki

Copyright © 1997 by Terry Real

All Rights reserved, including the right of reproduction in whole or in part in any form

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie II

ISBN 978-83-8143-558-1


Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Książkę tę dedykuję z wdzięcznością

mojej żonie, Belindzie Berman,

oraz naszym synom, Justinowi i Aleksandrowi,

którzy stale mi przypominają, że nadzieja jest wspomnieniem przyszłości.

Kamyk, który mój syn

pomalował złotem,

spoczywa na mej dłoni, cenny dar,

a on pyta swoim czystym, jasnym

dziecięcym głosem,

kto nauczył mnie, że życie

potrzebuje wielkiego bólu,

by się zamieniło w złoto?

A kto nauczył ich?

I po co, z jakiego powodu?

RICHARD HOFFMAN, Historia

Niech zmarli modlą się

za swoich zmarłych.

JAMES WRIGHT, Inskrypcje

Nota autora

Wszystkie historie ludzkie opisane w tej książce są kompilacją faktów dotyczących różnych osób. Zostały celowo wymieszane w celu ochrony prywatności moich klientów. Żadna występująca w niej postać nie odpowiada rzeczywistej osobie, żyjącej czy zmarłej.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Podziękowania

Jest oczywiste, że ta książka, poświęcona przede wszystkim relacjom pomiędzy mężczyznami, bardzo wiele zawdzięcza bardzo wielu różnym ludziom. Koncepcje w niej przedstawione nie mogłyby się narodzić bez geniuszu dwóch zupełnie odmiennych kobiet, Olgi Silverstein i Pii Mellody, z których każda jest w swojej dziedzinie postacią legendarną. Od Olgi zapożyczyłem odwagę w kwestionowaniu dotychczasowych teorii męskiego rozwoju. To ona pierwsza wpadła na pomysł takiej książki i moje dzieło stanowi parę dla jej wspaniałej pracy o matkach i synach – The Courage to Raise Good Man. Również dług wobec Pii jest widoczny w całej książce. Jej dorobek miał nie tylko zasadniczy wpływ na moją praktykę terapeutyczną, lecz zmienił także moje własne życie. Jack Sternbach nauczył mnie większości tego, co potrafię w dziedzinie prowadzenia męskich grup terapeutycznych. To on wprowadził mnie w rewolucyjne koncepcje Joe Plecka i on podsunął mi ideę mężczyzny jako „skrzywdzonego krzywdziciela”. Pragnę też podziękować moim przyjaciołom i kolegom z Instytutu Rodziny w Cambridge, placówki, która wychowała trzy pokolenia terapeutów rodzinnych Nowej Anglii. Szczególnie wiele zawdzięczam moim mentorom: Charlesowi Verge, Caroline Marvin, Richardowi Chasinowi, Rickowi Lee, Davidowi Treadwayowi, Sally Ann Roth i Kathy Weingarten. Jeśli moja książka zapala jakieś światło nadziei dla mężczyzn i ich rodzin, jest to wasza zasługa. Moja wdzięczność nie ma granic.

Moja agentka literacka, Beth Vesel, była jedną z pierwszych architektek tej pracy, przewodniczką, opiekunką i muzą, a także niezwykle wnikliwą czytelniczką. We wdzięcznej pamięci zachowuję współpracę z Elizabeth Stone, a także wytrwałą pracę badawczą Riny Amiri. Pragnę podziękować Perowi Gjerde z Uniwersytetu Stanforda za ciepłe wsparcie i wskazówki, Besselowi van der Kolkowi za jego mądrość, otwartość i precyzję, Davidowi Lisakowi i Ronowi Levantowi za wiele cennych pomysłów.

Na głęboką wdzięczność zasługują pracownicy wydawnictwa. Virginia LaPlante była moją krytyczką i akuszerką mojej pracy. Inteligencja Gail Winston pozostawiła wyraźny ślad na całej książce. Nan Graham i Gillian Blake doprowadziły ją do ostatecznej postaci. Nan Graham wywarła wpływ na moją własną wizję dzieła, a Gillian Blake wniosła do tekstu swą błyskotliwą precyzję. Myślą i energią tych czterech kobiet przepojona jest każda strona książki.

Podczas pracy nad książką mnie i moją rodzinę otaczało wielu życzliwych, kochających przyjaciół: Jeffrey i Cheryl Katzowie, Scott Campbell i Richard MacMillan, Rick Thomson i Judy Wineland, Denise i Kenneth Malamentowie, Margie Schaffel i Peter Belson, Carter, Susan i Jessica Umbargerowie, Jeffrey Kerr, Mora Rothenberg, Winthrop Burr, Meredith Kantor, Mel Bucholtz, Gerry Schamess, Kristin Wainwright, Joan Wickersham, Ala i Deborah Slobodnikowie – wszyscy bardzo, bardzo cierpliwi.

Pragnę podziękować mężczyznom, kobietom, chłopcom i dziewczętom, z którymi miałem zaszczyt pracować przez wszystkie te lata. Ta książka jest nade wszystko pomnikiem ich heroizmu.

Na koniec muszę oddać należne mojemu najbogatszemu źródłu inspiracji, mojej żonie Belindzie Berman. Oprócz godzin ciężkiej pracy i wsparcia dziękuję ci także za twoje oddanie, głębię myśli i niezawodną inteligencję. Miłość do ciebie jest najlepszą rzeczą, jaka mi się kiedykolwiek przytrafiła. Moim dzieciom, Justinowi i Aleksandrowi, jestem wdzięczny za tolerancję i entuzjazm. Ilekroć wpadałem w otępienie i duch we mnie upadał, wasza słoneczna obecność przywracała mnie do życia.

Na każdym kroku moich wędrówek przez ciemną knieję korzystałem z pomocy i towarzystwa innych ludzi. Błogosławię wszystkich moich towarzyszy podróży.

Prolog

Syn chce pamiętać to, o czym ojciec wolałby zapomnieć.

Przysłowie żydowskie

W szkole średniej mój ojciec był świadkiem utonięcia dwóch znajomych chłopców na wybrzeżu New Jersey. Jednego z nich wciągnął podwodny prąd, a drugi zanurkował, aby go ratować. Ta tragedia stała się źródłem jednej z jego ulubionych maksym. „Nie zbliżaj się zanadto do tonącego, bo wczepi się w ciebie – mawiał ojciec. – Pociągnie cię za sobą na dno. Lepiej rzuć mu coś, linę albo koło ratunkowe. Ale nie dotykaj go, nie płyń za nim”. Powtarzał to od czasu do czasu mnie i mojemu bratu, jakby to była rzeczowa rada dotycząca prowadzenia samochodu czy nauki, jakby ratowanie tonących było codziennym ludzkim doświadczeniem. O wypadku tych dwóch chłopaków dowiedziałem się dużo później, gdyż ojciec przez całe moje dzieciństwo nie opowiadał nigdy o sobie, zawsze tylko o innych.

 

Dopiero po dwudziestu latach ojciec zaczął mówić o własnym życiu. Pamiętam pierwszy raz, kiedy się na to zdobył. Pozostał mi w pamięci szorstki dotyk naszej starej, żółtej kanapy, na której siedzieliśmy. Było mi niewygodnie obok potężnej masy ojcowskiego ciała. W wieku sześćdziesięciu dwóch lat był wielkim mężczyzną, ważącym dobrze ponad dwieście funtów, z szerokimi ramionami, wypukłą piersią i ogromnym brzuszyskiem, które piętrzyło się przed nim niczym basowy bęben wydający głębokie tony – jego śmiech.

Ruchy i gesty ojca były szerokie, zamaszyste, toporne jak figury, które rzeźbił w garażu – abstrakcyjne, nieczytelne kształty na masywnych podstawach – albo jak jego gniew, który wybuchał nagle jak sztorm, bez żadnego konkretnego powodu czy myśli, jak u dzikiej bestii.

Mój bliźniak Les miał dość rozumu, żeby siedzieć cicho i nie rzucać się w oczy, ale ja byłem ukochanym dzieckiem taty. Byłem wrażliwy. Byłem dla niego problemem. „Ty mały łobuzie, spiorę cię tak, że wytrząsnę z ciebie duszę” – mawiał ojciec i czasami wyglądało na to, że naprawdę zamierza spełnić obietnicę. Ta brutalność powinna mnie od niego odstręczać i właściwie tak było. Ale na jakimś bardziej elementarnym poziomie zbliżało nas to do siebie. Kiedy wybuchał niekontrolowaną wściekłością, nawet kiedy bił, nigdy nie traciłem z nim kontaktu. Bardziej niż fizyczny ból oszałamiały mnie jego niepoczytalność, jego uraza, jego cierpienie, wypełniając mnie rozpaczą i zwątpieniem. Z utęsknieniem czekałem na koniec rytuału, by móc pójść do łóżka, nakryć się z głową i zasnąć.

Później, w okresie dorastania, zacząłem szukać takiego odprężenia w narkotykach i w dreszczu ryzyka. Było jeszcze gorzej. Moje życie zwracało się w niebezpiecznym kierunku. Zacząłem się nawet zastanawiać, który z nas przeżyje, ja czy ojciec.

Kiedy miałem dwadzieścia siedem lat, zebrałem się na odwagę i poprosiłem ojca, żeby opowiedział mi o swoim dzieciństwie. Próbował zwykłych manewrów: najpierw przyjął postawę obronną, potem chciał obrócić wszystko w żart i uciec od tematu. Ale w tym czasie byłem już uzbrojony w umiejętności początkującego terapeuty. Miałem za sobą szkołę otwierania zamkniętych serc.

– Wiesz, matka i ja podjęliśmy z rozmysłem decyzję, by trzymać was z dala od tego wszystkiego – zaczyna.

– Rozumiem – mówię.

– Nie chcieliśmy was tym obciążać.

– Doceniam to.

– Ale myślę, że teraz jesteś już dość duży… – zająknął się.

Milczę. Ojciec robi pauzę.

– Nie masz pojęcia, jak wtedy było. W latach Wielkiego Kryzysu…

Znowu na chwilę przerywa, po czym kontynuuje. Miał nie więcej niż sześć albo siedem lat, kiedy jego matka umarła na przewlekłą chorobę, której nazwy nie zdołał zapamiętać. W głowie pozostały mu tylko niejasne obrazy i mętne wspomnienia o matce, jej cieple i zaraźliwym śmiechu.

Po jej śmierci wszystko spadło na głowę jego ojca, Abe’a, „człowieka słabego i biernego”. Abe stracił pracę, otworzył rodzinny sklepik, ale wkrótce zbankrutował. Ponieważ nie dawał sobie rady, rodzina się rozdzieliła. Mój ojciec Edgar i jego młodszy brat Phil zamieszkali z kuzynem. Ciotka Sylvie była nieprzyjemną osobą. Jeszcze przed Kryzysem zgorzkniała, po przyjęciu na wychowanie młodocianych krewnych nie próbowała nawet zmienić swojego jadowitego usposobienia. Cechowało ją codzienne, banalne okrucieństwo.

– Na czym to polegało, tato? – pytam.

– Ech, bo ja wiem. – Wzrusza ramionami.

– Ale jak to było? – powtarzam pytanie.

W końcu udaje mi się skłonić ojca, żeby opowiedział. O poniżeniu, jakie czuł, nosząc ubrania z drugiej ręki, o tym, jak Sylvie podawała im posiłki z komentarzami w rodzaju: „Dla Stevena duży kawał kurczaka, bo to mój syn, a dla ciebie, Edgar, mały, bo jesteś obcy”.

W wieku jedenastu czy dwunastu lat gniew nurtujący mojego ojca, pozbawionego opieki rodziców, doszedł do punktu wrzenia. Jego brat był wciąż dostatecznie młody i beztroski, by można go było kształtować, ale on zaczął odreagowywać. W szkole prowokował awantury, w domu podkradał różne drobiazgi, wreszcie uwikłał się w jedną czy dwie „afery”, po których ciotka się go pozbyła. Trafił do domu dziadków w innej części miasta.

– I co zrobiłeś? – pytam.

– Co niby miałbym zrobić? Chodziłem do szkoły, pracowałem.

– Czy miałeś przyjaciół?

– Zdobywałem przyjaciół.

– Czy widywałeś się z Philem i twoim ojcem?

Tak, widywał się. Przez całą tamtą zimę po szkole maszerował sześć mil przez śnieg do domu Sylvie, żeby zjeść z nimi obiad. Przesiadywał potem nad filiżanką kakao, dopóki Sylvie nie powiedziała, żeby już sobie poszedł. I znowu wracał samotnie na piechotę.

Zerkam przez okno naszego niedużego mieszkania nad morzem na nagie, listopadowe drzewa. Wyobrażam sobie dwunastolatka wędrującego wśród śnieżycy.

– Jak to było? – pytam. – Jak się wtedy czułeś?

Ojciec wzrusza ramionami.

– Jak się czułeś? – napieram.

– Myślę, że było trochę zimno.

– Nie gadaj mi o zimnie, powiedz prawdę.

– Nie chowam urazy, Terry. – Jego ton mnie mrozi. – Oni robili to, co musieli robić, jasne? To były ciężkie czasy. A poza tym – mówi już spokojniej – mogę to zrozumieć. Nie byłem łatwym dzieckiem.

– Ale byłeś dzieckiem – podkreślam.

Ojciec kręci głową.

– Tak, ale naprawdę trudnym. Byłem takim paskudnym, małym sukinsynem.

– Jakim ty mogłeś być sukinsynem, tato? Przecież miałeś dopiero dwanaście lat!

– Sam nie wiem. – Odwraca głowę i zapada się w sobie.

– Spójrz na mnie. – Ujmuję go za ramię. – Mam to gdzieś, co wtedy wyrabiałeś, rozumiesz? Byłeś dzieckiem. Straciłeś matkę, ojciec cię opuścił. Nie zasłużyłeś na taki los, prawda? Nie dociera to do ciebie? Nie zasłużyłeś!

Ojciec patrzy na mnie swoimi niebieskimi oczami powiększonymi przez grube szkła.

– No, niech będzie – wzdycha.

Potem, równie nagle jak przy wybuchach złości, otwiera ramiona i przyciąga mnie do siebie. Bez słowa, z dziecinną czułością i brakiem skrępowania składa głowę na mojej piersi. Przytulając go, czuję znajomą woń kawy, papierosów i kremu do golenia. Jego wielka głowa ciąży mi, fizycznie jest mi niewygodnie, wręcz nieprzyjemnie, ale kiedy próbuje się odsunąć, instynktownie wzmacniam uścisk. Delikatnie, nieśmiało gładzę jego plecy i gęste włosy.

– Wszystko w porządku, tato – mruczę.

Patrząc nad jego głową na drzewa za oknem, zastanawiam się, co będzie z nami dalej. Nadal mu nie przebaczyłem i nie zaufałem, ale coś w głębi mnie zaczyna tajać.

Tego wieczoru pierwszy zielony pęd przedarł się przez kamienny mur. Za nim poszły dalsze. W latach, które nastąpiły, zbliżaliśmy się do siebie coraz bardziej. Jednocześnie moje życie toczyło się w pomyślnym kierunku, podczas gdy sytuacja ojca stawała się coraz bardziej beznadziejna. Bezsilnie obserwowałem, jak kłopoty finansowe, izolacja społeczna, na koniec ciężka choroba przytłaczały go i tłamsiły, wysysając soki żywotne. Trwałem przy nim. Dawałem z siebie wszystko, co mogłem.

Pochowałem ojca we wrześniu 1989 roku. Ostatniej nocy, kiedy zostałem sam przy jego łóżku, pobłogosławiliśmy się nawzajem. Gdy nazajutrz rano wszedłem do szpitalnej sali, już nie żył. Głowę miał odrzuconą do tyłu, oczy zamknięte, usta otwarte. To nie był mój tata, to było tylko jego ciało, nie więcej niż jedna z jego gipsowych rzeźb. Dotknąłem jego oczu i ucałowałem go. Na wargach pozostał mi gorzko-gliniasty posmak.

Często myślałem o jego szkolnych kolegach, którzy utonęli na jego oczach, i o jego radzie: „Nie zbliżaj się do nich. Pociągną cię za sobą”. Ta rada, jak wiele innych, nie była słuszna. Nie pociągnął mnie za sobą do ciemnej mogiły. Ale też nie wyzwoliłem się z jego uścisku.

Rozdział pierwszy

Skrywana męska depresja

W środku podróży życia znalazłem się na mrocznej ścieżce.

Dante1

Kiedy patrzę na nieporozumienia ojców z synami, przepełnia mnie poczucie czegoś znajomego. Każdy mężczyzna jest czyimś synem i większość z nich, czy sobie z tego zdają sprawę, czy nie, jest wobec ojców lojalna. Mój własny ojciec był osobowością zbijającą z tropu: z jednej strony brutalny, z drugiej – godny pożałowania. W dzieciństwie mój charakter wchłonął dozę mrocznej, postrzępionej pustki, z którą zmagałem się prawie do trzydziestki. Jak to zwykle bywa, ojciec przekazał mi – poprzez spojrzenia, ton głosu, rodzaj dotyku – swoją depresję, o której nie wiedział, równie nieuchronnie, jak sam otrzymał ją od swojego ojca. To był łańcuch niedoli, toksyczny spadek przez pokolenia wiążący rodziców z potomkami.

Z perspektywy czasu jest dla mnie jasne, że zostałem terapeutą między innymi dlatego, by móc kultywować umiejętności potrzebne do uzdrowienia ojca – przynajmniej na tyle, by skłonić go do szczerej rozmowy. Musiałem poznać jego przeszłość, aby zrozumieć jego brutalne zachowania i uśpić nienawiść, którą do niego czułem. Z początku robiłem to nieświadomie, nie z jakiejś wielkiej miłości, lecz pchany instynktem samozachowawczym. Chciałem zerwać z tym dziedzictwem.

Można by pomyśleć, że wniosłem do swojej pracy zawodowej szczególne uwrażliwienie na przejawy depresji u mężczyzn, ale początkowo wcale tak nie było. Mimo zdobytego w bólach osobistego doświadczenia minęły lata, zanim miałem dość odwagi, by zachęcać pacjentów do wyruszenia w podróż, którą sam odbyłem. Ani studia, ani praktyka nie przygotowały mnie do tak głębokiego wejścia w cudzy wewnętrzny ból i stawiania mu czoła. Jak większość terapeutów – a właściwie większość ludzi w naszej kulturze – byłem przyuczony do obchodzenia z daleka ukrytej kruchości mężczyzny. Uczono mnie także, iż depresja jest głównie kobiecą chorobą2, że odsetek kobiet cierpiących na nią jest dwa do czterech razy wyższy niż mężczyzn. Kiedy rozpoczynałem praktykę kliniczną, wierzyłem w prostą wymowę tych liczb, ale dwadzieścia lat pracy z mężczyznami i ich rodzinami doprowadziło mnie do przekonania, że zagadnienie depresji jest w rzeczywistości o wiele bardziej złożone.

Depresję mężczyzn otacza w naszym społeczeństwie przeraźliwa zmowa milczenia, rodzaj kulturowego tabu.

Jak na ironię, te same czynniki, które przyczyniają się do depresji, sprawiają, że jej nie dostrzegamy. Uważa się, że mężczyzna nie powinien być zbyt wrażliwy. Powinien przechodzić do porządku nad cierpieniem. Jeśli się załamie pod jego ciężarem, będzie uważał, że się zhańbił, i co gorsza, to samo pomyślą krewni i przyjaciele, nawet specjaliści od zdrowia psychicznego. A właśnie skrywane cierpienie leży, moim zdaniem, u korzeni wielu problemów w męskim życiu. Ukryta depresja jest źródłem licznych nieprawidłowości, które uważa się za typowo męskie: chorób psychicznych, alkoholizmu i narkomanii, przemocy w rodzinie, niepowodzeń w życiu intymnym, autodestrukcyjnych zachowań w pracy.

Wolimy nie dostrzegać depresji u mężczyzn, ponieważ choroba ta jest postrzegana jako niemęska. W przekonaniu wielu osób depresja oznacza podwójne piętno: choroby psychicznej i „kobiecej” emocjonalności. Kobieta pozostająca w związku z mężczyzną cierpiącym na depresję często staje wobec bolesnego dylematu. Może albo stawić czoło problemowi partnera, ryzykując, że go w ten sposób jeszcze bardziej upokorzy, albo wspólnie z nim udawać, że wszystko jest w porządku, co nie rokuje nadziei na poprawę. Mężczyzna postrzega depresję jako stan kompromitujący i zawstydzający, więc najczęściej pozostaje nierozpoznana ani przez niego, ani przez jego otoczenie. A przecież oddziaływanie tego ukrytego zaburzenia jest przytłaczające.

Ocenia się, że każdego roku zmaga się z depresją jedenaście milionów osób. Związane z nią obniżenie wydajności pracy w połączeniu z wydatkami na leczenie kosztuje Stany Zjednoczone ponad 47 miliardów dolarów rocznie – kwotę porównywalną z kosztami chorób serca3. A mimo to w większości przypadków depresja nie jest diagnozowana. Jakieś 60 do 80 procent chorych nie otrzymuje żadnej pomocy4. Cisza wokół depresji jest tym bardziej uderzająca, że jej leczenie dobrze rokuje5. Według obecnych ocen psychoterapia w połączeniu ze środkami farmakologicznymi pozwala na poprawę stanu zdrowia 80–90 procent pacjentów z depresją – o ile zwrócą się o pomoc6. Praca z mężczyznami i ich rodzinami nauczyła mnie, że niezależnie od oporów przed przyznaniem się do depresji często po prostu nie potrafimy jej stwierdzić, gdyż u mężczyzn przejawia się w inny sposób niż u kobiet7.

 

Do najistotniejszych różnic między mężczyzną a kobietą należą zachowania związane z emocjami. Dlaczego więc depresja, zaburzenie emocji – w języku psychiatrii zaburzenie afektywne – miałaby być traktowana w ten sam sposób niezależnie od płci, jeśli nie czynimy tak w przypadku innych problemów emocjonalnych8? Chociaż wielu mężczyzn przeżywa depresję podobnie jak kobiety, u znacznie większej liczby manifestuje się ona w mniej uchwytny sposób i często uchodzi uwadze, aczkolwiek wyrządza wielkie szkody. Na czym polegają te specyficznie męskie formy depresji? Jakie są ich przyczyny? Czy etiologia tego zaburzenia jest taka sama u obu płci? Sądzę, że nie. Nie tylko przejawy depresji są inne u kobiet i mężczyzn, lecz także droga do niej wiodąca wydaje się odmienna.

Tradycyjne w naszej kulturze wychowanie nakłania zarówno dziewczęta, jak i chłopców do „rozszczepienia osobowości”9 . Dziewczętom pozwala się na wyrażanie emocjonalności i kultywowanie więzi, natomiast systematycznie zniechęca się je do rozwijania i wystawiania na próbę swojego publicznego, asertywnego ja10. U chłopców, dla kontrastu, wspiera się manifestowanie asertywnego ja, natomiast hamuje nieskrępowane wyrażanie emocji oraz umiejętność tworzenia i podtrzymywania głębokich więzi. Feministyczni badacze i naukowcy od dziesięcioleci przyglądają się uważnie presji, która blokuje pełny rozwój osobowości dziewcząt, i rujnującym niekiedy efektom utraty autentycznego ja. Pora wreszcie zrozumieć, że symetryczny proces ma miejsce w życiu chłopców i mężczyzn.

W świetle nowszych badań stało się jasne, że podatność na depresję jest zazwyczaj dziedziczonym uwarunkowaniem biologicznym. Każdy chłopiec i każda dziewczynka z określonym zestawem chromosomów są szczególnie narażeni na tę chorobę11. Lecz w większości przypadków sama biologiczna podatność nie wystarcza, by rozwinęła się depresja. Musi wystąpić w parze z ranami psychologicznymi12. I tu właśnie wchodzą w grę kwestie płci. Tradycyjne wychowanie wyrządza krzywdę zarówno dziewczętom, jak i chłopcom, każdej płci w odrębny, ale komplementarny sposób. Dziewczęta, a później kobiety mają skłonność do internalizowania poczucia krzywdy. Obwiniają siebie i zamykają się ze swoim bólem. Chłopcy i mężczyźni, przeciwnie, eksternalizują swoje krzywdy. Częściej czują się ofiarą zewnętrznych okoliczności i rozładowują napięcie w działaniu. Wśród pacjentów szpitali psychiatrycznych, którzy dopuścili się czynów gwałtownych, przeważają mężczyźni, natomiast kobiety znacznie częściej wyrządzają krzywdę sobie. Zarówno w formach łagodnych, jak i ostrych męska eksternalizacja i kobieca internalizacja stwarzają problemy, utrudniając każdej z płci rozwinięcie pełnej umiejętności utrzymywania więzi. Internalizacja bólu osłabia kobietę cierpiącą na depresję i blokuje jej zdolność do bezpośredniej komunikacji z otoczeniem. Męska tendencja do wyrzucania z siebie cierpienia często oznacza coś więcej niż tylko kłopoty z intymnością. Może uczynić mężczyznę psychologicznym zagrożeniem. Zbyt często zraniony chłopiec wyrasta na mężczyznę, który sam rani innych, wywołując u swoich najbliższych taki właśnie rozstrój, jakiego nie chce dostrzec u siebie. Męska depresja bez podjęcia środków zaradczych bywa zjawiskiem długotrwałym. Tak było w przypadku moim i mojego ojca. I w takiej sytuacji był David Ingles z rodziną, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy.

– Co może wyjść ze skrzyżowania prawnika, dyslektyka i paskudnego charakteru? – David, sam będący prawnikiem, rozpiera się w swoim ulubionym fotelu w moim gabinecie.

Jego żona Elaine, również prawniczka, kobieta po czterdziestce, oraz siedemnastoletni syn Chad nie okazują najmniejszego zdziwienia. Elaine utkwiła wzrok gdzieś powyżej lewego ucha męża. Nie patrząc na niego, mówi tylko: „Davidzie, nie tak!”. Na chwilę zapada niezręczna, męcząca cisza. David patrzy na mnie przyjaźnie. Jest wysokim, pulchnym mężczyzną o otwartej, śniadej twarzy i rzadkich, ciemnych włosach. Siedząca naprzeciwko męża Elaine odsuwa swe drobne, ale silne ciało jak najdalej od niego. Chad, dryblas w workowatych spodniach i T-shircie, zakłada ciemne okulary w drucianej oprawce à la John Lennon i przekręca swój obrotowy fotel do ściany.

– Zdejmij te okulary – mruczy David do Chada, który to ignoruje.

Podczas gdy David patrzy na syna, Elaine zapewnia mnie kolejny raz, że jest naprawdę dobrym ojcem, zaangażowanym i troskliwym.

Zajmuję się Davidem i Elaine już blisko sześć miesięcy. Elaine zgłosiła się do mnie z mężem początkowo nie z powodu syna, lecz w trosce o ich małżeństwo. Po dwudziestu latach musiała przyznać, że czuje się – i to od dłuższego czasu – żałośnie samotna. David był miły, uczynny i pomocny. Problem polegał na tym, że miała wrażenie, jakby był nieobecny. Przez jakiś czas podejrzewała, że ma kochankę, ale wydawał się zbyt nijaki, by zdobyć się na coś takiego. Coraz mniej smaku znajdował w życiu, nie cieszył się ani nią, ani synem, ani nawet własnymi sukcesami. Przez całe lata zbyt dużo pracował. Teraz zaczął również zbyt dużo pić i zbyt często wybuchać gniewem. Elaine martwiła się jego napadami złości, martwiła się o jego zdrowie. Choć nie powiedziała tego otwarcie, to w chwili, gdy się do mnie zwróciła, była już bliska decyzji, by opuścić męża.

Dotychczas David znosił bez słowa pretensje żony. Jego strategia polegała na przyjęciu postawy wyczekiwania, dopóki jej gniew nie ucichnie. „Pewnie napięcie przedmiesiączkowe” – tak kwitował jej niezadowolenie. Z pozycji terapeuty poinformowałem go, że będzie musiał trochę się zmienić. Kiedy jednak u Davida pojawiły się oznaki poprawy, Chad zaczął odreagowywać, więc poprosiłem, żeby przyprowadzili ze sobą syna „jako konsultanta”. Chciałem usłyszeć, co ten chłopak – który od chwili urodzenia był centralnym punktem ich związku – ma do powiedzenia o swoich rodzicach. Ale Elaine miała inne plany.

– David – mówi Elaine bezbarwnym głosem – musisz powiedzieć Terry’emu o biciu Chada.

– Nie uderzyłem go – oburza się David.

– Wszystko jedno. – Wzrusza ramionami Elaine. – Trzeba poruszyć tę sprawę.

David przez chwilę się waha, czy się opierać, czy ustąpić. Potem wzdycha, odchyla się w fotelu i zaczyna opowiadać.

– Ostatniego wieczoru Chad gdzieś się wybierał z kluczykami od samochodu w ręku. Elaine i ja byliśmy w kuchni, więc zadałem mu parę pytań. Wiesz, dokąd idziesz i te rzeczy.

– A jakże! – parska Chad.

David celuje w niego palcem wskazującym.

– Czy nie miałem prawa pytać? Nie miałem?

– No dobrze – uspokajam go. – Powiedz, co się dalej stało.

– No więc on nic nie odpowiedział. Poszliśmy z Elaine za nim do garażu – spogląda na syna potępiająco – a on zaczął mi wtedy pyskować, prawda? – zwraca się do Chada.

– Jedź dalej – mówię miękko.

– Dobra, no to mówię mu: „Jeśli będziesz się tak do mnie odzywał, to nie weźmiesz wozu”. Rozumiesz, „wybór należy do ciebie”. A on wtedy rzucił kluczykami w samochód.

– Na podłogę – mówi Chad.

– W samochód – powtarza ojciec. – I usłyszałem, jak mruczy pod nosem: „Pieprzę cię”.

David milknie. Próbuję złowić jego wzrok.

– I w tym momencie ty… – zaczynam za niego.

– Popchnąłem go.

– Popchnąłeś go – powtarzam.

– No wiesz, szturchnąłem go czy coś w tym rodzaju. – David wpatruje się w punkt na dywanie pomiędzy swoimi stopami.

– Mocno? – pytam.

David wzrusza ramionami.

– Dość mocno – mówi Elaine.

Przez chwilę patrzę na Chada. Z powodu okularów nie mogę odczytać wyrazu twarzy, nie dostrzegłbym nawet łez. Nagle uświadamiam sobie, jaki jest jeszcze młody i szczupły.

Wstaję i pociągam za sobą Davida.

– Pokaż mi, jak to było – mówię.

Podczas typowej terapii indywidualnej pacjent opowiada terapeucie o tym, co się mu zdarzyło w świecie zewnętrznym. Przy terapii rodzinnej główni bohaterowie tych wydarzeń często siedzą razem w gabinecie terapeuty. Tradycyjnym chwytem jest wówczas przejście od opowiadania o przykrych sytuacjach do ich odgrywania. Powtórzenie na poczekaniu takiej sceny podwyższa temperaturę emocjonalną sesji, co terapeuta może wykorzystać13.

Niechętnie, z wieloma zastrzeżeniami i wymówkami, rodzina pozwala mi zainscenizować wydarzenie. Chad wciąż nie zdejmuje ciemnych okularów. Kiedy dochodzą do momentu, w którym chłopak rzucił kluczami i mruknął pod nosem: „Pieprzę cię”, David z nieoczekiwanym impetem popycha go na ścianę gabinetu, aż wiszący na niej obraz spada z jednego haka. Chad z trudem łapie dech. David przyciska przedramieniem jego gardło. Mięśnie ma napięte, ciężko dyszy.

– Powiedz to jeszcze raz – cedzi z groźbą w głosie. – No, dalej, powiedz to!

Chad walczy o oddech. Jest przerażony. Elaine też. Nawet mnie mocniej zabiło serce.

– David – dotykam lekko jego ramienia, patrząc na Chada – wszystko w porządku.

Czuję, jak jego muskuły wiotczeją pod moim dotykiem.

– Już załapałem. Wszystko jasne. Dobra robota.

Wszyscy odetchnęliśmy i po chwili nasze serca przestają walić jak młotem. Proszę Elaine, żeby zagrała Davida, a ona się zgadza. Ustawiam ją w tej samej pozycji, z przedramieniem przyciskającym gardło syna. Następnie odciągam Davida w drugi koniec pokoju i mówię mu, żeby dobrze przyjrzał się tej scenie. Stoimy tak dość długo obok siebie, niemal ocierając się ramionami. Może to tylko gra mojej wyobraźni, ale czuję, jak bije od niego smutek niczym żar od ogniska.

– Co widzisz, kiedy na to patrzysz? – pytam. – Co czujesz?

David zwiesza głowę. Po dłuższej chwili się odzywa.

– Wydaje mi się, że to nie jest w porządku – mruczy jakoś bardzo potulnie.

– Paskudna sytuacja – zgadzam się. Po krótkiej pauzie przytakuje.

– Powiedz to jemu. – Wskazuję w stronę grającej jego rolę Elaine, która wciąż przyciska ramieniem gardło syna. – Powiedz mu to, co powinien usłyszeć.