Na zawsze, ale z przerwąTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Tytuł oryginału: Forever, Interrupted

Copyright © 2013 by Rabbit Reid Inc.

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Copyright © for the Polish translation

by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadząca: Aleksandra Wolska

Marketing i promocja: Katarzyna Schinkel, Aleksandra Wolska

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Ewelina Chodakowska

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt graficzny okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Fotografia na okładce

© Rosie Hardy | Trevillion Images,

© maritime_m | Shutterstock

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66570-24-5

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Dla Lindy Morris

(za czytanie powieści kryminalnych

napisanych przez dwunastolatkę)

i dla Alexa Reida

(mężczyzny, którego powinien

pokochać cały świat)

Każdego dnia, kiedy się budzę, przez ułamek sekundy nie pamiętam, że cię nie ma, i chcę cię dotknąć. Natrafiam jedynie na chłodne prześcieradło po twojej stronie łóżka. Mój wzrok pada na nasze zdjęcie zrobione w Paryżu, które stoi na nocnym stoliku, i przepełnia mnie radość, że chociaż trwało to krótką chwilę, kochałem ciebie, a ty kochałaś mnie.

Ogłoszenia drobne, Chicago 2009

CZĘŚĆ PIERWSZA


CZERWIEC

– ZAMIERZASZ ZMIENIĆ NAZWISKO? – pyta mnie Ben. Siedzi na drugim końcu kanapy i masuje mi stopy. Wygląda słodko. Jak to możliwe, że znalazłam sobie takiego przystojniaka?

– Zastanawiałam się nad tym – mówię. Zastanawiałam się nie tylko nad tym. Uśmiecham się. – Chyba to zrobię.

– Serio? – upewnia się, nie kryjąc ekscytacji.

– Chciałbyś?

– Żartujesz sobie? – pyta. – To znaczy nie musisz. Jeśli uważasz, że to jest zbyt zaborcze z mojej strony lub… No nie wiem, że to odbierze ci tożsamość. Chcę, żebyś nosiła takie nazwisko, jakie chcesz mieć – mówi. – Ale jeśli wybierzesz moje – lekko się rumieni – będzie naprawdę fajnie.

Jest zbyt seksowny na męża. Mąż to ktoś gruby, łysiejący, kto wynosi śmieci. Mój mąż jest ponętny. Młody, wysoki i silny. Perfekcyjny. Zachowuję się jak idiotka. Ale przecież to nic dziwnego, prawda? Tuż po ślubie patrzy się na męża przez różowe okulary.

– Wymyśliłam, że będę się nazywać Elsie Porter Ross – mówię.

Przerywa masaż moich stóp.

– Całkiem seksownie – stwierdza.

– Dlaczego? – śmieję się.

– Nie wiem – przyznaje i powraca do masowania. – To musi mieć związek z jaskiniowcami. Po prostu podoba mi się to, że jesteśmy Rossami. Panem i panią Ross.

– Ładnie! – mówię. – Pan i pani Ross. Seksownie.

– Mówiłem!

– A więc tak będzie. Jak tylko przyjdzie akt ślubu, odeślę go do urzędu stanu cywilnego, czy gdzie tam się to odsyła.

– Rewelacyjnie – mówi i zabiera ręce. – Dobra, Elsie Porter Ross. Moja kolej.

Chwytam jego stopy. Przez chwilę milczymy, w roztargnieniu masuję jego palce przez skarpetki. Myślami błądzę gdzie indziej i po pewnym czasie zdaję sobie sprawę, że jestem głodna.

– Chce ci się jeść? – pytam.

– Teraz?

– Zachciało mi się fruity pebbles.

– Nie mamy żadnych płatków? – zastanawia się Ben.

– Mamy. Ale… mam ochotę na fruity pebbles. – W mieszkaniu są tylko zwykłe musli, kartony pełne brązowych płatków wzbogaconych błonnikiem.

– To co, idziemy je kupić? Jestem pewien, że sklep jest jeszcze otwarty i że mają fruity pebbles. A może mam iść sam?

– Nie! Nie zgadzam się. To byłby szczyt lenistwa z mojej strony.

– Może i tak, ale jesteś moją żoną, a ja cię kocham i chcę, żebyś zjadła to, na co masz ochotę. – Podnosi się.

– Nie, naprawdę, nie musisz iść.

– Idę. – Ben wychodzi z pokoju i po chwili pojawia się z rowerem i butami.

– Dziękuję! – mówię, już leżąc na kanapie i zajmując miejsce, które właśnie opuścił. Ben uśmiecha się do mnie, otwierając drzwi wyjściowe. Słyszę, że stawia rower na nóżce, i wiem, że jeszcze wróci, żeby się pożegnać.

– Kocham cię, Elsie Porter Ross – oświadcza i pochyla się, żeby mnie pocałować. Założył już kask rowerowy i rękawiczki. Uśmiecha się. – Naprawdę fajnie brzmi.

Uśmiecham się szeroko.

– Kocham cię! – mówię. – I dziękuję.

– Nie ma za co. Kocham cię! Zaraz wracam. – Zamyka za sobą drzwi.

Kładę się z książką, ale nie mogę się skupić. Tęsknię za nim. Mija dwadzieścia minut, powinien już wrócić, ale drzwi się nie otwierają. Nie słyszę nikogo na schodach.

Po upływie pół godziny dzwonię na jego komórkę. Nie odbiera. Zaczynam się zastanawiać, co się stało. Wszystkie scenariusze są naciągane i absurdalne. Poznał inną. Zatrzymał się w klubie ze striptizem. Dzwonię ponownie, a mój umysł zaczyna podsuwać bardziej realistyczne powody spóźnienia; powody, które przez to, że są realistyczne, są także przerażające. Kiedy dalej nie odbiera, schodzę z kanapy i wychodzę na zewnątrz.

Nie wiem, czego się spodziewam, ale rozglądam się po ulicy. Czy oszalałam, zastanawiając się, czy nic mu się nie stało? Nie wiem. Próbuję zachować spokój i powtarzam sobie, że na pewno utknął w jakimś korku, z którego nie może się wydostać, albo natknął się na starego znajomego. Minuty zaczynają zwalniać. Ciągną się jak godziny. Każda sekunda wydaje się wiecznością.

Syreny.

Słyszę zbliżające się syreny. Widzę błyskające światła tuż nad dachami domów przy mojej ulicy. Brzmią tak, jakby mnie wzywały. Słyszę swoje imię w powtarzającym się zawodzeniu: El-sie, El-sie.

Zaczynam biec. Gdy docieram do końca ulicy, czuję zimny beton pod stopami. Moje cienkie spodnie od dresu nie są odpowiednie na ten wiatr, ale biegnę, dopóki nie dotrę do źródła dźwięku.

Widzę dwie karetki i wóz strażacki. Kilka samochodów policyjnych zagradza dostęp. Dobiegam najbliżej, jak się da. Kogoś kładą na nosze. Na drodze leży przewrócona ciężarówka przeprowadzkowa. Ma wybite okna, wszędzie leży szkło. Przyglądam się, próbując odgadnąć, co tu się stało. I wówczas zauważam, że to nie tylko szkło. Na drodze leżą małe kawałki czegoś innego. Podchodzę bliżej i widzę jeden u swoich stóp. To fruity pebble. Rozglądam się wokoło, modląc się, żeby nie było tam tej jednej rzeczy – i wtedy ją zauważam. Przede mną – jak mogłam wcześniej tego nie widzieć? – częściowo pod ciężarówką leży rower Bena. Połamany i pogięty.

Świat milknie. Syreny znikają. Miasto się zatrzymuje. Moje serce bije tak szybko, że aż sprawia mi ból. Czuję krew pulsującą w mózgu. Jak tu gorąco. Dlaczego jest tak gorąco? Nie mogę oddychać. Wydaje mi się, że zapomniałam, jak to się robi. Przestaję oddychać.

Nie wiem, że biegnę, dopóki nie docieram do karetki. Zaczynam walić w drzwi. Podskakuję i walę w okno, do którego ledwie sięgam. Gdy to robię, słyszę chrupanie fruity pebbles pod stopami. Ilekroć podskakuję, wdeptuję je w ziemię. Rozdrabniam je na miliony kawałków.

Karetka odjeżdża. Czy on w niej jest? Czy jest tam Ben? Czy żyje? Czy nic mu nie jest? Czy jest posiniaczony? Może jest w karetce, bo przepisy mówią, że musi tam być, ale tak naprawdę nic mu nie dolega. Może jest gdzieś w pobliżu. Może w karetce znajduje się kierowca tego auta. Ten facet chyba nie żyje, prawda? Nie mógł tego przeżyć. Więc Benowi nic nie jest. Taka jest karma tego wypadku: zły facet umiera, dobry żyje.

Odwracam się i rozglądam, ale nigdzie nie widzę Bena. Zaczynam go wołać. Wiem, że nic mu nie jest. Jestem tego pewna. Po prostu pragnę, żeby to się skończyło. Chcę go zobaczyć z małym zadrapaniem i usłyszeć, że z nim wszystko w porządku i może wrócić do domu. Chodźmy do domu, Ben. Dostałam nauczkę i nigdy już nie pozwolę ci na wyświadczanie mi głupich przysług. Dostałam nauczkę; chodźmy do domu.

– Ben! – krzyczę w wieczorne niebo. Jest tak zimno. Kiedy zrobiło się tak zimno? – Ben! – krzyczę ponownie. Mam wrażenie, że biegam w kółko, dopóki nie zostaję zatrzymana przez policjanta.

– Proszę pani – mówi i chwyta mnie za ręce. Nadal krzyczę. Ben musi mnie usłyszeć. Musi wiedzieć, że tu jestem. Musi wiedzieć, że czas wracać do domu. – Proszę pani – powtarza policjant.

– Co?! – wrzeszczę mu prosto w twarz. Wyrywam się i odwracam na pięcie. Próbuję przebiec przez odgrodzony teren. Wiem, że ten, kto go odgrodził, przepuściłby mnie. Zrozumiałby przecież, że muszę znaleźć męża.

Funkcjonariusz łapie mnie ponownie.

– Proszę pani! – mówi bardziej stanowczo. – Nie powinno tu pani być. – Czy nie rozumie, że właśnie tutaj muszę teraz być?

– Muszę znaleźć męża! – odpowiadam. – Może być ranny. To jego rower. Muszę go znaleźć.

 

– Pani męża zabrali do Cedars-Sinai. Ma pani jak się tam dostać?

Wpatruję się w jego twarz, ale nie rozumiem, co do mnie mówi.

– Gdzie on jest? – pytam. Musi powiedzieć mi jeszcze raz. Nie rozumiem.

– Pani mąż jest w drodze do szpitala Cedars-Sinai. Został zabrany na oddział ratunkowy. Chce pani pojechać ze mną?

Nie ma go tutaj? Zastanawiam się. A więc był w tej karetce?

– Nic mu nie jest?

– Nie mogę…

– Nic mu nie jest?

Policjant patrzy na mnie. Zdejmuje czapkę z głowy i przykłada ją do piersi. Wiem, co to znaczy. Widziałam na filmach, że tak robiono na progu domów wdów wojennych. Jakby na dany znak zaczyna mi brakować powietrza.

– Muszę go zobaczyć! – krzyczę przez łzy. – Muszę go zobaczyć! Muszę być z nim! – Padam na kolana na środku drogi, pode mną kruszą się płatki śniadaniowe. – Powinnam być przy nim. Niech mi pan powie, że on jeszcze żyje.

Policjant patrzy na mnie współczująco i z poczuciem winy. Nigdy wcześniej nie widziałam tych dwóch emocji razem, ale łatwo je rozpoznać.

– Proszę pani, przykro mi. Pani mąż…

Policjant się nie spieszy; nie przepełnia go adrenalina, jak mnie. Wie, że nie ma się do czego spieszyć. Wie, że martwe ciało mojego męża może poczekać.

Nie pozwalam mu dokończyć zdania. Zdaję sobie sprawę z tego, co chce powiedzieć, i mu nie wierzę. Nie wierzę. Krzyczę na niego i walę pięściami w jego pierś. Jest potężnym mężczyzną, ma co najmniej metr osiemdziesiąt wzrostu, więc góruje nade mną. Czuję się jak dziecko. Ale to mnie nie powstrzymuje. Cały czas go uderzam. Chcę go spoliczkować. Chcę go kopnąć. Chcę, żeby zabolało go tak, jak mnie.

– Zginął w wyniku zderzenia. Przykro mi.

Wtedy padam na ziemię. Wszystko kręci się w kółko. Czuję swój puls, ale nie jestem w stanie skupić się na tym, co mówi policjant. Naprawdę nie sądziłam, że coś takiego może się stać. Byłam przekonana, że złe rzeczy przydarzają się tylko ludziom zadufanym w sobie. Nie ludziom takim jak ja, którzy wiedzą, jak kruche jest życie, ludziom, którzy szanują autorytet siły wyższej. Ale się przydarzyły. Mnie.

Moje ciało się uspokaja. Oczy schną. Twarz zastyga, a spojrzenie pada na rusztowanie i tam zostaje. Ręce tracą czucie. Nie wiem, czy stoję, czy siedzę.

– Co się stało z kierowcą? – pytam policjanta spokojnym i zrównoważonym tonem.

– Słucham?

– Co stało się z osobą, która kierowała ciężarówką?

– Nie żyje.

– Dobrze – stwierdzam jak jakaś socjopatka. Policjant tylko potakuje; być może sygnalizuje w ten sposób, że będzie udawał, że nie słyszał tego, co powiedziałam, a ja mam udawać, że nie cieszę się ze śmierci kogoś innego. Ale nie chcę przyjąć tej umowy.

Chwyta mnie za rękę i prowadzi na przednie siedzenie policyjnego auta. Włącza syrenę, żeby przejechać szybciej pomiędzy samochodami, a ja patrzę na umykające przed oczami ulice Los Angeles. Nigdy nie były takie brzydkie.

KIEDY DOCIERAMY DO SZPITALA, policjant sadza mnie w poczekalni. Trzęsę się tak bardzo, że wraz ze mną trzęsie się krzesło.

– Muszę tam wrócić – mówię do niego. – Muszę tam wrócić! – krzyczę. Zauważam plakietkę z jego nazwiskiem. Hernandez.

– Rozumiem. Dowiem się wszystkiego, co w mojej mocy. Zapewne zajmie się panią pracownik socjalny. Zaraz wracam.

Słyszę, że coś mówi, ale nie jestem w stanie zareagować. Po prostu siedzę na krześle i wbijam wzrok w przeciwległą ścianę. Czuję, że kiwa mi się głowa. Czuję, że wstaję i podchodzę do stanowiska pielęgniarek, ale przerywa mi ponowne pojawienie się Hernandeza. Towarzyszy mu niski mężczyzna w średnim wieku. Jest ubrany w niebieską koszulę z czerwonym krawatem. Założę się, że jak idiota nazywa go swoim krawatem mocy. Pewnie jest przekonany, że będzie miał dobry dzień, gdy go założy.

– Pani… Elsie? – mówi. Chyba powiedziałam Hernandezowi, jak mam na imię. Nie pamiętam, żebym to zrobiła. Wyciąga rękę, jakby chciał, żebym ją uścisnęła. Nie potrzebuję żadnych formalności w obliczu tej tragedii. Nie ujmuję jej. Przed tym wszystkim nigdy bym nie odrzuciła czyjejś wyciągniętej dłoni. Jestem miłą osobą. Czasami nawet frajerką. Nikt nie nazwałby mnie „trudną” czy „niepokorną”.

– Jest pani żoną Bena Rossa? Ma pani przy sobie prawo jazdy? – pyta mnie mężczyzna.

– Nie. Ja… wybiegłam z domu. Nie… – Patrzę na swoje stopy. Nie mam nawet butów, a ten facet sądzi, że zabrałam prawo jazdy?

Hernandez odchodzi. Widzę, że oddala się powoli, niezgrabnie. Jestem przekonana, że wydaje mu się, że jego rola już dobiegła końca. Szkoda, że nie jestem nim. Szkoda, że nie mogę odejść i wrócić do domu. Wróciłabym tam, do męża i ciepłego łóżka. Mojego męża, ciepłego łóżka i pieprzonej miseczki fruity pebbles.

– Obawiam się, że jeszcze nie możemy pani tam wpuścić – mówi facet w czerwonym krawacie.

– Dlaczego nie?

– Lekarze jeszcze pracują.

– On żyje?! – krzyczę. Jak szybko wróciła nadzieja.

– Nie. Przykro mi. – Kręci głową. – Pani mąż umarł dzisiaj wieczorem. Był zarejestrowanym dawcą organów.

Czuję się jak winda spadająca na ziemię. Zabierają mi go po kawałku i oddają go innym ludziom. Zabierają części.

Siadam na krześle, jestem martwa w środku. Część mnie chce krzyczeć na tego mężczyznę, żeby mnie tam zaprowadził. Żeby pozwolił mi go zobaczyć. Chcę przebiec przez podwójne drzwi, znaleźć go i objąć. Co oni mu robią? Ale jestem odrętwiała. Ja też jestem martwa.

Mężczyzna w czerwonym krawacie wychodzi na chwilę, po czym wraca z gorącą czekoladą i kapciami. Mam suche i zmęczone oczy. Ledwie widzę. Wszystkie moje zmysły są stłumione. Czuję się uwięziona w swoim ciele, oddzielona od wszystkich wokół.

– Czy ma pani kogoś, do kogo moglibyśmy zadzwonić? Może rodziców?

Kręcę głową.

– Ana – mówię. – Powinnam zadzwonić do Any.

Kładzie dłoń na moim ramieniu.

– Proszę napisać mi jej numer. Zadzwonię po nią.

Potakuję, a on podtyka mi kartkę i długopis. Kilka razy źle zapisuję numer, zanim przypominam sobie właściwy, ale gdy oddaję kartkę, jestem pewna, że zanotowałam dobry.

– Co z Benem? – pytam. Nie wiem, o co mi właściwie chodzi. Po prostu… nie jestem w stanie się z tym pogodzić. Nie mogę być taką osobą, którą zabiera się do domu i której się pilnuje. Trzeba walczyć, prawda? Muszę go znaleźć i ocalić. Jak mam to zrobić?

– Pielęgniarki powiadomiły najbliższą rodzinę.

– Słucham? Ja jestem jego najbliższą rodziną.

– Na jego prawie jazdy widnieje adres w Orange County. Zgodnie z przepisami musimy powiadomić rodzinę.

– Do kogo zadzwoniliście? Kto przyjedzie? – Ale już wiem, kto się zjawi.

– Sprawdzę to. Pójdę zadzwonić do Any. Zaraz wrócę, dobrze?

Potakuję.

Widzę i słyszę inne czekające rodziny. Niektóre wyglądają posępnie, ale większość dobrze się trzyma. Jest tu matka z małą dziewczynką. Czytają książeczkę. Jest młody chłopak, który trzyma lodowy kompres przy twarzy, a obok niego siedzi zirytowany ojciec. Jest para nastolatków trzymająca się za ręce. Nie wiem, po co tu przyszli, ale sądząc po ich uśmiechach oraz tym, jak ze sobą flirtują, zakładam, że to nic poważnego i… chcę na nich nakrzyczeć. Chcę powiedzieć, że izba przyjęć to miejsce dla nagłych wypadków, więc nie powinni tu siedzieć i wyglądać na szczęśliwych i beztroskich. Chcę im przekazać, by poszli do domu i byli szczęśliwi gdzie indziej, bo nie mam ochoty na nich patrzeć. Nie pamiętam, jak to jest być taką jak oni. Nie pamiętam nawet, jak to jest być sobą sprzed tego wypadku. Jedyne, co mam, to wszechobecne poczucie strachu. Oraz złość na tę parę kretynów, którym uśmiechy nie schodzą z pieprzonych gąb.

Nienawidzę ich i nienawidzę cholernych pielęgniarek, które zachowują się, jakby to nie był najgorszy dzień ich życia. Odbierają telefony, robią kopie dokumentów i piją kawę. Nienawidzę ich za to, że potrafią w takiej chwili pić kawę. Nienawidzę wszystkich w całym szpitalu za to, że nie jest im smutno.

Facet w czerwonym krawacie wraca i mówi, że Ana już jedzie. Proponuje, że poczeka ze mną. Wzruszam ramionami. Nich robi, co chce. Jego obecność nie przynosi mi pocieszenia, ale powstrzymuje mnie od wykrzyczenia ludziom w twarz, jak im nie wstyd jeść batonika w takiej chwili. Przed oczami stają mi fruity pebbles na drodze i wiem, że gdy wrócę do domu, wciąż będą tam leżeć. Wiem, że nikt ich nie uprzątnie, ponieważ nikt nie wie, jaki to okropny dla mnie widok. To byłoby zabawne, gdyby nie było takie… Nigdy nie będzie zabawne. Nie ma w tym nic zabawnego. Nawet to, że straciłam męża, bo zachciało mi się dziecięcych płatków wzorowanych na bajce o Flinstonach. Nienawidzę siebie za to. Siebie nienawidzę najbardziej.

Pojawia się spanikowana Ana. Nie wiem, co powiedział jej facet w czerwonym krawacie. Wstaje, żeby się z nią przywitać. Widzę, że rozmawiają, ale nic nie słyszę. Trwa to tylko krótką chwilę, po czym ona podchodzi i mnie obejmuje. Pozwalam jej na to, choć sama nie mam siły, by ją uściskać. Jakby obejmowała kłodę.

– Przykro mi – szepcze mi do ucha, a ja rozpadam się w jej ramionach.

Nie mam ochoty się trzymać, nie pragnę ukrywać swojego bólu. Wyję w poczekalni. Szlocham w jej biust. W każdej innej sytuacji trzymałabym się daleko od tej części jej ciała. Czułabym się niekomfortowo, mając twarz i usta tak blisko jej piersi, ale teraz seks wydaje się trywialny i głupi. Jak coś, co idioci robią z nudów. Ci szczęśliwi nastolatkowie zapewne uprawiają go dla sportu.

Mimo że mnie obejmuje, nie przynosi mi to pocieszenia. Łzy płyną mi z oczu tak, jakbym je z siebie wyduszała, ale tak nie jest. Same lecą. Nawet nie odczuwam smutku. Ten poziom rozpaczy dawno wykroczył poza łzy, więc te moje wydają się nieważne i głupie.

– Widziałaś go, Elsie? Tak mi przykro.

Nie odpowiadam. Siadamy na podłodze poczekalni. Zdaje mi się, że mijają godziny. Czasami płaczę, czasami nic nie czuję. Przez większość czasu spoczywam w objęciach Any, nie dlatego, że mam taką potrzebę, lecz po to, by na nią nie patrzeć. W końcu Ana wstaje i zostawia mnie opartą o ścianę, po czym podchodzi do stanowiska pielęgniarek i zaczyna na nie krzyczeć.

– Ile mamy jeszcze czekać na wpuszczenie do Bena Rossa?! – wrzeszczy na młodą latynoską pielęgniarkę siedzącą przy komputerze.

– Proszę pani… – zaczyna kobieta, wstając, ale Ana się odsuwa.

– Proszę mi tu nie paniować. Gdzie on jest? Proszę nas zaprowadzić.

Pojawia się facet w czerwonym krawacie i usiłuje ją uspokoić.

Rozmawiają przez kilka minut. Widzę, że próbuje dotknąć Any, żeby ją podnieść na duchu, ale ona się odsuwa. On tylko wykonuje swoją pracę. Wszyscy tu wykonują swoją pracę. Co za banda dupków.

Przez drzwi wejściowe wchodzi starsza kobieta. Ma jakieś sześćdziesiąt lat i długie, rudobrązowe włosy, układające się falami wokół jej twarzy. Po policzkach płyną jej łzy zmieszane z tuszem do rzęs, przez ramię ma przewieszoną brązową torebkę, na barkach ciemnobrązowy szal. W dłoniach ściska chusteczki higieniczne. Żałuję, że swojego smutku nie zamknęłam w chusteczkach. Wycierałam smarki w rękawy i dekolt. Moje łzy spadają na podłogę.

Podbiega do recepcji, po czym siada. Przelotnie na mnie zerka, a ja już wiem, kim ona jest. Gapię się na nią. Nie mogę oderwać od niej oczu. To moja teściowa, jakkolwiek by patrzeć, zupełnie mi obca osoba. Kilka razy widziałam jej zdjęcia w albumie fotograficznym, ale ona nie widziała mnie nigdy wcześniej.

Wstaję i idę do łazienki. Nie wiem, jak mam się jej przedstawić. Nie wiem, jak jej powiedzieć, że obie znalazłyśmy się tutaj z powodu tego samego mężczyzny. Że obie opłakujemy tę samą stratę. Staję przed lustrem i patrzę na siebie. Jestem cała czerwona i opuchnięta. Mam podkrążone oczy. Wpatruję się w swoją twarz i myślę, że miałam kogoś, kto ją kochał. A teraz go nie ma. Nikt już nie kocha mojej twarzy.

Wychodzę z łazienki, a jej już nie ma. Ana chwyta mnie za rękę.

– Możesz wejść – mówi i prowadzi mnie do faceta w czerwonym krawacie, z którym wchodzę za podwójne drzwi.

Facet zatrzymuje się przed jedną z sal i pyta, czy chcę, by ze mną wszedł. Dlaczego miałabym chcieć? Dopiero go poznałam. Nic dla mnie nie znaczy. Mężczyzna w tej sali znaczy dla mnie wszystko. Nikt nie pomoże mi się uporać ze stratą wszystkiego. Otwieram drzwi i okazuje się, że w środku są też inni ludzie, ale ja widzę tylko ciało Bena.

– Przepraszam! – mówi moja teściowa przez łzy. Łagodnie, ale stanowczo. Ignoruję ją.

Ujmuję jego twarz w dłonie. Jest zimny. Ma zamknięte oczy. Nigdy już nie zobaczę jego oczu. Dociera do mnie, że może ich nie mieć. Nie chcę na to patrzeć. Nie chcę się przekonywać. Twarz ma posiniaczoną i nie wiem, co to znaczy. Czy był bardzo pokiereszowany, zanim umarł? Umarł samotnie na ulicy? O Boże. Czy cierpiał? Słabo mi. Prześcieradło okrywa jego pierś i nogi. Boję się je odsunąć. Boję się, że odsłonię zbyt dużo Bena, że zobaczę zbyt wiele. Albo że zbyt dużo zabrano.

 

– Ochrona! – krzyczy ta kobieta.

Gdy trzymam dłoń Bena, w drzwiach staje ochroniarz. Patrzę na swoją teściową. Nie wie, kim jestem. Nie rozumie, co tutaj robię, ale musi wiedzieć, że kochałam jej syna. To chyba jest oczywiste.

– Proszę – błagam ją. – Proszę, Susan, nie rób tego.

Susan patrzy na mnie zaintrygowana i zdezorientowana. Samo to, że znam jej imię, mówi jej, że o czymś jeszcze nie wie. Subtelnie daje znak ochroniarzowi.

– Przepraszam. Da nam pan chwilę? – Gdy facet wychodzi, Susan patrzy na pielęgniarkę. – Pani też dziękuję. – Pielęgniarka opuszcza nas i zamyka drzwi.

Susan jest udręczona, przerażona, a mimo to trzyma się, jakby miała jeszcze dość siły, by przetrwać kolejnych pięć sekund, zanim się rozpadnie.

– Ma na ręce obrączkę – mówi do mnie. Patrzę na nią i próbuję oddychać. Powoli podnoszę swoją lewą rękę, na której mam taką samą obrączkę.

– Pobraliśmy się półtora tygodnia temu – mówię przez łzy. Kąciki moich ust się wyginają. Są takie ciężkie.

– Jak masz na imię? – pyta, drżąc.

– Elsie – odpowiadam. Bardzo się jej boję. Jest zła i zraniona, jak nastolatka, która uciekła z domu.

– Jaka Elsie? – Zatyka ją, gdy mówi.

– Elsie Ross.

Wtedy się rozkleja. Rozkleja się tak jak ja. Po chwili pada na podłogę. Nie ma tu więcej chusteczek higienicznych, więc jej łzy kapią na linoleum.