Żony

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

007

Gdy Seth znowu dzwoni, jestem akurat w domu, skulona pod kocem na kanapie. Przez ostatnie dni nie odbierałam połączeń od niego, przekierowywałam je prosto na pocztę głosową, ledwie rozbrzmiał pierwszy dzwonek. Tym razem jednak jestem lekko wstawiona – wypiłam dwa kieliszki wina – decyduję się więc przyjąć rozmowę. Cały czas mam w głowie słowa Hanny, analizowałam je na wszystkie sposoby, aż chciało mi się wyć z frustracji. Seth wita się głosem zmęczonym, ale pełnym nadziei.

– Cześć – odpowiadam cicho. Jedną ręką trzymam telefon przy uchu, drugą gładzę fakturę ozdobnej poduszki, którą ułożyłam sobie na kolanach.

– Przepraszam – mówi bez żadnych wstępów. – Naprawdę jest mi bardzo przykro.

– Wiem…

Gniew zaczyna mnie opuszczać. Sięgam po pilota i wyciszam jakiś głupi program, który oglądałam. Pierwszy lepszy reality show najlepiej pomaga na złamane serce.

– Rozmawiałem z Hanną – podejmuje Seth. – Tak Monday ma na imię.

Wstrzymuję oddech, prostuję się, zrzucając przy tym poduszkę na podłogę. Naprawdę właśnie wypowiedział jej imię? To mój mały triumf – że Seth zaufał mi wreszcie i wyznał coś, co dotąd zachowywał tylko dla siebie. Jestem niemal pewna, że żadna z pozostałych nie zna mojego imienia. Po chwili przychodzi zrozumienie: to Hanna rozdaje wszystkie karty, to ona jest w ciąży. Nagle ściany zaciskają się wokół mnie, a dotychczasowe rozmemłanie od nowa ustępuje zdenerwowaniu. Jeśli to Hanna postawiła warunek, aby Seth był przy niej cały czas, zamiast pojechać ze mną na urlop, mój mąż spełni jej żądanie. Mogę sobie być jego legalną żoną, ale nawet to nie uchroni mnie przed detronizacją przez mające się urodzić dziecko. Stanę się najmniej ważna z całej trójki. Chrząkam, postanawiając, że zachowam spokój mimo targających mną uczuć.

– I co powiedziała? – Serce mi wali, a palce odruchowo wędrują do ust, gdzie zęby natychmiast przystępują do ich obróbki. Po drugiej stronie przez chwilę panuje cisza.

– Wyjaśniłem jej, że ta podróż jest dla mnie ważna – odzywa się w końcu Seth. – Bo masz rację. Nie mogę cię tak zostawić. To nie byłoby fair.

Powinnam odpowiedzieć coś miłego, jak zawsze odegrać rolę dobrej żony, ale słowa same opuszczają moje usta, zanim zdążę się nad nimi zastanowić.

– Nie potrzebuję twojej łaski. Chcę, abyś pragnął tego urlopu ze mną.

– Pragnę go. Słuchaj, robię, co w mojej mocy, dziecino.

– Nie nazywaj mnie tak.

Znowu zapada cisza, którą przerywa dopiero jego westchnienie.

– Dobrze. Co chcesz ode mnie usłyszeć?

Złość we mnie zaczyna buzować.

Co chcę od niego usłyszeć? Że wybiera mnie? Że pragnie tylko mnie? Seth nigdy tego nie powie. Zresztą nie na to się pisałam.

– Nie chcę się kłócić – zapewnia, gdy moje milczenie się przeciąga. – Zadzwoniłem, aby ci powiedzieć, że staram się wszystko poukładać. I że cię kocham.

Zastanawiam się, czy przedstawił mnie w złym świetle, czy naopowiadał Hannie, że stroję fochy. Co mnie w ogóle obchodzi, co Hanna sobie o mnie pomyśli? Rzecz w tym, że dla mnie to ważne, nawet jeśli ona nie ma pojęcia, kim jestem. Hm, właściwie teraz już wie, myślę. Tyle że nie wie, że wie, ty wariatko.

– Wyjaśniłem jej, że ta podróż jest dla mnie ważna – powtarza Seth.

To do niego podobne. Nigdy nie chce wyjść na tego złego. Woli zadowalać wszystkich dokoła – i samemu być zadowalanym. Tak właśnie wygląda seks między nami. Zaczyna się delikatnie, wręcz z rewerencją, a kończy dziko, z moimi rękami przyszpilonymi do materaca, z pchnięciami mocnymi tak, że wydaję z siebie dźwięki jak gwiazda porno.

Nagle ton głosu Setha się zmienia, aż muszę przycisnąć telefon do ucha, aby w ogóle zrozumieć, co mówi.

– Nie wiem, czy chcesz, żebym przyszedł do ciebie w czwartek…

Odsuwam od siebie poczucie winy wynikające z tego, że potraktowałam go tak ostro, i rozważam swoje uczucia. Czy chcę, żeby przychodził? Czy jestem gotowa zobaczyć się z nim? Mogłabym się przyznać, co zrobiłam, i zażądać wyjaśnień. Ale co będzie, jeśli wszystkiemu zaprzeczy? Wtedy już nigdy nie ujrzę Hanny, nie porozmawiam z nią. A on powie jej o mnie, ona zaś poczuje się przeze mnie zdradzona. Bardzo możliwe, że niepotrzebnie wszystko wyolbrzymiam i po prostu skończy się na tym, że wyjdę na żałosną idiotkę w oczach człowieka, który jest mi najbliższy na świecie.

– Możesz przyjść – mówię cicho. Ponieważ zamiast do mnie poszedłby do którejś z nich. Jestem na niego zła, ale duch współzawodnictwa jeszcze we mnie nie umarł.

– Okej – rzuca krótko w odpowiedzi.

Później nie pada już wiele słów, ot, zdawkowe „kocham cię” z ust Setha. Choć nie mam co do tego wątpliwości, nie rewanżuję się tym samym zwrotem. Chcę, żeby trochę pocierpiał. Musi zrozumieć, że w tym małżeństwie nie może być kłamstw – bez względu na liczbę kobiet, których mężem jest. Aczkolwiek to czyni sytuację jeszcze bardziej skomplikowaną. Cóż…

Nie wiem, co zrobić. Z każdym dniem staję się coraz bardziej kwaśna, zupełnie jak mleko zostawione w cieple. Kiedy w końcu nadchodzi czwartek, w akcie buntu nie szykuję kolacji. Nie zamierzam dla niego gotować, nie zamierzam udawać, że wszystko jest w porządku. Bo nie jest. Nie czeszę się ani nie wkładam żadnej z seksownych sukienek, które tak na mnie lubi. W ostatniej chwili tylko spryskuję szyję i nadgarstki perfumami. To dla mnie, nie dla niego, upewniam się w myślach. Gdy Seth wchodzi do mieszkania, siedzę na kanapie ubrana w dres, włosy mam zwinięte w niechlujny kok, a do tego podjadam chińską zupkę i oglądam kanał, na którym – kiedykolwiek się go włączy – leci jakiś reality show. Seth zatrzymuje się w progu salonu i obrzuca mnie rozbawionym spojrzeniem. Spoglądam na niego z jedną nitką makaronu zwisającą mi z ust.

– Cześć – rzuca.

Ma na sobie rozpinany sweter z rękawami podciągniętymi do łokci i pod spodem zwykłą bawełnianą koszulkę z dekoltem w kształcie litery V, koloru błękitnego. Ręce włożył do kieszeni dżinsów, jakby nie wiedział, co z nimi zrobić. Wydaje się zmieszany. Czaruś!

W normalnych okolicznościach byłabym już na nogach, w pół drogi do niego, wyczekując chwili, w której będę mogła znów go objąć. Zamiast tego siedzę jak przymurowana, a jedyną moją odpowiedzią na jego powitanie jest lekkie uniesienie brwi, zanim z siorbnięciem wciągnę niesforny makaron do ust. Robię to niezgrabnie, końcówka nitki trzaska niczym bicz, a ja dostaję w oko paroma kroplami słonego rosołu.

Obserwuję, jak Seth leniwie wkracza do salonu i zajmuje miejsce na wprost mnie na jednym z kwiecistych foteli, które razem wybraliśmy przy urządzaniu tego mieszkania: na intensywnym szmaragdowym tle mienią się różnobarwne gardenie. „Zupełnie jakby ich płatkami poruszał wiatr”, powiedział Seth w sklepie. Zakupu dokonałam właśnie ze względu na ten komentarz.

– W spiżarce znajdziesz drugą zupkę chińską – oznajmiam radosnym tonem. Czekam, czy się zdziwi, ale nic takiego się nie dzieje. Mimo że to pierwszy czwartek od naszego ślubu, kiedy nie przyrządziłam wymyślnej kolacji.

Seth kiwa głową, ręce trzymając teraz między kolanami. Jestem pod wrażeniem tej przemiany. Jest tak, jakby przestał pasować do tego miejsca, podczas gdy ja znajduję się dokładnie tu gdzie trzeba. Utracił swoją moc, co – muszę przyznać – dosyć mi się podoba. Unoszę miseczkę do ust i wypijam bulion do dna, mlaskając na koniec z ukontentowaniem. Pycha. Niemal zapomniałam, jak smaczne są te chińskie zupki. O Boże, ale ja jestem samotna…

– A więc – zagajam, licząc, że Seth wreszcie wydusi z siebie to, co powstrzymuje za zaciśniętymi zębami.

Ma taki wyraz twarzy, jakby się dławił wszystkimi tymi niewypowiedzianymi słowami. Dziwię się sobie, że choćby na moment uwierzyłam, iż ten mężczyzna mógłby poturbować kobietę. Przyglądam się jego twarzy, słabo zarysowanej brodzie, aż za przystojnemu nosowi. To ciekawe, jak bardzo percepcja jest uzależniona od naszego nastroju. Nigdy dotąd nie postrzegałam Setha w ten sposób. Twarz, którą pokochałam wraz z nim, nagle wydaje mi się nijaka i żałosna, a wszystko przez zmianę opinii na jego temat.

Skaczę po kanałach, na niczym nie zatrzymując wzroku dłużej. Wolę nie patrzeć na męża, na wypadek gdyby miał wyczytać w moich oczach wszystkie te brzydkie rzeczy, które o nim myślę.

– Sądziłem, że to wyjdzie – oświadcza Seth.

Rzucam mu spojrzenie, po czym podejmuję wędrówkę po kanałach.

– Że co wyjdzie?

– Że będę umiał kochać więcej niż jedną kobietę.

Śmiech, który wyrywa się z moich ust, jest ostry i podły.

Seth spogląda na mnie smutno, a ja natychmiast czuję ukłucie winy.

– Czy to w ogóle możliwe? – pytam, potrząsając głową. – Na Boga, Seth. Małżeństwo z jedną osobą jest wystarczająco trudne. Ale masz rację… – dodaję, odkładam pilota i poświęcam mu całą swoją uwagę. – Jestem rozczarowana. Czuję się zdradzona. Trawi mnie… zazdrość. Inna kobieta nosi twoje dziecko, nie ja.

Chyba nigdy nie powiedziałam aż tyle na temat naszej sytuacji. Niemal od razu pragnę cofnąć swoje słowa, przełknąć je i zapomnieć o nich. Po co tak się otworzyłam? Nie taką twarz chcę pokazywać Sethowi. Mężczyźni wolą mruczando pewnych siebie, zadowolonych kobiet – tak przynajmniej piszą w poradnikach. Tak postrzegał mnie Seth na początku naszej znajomości: „Podoba mi się w tobie to, że nie czujesz się zagrożona. Pozostajesz sobą bez względu na to, w jakim towarzystwie się obracasz”. Było, minęło. Teraz non stop towarzyszą mi tamte dwie kobiety. Są tu nawet teraz. Wiodę spojrzeniem po niewielkim salonie, muskając wzrokiem bibeloty, które razem zgromadziliśmy: obrazek przedstawiający angielskie wybrzeże, miseczkę wyrzeźbioną z kawałka drzewa wyrzuconego na brzeg w Port Townsend w pierwszym roku małżeństwa, na półce pod ławą stertę książek, o których myślałam, że muszę je mieć, ale nigdy po żadną nawet nie sięgnęłam. Wszystkie te przedmioty, które wypełniają nasze życie, mimo że nie niosą wspólnych wspomnień ani nie świadczą o życiu razem – to mogłoby uczynić tylko dziecko. Tymczasem ta więź połączyła go z kimś innym. Nagle ogarnia mnie depresja. Nasze życie przepełnia pustka. Skoro nie dzieci, co nas łączy? Seks? Przyjaźń? Koleżeństwo? Czy jest w ogóle coś ważniejszego od sprowadzenia na ten świat nowego życia? W zamyśleniu przykładam dłoń do swojego brzucha. Pustego teraz, pustego zawsze w przyszłości.

 

008

Ostatnie trzy dni w stanie Waszyngton były wyjątkowo pogodne, dzięki czemu tej nocy firmament radośnie migoce tysiącami gwiazd. Tuż przed tym, zanim położyliśmy się do łóżka, podniosłam rolety, co sprawiło, że czuliśmy się niemal jak pod gołym niebem, teraz jednak blask zbytnio mnie razi, kiedy leżę obok chrapiącego głośno męża. Zerkam na budzik i widzę, że ledwie minęła północ. Przy tej okazji spostrzegam, że rozświetla się ekranik telefonu Setha. Aparat leży na jego szafce nocnej, muszę więc podnieść się na łokciu, aby zobaczyć, kto esemesuje do mojego męża o tej porze. Regina Coele… Czyżby tak nazywała się Tuesday? Mrugam kilka razy. Żaden klient nie kontaktowałby się tak późno, a imiona wszystkich współpracowników Setha z biura znam na pamięć. Zatem Regina to pierwsza żona. Kładę się na wznak i patrząc w sufit, powtarzam bezgłośnie: Regina, Regina, Regina…

Regina to Tuesday. Nie pamiętam, kto jej nadał ten przydomek – Seth czy ja. Przed pojawieniem się Hanny była tylko nasza trójka: on i my dwie. Każdej z nas Seth poświęcał pół tygodnia, trzy dni dla niej, trzy dni dla mnie, a ostatni, siódmy dzień przeznaczał na podróże. W tamtym czasie czułam się bezpieczniej. Miałam jakąś kontrolę nad sercem swoim i męża. Byłam młodszą żoną, wciąż atrakcyjną i uwielbianą – Seth dopiero poznawał moje ciało, byłam dla niego novum, a nie czymś, czego istnienie zakłada się z góry. Oczywiście w tle wisiała obietnica pełnej rodziny i dzieci – to ja miałam mu je dać, nie ona. Już samo to umacniało moją pozycję, przydawało mi władzy.

Seth i Tuesday poznali się na drugim roku studiów prawniczych podczas bożonarodzeniowego przyjęcia zorganizowanego przez jednego z wykładowców. Tak, zanim Seth zaczął robić interesy, był prawnikiem. Kiedy wszedł na salę, ujrzał Tuesday stojącą przy oknie i popijającą colę dietetyczną w blasku lampek choinkowych. Chociaż przykuła jego wzrok na samym początku przyjęcia, zdołał z nią zamienić słowo dopiero pod koniec. Jeśli wierzyć mojemu mężowi, Tuesday miała na sobie czarną spódnicę i czerwone czółenka na dziesięciocentymetrowym obcasie – z tego powodu wyróżniała się w grupie byle jak ubranych studentów prawa. Trzeba przyznać, że Seth nie zapamiętał, co nosiła na górze, ja jednak wierzę, że nic nazbyt frywolnego. Jej rodzice, praktykujący mormoni, byli członkami rady naukowej wydziału. Dziewczyna ubierała się więc skromnie, choć potrafiła zaszaleć, gdy idzie o buty. W jej przypadku zawsze były wyzywające, jakby prosiła się o zerżnięcie na miejscu, a z wiekiem jej gust odnośnie do obuwia stał się jeszcze oryginalniejszy. Próbuję ją sobie taką wyobrazić: myszowate włosy, bluzka zapięta pod samą szyję i szpilki jak u dziwki. Zapytałam kiedyś Setha, jaką markę obuwia preferuje Tuesday, ale nie umiał mi odpowiedzieć. Ponoć jej garderoba pęka w szwach od butów. „Sprawdź, czy podeszwy są czerwone”, chciałam mu poradzić.

Gdy wieczór dobiegał końca i ludzie zaczynali się rozchodzić, Seth zebrał się na odwagę i zagadnął ją.

– W życiu nie widziałem seksowniejszych butów. – To była jego stała kwestia, gdy chodziło o podryw. – Zaprosiłbym je na randkę, ale jestem pewien, że by odmówiły.

– W takim razie zamiast nich powinieneś zaprosić na randkę mnie – odparła Tuesday.

Ślub wzięli dwa miesiące po zdobyciu dyplomu. Seth zarzekał się, że przez dwa i pół roku narzeczeństwa nie pokłócili się ani razu. Był z tego wyraźnie dumny, ale ja tylko uniosłam brwi, jakbym wcale nie uważała takiego wyniku za jakiś wielki wyczyn. Przecież pierwsze lata związku są właśnie po to, by się dotrzeć – również podczas kłótni. Oczywiście, że praca nad relacją nie kończyła się na tym, ale przynajmniej obie strony wiedziały, co jest najważniejsze dla drugiej połówki. Przeprowadzili się do Seattle, gdzie przechodzący na emeryturę właściciel kancelarii – ojciec bliskiego przyjaciela Setha – zaproponował mu posadę prokurenta, Tuesday jednak nigdy nie przywykła do szarości i ciągłej mżawki panującej w tym mieście. Najpierw była nieszczęśliwa, a potem jawnie wroga w stosunku do Setha, któremu zarzucała, że wyrwał ją ze znajomego środowiska, żeby pleśniała w mokrym, przygnębiającym Seattle. Pod koniec pierwszego roku małżeństwa Seth przyłapał swoją żonę z pigułkami antykoncepcyjnymi w ręce. Przyciśnięta do muru, wyznała mu, że nie chce mieć dzieci. Seth był niepocieszony. Cały następny rok spędził na przekonywaniu Tuesday, aby zmieniła zdanie – niestety jej zależało na karierze w takim samym stopniu jak Sethowi na rodzinie.

Później, gdy dostała się na studia doktoranckie w Oregonie, o czym zawsze marzyła, poszli na kompromis i zawiesili swój związek na dwa lata, do czasu zrobienia przez nią doktoratu. Przez dwadzieścia cztery miesiące widywali się tylko z rzadka, kiedy jedno przyjeżdżało do drugiego z krótką wizytą. Wreszcie przyszła pora na podjęcie wspólnego życia, co wiązałoby się z przenosinami Setha bliżej Oregonu. Tyle że prowadzona przez niego od kilku lat kancelaria świetnie sobie radziła, a on inwestował w nią coraz więcej czasu – po tym, jak właściciel dostał wylewu i zaproponował, że odsprzeda Sethowi firmę, którą ten zdążył poznać jak własną kieszeń. Z przeprowadzki do Oregonu były więc nici. Seth w ogóle nie brał pod uwagę rozwodu, tak bardzo kochał Tuesday. Skończyło się więc na tym, że każde pracowało w swoim stanie, większość czasu spędzając na podróżach tam i z powrotem, aby podtrzymać jakiś kontakt. Czasami to Tuesday jechała do Seattle, znacznie częściej jednak Seth wybierał się do Oregonu, poświęcając czas i siły na męczącą podróż. Miałam o to żal do Tuesday, pierwszej, zapatrzonej w siebie żony. Seth otworzył biuro w Portland po części dlatego, że był to krok na drodze do rozwoju firmy, a po części ze względu na Tuesday. Już przy pierwszym spotkaniu zapytałam go, dlaczego się z nią nie rozwiedzie i nie zacznie życia od nowa. Spojrzał na mnie wzgardliwie i zapytał, czy kiedykolwiek ktoś mnie rzucił. Cóż to za pytanie? Oczywiście, że tak, nie ma chyba na świecie kobiety, której by ktoś nie porzucił. Rodzic, kochanek, przyjaciółka. Możliwe, że chciał w ten sposób odwrócić moją uwagę od meritum. Jeśli tak, udało mu się na całej linii. Pojawiły się łzy, przykre wspomnienia, aż w końcu ujrzałam w świeżo poznanym mężczyźnie swego zbawcę. Uwierzyłam, że Seth nigdy mnie nie zostawi. To dlatego rodzi się we mnie zazdrość, ilekroć coś lub ktoś zagraża mojemu szczęściu. W jednej chwili zrozumiałam mojego męża, zaczęłam go nawet podziwiać. Tymczasem prawda jest taka, że Seth – owszem – nie odchodzi, ale od nikogo. Po prostu adaptuje się do nowych warunków. Zamiast się rozwieść, ożenił się powtórnie, z kobietą, która mogła dać mu dzieci. Ze mną. Tuesday w ramach kompromisu zgodziła się na cywilny rozwód, żeby Seth mógł poślubić mnie. To ja miałam urodzić jego dzieci. Do czasu… Do czasu Hanny.

– Seth? – mówię, po czym powtarzam nieco głośniej: – Seth?!

Księżyc świeci jasno za oknem, opromieniając twarz mojego męża, dzięki czemu widzę, jak otwiera powoli oczy. Choć wyrwałam go ze snu, nie wydaje się na mnie zły. Wcześniej, stojąc za mną i trzymając mnie w objęciach, całował mnie w szyję, kiedy spoglądaliśmy na miasto w dole. Musiałam mu przebaczyć gdzieś między kolacją, na którą zjadł chińską zupkę, a pójściem z nim do łóżka, bo w tej chwili przepełnia mnie wyłącznie gorąca miłość do niego.

– Tak? – Głos ma zaspany, wyciągam więc rękę, aby delikatnie dotknąć jego policzka.

– Gniewasz się na mnie o to, co przytrafiło się naszemu dziecku?

Seth przewraca się na wznak, przez co nie widzę już jego całej twarzy, tylko grzbiet nosa i jedno turkusowe oko.

– Jest środek nocy – mówi, jakbym sama tego nie wiedziała.

– Wiem – odpowiadam miękko. I dodaję dla wyjaśnienia: – Nie mogę spać.

Wzdycha, przeciera dłonią twarz.

– Gniewałem się – przyznaje. – Nie na ciebie. Na los… na wszechświat… na Boga.

– To dlatego znalazłeś sobie Monday? – Zbieram się na odwagę, by ułożyć te słowa w zdanie i wypowiedzieć je na głos. Czuję się tak, jakbym rozcięła sobie pierś i podała mu serce na tacy.

– Monday cię nie zastąpiła. – Reaguje dopiero po dłuższej chwili. – Musisz mi wierzyć, że jestem do ciebie szczerze przywiązany. – Wyciąga rękę i gładzi mnie po twarzy, dotyk jego ciepłej dłoni ma działanie uspokajające. – Życie nie ułożyło się po naszej myśli, ale wciąż jesteśmy razem i mamy siebie nawzajem.

W gruncie rzeczy nie odpowiedział na moje pytanie. Oblizuję wargi, zastanawiając się, jak mogłabym je przeformułować. Przestałam czuć się pewnie w naszym małżeństwie, a nowego celu jeszcze przed sobą nie widzę.

– Moglibyśmy adoptować dziecko – mówię. Seth odwraca ode mnie twarz.

– Wiesz, że to nie to, czego bym pragnął. – Głos ma stanowczy. Sprawa zamknięta. Już kiedyś napomknęłam o adopcji, ale Seth natychmiast storpedował ten pomysł.

– A co będzie, jeśli Monday przytrafi się to samo, co przytrafiło się mnie?

– Dlaczego tak mówisz? To okropne!

Podnosi się do pozycji siedzącej, a ja idę w jego ślady i oboje w milczeniu przyglądamy się niebu za oknem.

– Ja… ja nie miałam nic złego na myśli – dukam, ale Seth jest wyraźnie wytrącony z równowagi.

– Jestem jej mężem. Jak sądzisz, co zrobię?

Przygryzam dolną wargę, zaciskam pięści na zmiętoszonym prześcieradle. Po co to powiedziałam? Zwłaszcza że przez cały wieczór wszystko szło tak dobrze.

– Mnie… mnie zostawiłeś. Po tym, co się stało, znalazłeś sobie ją…

Patrzy przed siebie, ale ja dałabym słowo, że nic nie widzi. Mięśnie jego żuchwy drgają ze zdenerwowania.

– Wiedziałaś, że chcę mieć dzieci. Poza tym jestem tu przecież. W tym mieszkaniu, z tobą.

– Naprawdę? Potrzebne ci dwie pozostałe…

– Dosyć tego – przerywa mi. Wstaje i sięga po spodnie. – Myślałem, że już to sobie wyjaśniliśmy.

Przyglądam się, jak się ubiera. Zanim zapnie rozporek, bierze do ręki koszulę.

– Dokąd chcesz pójść, Seth? Słuchaj, przepraszam cię. Ja tylko…

Kieruje się do drzwi, a ja szybko zrywam się z łóżka. Nie pozwolę, żeby mnie zostawił. Nie tak, nie w gniewie.

Łapię go od tyłu za ramiona, staram się go pociągnąć, zatrzymać. Reakcja jest natychmiastowa. Seth mnie odpycha. Kompletnie zaskoczona, przewracam się na plecy, po drodze mijając kant szafki nocnej o włos. Wydaję z siebie spóźniony okrzyk przestrachu, ale mój mąż zdążył już wyjść z sypialni. Unoszę dłoń do piekącego ucha – jednak je sobie rozharatałam, po palcach cieknie mi krew. Z korytarza dobiega trzaśnięcie drzwi frontowych. Kulę się na ten dźwięk – nie dlatego, że jest przesadnie głośny, ale z powodu skumulowanego w nim gniewu. Nie powinnam była tego robić, nie powinnam była budzić go w środku nocy ani kłaść mu do głowy myśli o nieżywych dzieciach. To, co się stało, dotknęło nie tylko mnie; Seth także stracił upragnione dziecko. Wstaję chwiejnie i odruchowo zaciskam powieki, czekając, aż zawroty głowy miną. Przez cały czas trzymam dłoń przy skaleczonym uchu. W końcu przechodzę do łazienki, aby ocenić, jak poważna jest rana. W jaskrawym świetle widzę centymetrowe skaleczenie chrząstki. Nadal czuję silne pieczenie. Przecieram rankę wacikiem nasączonym alkoholem i wklepuję odrobinę neosporyny. Do tej pory krwawienie zdążyło ustać, ale ból nie minął. Wróciwszy do sypialni, przez dłuższą chwilę przyglądam się łóżku, pustemu teraz, ze skotłowaną pościelą. Na poduszce Setha wciąż jest ślad w miejscu, gdzie spoczywała jego głowa.

– Żyje w ciągłym stresie – mówię na głos, kładąc się z powrotem.

Przekonanie, że nie jest mi lekko, nie pozwala mi przyjąć do wiadomości, iż mam tylko jednego mężczyznę na głowie. On ma nas trzy, do tego kobiety. Trzy zestawy problemów, trzy komplety skarg. Każda z nas z pewnością dokłada mu swoją cegiełkę: Monday dziecko, Tuesday karierę, a ja… moje poczucie, że jestem gorsza od nich. Zwijam się w pozycję embrionalną i tak leżę, nie jestem jednak zdolna zamknąć oczu. Zastanawiam się, czy pojechał do Hanny. A może tym razem do Reginy.

 

Obiecuję sobie, że nie będę szukać informacji o nich w internecie, że nie naruszę prywatności Setha. Z góry wiem jednak, że to nieprawda. Zresztą już przekroczyłam granicę, zakolegowałam się z jego drugą żoną. Jutro wklepię ich nazwiska w okienko wyszukiwarki i zobaczę, za kogo się podają. Przyjrzę się ich oczom w poszukiwaniu żalu, cierpienia czy też czegokolwiek z tego, co dostrzegam w lustrze we własnym spojrzeniu.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?