Żony

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

002

W piątek rano Seth wychodzi, zanim się obudzę. Przewracałam się z boku na bok i rzucałam w pościeli gdzieś do czwartej nad ranem, po czym najwyraźniej zasnęłam, ponieważ nie słyszałam trzasku zamykanych drzwi. Czasami czuję się jak dziewczyna, która budzi się w łóżku sama po jednonocnej przygodzie – mężczyzna się wymyka, zanim ona zdąży zapytać go o imię. Jak zawsze w piątek zostaję w łóżku dłużej i wpatruję się w zagłębienie w poduszce męża do czasu, aż słońce zaświeci prosto w okno i oślepi mnie. Póki wciąż daleko do wschodu słońca, gapię się na odcisk głowy Setha, jakby od tego zależało moje życie.

Ranki bywają ciężkie. W normalnym małżeństwie budzisz się koło drugiej osoby, utwierdzasz w swoim istnieniu dzięki jej lub jego zaspanemu ciału. Macie swoją rutynę, trzymacie się jakiegoś grafiku, co może być nudne, ale jest też pokrzepiające. W moim przypadku trudno mówić o normalności; nie mam chrapiącego męża, którego mogłabym szturchać w środku nocy, ani nie muszę się zmagać z zaschniętą pastą do zębów przyklejoną na mur do umywalki. Seth nie przenika swoją istotą tego mieszkania. Przez to właśnie jest mi chwilami bardzo trudno. Mój mąż wpada tutaj tylko przelotnie, po czym znika, udając się do innej kobiety, podczas gdy moje łóżko stygnie.

Zerkam na telefon, co natychmiast przyprawia mnie o ból brzucha. Nie lubię wysyłać do Setha esemesów. Przypuszczam, że otrzymuje ich zalew od tamtych dwu, co z tego jednak, skoro dziś czuję nieprzepartą ochotę, aby do niego napisać: „Tęsknię za tobą”. Wie o tym, na pewno o tym wie. Gdy kobieta nie widzi swego męża przez pięć dni w tygodniu, on musi się domyślać jej tęsknoty. Nie sięgam po telefon i nie piszę esemesa. Jakby nigdy nic przerzucam nogi za krawędź łóżka i wsuwam stopy w papucie, wszystkimi dziesięcioma palcami szukając ukojenia w dotyku miękkiego pluszu. Te papucie to część mojej rutyny, próba powrotu do normalności. Idąc do kuchni, wyglądam na miasto w dole. Nawet stąd widzę sznur samochodów stojących na trasie i czekających na zmianę świateł. Niemal słyszę szum wycieraczek, które usuwają z przednich szyb mżawkę. Przez moment zastanawiam się, czy Seth siedzi za kierownicą któregoś z tych aut, ale nie, on zawsze wybiera trasę w przeciwnym kierunku. Z dala ode mnie.

Zaglądam do lodówki, wyjmuję butelkę coli i stawiam ją na blacie roboczym. Następnie przetrząsam szufladę ze sztućcami w poszukiwaniu otwieracza, klnąc pod nosem, gdy czubek wykałaczki wbija mi się pod paznokieć. Ssę bolący palec, a kapsel zdejmuję wolną dłonią. W lodówce mam zawsze tylko jedną butelkę coli, resztę trzymam pod zlewem, za dużą konewką. Po wypiciu podmieniam ją na nową, dzięki czemu ktoś może pomyśleć, że widzi u mnie w kółko tę samą butelkę z colą. Z tym że mogę co najwyżej oszukiwać samą siebie. I Setha, który nie powinien wiedzieć, że pijam colę na śniadanie. Stroiłby sobie ze mnie żarty, a choć nie mam nic przeciwko jego żartom, wolę, aby nikt nie poznał mojej tajemnicy. W dzieciństwie tylko ja ze wszystkich koleżanek lubiłam bawić się Barbie. Kiedy miałyśmy po dziesięć lat, one interesowały się już przyborami do makijażu i oglądały MTV, a na mikołajki chciały dostać nie nowe ubranka z kolekcji dla lalek, ale prawdziwe ciuchy. Strasznie się wstydziłam swojej miłości do Barbie, szczególnie po tym, jak koleżanki zrobiły z tego wielkie halo i zaczęły mnie nazywać dzidzią. Chyba najsmutniejszą chwilą w całym moim dzieciństwie była ta, w której spakowałam wszystkie laleczki Barbie do kartonu i schowałam go w szafie. Tamtego wieczoru zasnęłam zapłakana, nie chciałam bowiem żegnać się z czymś, co tak kochałam, ale wiedziałam też, że dalsze okazywanie uczuć lalkom wystawi mnie na pośmiewisko. Kiedy parę tygodni później mama znalazła pudło i zapytała mnie o nie, ze łzami w oczach powiedziałam jej prawdę. Byłam za duża, by bawić się lalkami.

„Możesz bawić się nimi w tajemnicy przed koleżankami. Nie musisz z czegoś rezygnować tylko dlatego, że inni nie pochwalają twojego zachowania”.

Tajemnice… Nie brakuje ich w moim życiu, ale jestem dobra w dochowywaniu sekretu.

Spostrzegam, że Seth zrobił sobie kanapkę przed wyjściem. Blat roboczy zdobią okruszki chleba, a w zlewie leży brudny nóż do masła. Wyrzucam sobie, że nie wstałam przed nim i nie zrobiłam mu śniadania. W przyszłym tygodniu się poprawię, obiecuję sobie w duchu. W przyszłym tygodniu przygotuję mężowi śniadanie. Będę jedną z tych żon, które zapewniają seks i posiłki trzy razy dziennie.

Nagle strach ściska mi żołądek żelazną pięścią. Czy Monday i Tuesday zrywają się z łóżka, aby przyszykować Sethowi śniadanie? Czyżbym przez cały ten czas się obijała? Czy mój mąż uważa, że go zaniedbuję? Zbieram okruszki, zsuwając je kantem dłoni w zagłębienie drugiej, po czym gniewnym gestem wysypuję do zlewu. Łapię colę i przechodzę do salonu. Rozkoszując się chłodem butelki w ręce, popijam brunatny płyn i zastanawiam się, w jaki jeszcze sposób mogłabym się poprawić.

Budzę się po jakimś czasie. Światło zdążyło się zmienić, na podłodze leży przewrócona butelka z wylewającą się colą,

– Cholera – mówię na głos, wstając.

Musiałam się zdrzemnąć z butelką w ręce. Tak się dzieje, gdy pół nocy nie śpisz i tylko gapisz się w sufit. Biegnę po szmatę i środek do czyszczenia dywanów, opadam na klęczki i zaczynam wściekle trzeć. Beżowy dywan o długim włosiu chciwie wypił colę, zmieniając kolor na karmelowy. Jestem zła, zdaję sobie sprawę, gdy po policzkach zaczynają mi cieknąć łzy. Słone krople dołączają do plamy, trę więc jeszcze bardziej zawzięcie. Gdy dywan w końcu jest czysty, klapię na pupę i oparłszy się plecami o dół kanapy, przymykam oczy. Co się ze mną stało? Kiedy zamieniłam się w tę potulną osobę żyjącą tylko dla czwartków i dla mężczyzny, który tak skąpo udziela się trzem różnym kobietom? Gdybym powiedziała dziewiętnastoletniej wersji siebie, że tak będzie wyglądać moje życie, roześmiałaby mi się w twarz.

Rocznica mojego poznania z Sethem wypada w przyszłym tygodniu – będzie to już pięć lat, odkąd mnie znalazł. Siedziałam w kawiarni i uczyłam się do dyplomu w szkole pielęgniarskiej, przy czym egzaminy końcowe jawiły mi się ścianą nie do przebycia. Nie spałam od dwóch dni, ponieważ osiągnęłam już ten moment, że kawę piłam jak wodę, byle pozostać przytomną. Na wpół deliryczna, huśtałam się na krześle, kiedy Seth zajął miejsce przy stoliku tuż obok mojego. Pamiętam, że zirytowałam się na tę bezczelność: w lokalu było pięć wolnych stolików, dlaczego więc wybrał właśnie ten? Ale od razu zauważyłam, że jest przystojny; miał lśniące czarne włosy i turkusowe oczy, był wypoczęty, zadbany i wygadany. Zapytał, czy studiuję pielęgniarstwo, a ja odwarknęłam, że to chyba widać. Moment później przeprosiłam go za swoje zachowanie. Zbył moje przeprosiny gestem, po czym zaproponował, że mnie przepyta.

Nie zdołałam powstrzymać śmiechu. Śmiałam się, dopóki nie dotarło do mnie, że nieznajomy mówi poważnie.

– Naprawdę chce pan spędzić piątkowy wieczór na odpytywaniu na wpół żywej studentki pielęgniarstwa?

– Naprawdę – odparł, patrząc na mnie roziskrzonym wzrokiem. – Bo tak sobie myślę, że jak wkradnę się w twoje łaski, nie odmówisz mi, gdy zaproszę cię na kolację.

Zmarszczyłam czoło, nie wiedząc, czy przypadkiem nie żartuje. Może nasłali go kumple, żeby upokorzył samotną smutaskę w rogu? Wydawał mi się zbyt przystojny. Tacy mężczyźni jak on nie interesują się dziewczynami takimi jak ja, myślałam. Nie byłam brzydka, ale mieściłam się w najlepszym razie w stanach średnich. Mama zawsze powtarzała, że kiedy Pan Bóg dzielił zalety, mnie przypadł w udziale rozum, a mojej siostrze – Torrence – trafiła się uroda.

– Mówi pan poważnie? – zapytałam. I nagle zdałam sobie sprawę z nieumytych włosów związanych w smętny kucyk oraz z braku makijażu na twarzy.

– Wyłącznie pod warunkiem, że lubisz kuchnię meksykańską – odparł. – Nigdy bym się nie zakochał w dziewczynie, która nie lubi kuchni meksykańskiej.

– Nie lubię kuchni meksykańskiej – powiedziałam, a on złapał się za serce, jakbym ugodziła go prosto w nie. Znowu wybuchnęłam śmiechem; nie sposób było się nie śmiać z tego przystojniaka, który w kawiarni udaje, że dostał zawału. – Wygłupiam się tylko – dodałam szybko. – Kim trzeba być, żeby nie lubić kuchni meksykańskiej?

Wbrew rozsądkowi – i pomimo natłoku zajęć w szkole – zgodziłam się z nim umówić w przyszłym tygodniu. W końcu nawet półżywe studentki pielęgniarstwa muszą jeść. Podjeżdżając pod restaurację swoim zdezelowanym fordem, spodziewałam się, że przystojniak wystawi mnie do wiatru. Ale ledwie wysiadłam z auta, zobaczyłam, że mężczyzna, który zaprosił mnie na kolację, czeka przy drzwiach do lokalu. Zdołał schować się przed deszczem tylko częściowo. Jeden bark i jedną stronę płaszcza miał zroszone perlącymi się kroplami.

W trakcie pierwszego dania zachowywał się czarująco; wypytywał mnie o szkołę, rodzinę i plany na przyszłość. Zanurzając frytki w salsie, próbowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio jakikolwiek człowiek okazał mi tyle zainteresowania. Zrobił na mnie takie wrażenie, że odpowiedziałam na wszystkie jego pytania i gdy kończyliśmy kolację, zdałam sobie sprawę, że nie wiem o nim praktycznie nic. Wspomniałam o tym, na co on odparł:

– Będziemy mieli o czym rozmawiać następnym razem.

– Skąd pewność, że będzie następny raz?

W odpowiedzi tylko się uśmiechnął, a ja zrozumiałam, że wpadłam po uszy.

Biorę prysznic i ubieram się do wyjścia, po czym w drzwiach sprawdzam jeszcze telefon. Ponieważ Seth znika z mojego życia na pięć dni, biorę nocne dyżury, cieszące się wśród pielęgniarek najmniejszą popularnością. Nie zniosłabym samotnego siedzenia w domu wieczorami ani rozmyślań o mężu z którąś z jego pozostałych kobiet. Wolę mieć zajęcie – dla umysłu i dla ciała. W piątki przed pracą chodzę na siłownię i na targ. Czasami umawiam się z jakąś przyjaciółką na lunch, ale ostatnio wszystkie wymawiają się brakiem czasu. Jedne są świeżo po ślubie, inne dopiero co urodziły dziecko. Każda żyje odmiennym trybem, oddając się obowiązkom w pracy albo w domu.

 

Widzę, że Seth przysłał mi esemesa.

Już za Tobą tęsknię.

Nie mogę się doczekać przyszłego tygodnia.

Uśmiecham się chłodno. Łatwo mu mówić o tęsknocie, kiedy zawsze ma kogoś u boku. Nie, nie powinnam tak myśleć. Wiem, że kocha nas wszystkie i że tęskni za każdą z nas, kiedy jest z inną. Próbuję żartu:

To może za tydzień pizza?

Odpowiada natychmiast za pomocą śmiejącej się – albo płaczącej – buźki. Jak ludzie radzili sobie przed wymyśleniem emotikonów? Według mnie to jedyny sposób, by rozluźnić atmosferę.

Wrzucam telefon do torebki i wsiadam do windy, uśmiechnięta od ucha do ucha. Wystarczy esemes od Setha i nawet w najgorszy dzień wszystko staje się łatwiejsze. A złych dni jest mrowie; właściwie przez cały czas się obawiam, że mu nie wystarczam i że moja rola w jego życiu jest tylko tymczasowa.

„Kocham was wszystkie, każdą inaczej, ale równie mocno”.

Bardzo jestem ciekawa, co Seth przez to rozumie. Ma na myśli seks? Uczucia? A gdyby musiał wybierać, z pistoletem przyłożonym do głowy, czy wybrałby mnie?

Seth powiedział mi o swojej żonie we włoskiej restauracji La Spiga w rozrywkowej dzielnicy Seattle. Była to nasza czwarta randka. Przestaliśmy czuć się niezręcznie w swoim towarzystwie, jak to nieznajomi, i wkroczyliśmy w następną fazę związku. Trzymaliśmy się już za ręce, całowaliśmy się… Seth zagaił, że chciałby ze mną o czymś porozmawiać, a ja nastawiłam się, że będziemy mówić o tym, w którą stronę zmierza nas związek. Ledwie słowo „żona” opuściło jego usta, odłożyłam sztućce, otarłam sos z kącików warg, ujęłam torebkę i wyszłam. Dogonił mnie na ulicy, kiedy łapałam taksówkę. Za nim wybiegł kelner, domagając się uiszczenia rachunku za niedokończoną kolację. Staliśmy we trójkę na chodniku, aż Seth nakłonił mnie, abym wróciła z nim do restauracji. Uczyniłam to niechętnie, choć jakąś częścią siebie pragnęłam usłyszeć, co ma mi do powiedzenia. Nie pojmowałam, jak może chcieć ze mną o tym rozmawiać, nie widziałam żadnej wymówki, która mogłaby go usprawiedliwić.

– Wiem, jak to zabrzmiało, uwierz mi. – Upił solidny łyk wina, zanim podjął: – Nie chodzi o seks. Nie jestem seksoholikiem, jeśli za takiego mnie bierzesz.

Dokładnie to sobie o nim myślałam. Skrzyżowałam ręce na piersi i czekałam na ciąg dalszy, kątem oka dostrzegając naszego kelnera, który czaił się w pobliżu. Zastanowiło mnie, czy spodziewa się po nas kolejnej ucieczki i próby uniknięcia zapłaty rachunku.

– Mój ojciec… – zaczął od nowa Seth. Przewróciłam oczami. Połowa ludzi na świecie może użyć ojca w charakterze usprawiedliwienia. Mimo wszystko nie przerwałam mu. Obiecałam, że go wysłucham, i robiłam właśnie to. Nigdy nie łamałam danego słowa. Tymczasem moich uszu dolatywało: – Rodzice… poligamia… cztery matki…

Byłam wstrząśnięta. Czułam się tak, jakbym zaczęła ściągać facetowi spodnie i dopiero wtedy usłyszała od niego, że jest kobietą. Z początku myślałam, że kłamie, że obrał mnie na ofiarę swojego niesmacznego żartu, ale w jego oczach było coś… Podzielił się ze mną wrażliwą informacją i czekał, aż go osądzę. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Jaka reakcja byłaby odpowiednia w takiej sytuacji? Zdarza się widzieć podobne rzeczy w telewizji, ale żeby w prawdziwym życiu?

– Dorastałem w Utah – ciągnął Seth. – Wyjechałem stamtąd, ledwie osiągnąłem pełnoletność. Zarzekałem się, że jestem przeciwko wszystkiemu, w co oni wierzyli.

– Nie rozumiem – powiedziałam. Była to prawda. Czułam napięcie, zaciskałam dłonie w pięści pod stołem, paznokcie raniły mi ciało.

Seth potarł twarz ręką, a gdy ją odjął, wyglądał na starszego o dziesięć lat.

– Moja żona nie chce mieć dzieci – wyznał. – A ja… Nie należę do mężczyzn, którzy wymuszają na kobiecie różne rzeczy. Nie chcę jej zmieniać.

W tamtym momencie ujrzałam go innymi oczami. Jako tatę z jednym dzieckiem na barana, a drugim trzymanym za rączkę. Kupującego lody i chodzącego na mecze. Seth miał takie same marzenia jak ja, jak większość ludzi.

– A na czym ma polegać moja rola? – zapytałam. – Szukasz jałówki rozpłodowej i padło na mnie?

Naskoczyłam na niego, ale sam się o to prosił. Czemu wybrał akurat mnie? Na jakiej podstawie założył, że w ogóle chcę mieć dzieci?

Wydawał się urażony moim podejściem, ale ja niczego nie żałowałam. Faceci tacy jak on przyprawiali mnie o mdłości. Mimo to zamierzałam go wysłuchać do końca. To, co usłyszałam do tej pory, jawiło mi się czystym absurdem. Miał żonę, ale chciał drugą. Żeby założyć z nią rodzinę. Za kogo on się, do cholery, ma? Takie pomysły są chore, pomyślałam, po czym powiedziałam to na głos.

– Wiem, co czujesz – zapewniał podłamany. – Doskonale wiem, co czujesz.

Potem uregulował rachunek i rozeszliśmy się każde w swoją stronę. Pożegnałam się z nim chłodnym skinieniem głowy. Powiedział mi później, że nie wyobrażał sobie, abym po czymś takim do niego wróciła. Tymczasem ja poszłam do domu i caluteńką noc nie mogłam zmrużyć oka.

Polubiłam Setha. Naprawdę go polubiłam. Może chodziło o jego charyzmę, a może o spostrzegawczość. W każdym razie przy nim nigdy nie czułam się gorsza. Inaczej niż w towarzystwie chłopców ze szkoły, którzy w twoich oczach widzą tylko odbicie siebie samych i traktują cię jak przelotną miłostkę. Będąc z Sethem, czułam, że jestem tą jedyną. Zepchnęłam na bok wszelkie odczucia, aby opłakiwać zakończenie czegoś, co zapowiadało się na początek obiecującej znajomości. Umówiłam się nawet na kilka randek – raz ze strażakiem z sąsiedniego miasta, raz z właścicielem małej firmy z Seattle. Bez sukcesu, ponieważ w tyle głowy zawsze miałam Setha i z nim porównywałam nowo poznanych mężczyzn. Jakiś miesiąc później, kiedy już odprawiłam żałobę, i to znacznie głębszą niż ta, na jaką zasługiwał facet po tak krótkiej znajomości, zebrałam się na odwagę i zadzwoniłam do niego.

– Tęsknię za tobą – powiedziałam, ledwie odebrał. – Nie chcę za tobą tęsknić, ale nic na to nie poradzę.

A potem zapytałam, czy jego żona wie, że rozgląda się za kimś, kto by urodził mu dzieci. Po drugiej stronie zapadła cisza – dłuższa, niżbym sobie życzyła. Właśnie miałam mu powiedzieć, że nie było pytania, kiedy on odpowiedział chrapliwie:

– Tak.

Przycisnęłam aparat mocniej do ucha.

– Powiedziałeś: „tak”?

– Podjęliśmy tę decyzję wspólnie – kontynuował już pewniejszym tonem. – Żona zgadza się ze mną, że powinienem być z kimś, kto pragnie tego samego co ja.

– Rozmawialiście o tym?

– Już po pierwszej randce poczułem z tobą więź i wyznałem jej to. Wiedziałem, że to ryzykowne, ale nie miałem wątpliwości, że coś nas łączy.

– I twoja żona przyjęła to spokojnie?

– Nie… Tak. Chcę powiedzieć, że to trudne. Powiedziała mi, że nadeszła pora, abyśmy rozważyli dostępne opcje. Że nie przestała mnie kochać, ale rozumie, przez co przechodzę.

Milczałam, przetrawiając wszystko, co mówił.

– Możemy się zobaczyć? – zapytał. – Przy kawie albo drinku. Nic skomplikowanego.

Chciałam odmówić, chciałam być typem silnej, rezolutnej kobiety, która nie ugina się przed niczym. Ale skończyło się na tym, że umówiłam się z nim na kawę w następnym tygodniu. Po odłożeniu telefonu musiałam sobie przypomnieć, że to ja zadzwoniłam do Setha i że Seth nie zmanipulował mnie w żaden sposób. Wciąż masz wszystko pod kontrolą, powtarzałam sobie. Zostaniesz jego żoną w świetle prawa.

Nie mogłam się bardziej mylić.


003

Wracam do domu w sobotę rano, po zakończonym dyżurze, i od razu kładę się spać. To była ciężka noc, jedna z tych, które wyczerpują cię psychicznie i emocjonalnie. Najpierw na autostradzie doszło do kolizji dziesięciu pojazdów, dwanaście osób trafiło na izbę przyjęć, a potem przywieźli mężczyznę, który padł ofiarą przemocy domowej – żona postrzeliła go trzykrotnie w brzuch. Dziesięć minut później przybiegła z małym dzieckiem na ręku, wciąż ubrana w zakrwawioną żółtą spódnicę. Wrzeszczała, że doszło do pomyłki. Na izbie przyjęć horror rozgrywa się każdej nocy: otwarte rany, płacz, cierpienie. O świcie podłoga klei się od krwi i wymiocin. Na szczęście mam czarny fartuch, na którym nie widać większości śladów.

Już prawie zasypiam, gdy słyszę szczęk otwieranych drzwi, a po nim ciche trzaśnięcie, któremu wtóruje dźwięk gwizdka lokomotywy. Rozlega się zawsze przy otwarciu drzwi i stanowi część mojego systemu alarmowego. Siadam na łóżku z szeroko otwartymi oczami. Czy to mi się tylko przyśniło, czy wydarzyło się naprawdę? Seth jest w Portland; wieczorem przysłał mi esemesa, w którym nic nie wspomniał o wcześniejszym powrocie do Seattle. Czekam w bezruchu, nadstawiając uszu, gotowa w każdej chwili wystrzelić z łóżka i…

Rozglądam się na boki w poszukiwaniu broni, z walącym sercem. Pistolet, który dostałam od taty na dwudzieste pierwsze urodziny, leży gdzieś w szafie. Próbuję sobie przypomnieć, gdzie dokładnie, ale trzęsę się ze strachu. Skoro nie pistolet, to coś innego… Moja sypialnia jest pełna miękkich kobiecych przyborów. Nie mam pod ręką niczego, co by mogło posłużyć mi za broń. Odrzucam przykrycie i niepewnie wstaję. Jestem głupią bezbronną dziewczyną, która nie ma pojęcia, gdzie jest jej pistolet ani jak go używać. Czyżbym zapomniała zamknąć drzwi na klucz? Przyszłam do domu na wpół śpiąca, po drodze do sypialni zdjęłam buty i… Z korytarza dolatuje mnie głos mamy. Panika mnie opuszcza, ale serce nadal wali jak szalone. Przykładam dłoń do piersi, przymykam oczy. Słyszę dzwonienie – normalny stan w przypadku mojej mamy, która chodzi cała obwieszona bransoletkami. Uspokajam się, garbię znów ramiona w naturalnej pozycji. Zgadza się: miałyśmy zjeść dzisiaj razem lunch. Jak mogłam o tym zapomnieć? Jesteś zmęczona, powinnaś się wyspać, mówię do siebie w duchu, ale już poprawiam włosy przed lustrem i wyciągam śpiochy z oczu. Chwilę później wychodzę do przedpokoju. Przybieram pogodny wyraz twarzy.

– Cześć, mamo – mówię, postępując krok ku niej, aby ją przelotnie przytulić. – Dopiero co wróciłam z pracy. Wybacz, ale nie miałam nawet siły się wykąpać.

Mama odsuwa mnie na wyciągnięcie ramienia i lustruje bacznie; gdy jej starannie ułożone włosy opromienia blask słońca wpadający przez okno, spostrzegam, że ma świeżo zrobione pasemka.

– Wspaniale wyglądasz – mówię. Wiadomo, właśnie to powinnam powiedzieć, ale mama naprawdę wygląda wspaniale.

– A ty nie najlepiej. – Cmoka. – Weź może prysznic, a ja w tym czasie przyszykuję lunch, żebyśmy nie musiały nigdzie wychodzić.

Ot tak, jakby nigdy nic, moja mama detronizuje mnie we własnym domu. To niesłychane, że przy niej wciąż czuję się nastolatką, która nie wie, co robi.

Kiwam głową, czując przypływ wdzięczności pomimo jej szorstkiego tonu. Po tym, co przeżyłam w nocy, nie mam najmniejszej ochoty nigdzie iść.

Biorę szybki prysznic, a gdy wyłaniam się z łazienki w samym szlafroku, mama właśnie nakłada na talerzyki po porcji sałatki z kurczaka, którą będziemy przegryzać świeżą bagietką. Przy moim nakryciu w szampanówce stoi mimoza. Najwyraźniej moje zapasy w lodówce zrobiły na mamie wrażenie. W dzieciństwie i młodości obserwowałam ją w kuchni, ucząc się gotować. I to ona mi wpoiła, że lodówka musi być zawsze pełna – na wypadek gdyby przyszło nieoczekiwanie ugotować jakiś posiłek.

– Co u Setha? – Jest to pierwsze pytanie, które pada z ust mamy, po tym jak już usiądzie naprzeciwko mnie. Cała ona: zawsze na bieżąco, zawsze na czas, zawsze na posterunku. Idealna z niej żona i matka.

– W czwartek był bardzo zmęczony. Niewiele rozmawialiśmy. – Mówię prawdę i tylko prawdę, ale i tak się obawiam, że zdradza mnie mój głos. Kiedy jednak podnoszę wzrok na mamę, ona zajada w najlepsze.

– Biedaczysko – komentuje, zawzięcie piłując bagietkę. Fałdy ramion jej falują przy każdym ruchu, wargi ma zaciśnięte z dezaprobaty w wąską kreskę. – Tyle się najeździ tam i z powrotem. Wiem, że podjęliście najlepszą decyzję z możliwych, ale to musi być dla was trudne.

 

Nazywa decyzję najlepszą z możliwych tylko dlatego, że nie chce mnie zdenerwować. Zdążyła bowiem powiedzieć mi prosto z mostu, że moim obowiązkiem jest być tam gdzie Seth i że powinnam nawet zrezygnować z pracy, byle nie doszło do rozłąki. Wcześniej bez przerwy pytała, kiedy się pobierzemy, a teraz usta nie zamykają się jej na temat dziecka.

Kiwam głową. Nie mam najmniejszej ochoty wdawać się w dyskusję z mamą, która udowadnia mi bez przerwy, że jako żona Setha kompletnie się nie sprawdzam. Szczególnie w sferze prokreacji. Mama jest przekonana, że Seth przestanie mnie kochać, jeśli moja macica wreszcie nie zmądrzeje. Mogłabym zamknąć jej usta, mówiąc, że Seth ma drugą żonę, właściwie nawet dwie, i że każda z nich daje mu to, czego ja nie jestem zdolna mu dać. Nie wspominając o tym, że Monday nosi jego dziecko.

– Zawsze możesz wynająć mieszkanie i dołączyć do Setha w Oregonie – drąży temat mama. – Oregon nie jest wcale taki zły. Kiedy miałaś dwa latka, mieszkaliśmy tam przez rok u babci. Przepadałaś za jej domem. – Mówi takim tonem, jakbym tego nie wiedziała, jakbym nie słyszała tych historii dziesiątki razy.

– Nie mogę wynająć mieszkania – odpowiadam z pełnymi ustami. – Seth co tydzień spędza w Seattle dwa dni. Musielibyśmy mieć jakieś lokum na ten czas. A poza tym nie chcę nigdzie wyjeżdżać. Mam tu swoje życie, przyjaciół, pracę, którą uwielbiam. – Prawda, prawda, nieprawda.

Przede wszystkim nie cierpię Portland. Uważam je za Seattle dla ubogich: podobna panorama, podobna pogoda, tylko wszystko jeszcze paskudniejsze. Moi dziadkowie przeżyli tam całe życie, ani razu nie ruszając się poza granicę stanu. Mimo że oprócz domu mieli daczę na południu, w Kalifornii. Sama myśl o Portland sprawia, że zaczyna mi brakować powietrza, jakbym się dusiła.

Mama rzuca mi spojrzenie pełne dezaprobaty; kropelka majonezu zdobi jej pomalowany na perłoworóżowo paznokieć kciuka. Nie tylko pod tym względem zatrzymała się w latach osiemdziesiątych. Uważa, że męża nie puszcza się nigdzie samego, gdyż grozi to zdradą. Gdyby tylko wiedziała…

– Zdecydowaliśmy się na taki układ, bo jest najsensowniejszy – oznajmiam stanowczo. – Na chwilę obecną – dodaję ugodowo.

Nie mijam się z prawdą. Seth działa w branży budowlanej. Niedawno otworzył biuro w Portland, gdzie spędza większość czasu, nadzorując tamtejsze projekty, podczas gdy Alex siedzi w Seattle.

Monday i Tuesday mieszkają w Portland i mają Setha na co dzień, a nie tak jak ja – od święta. Jest to powodem mojej zazdrości. Zwłaszcza że często jadają z nim lunch, co w moim przypadku odpada ze względu na to, że Seth w czwartek musi dojechać do Seattle, a to zajmuje mu sporo czasu. Piątki z kolei spędza w miejscowym biurze i tylko sporadycznie umawia się ze mną na kolację wieczorem, zanim w sobotę znów pojedzie do Portland. W dzień przestępny Seth i tak jest w drodze przez większość czasu i właściwie nie da się tego zmienić, skoro one żyją w Portland, a ja w Seattle. Trudno jest być częścią tak niezwykłego układu i nie móc o tym z nikim porozmawiać. Żadna z moich przyjaciółek nie ma o niczym pojęcia, choć parę razy o mało bym się nie wygadała tej najbliższej, Annie.

Są chwile, w których chciałabym skontaktować się z którąś z pozostałych żon, zaproponować utworzenie grupy wsparcia. Ale Seth upiera się przy tym, aby nasze życie w niczym nie przypominało tego, co poznał w dzieciństwie. Stąd brak kontaktu między nami trzema. Nie znam nawet ich imion. I przyrzekłam Sethowi, że nie będę w żaden sposób węszyć.

– Kiedy zaczniecie starać się o dziecko? – pyta mnie mama.

Znowu. Zadaje to samo pytanie, ilekroć się widzimy. Mdli mnie od tego. Mama nie zna prawdy, a ja nie mam sumienia otworzyć jej oczu.

– Gdybyś urodziła dziecko, Seth musiałby być więcej przy tobie – stwierdza konspiracyjnym szeptem.

Przyglądam się jej z otwartymi ustami. Moja siostra i ja byłyśmy sednem życia mamy. Żyła naszymi sukcesami, naszymi porażkami. Swoimi porażkami… Być może takie poświęcenie ma swoje uroki, dopóki dzieci są małe, dopóki się je wychowuje, ale co potem? Co wtedy, gdy dzieci zaczną żyć własnym życiem, a ty zostajesz z niczym – bez żadnego hobby, bez zawodu, bez tożsamości?

– Mamo, czy ty mi radzisz, żebym usidliła Setha, rodząc mu dziecko? – Odkładam widelec i posyłam jej zszokowane spojrzenie.

Mamę często ponosi; ona sama słynie z rzucanych mimochodem uwag na temat innych ludzi, i to w ich obecności. Ale tym razem przesadziła.

– Nie byłby to pierwszy raz w historii świata… – Zaczyna ciężko oddychać i strzelać oczami na wszystkie strony. Wie, że się zagalopowała.

Ogarnia mnie poczucie winy. Nigdy mamie nie powiedziałam o histerektomii, którą musiałam przejść. Zaraz po operacji nie chciałam o tym rozmawiać, a poruszenie tego tematu w późniejszym czasie przekreśliłoby mnie w jej oczach.

– Nie jestem taką osobą. Nie jesteśmy takim małżeństwem. A poza tym kto by zaopiekował się biurem w Portland? – Podnoszę głos. – To kwestia naszych finansów, naszej przyszłości. – Wypowiadając te słowa, zdaję sobie sprawę, że stawką jest nie tylko dobrostan mój i Setha. Mój mąż ma całkiem sporą rodzinę na utrzymaniu.

Zakrywam twarz dłońmi. Mama wstaje, obchodzi stół, by mnie pocieszyć.

– Przepraszam, dziewuszko – szepcze, używając określenia, które przylgnęło do mnie w dzieciństwie. – To nie moja sprawa. Ty wiesz najlepiej, co jest dobre dla was jako pary.

Kiwam wyrozumiale głową, podnoszę z blatu kawałeczek kurczaka i wkładam go sobie do ust, po czym przez chwilę ssę kciuk. To nienormalne! Jeśli ten układ ma działać, muszę porozmawiać z mężem o swoich uczuciach. Od tak dawna udaję, że ta sytuacja mi odpowiada… Seth nie ma pojęcia, jaką wewnętrzną walkę muszę toczyć. To nie fair wobec niego, nie fair wobec mnie.

Mama wychodzi godzinę później, obiecując, że postawi mi lunch w poniedziałek.

– Odpoczywaj – dodaje, objąwszy mnie na do widzenia.

Zamykam za nią drzwi i wydaję z siebie westchnienie ulgi.

Dosłownie lecę z nóg, ale zamiast położyć się do łóżka, podchodzę do szafy Setha. Mimo że jest nieobecny przez większość tygodnia, trzyma u mnie kilka kompletów ubrań. Muskam rękawy marynarek, nogawki spodni, koszule. Zdejmuję jedną z wieszaka i przysuwam sobie do nosa w poszukiwaniu jego zapachu. Bardzo go kocham i choć nasza sytuacja jest wyjątkowa, by nie rzec: specyficzna, nie wyobrażam sobie, abym mogła być żoną innego mężczyzny. Na tym właśnie polega miłość, prawda? Nie żądasz nic więcej, wystarcza ci to, co partner sobą reprezentuje, co wnosi do związku. Seth wniósł do naszego związku dwie kobiety.

Zamykając drzwi szafy, w ostatnim momencie zwracam na coś uwagę. Z kieszeni jednej pary spodni wystaje kawałek papieru. Wyciągam go odruchowo, nie chcąc, by poplamił całe pranie, łącznie z eleganckimi spodniami. Ale kiedy już mam go w ręce, czuję rodzącą się ciekawość. Karteluszek złożony jest we czworo, w idealny kwadrat. Trzymam go na dłoni przez ułamek sekundy, po czym rozkładam, aby zobaczyć co to. Rachunek od lekarza. Przebiegam wzrokiem zadrukowaną karteczkę, zastanawiając się przy tym, czy Seth ma problemy zdrowotne czy tylko poszedł na kontrolę. Nigdzie jednak nie widzę jego nazwiska. W istocie rachunek wystawiono dla niejakiej Hanny Ovark, której adres znajduje się w prawym górnym rogu: Galatia Lane 324, Portland, Oregon. Lekarz Setha przyjmuje w Seattle.

– Hanna – odczytuję na głos.

Z rachunku wynika, że Hanna zrobiła sobie badania laboratoryjne i odbyła rutynową wizytę. Czyżbym właśnie poznała… Monday?

Domykam szafę i z kartką w dłoni przechodzę do salonu, niepewna, jak powinnam postąpić. Zapytać Setha o rachunek czy udawać, że niczego nie znalazłam? Obok na kanapie leży mój laptop. Kładę go sobie na kolanach i wchodzę na Facebooka. Prześladuje mnie uczucie, że łamię reguły.