W ogrodach królowej

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tara Pammi
W ogrodach królowej

Tłumaczenie:

Małgorzata Fabianowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Wasza Wysokość, nazywam się Adir Al-Zabah i jestem szejkiem plemion Dawab i Peszani.

Adir nie miał szacunku dla starego władcy – mężczyzny, który podporządkował sobie kobietę i zmusił słabszą istotę, by uległa jego woli. Mimo to nie zapomniał o lekkim ukłonie. Choć w porównaniu do książąt krwi Zufara i Malaka oraz księżniczki Galili mógł uchodzić za dzikusa, znał dworskie obyczaje i etykietę.

Szejk Al-Zabah wpatrywał się w króla Kalii, Tarika. Niczym sokół kołujący nad pustynią polował na błysk, na drgnienie, które by świadczyło, że te przygasłe oczy go rozpoznają. Tymczasem zobaczył bezdenny smutek – podobny do tego, w którym sam się pogrążył w chwili, kiedy usłyszał o śmierci królowej Namani. Wystarczyło jedno spojrzenie w oczy króla Tarika, by zrozumieć, jak bardzo kochał swoją żonę.

Jeśli nawet w duszy Adira zakiełkowało współczucie, szybko zdusiły je gniew i żal, kipiące w jego żyłach. Nie pozwolono mu opłakać Namani na pogrzebie, uczestniczyć w pożegnalnej ceremonii.

Kiedy żyła, nie dano mu szansy, by choć raz na nią spojrzał.

Ostatnia więź krwi wygasła jak błysk słońca o zachodzie. Nie będzie już listów, w których go chwaliła i przypominała mu o miejscu, które zawsze na niego czekało.

Został sam na tym świecie, zupełnie sam.

A wszystko przez tego starego króla.

Jeden z książąt wystąpił naprzód, zasłaniając sobą zgarbioną postać ojca.

– Jestem Zufar, następca tronu – rzekł ze słabo maskowaną niechęcią. – Jeśli przyszedłeś, by się pożegnać z królową Namani i ślubować wierność królowi Tarikowi, przyjmiemy twój hołd.

Adir zacisnął zęby.

– Jestem szejkiem plemion Dawab i Peszani. Jesteśmy niezależnym ludem, Wasza Wysokość. Nie uznaję ani twojej władzy, ani twojego króla. Nie wyobrażamy sobie niczyjego zwierzchnictwa.

Błysk podziwu mignął w oczach księcia Zufara, lecz natychmiast został stłumiony.

– To jest zamknięta ceremonia dla rodziny królewskiej – podjął następca tronu. – Skoro nie chcesz złożyć hołdu, to dlaczego prosiłeś mojego ojca o posłuchanie?

– Chciałem porozmawiać z nim, a nie z tobą – odparł zimno Adir.

– Mój ojciec… tonie w żalu po śmierci swojej królowej – wyjaśnił Zufar, nie kryjąc satysfakcji, że jest władny odmówić beduińskiemu intruzowi.

Po śmierci swojej królowej, a nie mojej matki – pomyślał gorzko Adir. W oczach księcia nie dostrzegł żalu, takiego jak u ojca. W głosie Zufara nie było czułości, kiedy wspominał o matce.

– Od wielu miesięcy król… nie jest sobą – dodał Zufar.

Adir spojrzał wymownie na księcia Malaka i księżniczkę Galilę. Nie chciał sobie pozwolić na współczucie; nie zamierzał zważać na ich uczucia po śmierci matki.

– Czy chcesz, żebym wyciągnął szkielety z szafy przy twoim młodszym rodzeństwie? – zapytał łagodnie.

Oliwkowa cera Zufara poszarzała.

– Na nic się nie zdadzą twoje groźby, szejku Adirze.

– Skoro tak, niech będzie. Zrobię to. Otóż jestem waszym… Jestem synem królowej Namani.

W nagłej ciszy było słychać, jak księżniczka gwałtownie wciągnęła oddech. Młody książę zmarszczył czoło. W spojrzeniu Zafara zwielokrotniona niechęć walczyła o lepsze z zaskoczeniem.

I tylko stary król wpatrywał się w Adira, jakby pragnął w nim zobaczyć cień ukochanej żony.

– Syn Namani? Ale… – zająknął się.

– Niech Wasza Wysokość nie zaprzecza. Prawda jawi się w waszym spojrzeniu.

– Ojcze? – W głosie Zafara brzmiało napięcie.

Król Tarik zdawał się go nie słyszeć.

– Ty jesteś synem Namani? Dzieckiem, które…

– Tak, niemowlęciem, które skazałeś na śmierć na pustyni. Dzieckiem, które oderwałeś od matki.

– Jesteś naszym bratem? – zapytała z ożywieniem Galila. – Dlaczego więc…

– Namani… miała romans – wyznał z przymusem Tarik.

– Zakochała się w innym i została ukarana – wyjaśnił Adir.

– Czego więc chcesz w tym dniu żałoby, szejku Adirze? – zapytał chłodno książę Zufar.

– Chcę tego, czego matka pragnęła dla mnie.

– A skąd wiesz, czego królowa Namani… czego dla ciebie pragnęła, skoro jej nie znałeś? – zapytała księżniczka Galila głosem subtelnym niczym powiew bryzy.

– Zmuszono ją, by mnie oddała, ale nigdy mnie nie opuściła.

Książę Malak, który do pory spokojnie śledził przebieg wydarzeń, stanął obok ojca.

– Jak mamy rozumieć, że cię nie opuściła? – zapytał ze zjadliwym uśmiechem. – Mówisz o niej, jakbyś ją znał.

Adir przebiegł spojrzeniem po twarzach rodzeństwa. Coś mu nie pasowało. Nie oburzali się na niego i nie bronili pamięci matki. Z ich twarzy można było jedynie wyczytać obawę przed jego żądaniami.

– Nie znałem jej, a jednak znalazła sposób, by pozostać ze mną w kontakcie. Przez wszystkie te lata słała mi listy; pisała, jak bardzo mnie kocha, i zachęcała, bym walczył o swoje miejsce w świecie. To wystarczający dowód. Dostawałem te listy co roku, w dniu urodzin. One mi mówiły, kim jestem.

– Czego więc chcesz, szejku Adirze? W jakim celu do nas przybyłeś?

Adir z determinacją popatrzył w oczy Zufara.

– Chcę, żeby król uznał mnie za syna królowej Namani. Chcę, by świat wiedział, że w moich żyłach płynie królewska krew. Chcę należnego mi miejsca w dziedzictwie Kalii.

– Nie. – Twardy ton Zufara splótł się z ostatnim słowem Adira. – To grozi ogromnym skandalem.

Zerknął na swojego ojca, nieruchomego, z nieobecnym spojrzeniem. Wbrew sobie Adir poczuł litość dla starca opłakującego swoją królową.

– Jeśli twoje pochodzenie wyjdzie na jaw, mój ojciec stanie się pośmiewiskiem całego kraju – ciągnął Zufar. – Ona… Nie pozwolę, aby jej egoistyczne postępowanie zniszczyło dobre imię rodu. Jeśli mienisz się władcą swoich plemion, powinieneś zrozumieć, że ja też muszę dbać o dobro Kalii. Nie ma tu dla ciebie miejsca, szejku Adirze.

– Chciałbym to usłyszeć od króla.

– Moja decyzja jest królewską decyzją.

– A jeśli jej nie uznam?

– Uważaj, szejku Adirze. Grozisz następcy tronu!

– Boisz się, że chciałbym rządzić Kalią, księciu Zufarze? Że połaszczę się na waszą niezmierzoną fortunę? Jeśli tak, to pragnę cię zapewnić, że nie mam zamiaru niczego wam zabierać. Niepotrzebne mi wasze bogactwo. Chcę tylko uznania mojej pozycji.

– I nie doczekasz się, przynajmniej póki ja żyję. Jesteś tylko brudnym sekretem mojej matki, plamą na honorze rodziny.

Słowa Zufara raniły Adira niczym niewidzialne strzały zatrute prawdą, której nie chciał przyjąć do wiadomości.

– Nigdy się nie zastanawiałeś, dlaczego matka chciała, żebyś się upomniał o swoje prawa dopiero po jej śmierci? – ciągnął Zufar bezlitośnie. – Dlaczego pisywała do ciebie, a nam nie powiedziała, że mamy brata?

– Chroniła was i reputację królewskiej rodziny. Była…

– Królowa Namani – wycedził Zufar przez zaciśnięte zęby – była kobietą samolubną, która myślała wyłącznie o sobie. Jestem pewien, że pisanie do ciebie było dla niej formą skrywanej zemsty. Bawiła się nią, nie zważając na skutki, jakie mogą z tego wyniknąć dla… ciebie, dla niej czy kogokolwiek z nas. Postąpiła okrutnie, kierując cię tutaj i wiedząc, że nic nie uzyskasz.

– A jeśli i tak rozgłoszę prawdę? – Adir był zły, że w jego głosie dźwięczy aż taka gorycz. Od lat obserwował z daleka swoją rodzinę. Słowa matki o tym, jak bardzo byli zepsuci i niewarci szacunku i przywilejów, które posiadali, zatruwały mu krew.

– Nie boję się twoich gróźb, szejku Adirze. Hańba, jeśli ją rozgłosisz, spadnie na ciebie i pamięć twojej matki. Nie na nas. A teraz odejdź albo każę strażom, by wygnały cię stąd jak sępa przeszkadzającego żałobnikom. Tylko taki bękart jak ty może mieć czelność dręczyć naszego ojca pogrążonego w bólu.

Morze ciemności przetykane migoczącymi płomykami gazowych lamp, widoczne z okna Amiry Galib, dla niej było tylko mroczną pustką, w którą miała skoczyć. Pustką bez żadnego punktu oparcia czy błysku nadziei. Studnią bez dna.

Jak całe jej dwudziestosześcioletnie życie. Jak perspektywa poślubienia księcia Zufara. Jak jej przyszłość w roli królowej Kalii.

Prychnęła ze złością i uśmiechnęła się triumfalnie w mroku.

Ya, Allah, jest w furii, która nie przystoi kobiecie. Ale jak może nie być, skoro od pięciu dni jest więźniem swojego ojca i dostała od niego po twarzy? Musiała okłamać swoją przyjaciółkę Galilę, że się zagapiła i wpadła na kolumnę. Nienawidziła być przedmiotem w rękach ojca, opętanego żądzą wpływów i władzy.

W pałacu w Kalii Amira miała jeszcze mniej swobody niż w rodzinnym domu, który przypominał klatkę. Tutaj wszyscy jej pilnowali. A jednak postanowiła spróbować. Jeśli ma zostać królową, teraz potrzebuje wolności. Choćby na parę godzin. Musi stąd uciec!

Ponownie wychyliła się przez okno. Zapamiętała, że w dole znajduje się krótki gzyms; prostokątny występ, osłaniający okno na niższym piętrze. Wystarczająco duży, by na nim bezpiecznie wylądować. A potem kolejny skok, tym razem w bok, do sąsiedniego gzymsu. I ostatni, żeby się dostać na kręcone schody, nieużywane nawet przez służbę.

Kiedy znajdzie się na dole, pójdzie do stajni, przekupi chłopaka od koni i dosiądzie klaczy, z którą zdążyła się zaprzyjaźnić. I pojeździ sobie po ogrodach, których wspaniałość była dziełem zmarłej królowej Namani. Przez parę godzin będzie wolna.

Z bijącym sercem Amira wdrapała się na parapet i usiadła na nim. Przez chwilę patrzyła na swoje dyndające nogi, oswajając się z ciemnością i odgłosami nocy.

 

Jej nozdrza wypełniła słodka woń jaśminów.

Uśmiechnęła się i skoczyła.

– Mogłaś się zabić. A w najlepszym wypadku połamać sobie kości!

Resztki oddechu, które zostały w płucach Amiry, kiedy chwiejnie wylądowała na ugiętych nogach, uleciały gwałtownie.

Zamarła na dźwięk niskiego, poważnego głosu. Walcząc ze strachem, wpatrzyła się w mrok i dostrzegła przed sobą jakąś postać. Kocie, bursztynowe oczy odpowiedziały spojrzeniem. Księżyc wyjrzał przez ażurowe krużganki i podświetlił sylwetkę mężczyzny. Amira widziała ją niewyraźnie, bo zapomniała okularów.

Ale nawet bez nich zauważyła szerokie bary, wąskie biodra i silne uda. Zmrużyła oczy i poszukała wzrokiem twarzy nieznajomego. Mocna szczęka, wyrazisty nos, wysokie czoło. I te oczy, które przyglądały jej się z nieskrywanym zaciekawieniem.

Czy to królewski strażnik? Kolejny szpieg, którego na nią nasłał opętany ojciec? A może gość tego pałacu?

Na myśl o ojcu poczuła bolesne ukłucie w szczęce, gdzie trafił ją cios, i mimo woli skrzywiła się.

Mężczyzna się zbliżył.

– Nic ci nie jest?

– Nie. Ja… wszystko dobrze. – Wytarła dłonie o szarawary. Ubrudziły się pyłem, kiedy podparła się przy lądowaniu.

– Nie umiesz kłamać, ya habibiti.

Jego arystokratyczna wymowa – podobna, a jednak inna niż u księcia czy u niej – wzbudziła zainteresowanie Amiry. Ten wytworny i zarazem władczy mężczyzna mógł być gościem z innej królewskiej rodziny – czyli kimś, na kogo w żadnym razie nie chciałaby się natknąć!

Nieznajomy zbliżył się jeszcze o krok.

Amira, ciągle na kolanach, cofnęła się gwałtownie, zapominając, jaka jest obolała od swoich wyczynów.

Mężczyzna w paru długich krokach znalazł się przy niej.

– Pozwól, że sprawdzę, czy nic ci nie jest. Wylądowałaś tak twardo na ziemi, że mogłaś sobie coś złamać.

Znów się cofnęła. Jeszcze trochę, a zedrze sobie kolana.

– Niczego… nie złamałam.

– A jednak sprawdzę.

Tego już było za wiele. Amira, zwykłe łagodna, zirytowała się.

– Mam dyplom pielęgniarki i potrafię ocenić, czy coś sobie złamałam, czy nie – syknęła, tłumiąc ból. – Proszę, idź już. Zaraz stąd znikam.

– Nie musisz się mnie bać.

Wciągnęła oddech. Zapach drzewa sandałowego połączony z ekscytującą męską wonią wypełnił jej płuca, kiedy nieznajomy się nad nią pochylił.

Amira znieruchomiała, zniewolona reakcją własnego ciała, które, zapominając o odruchach ucieczki czy obrony, odprężyło się, przeniknięte dziwną błogością emanującą z dołu brzucha.

Równe białe zęby błysnęły w uśmiechu.

– Masz zamiar tu zostać?

Kiwnęła głową, świadoma, jak głupio musi wyglądać, klęcząc przed nim na podeście schodów.

– Nie przeszkadza mi rozmowa z… ziemią – powiedział i opadł przed nią na kolana płynnym ruchem drapieżnika.

Księżyc pędzący przez chmury na moment wyskoczył zza jednej z nich i oświetlił srebrnym blaskiem twarz mężczyzny.

Amirze zaparło dech.

Głęboko osadzone bursztynowe oczy błyszczały humorem, a rysy były regularne, jakby wyrzeźbił je mistrz dłuta. Uroda tego mężczyzny po prostu zapierała dech!

Było coś królewskiego w jego rysach; coś znajomego, a zarazem nieodgadnionego. Amira nie mogła nie zauważyć wysokiego czoła, arystokratycznego nosa i ogorzałej cery w odcieniu starego złota, co świadczyło, że musiał wiele czasu spędzać w palącym słońcu. Wyrazista linia szczęki kusiła, by powieść po niej palcami. Tłumiąc gorączkowy oddech, Amira zacisnęła dłonie i ukryła je w fałdach tuniki.

Dostrzegł to i w jego oczach pojawił się błysk humoru.

– Podnieś głowę, żebym mógł ci się przyjrzeć – powiedział głębokim głosem, łagodnym i zarazem nakazującym.

Amira, od dzieciństwa ćwiczona w karności, odruchowo posłuchała. Pojęła swój błąd, kiedy uważne, intensywne spojrzenie przesunęło się po jej twarzy. Poczuła, że się czerwieni. Ale zamiast skromnie spuścić wzrok, jak wpajał jej ojciec, wykorzystała ten nakaz, by jeszcze śmielej przyjrzeć się mężczyźnie.

Zaalarmował ją odgłos gwałtownie wciągniętego oddechu. Wraz z następnym oddechem humor wyparował i zastąpił go mroczny gniew. Bursztynowe oczy zapłonęły.

Zbliżył dłoń do jej twarzy i Amira odruchowo cofnęła głowę. Nagle złagodniała mina mężczyzny powiedziała jej, co się stało, i przepełnił ją wstyd. Spojrzała na swoje brudne dłonie. Twarde kamienie boleśnie uciskały kolana, przywracając ją do rzeczywistości.

Naprawdę powinna już iść. Ten człowiek miał dziwny wpływ na jej ciało.

– Czy mogę cię dotknąć? – zapytał głosem tak chrapliwym, że znów musiała na niego spojrzeć.

Miała wrażenie, że nieznajomy ukrywa zakłopotanie.

– Obiecuję, że nie zrobię ci krzywdy.

Jego oczy były niczym studnie bez dna. Choć niczego nie można było z nich odczytać, Amira czuła wewnętrznie, że może zaufać temu obcemu mężczyźnie, bo należy do rzadkiego gatunku, który nigdy nie podniesie ręki na słabszą płeć.

Jednocześnie był władczy w każdym calu i Amira gotowa była się założyć, że potrafi bez wysiłku podporządkować sobie każdego mężczyznę czy kobietę.

Z wolna kiwnęła głową. Czuła wewnętrzne drżenie i niecierpliwie, każdą komórką ciała, pragnęła choć przez moment zaznać męskiego dotyku.

Kiedy wyciągnął rękę, myślała, że chce jej pomóc wstać, ale on tylko musnął palcami jej policzek z taką czułością, że Amira poczuła łzy pod powiekami.

– Widzę ślady palców na twoim aksamitnym policzku – powiedział głosem wypranym z emocji. Za to jego ciało stężało w tłumionej furii, którą wywołał widok siniaka na ślicznej twarzy.

Amira przymknęła oczy, nie chcąc zdradzić słabości. Nie uroniła łzy, kiedy od ojcowskiego ciosu głowa odskoczyła jej do tyłu tak gwałtownie, że potem bolała ją szyja. A teraz miała wrażenie, że zaraz się rozsypie! Jednak stopniowo się odprężała. Bliskość silnego, ciepłego ciała zdawała się ją otulać pośród chłodnej nocy. Niespodziewanie powróciło dawne, dziecięce poczucie bezpieczeństwa, kiedy mama otulała ją kocem.

Mężczyzna ujął Amirę pod brodę i ustawił jej twarz do księżycowego światła, aż sine ślady stały się jeszcze bardziej widoczne. Musnął je kciukiem i cofnęła się odruchowo, choć bardziej niż ból sprawił to jego palący dotyk.

Zaklął z furią.

– Wybacz, przecież obiecałem, że nie sprawię ci bólu.

– I nie sprawiłeś. Po prostu nasza skóra ma tysiące zakończeń nerwowych, które reagują na bodźce zewnętrzne, a mnie rzadko ktoś dotyka, poza moim ojcem – nie zawsze łagodnie, jak widzisz – wyjaśniła. – Dlatego, kiedy dotknąłeś mojej twarzy, zareagowałam, jakby twoje palce mnie paliły… – Widząc, że nieznajomy unosi brwi, dodała szybko: – Ale to gorąco było przyjemne i pewnie dlatego tak odskoczyłam. Bo nawet przyjemność, kiedy jest nieznana albo nieoczekiwana, może wywołać unik.

Zapadła długa cisza. Amira, zawstydzona własnym głupim wywodem, odruchowo zatkała dłońmi usta.

Na twarzy mężczyzny rozkwitł uśmiech, odsłaniający białe zęby i pogłębiający urocze dołki w policzkach. Teraz, o ile to możliwe, wyglądał jeszcze bardziej przystojnie.

Amira zapragnęła zanurzyć się w tym uśmiechu i sycić się nim bez końca. Chciała go mieć na własność; chciała, by ta poważna, piękna twarz uśmiechała się tylko i wyłącznie do niej. Chciała…

– Muszę już iść – powiedziała szybko.

Nieznajomy spoważniał i zmarszczył czoło.

– Czy dasz mi słowo, że nic więcej ci się nie stało? – Wymownie spojrzał na jej policzek. – Poza tym siniakiem?

– Źle oceniłam odległość pomiędzy parapetem, a schodami, ale to drobiazg.

Skinął głową.

– Zdradź mi jeszcze, co sprawiło, że wybrałaś tak niebezpieczny sposób wyjścia z domu? Jak masz na imię?

Zara, Humeira, Alisza, Farhat…

– Tylko nie zmyślaj – ostrzegł.

Zamrugała. Wpatrywał się w nią orlim, drapieżnym spojrzeniem.

– Mogę mieć kłopoty, jeśli się wyda, że uciekłam z pokoju, a do tego w nocy rozmawiam z nieznajomym mężczyzną… Wielkie kłopoty… Nie wiem, czy mogę ci zaufać – dodała po chwili.

Delikatnym ruchem odgarnął pasmo włosów, które opadło jej na policzek.

– Myślę, że już mi ufasz, bo inaczej dawno byś sobie poszła. Teraz musisz tylko zrobić ostatni krok, ya habibiti. Jesteśmy dwojgiem nieznajomych, których przypadek zetknął ze sobą.

Palcem uniósł jej brodę i zmusił, by spojrzała mu w oczy. Nozdrza mu zadrgały, kiedy powiedział z naciskiem:

– Chcę znać twoje prawdziwe imię.

Gdyby rozkazał, Amira by nie posłuchała. Ale pod tym żądaniem wyczuła skrywaną tęsknotę i pragnienia – te same, które drgały w jej duszy. I ta jego szorstka uroda, urzekająca surowym, pustynnym pięknem… Patrzył na nią z czystym, nieskrywanym pożądaniem.

– Amira… Mam na imię Amira.

Ogień zapłonął mu w oczach. Oboje wiedzieli, że zdradziła mu coś więcej niż tylko imię.

– A ja jestem Adir.

Salaam-alaikum, Adir.

– Walaikum-as-salaam, Amira.

Ujął jej dłonie w swoje. Fala doznań wypełniła ciało Amiry i uderzyła ze zdwojoną siłą, kiedy Adir uniósł te dłonie do swoich ust i czule musnął wargami delikatną skórę nadgarstka. Puls Amiry przyspieszył.

– Spotkanie z tobą sprawiło, że ten koszmarny wieczór stał się po tysiąckroć wspaniały – powiedział cicho.

Sposób, w jaki się w nią wpatrywał, rozpalał w Amirze ogień. Ogarnęło ją szalone pragnienie, by na tę jedną noc być sobą, Amirą, a nie córką ojca opętanego żądzą władzy czy narzeczoną obojętnego księcia. Zapragnęła zatonąć w ramionach Adira i pozwolić, żeby ją stąd zabrał.

– Czy wiesz, że kiedy się uśmiechasz, masz dwa dołeczki? – zagadnęła. – I pewnie nie wiesz, że takie dołeczki powstają wtedy, kiedy mięsień twarzowy, zwany zygomaticus major, jest krótszy niż normalnie? Czasami ten sam efekt może wywołać nadmiar tłuszczu na twarzy. Ale ty oczywiście nie masz tłuszczu, a twoja twarz jest twarda i rzeźbiona jak te skały na…

Uśmiech na twarzy Adira pojawił się niespiesznie, niczym jasne słońce wstające nad horyzontem.

– Jednym słowem chcesz mi wytknąć niedoskonałości?

Amira, wściekła na siebie, chciała wyszarpnąć dłonie z uścisku, lecz Adir trzymał je mocno.

– Och, przecież wiesz, że jesteś chodzącym ideałem – mruknęła.

Miała wrażenie, że się żachnął. Jak to, czyżby nie patrzył w lustro? Czyż nie oblegały go kobiety, uwiedzione tym zmysłowym uśmiechem?

Adir położył jej dłonie na ramionach. Ich oddechy się mieszały. Amira poczuła ucisk w gardle.

– Co ci się tym razem stało? – zapytał, poważniejąc.

– A co się miało stać? – burknęła.

– Czemu mnie uraczyłaś tym uczonym wykładem o dołeczkach? Zdenerwowałem cię czymś? A może zasmuciłem?

– Dlaczego mnie nakłaniasz, bym przyznała się do czegoś wbrew sobie? Nie wystarczy, że zrobiłam z siebie idiotkę?

– Błagam, ya habibiti!

Westchnęła.

– Dobrze, niech ci będzie. – I tak niczego przed nim nie ukryje. – Po prostu mnie pociągasz. W romansach, które wykradałam z biblioteki, opisywano, jakich uczuć doznaje kobieta, kiedy podoba jej się mężczyzna, ale to tylko blady cień tego, co ja czuję. Myślałam, że ta słynna „chemia” jest tylko literackim chwytem, żeby książki się lepiej sprzedawały, ale to jest aż przerażające i…

Rozpaczliwe i bolesne – dodała w myśli.

Desperacja ogarnęła ją nagle i z taką siłą, że zerwała się z klęczek. Stanęła tyłem do Adira, oparta o okienny parapet, uniosła głowę do nieba i wpatrzyła się w gwiazdy. Nie przyniosły jej ukojenia. Mrugały do niej, zdając się obiecać coś, czego i tak nigdy nie dostanie.

Od tyłu owionęło ją ciepło i sandałowy zapach. Adir. Niemal namacalnie czuła jego obecność, a przecież nawet jej nie dotknął.

– Chodź ze mną, Amiro. Tylko na parę godzin.

– Nie.

– Dlaczego?

– Nie mogę sobie pozwolić na takie nocne… wykradzione chwile z tobą. Nie tylko dlatego, że gdyby ojciec się dowiedział, obdarłby mnie żywcem ze skóry. – Smutek dławił jej gardło. – Jestem zaręczona.

Znów poczuła w nim ten niebezpieczny ładunek energii. Jakby za bardzo się zbliżyła do ognia.

– Czy ten narzeczony cię… – Słowo uwięzło mu w gardle. – On cię skrzywdził?

– Nie. Jest dobrze wychowanym arystokratą, który ledwie raczy mnie zauważać. Nawet nie wiem, jaki ma kolor oczu.

 

– Więc kto ci to zrobił?

– Mój ojciec. On bywa… gwałtowny.

Amira już nie dociekała, dlaczego zamknął ją w pułapce swoich ramion, opierając z obu stron dłonie o murek, przy którym stała. Wytrzymała jeszcze sekundę, dwie… cztery – i przylgnęła do Adira. Przeszył ją dreszcz, niczym uderzenie prądu. Ten facet był jak skała. Czuła na swoich plecach każdy rzeźbiony mięsień jego piersi i brzucha, dotyk ud w dole… Zabrakło jej tylko jednego dotyku, na który najbardziej liczyła, choć na myśl o nim poczuła, że się czerwieni.

Przymknęła oczy i mocniej przylgnęła do Adira, pocierając kciukiem szorstki, spalony słońcem wierzch jego dłoni o długich palcach. Z zaciekawieniem musnęła pierścień z ciemnym szmaragdem na serdecznym palcu.

– Czy dlatego smutek zasnuł twoje piękne oczy? Bo kochasz mężczyznę, który ci jest przeznaczony, ale on nie daje ci miłości?

– Miłość? Mój ojciec jest najbliższym przyjacielem króla Tarika. Od dzieciństwa byłam przeznaczona księciu Zufarowi. – Zaśmiała się gorzko i obróciła się ku niemu twarzą. – Jestem przyszłą królową Kalii, Adirze. Zostałam wyszkolona, wykształcona i uformowana tak, by pod każdym względem zadowolić księcia Zufara. Nigdy nie miałam własnego życia. Nie mogę mieć własnej woli. Ani własnych marzeń i pragnień.