Okruchy rajuTekst

Z serii: Azjatycka saga #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Tanya Valko, 2014

Projekt okładki

Sylwia Tymkiewicz

(studio-kreacji.pl)

Zdjęcie na okładce

© Kamil Akca/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-7961-801-9

Warszawa 2014

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Bhinneka tunggal ika (Jedność w różnorodności)

– przysłowie starojawajskie

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

PRZEDMOWA

Drogie Czytelniczki, Drodzy Czytelnicy,

w 2012 roku po ponaddwudziestoletnim pobycie w krajach arabskich przeniosłam się do Azji, która urzekła mnie od pierwszej chwili, i postanowiłam Was, moi Drodzy, troszeczkę z nią zapoznać. W tym roku oddaję zatem w Wasze ręce powieść Okruchy raju, która jest pierwszą częścią nowej serii Azjatycka saga.

W swojej książce jak zwykle fikcyjne losy bohaterów wplatam w wydarzenia historyczne. Przedstawiam dzieje Indonezji, wychodząc od dramatycznego roku 1965 i „komunistycznego upuszczenia krwi”, poprzez czystki wśród ludności chińskiej, aż po czasy współczesne, pełne kontrastów pomiędzy bogactwem a życiem na skraju nędzy w dżakarckich slumsach.

Informacje czerpałam ze sprawozdań prasowych i internetowych oraz z relacji telewizyjnych. W języku polskim brakuje publikacji dotyczących historii Indonezji, dlatego korzystałam głównie z prac w języku angielskim. Najchętniej sięgam po miesięcznik „Tempo”, najbardziej niezależną z indonezyjskich gazet, w której zaraz po moim przyjeździe w październiku 2012 roku znalazłam dodatek specjalny „Requiem for a massacre” (obecnie wydany także jako samodzielna książka), który mną wstrząsnął. Zawiera relacje świadków masakry, która miała miejsce po 30 września 1965 roku, oraz wyznania wykonawców wyroków, którzy opowiadają o tym w sposób tak naturalny, jakby nie chodziło o eksterminację prawie dwóch milionów ludzi. Niektórzy z katów ponoć wciąż żyją, a nawet piastują wysokie stanowiska. Obejrzałam również dwa wstrząsające filmy: oscarowy Rok niebezpiecznego życia z 1982 roku oraz dokument z 2012 roku Act of killing, reżyserowany przez Joshuę Oppenheimera, który spędził sporo czasu z „emerytowanymi” dowódcami brygad śmierci (film dla ludzi o bardzo mocnych nerwach). Sytuacja ta przypominała mi okres w historii Polski, kiedy w latach 50. i 60. wychwytywano przeciwników reżimu, często bez procesu osadzano w więzieniach, katowano, torturowano, zabijano.

Czystki wśród ludności chińskiej i stosunek Indonezyjczyków do ludzi należących do tej grupy etnicznej do złudzenia przypominają sytuację polskich Żydów – ich wielokrotne prześladowania i eksterminację. Pragnę jednak podkreślić, że przedstawione przeze mnie w Okruchach raju sytuacje oraz uczestniczący w nich bohaterowie są fikcyjni i wszelkie ich podobieństwo do osób realnych jest przypadkowe.

W mojej powieści, mówiącej o odległym regionie świata, wprowadzam nowe postacie, które różnią się od znanych dotychczas, ukazuję pasje, uczucia i podłoże psychologiczne ich czynów, które tak często są odległe od europejskich motywacji i znanych nam stereotypów. Pojawiają się zatem Meila, Karim i Pravat, jednak obok nich są także moje ulubione bohaterki z Arabskiej sagi – Dorota i Marysia, które nadal przemierzają ze mną świat. To za ich pośrednictwem, poprzez ich życie i uczucia, staram się pokazać azjatyckie realia. Jak pół-Arabka odbiera łagodny azjatycki islam, jak reaguje na buddyjską tolerancję seksualną? Co o Indonezji sądzi Dorota i czy jest to kraj dla typowego Polaka? Co się dzieje z porwaną malutką Nadią? Na te i wiele innych pytań otrzymacie odpowiedź na kartach mojej najnowszej powieści.

Będzie tam też można spotkać Polaków, którzy od lat przyjeżdżają do Indonezji i zamieszkują archipelag, znajdując szczęście oraz spełnienie. Należą do nich również księża misjonarze i siostry zakonne, którzy licznie przybywali tu już w latach 60. zeszłego stulecia – ze względu na ich liczebność wyspa Flores nazywana jest polską wyspą. Polaków można spotkać nawet na końcu świata, a w przyjaznej wszystkim Indonezji tym bardziej.

Dlatego trudno się dziwić moim bohaterkom, Dorocie i Marysi, że oczarowane rajskim archipelagiem postanawiają spędzić tam trochę czasu. Zapraszam do przemierzania krętych azjatyckich ścieżek ich śladem, a dowiecie się wielu niezwykłych, pasjonujących rzeczy, będziecie świadkami ciekawych wydarzeń, które nas, Polaków, mogą szokować, a w monsunowym podzwrotnikowym kraju są zupełnie naturalne.

Drodzy Czytelnicy, możecie sami porównać podejście Azjatów do religii, wolności, do miłości czy seksu z naszym, polskim, a także z przedstawionym przeze mnie w Arabskiej sadze. Kiedy to zrobicie, może dojdziecie do wniosku, że chcecie żyć w atmosferze tolerancji, z wiecznym uśmiechem na ustach i życzliwością na co dzień. Jeśli tak, zapraszam na rajski archipelag lub do przeczytania następnych powieści z Azjatyckiej sagi.

I

INDONEZYJSKA DZIEWCZYNA

ANTYKOMUNISTYCZNE „UPUSZCZENIE KRWI”

Marysia siedzi w kuchni w ekskluzywnym apartamencie Senopati na dwudziestym siódmym piętrze wieżowca położonego w centrum Dżakarty. Zadumała się nad swoim życiem i skomplikowanym losem. Jakże to wszystko się plecie. Szczuplutka, niska Indonezyjka, będąca najprawdopodobniej w wieku mamy Marysi, Doroty, spogląda na nią poważnym wzrokiem, choć jej twarz wydaje się promienieć radością. Jak oni to robią?, zastanawia się pół Polka, pół Arabka. Uśmiech przyklejony do ust, a niejednokrotnie serce kraje się z bólu i żalu. Muszę się tego w końcu nauczyć. Prawie dwa lata w Tajlandii niewiele mi dały i nie zmieniły mojego genetycznie uwarunkowanego, poważnego czy wręcz ponurego charakteru i negatywnego nastawienia do otaczającego mnie świata. Trzeba to zmienić, postanawia. Teraz pojawia się moja kolejna i może ostatnia już szansa, podsumowuje.

– Nad czym rozmyślasz, kochanie? – pyta słodkim głosem Meila. – Nie smuć się, życie nikogo nie oszczędza.

– Och, droga ibu1. – Marysia wzdycha ciężko i patrzy z ufnością na starszą kobietę. – Nie chciałabyś wiedzieć, co mnie spotkało… – Zawiesza głos, bo wie, że nie jest jeszcze gotowa do zwierzeń.

Kobieta nie naciska, nie zadaje niedyskretnych pytań. Taki sposób bycia też całkowicie różni się od tego, do jakiego przywykła Marysia. Arabowie nie daliby jej spokoju, dopóki nie wyjawiłaby prawdy, a i Polacy drążyliby do bólu. Tutaj ma szansę na uleczenie swojej krwawiącej duszy.

– Wiesz co, putri2? Nie będziemy dzisiaj gotować w domu – oświadcza Indonezyjka, zdejmując kolorowy fartuszek. – Zjemy na mieście.

– Ale przecież za chwilę przyjdzie Karim. Jak tylko skończy dyżur, ma do nas dołączyć.

– Znajdzie nas. Istnieją przecież telefony komórkowe. – Meila wybucha zaraźliwym śmiechem. – Zapraszam cię do mojego lokalu. Jeszcze tam nie byłaś, prawda?

– Oczywiście, że nie. – Marysia szeroko otwiera oczy ze zdziwienia. – Karim mówił, że niezbyt bezpiecznie jest jeść w warungu3 – wyrywa jej się i jak zawsze zbyt późno gryzie się w język.

– Warungi również mam, bo to jest rewelacyjny biznes w naszym kraju, ale tam, gdzie cię zapraszam, to regularna restauracja w piętrowym murowanym budynku – mówi z przekąsem kobieta.

– Przepraszam… – Dziewczyna, zawstydzona, zaciska usta.

– Daj spokój! Nie znasz realiów naszego kraju i jeszcze długo będziesz popełniać takie gafy. – Meila nadal wygląda na rozbawioną i ani deka nieobrażoną. – Moja kochana… Mam dziesięć knajp na kółkach, jedną normalną z pubem i karioką dla buli4, salony masażu, dwie firmy ojekowe5 po dziesięć motorów każda, hotel i trzy apteki. Teraz dobrze jest inwestować w przemysł farmaceutyczny. Zastanawiam się nad otwarciem prywatnej kliniki, ale to śpiewka przyszłości. – Indonezyjka wyznaje prawie obcej osobie jak na spowiedzi. – Stąd też stać mnie na takie mieszkanko w apartamentowcu, służbę, kierowcę, dwa samochody, własny rewelacyjny skuterek, utrzymanie domu w górach Puncak i willi na Bali. Nie wstydzę się tego, że jestem obrzydliwie bogata, i jedno ci powiem, moja droga: do wszystkiego doszłam własną ciężką pracą. A zaczynałam bardzo marnie. – Marszczy czoło i twardo patrzy przed siebie, lecz już po chwili uśmiecha się słodko, chwyta torebkę i pogania swojego gościa do wyjścia.

Marysia rzuca jeszcze okiem przez okno i widok wielkiego, prawie dwudziestomilionowego miasta zapiera jej dech w piersiach. Jeszcze dużo muszę się nauczyć, stwierdza. Przede wszystkim, jak przyjmować niepowodzenia i ciężki los z radością. Cóż, sądzę, że właśnie znalazłam najlepszą nauczycielkę pod słońcem, podsumowuje z euforią i przyspiesza kroku, usiłując dogonić żwawo maszerującą, sięgającą jej niewiele nad łokieć Indonezyjkę.

– Masz ochotę na piwo? Bo ja tak. – Meila w swojej restauracji jest witana jak królowa i wszyscy biegają dookoła niej w popłochu.

– Myślałam, że jesteś muzułmanką – wypala Marysia, a jej rozmówczyni mierzy ją tylko rozbawionym wzrokiem.

 

– Byłam w swoim życiu muzułmanką, jak trzeba było, to chrześcijanką, a nawet pięcioletnią komunistką. – Śmieje się figlarnie. – Przeszłam przez wszystko, przez całe bagno i zawirowania mojego cudownego kraju. – Gwałtownie poważnieje. – Moja historia wcale nie jest wesoła, ale trzeba się cieszyć, że na dzień dzisiejszy mamy happy end. – Meila moczy usta w piwie i pogrąża się w myślach. Milczenie trwa bardzo długo, lecz Marysia go nie przerywa. Wie, że właściwy moment nadejdzie, a cisza jej nie ciąży. Matka Karima sama musi zadecydować, czy wtajemniczyć obcą dziewczynę w swoje losy i zdradzić jej zapewne niejedną tajemnicę. – Miałam pięć lat, kiedy skończyło się moje dzieciństwo – zaczyna w końcu swoją opowieść.

***

Meila niejeden raz się zastanawiała, czemu pamięta tylko ten rok – rok, w którym skończyła pięć lat. Czemu nie przychodzi jej na myśl nic z wcześniejszego życia? Czemu o niczym innym nie śni, tylko od ponad pięćdziesięciu lat nurza się w koszmarach z zeszłego wieku. Rok tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty piąty był pod każdym względem niezwykły. Aż do września upływał na niekończących się zebraniach, manifestacjach, ogromnych wiecach, paradach, tańcu i śpiewie. Nawet pora deszczowa okazała się nad wyraz łagodna. Mama Fatuma i tata Johan byli tacy szczęśliwi, tacy aktywni, mieli wielu przyjaciół i działali od rana do nocy. Hamza, brat Meili, czuł się coraz lepiej, zwłaszcza od czasu, kiedy zamieszkał z nimi wujek Jusuf. Byli bardzo do siebie podobni – ciągle błądzili gdzieś myślami, nigdy nie patrzyli prosto w oczy, tylko przez człowieka, na wskroś rzeczy albo po prostu w ziemię. Rzadko dawali się do czegokolwiek zmusić albo przekonać. Jedyna różnica między nimi była taka, że wujek niewiele, bo niewiele, ale mówił i można z nim było nawiązać jakiś kontakt. Na pewno wiedział, co się dookoła niego dzieje, bo był tylko skrytym i nieśmiałym inteligentnym nastolatkiem, mały Hamza zaś był po prostu chory.

– Ostrzegam was, uważajcie! – Pewnego ciepłego popołudnia zaalarmował rodzinę młody Jusuf. – Czarne chmury zbierają się nad PKI6. Za dużo ludzi jest głodnych, masy nie mają co jeść! – wykrzyknął gwałtownie i wyrzucił ręce do góry, by po chwili spiec raka ze wstydu za swoją zuchwałość.

– Co ty opowiadasz?! – Fatuma popukała się w czoło swoim wypielęgnowanym palcem. – Nasz wódz Sukarno7 nigdy nie dopuściłby do takiej sytuacji, żeby rodacy nie mieli przynajmniej miski ryżu! – Wściekła, trzepnęła młodocianego szwagra przez plecy. – Jak możesz opowiadać takie bzdury! To są tylko i wyłącznie oszczerstwa! – Obróciła się do niego tyłem, by przygotować się do wyjścia. Jej mąż jak zawsze stał z boku i nie angażował się w kłótnie pomiędzy nimi, pochylił się jednak i szepnął coś do brata z wyrozumiałym wyrazem twarzy.

Johan van der Berg miał otwarty umysł i interesował się wszystkimi sprawami. Nie był zaślepionym komunistą, takim jak jego żona czy wielu innych towarzyszy, którzy byli dobrzy tylko w wygłaszaniu teorii, czytaniu Marksa i Engelsa i manifestacjach. On autentycznie pragnął równości i demokracji, lecz nie tej sterowanej, dającej dobrobyt nielicznym, a wszystkim pozostałym nędzę i ubóstwo, ale prawdziwej. Niejednokrotnie zabierał swoją ukochaną córeczkę Meilę nad kanały, gdzie pokazywał jej życie biedoty, ale zawsze powtarzał, że nie wolno jej nikomu o tych wycieczkach opowiadać, a w szczególności matce. Przeważnie brał z sobą worek lub dwa ryżu i jakieś warzywa czy owoce, aby wspomóc mieszkańców slumsów. Kiedy wręczał im te dary, rzucali się na jedzenie jak zwierzęta. Meila nie mogła tego pojąć, nie mogła zrozumieć, czemu ona i jej rodzina żyją w pięknym domu z ogrodem, mają wielki amerykański samochód, motor i rowery, a tamci biedacy zamieszkują ciemne nory z klepiskiem zamiast drewnianej podłogi i wszechobecnymi szczurami. Najgorszy jednak był dla niej odór zgnilizny, ale ojciec zawsze spoglądał krytycznym okiem, kiedy się krzywiła lub zatykała nos, więc usiłowała tego nie robić i jakoś wytrzymać. Odwiedzającą slumsy dziewczynkę zawsze ciasno otaczali sami dziwni ludzie – ułomni, koślawi i wyglądający na niedorozwiniętych. I brudni, brudni i śmierdzący. Oni muszą być głupi, że tutaj mieszkają, to była jej najczęstsza refleksja. Brzydził ją ich strój, ich straszna fizjonomia, a wyraz oczu wręcz przerażał. Spotkali raz małego chłopca, może czteroletniego, który zamiast rąk miał kikuty zakończone trzema długimi, nienaturalnie wygiętymi palcami, a stojąca przy nim dziewczynka, na oko równolatka Meili, miała nadęty brzuch, skórę odbarwioną plamami oraz zdeformowaną stopę z jednym długim wielkim paluchem i jedynie dwoma mniejszymi wyrastającymi tuż koło pięty. Innym razem pewna smutna matka niosła przy piersi w brudnych bawełnianych nosiłkach nieruchome niemowlę, które lśniło od potu, a z jego czarnych, głęboko osadzonych oczu bił dziwny blask. Była tam też kobieta, której całe ciało pokrywały guzki, z których wyciekała żółtawo-krwawa substancja. Błagalnie wyciągała ona do Johana i Meili swoje czarne od brudu, lepkie ręce.

– Daj tej pani pieniążek. – Ojciec wyciągnął banknot i podał córce.

– Ja nie chcę! – wykrzyknęła Meila. – Brzydzę się!

– Nigdy nie wiadomo, co komu pisane, córeczko. – Spojrzał na nią karcąco. – Dzisiaj jesteś bogaczem, a jutro możesz wylądować na bruku – łagodnie pouczał. – Nie wolno gardzić ludźmi jedynie z powodu ich niezaradności, biedy czy ułomności.

– Ale dlaczego oni tak mają, papo? – zapytała naiwnie Meila, a on czule pogładził ją po policzku. – Czy my jesteśmy inni?

– Spójrz na twoich rówieśników, którzy tutaj mieszkają – odparł tylko. – Tak samo lubicie się bawić, rozrabiać, śmiać się, uczyć i poznawać świat, lecz te dzieci nie dostają takiej możliwości. Ty masz białą sukieneczkę z falbankami i ręcznie haftowaną krajką, błyszczące butki, dobre jedzenie i zapewne ukończysz renomowaną szkołę, a oni… – Zawiesił głos, chcąc zmusić ją do samodzielnego myślenia i wyciągnięcia własnych wniosków. – To się nazywa nierówność społeczna i niesprawiedliwość – oznajmił poważnie, jednakże córka nie zrozumiała, co miał na myśli. Przytoczył więc argument, który mógł przemówić do pięciolatki: – Te dzieciaczki od najmłodszych lat muszą pracować.

– Nie! Co ty opowiadasz, papku? Przecież oni tylko żebrzą!

– To jest ich praca, kochanie – uświadomił ją.

Wtedy Meila po raz pierwszy trochę przejrzała na oczy, ogromnie się zasmuciła i jednocześnie przestraszyła. Jak to – jesteśmy tacy sami?, zadawała sobie pytanie. To znaczy, że kiedyś ja też mogę żyć w takim strasznym miejscu i być taka chora i biedna?, męczyła ją ta myśl.

– Czemu nikt ich nie umyje? – zapytała w końcu. – Czemu nikt z nimi nie pójdzie do lekarza? Nie nakarmi?! – Z oburzenia aż podniosła głos. – Czy na tym polega, tatusiu, ta twoja demokracja? Czy to Amerykanie wszystko popsuli? – Przypomniała sobie slogan wykrzykiwany podczas jednej z komunistycznych manifestacji.

– Nie wiem, córeczko, ale gdzieś został popełniony błąd i ja nie mam już dłużej ochoty się pod nim podpisywać – oświadczył Johan, ciągnąc ją na zbity z desek prowizoryczny prom, przewożący pasażerów z jednej strony kanału na drugą, tę czystszą, tę dostępną tylko dla bogatych zdrowych ludzi.

Meila przechylała się przez rozhuśtaną, ledwo przymocowaną barierkę i z naturalnym dla dziecka zaciekawieniem wszystko bacznie obserwowała.

– Papa, zobacz! – wykrzyknęła, pokazując palcem nabrzeże, na którym zebrał się niemały tłumek. – Co się tam stało?

Po chwili przybili do lichej przystani i dołączyli do zbiegowiska. Mężczyźni hakami, patykami i dzidami przyciągali do brzegu jakieś zawiniątko. Po dłuższej chwili udało im się je wyciągnąć na gliniastą małą plażę pokrytą warstwą zgniłych śmieci, szmat, zardzewiałych puszek i plastikowych opakowań. Wtedy okazało się, że są to objedzone przez szczury szczątki jakiejś biednej zmasakrowanej kobiety. Jej oczy i czubek nosa były wygryzione, a szyję i ramiona oklejały długie, rzadkie czarne włosy. Denatka miała tylko połowę ciała, jej korpus pozbawiony był bioder i nóg. Meila aż podskoczyła, a ojciec mocno przytulił swoją ukochaną córunię i zasłonił jej oczy, sam aż trzęsąc się z oburzenia.

– To się musi zmienić – szeptał pod nosem. – Tak dalej być nie może.

Trzydziestego września rodzice Meili postanowili dołączyć do komunistycznej demonstracji, która miała się odbyć na wielkim placu Merdeka8 w centrum Dżakarty. Ich celem było zajęcie budynku telekomunikacji, znajdującego się niedaleko amerykańskiej ambasady. Rodzice zawsze szli w pierwszym szeregu, bo bardzo liczyli się w partii. Dlatego teraz nie mogli zrejterować jedynie na podstawie pogłosek, że sytuacja się zaognia, że przeciwnicy Sukarno i PKI są coraz mocniejsi, a wojsko, Muhammadija9 i PNI10 ostrzą sobie na nich zęby. Ojciec wprawdzie chciał już wycofać się z partii, bowiem widział jej błędy i niedociągnięcia, ale uznał, że teraz nie jest na to dobry moment, bo wyszedłby jedynie na tchórza.

– Spakuj najpotrzebniejsze rzeczy, żebyśmy byli przygotowani na wszelką ewentualność – delikatnie poprosił żonę przewidujący Johan.

– Jakie rzeczy? – wykrzyknęła oburzona Fatuma. – Co mianowicie? Dom? Kolonialne meble? Szafy?! Obrazy? Nasze pamiątkowe wayangi11?

– Kobieto! Cokolwiek! – Mężczyzna już nie wytrzymał, a Meila po raz pierwszy słyszała, żeby ojciec krzyczał na matkę. – Weź pieniądze i biżuterię i przynajmniej raz w życiu mnie posłuchaj!

Zszokowana takim traktowaniem Fatuma ciężko opadła na skórzaną zabytkową sofę, a Johan wyszedł z domu, z rozmachem trzaskając drzwiami. Kobieta przez dłuższą chwilę ani drgnęła, potem wstała, poruszając się jak lunatyk – to brała jakiś przedmiot do ręki, to go odkładała. Meila zawsze trzymała się z matką na dystans, bo Fatuma nigdy nie okazywała jej czułości i nigdy nie rozumiała dwójki swoich dzieci, a córkę ledwie tolerowała. Twierdziła, że właśnie ona pozbawiła ją znacznej części uczuć Johana, który od dnia narodzin Meili po prostu za nią przepadał. Poza tym uważała, że małej za dobrze się powodzi i że jest rozpieszczana przez tatusia, który woli iść na miasto z pięciolatką niż ze swoją piękną, elegancką żoną. Johan zaś czuł, że z niegdyś tak uwielbianą żoną teraz łączą go już tylko partia i wspólne idee, jednak obecnie i to zaczynało się rozmywać, bo mąż coraz bardziej słabł w swoim entuzjazmie do niegdyś hołubionej organizacji, dzięki której jedynie nieliczni mieli wszystko, podczas gdy tak wielu nie miało niczego. Fatuma wszystko, co posiadała, zawdzięczała partii. Kiedy uciekła z głęboko muzułmańskiego domu w Tugu w górach Puncak12, rodzina ją wyklęła. Nie była oczywiście przy tym obecna, ale jasno zdawała sobie z tego sprawę. Ani nic od nich nie dostała, ani niczego nie mogła się spodziewać. Wszystko, co osiągnęła, było wynikiem szczęścia, sprytu, inteligencji, miłości wykształconego i bogatego Johana i komunistycznej partii, która pozwoliła im na utrzymanie włości i bogactwa, a nawet spowodowała ich pomnożenie. I dlatego nie miała zamiaru nigdzie się przenosić! Nie zostawi swojego majątku, swoich bibelotów i nie będzie uciekać! Bo niby dokąd? Na wieś? Na pola ryżowe?! Na samo wspomnienie ciężkiej pracy i biedy aż serce podeszło jej do gardła.

– Gdzie Hamza? Gdzie Jusuf? – obwiniającym tonem zwróciła się do Meili, tak jakby to ona zgubiła brata i wujka.

– Skąd mam wiedzieć?

– To leć i ich szukaj! Zaraz wychodzimy!

– Bez taty?! – oburzyła się mała. – Bez taty to ja nigdzie nie idę! – odparła buńczucznie, na co zaraz dostała od matki po karku. – Nie lubię cię! – wykrzyknęła, stojąc w drzwiach prowadzących do ogrodu, a następnie z pełną premedytacji ironią przybrała sztuczny niby-uśmiech i wykonała delikatne wai13.

Meila wyszła na świeże powietrze i odetchnęła pełną piersią. Uwielbiała to miejsce ciszy i zadumy, nasycone cieniami i tajemniczą atmosferą. Za dnia bzyczały w nim pszczoły i natrętne leniwe muchy, wieczorami zaś cykały cykady. Nocą natomiast odzywały się piski obudzonych nagle ptaków i pohukiwania sowy. To była zaczarowana kraina, którą kochał również jej brat. Zazwyczaj chował się w okolicach małej zaniedbanej buddyjskiej świątyni, która stała w kącie ogrodu i ze starości przybrała kolor porastającego ją mchu. Z niedalekiej skały kapała na nią woda, która w porze deszczowej lała się strumieniami, umieszczając to święte miejsce w małym naturalnym jeziorku. Nikt nie przynosił już tutaj ofiar, nikt nie przewiązywał rzeźby kolorową szarfą i nie palił kadzideł. Wszyscy zapomnieli o znaczeniu tego opiekuńczego przybytku, bo przecież będąc komunistami, nie wierzyli w żadnego boga i głupie zabobony. Dziewczynka minęła wysokie drzewo, obficie obwieszone złocącymi się w słońcu, prawie dojrzałymi papajami, a następnie duży krzew z zielonym awokado o tłustym miąższu. Pogładziła parę kolczastych sirsaków14, które kwitną przez cały rok, a cierpkie w smaku owoce rodzą każdego miesiąca. Na koniec zboczyła ze ścieżki, omijając strzelistą kokosową palmę. Obejrzała się za siebie i z dumą ogarnęła wzrokiem ich rodzinny dom. Był piękny, lśniący czystością i bielą, z drewnianym gankiem z tyłu i podcieniami od frontu. Jej tata zawsze twierdził, że jest to rezydencja w dawnym dobrym kolonialnym stylu, i absolutnie nie chciał jej zamienić na nic innego, nawet bardziej nowoczesnego i komfortowego. Znajomi dobrodusznie śmiali się z pochodzenia Johana i żartowali, iż wiadomo, czemu jest taki wysoki. Domieszka holenderskiej krwi była widoczna tak w jego posturze, jak i w rysach twarzy czy zamiłowaniach.

 

Dziewczynka zbadała wszystkie zakamarki ogrodu i nikogo w nim nie znalazła. Rozglądając się dookoła, ciężko wzdychała. Tak bardzo chciała pójść na tę manifestację, zwłaszcza że prawdopodobnie taka okazja nieprędko się powtórzy, ale teraz wyjście wcale nie było takie pewne. Wtem usłyszała głośny warkot silnika ich samochodu. Boczną furtką wyskoczyła na podjazd przed domem i błyskawicznie usadowiła się na tylnym siedzeniu. Jej matka z wygiętymi ze złości ustami stała na wejściowym podeście i gniewnie patrzyła przed siebie.

– Spakowana? – zapytał ojciec, przekrzykując hałas.

– Nie! Bo nigdzie nie będę się przeprowadzać! – odkrzyknęła wściekła Fatuma, zmierzając w ich kierunku z dumnie podniesioną głową.

– Hamza i Jusuf w domu?

– Nie!

– To poczekasz tutaj na nich. – Johan po raz pierwszy wydał żonie polecenie i ruszył z piskiem kół, pozostawiając ją w osłupieniu.

– Tato! – Meila zaczęła się wiercić, bo nie wiedziała, co ma z sobą począć. Znając charakter mamy, zdawała sobie sprawę, że znów będzie ją obwiniać i na nią przeleje cały swój gniew.

– Co, kochana? – zapytał czule. – To ostatnia taka przygoda w moim życiu i ty będziesz mi towarzyszyć. Jak tylko coś nas zaniepokoi, coś będzie nie tak, to szybciutko wsiądziemy do auta i pomkniemy do naszego bezpiecznego domku. Dobrze?

Rozanielona taką perspektywą, Meila radośnie klasnęła w dłonie i ochoczo potaknęła. Jadąc na miejsce zbiórki, które było wyznaczone przy Medan Merdeka, tuż koło radiostacji znajdującej się w zachodniej części placu, zaniepokoił ich widok miasta. Jak na wielką metropolię, to wydawało się prawie wymarłe. Ulicami przejeżdżały nieliczne samochody, becaki15 lub bajaje16, lecz w porównaniu ze zwykłym dniem ruch był naprawdę niewielki. Zauważyli, że boczne drogi zostały zablokowane lub obstawione przez tankietki, czołgi i oddziały wojska lub grup paramilitarnych. Johan robił coraz większe oczy, a Meila wciskała swoje małe ciałko w tapicerowane siedzenie auta. Na murach pojawiły się drastyczne graffiti ukazujące biedę i nędzę narodu, wzywające, aby go nakarmić, i krytykujące PKI, a szczególnie prezydenta Sukarno. Jego portrety albo przekreślono czerwoną farbą, albo rysowano na nich sierp i młot, a pod spodem wielkim drukiem wypisywano słowa: TIDAK17! NO! NIET!

– Papa, jedźmy do domu – wyszeptała córka, lecz mężczyzna spojrzał we wsteczne lusterko i choć widok go przeraził, nie odezwał się ani słowem, a jedynie przecząco pokręcił głową. – Dlaczego?! – wykrzyknęła, a jej drżący, spanikowany głos odbił się od zamkniętych szyb.

Meila przekręciła się i uklękła na miękkim wysiedzianym fotelu, by spojrzeć na drogę, którą przybyli. Żołnierze zdążyli już ustawić na niej wielkie beczki, w których właśnie wzniecali ogień. Zewsząd nadjeżdżały wojskowe pojazdy, aż zrobiło się od nich gęsto.

– Znajdziemy innych towarzyszy i gromadnie ruszymy – niepewnym tonem oznajmił ojciec. – Albo wspólnie uciekniemy. – Zaśmiał się sarkastycznie. – W kupie siła, jakoś uda nam się przebić. – Pocieszał nie tylko swoje przerażone dziecko, ale i siebie. Nagle w bocznej ulicy zobaczył tłum ludzi z opuszczonymi transparentami. Gwałtownie skręcił, zatrzymał samochód i wyskoczył z auta. – Co się dzieje? – zapytał najbliżej stojącego kamrata. – O co tu chodzi?!

– Próbują nas zastraszyć – odpowiedział znajomy Johana, kładąc mu z ufnością dłoń na ramieniu. – Ale my się nie damy! Mamy przecież za sobą naszego prezydenta Sukarno!

– Cały kraj jest z nami! – wykrzyknął ktoś inny.

– Partia rządzi! Jest nas ponad trzy miliony! – Dały się słyszeć głosy. – Rosja z nami! Chiny z nami! Precz z neokolonialistami! Precz z Ameryką!

Ludzka masa zafalowała. Z przyległych domów i podcieni zaczęli dołączać następni. Nie wiadomo skąd wyłoniła się grupa działaczek GERWANI18, do których należała też Fatuma. Jak zawsze kobiety były pięknie ubrane – w białe bluzki i długie barwne sarongi19 w kolorze złota i czerwieni. Po chwili zaintonowały partyjną pieśń, na co towarzysze ustawili się w szereg, a transparenty z wyrysowanymi sierpem i młotem ruszyły w górę, tłum zaś noga za nogą, powoli i z dumą ruszył w stronę hotelu Indonezja. Szeroka ulica prowadząca przez plac była jak wymarła, niebo spowiły gęste ciemne chmury. W powietrzu czuć było wilgoć, a upał oblepiał ciała. Smród palonej smoły w beczkach rozchodził się po całym mieście. Pierwsi śmiałkowie zaczęli skandować te same hasła, co podczas wszystkich manifestacji. Wtem, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wyrośli przed kolumną żołnierze o groźnych facjatach i zaciśniętych szczękach. Każdy z nich trzymał w dłoniach czarny połyskujący karabin. Meila, niesiona na barana przez wysokiego Johana, miała świetny widok, lecz tym razem wcale nie cieszyła się, że jest tutaj z kochanym tatą. Kurczowo wbijała swoje małe szczupłe paluszki w jego pokręconą czuprynę i z paniką rozglądała się dookoła. Czy on tego nie widzi? Czy nie widzi, co się tutaj dzieje?, przebiegło jej przez myśl. Ja chcę do domu!, krzyczała w duchu.

– Idziemy stąd. – Johan postawił córkę na ziemi, chwycił mocno za rękę, obrócił się na pięcie i zaczął przepychać na tyły pochodu.

– Towarzyszu! Bracie! – Usłyszał jeszcze za sobą zdziwione głosy. – Co ty wyprawiasz?! Dlaczego?!

W tym samym momencie tłum się zachwiał, jakby stracił swój szyk i duchowy potencjał. Kobiety śpiewały już tylko pojedynczym drżącym głosem, który po chwili całkowicie zamilkł. Żołnierze ruszyli z wrzaskiem i uderzyli w czoło demonstracji, na co partyjni rozbiegli się jak spłoszone kuropatwy. Meila, stanąwszy na nierówny krawężnik, straciła równowagę i runęła jak długa. Johan potknął się o córkę i przewrócił, wpadając wprost pod nogi wysokiego rangą żołdaka, który z dystansu przyglądał się całemu zajściu. Długo się nie namyślając, wojak podniósł do góry kałasznikowa, obrócił go kolbą do dołu, wziął rozmach i z całej siły uderzył w skroń leżącego mężczyzny. Meila wstrzymała oddech; siedząc na brudnym trotuarze, wpatrywała się w ukochanego ojca szeroko otwartymi z przerażenia oczami. Widziała, jak wraz ze strumieniem krwi płynącej z czoła błyskawicznie uchodzi z niego życie. Po chwili jego oczy zaszły mgłą, a bezwładne ciało opadło. Leżał tak w centrum swojego ukochanego miasta, bezradny, bezbronny, samotny i przez nikogo nieopłakiwany. Gdy tylko żołnierz odwrócił się z niesmakiem od zabitego człowieka i skierował do swoich kamratów, Meila rzuciła się do ojca i zaczęła go szarpać za rękę, a kiedy to nic nie dało, chwyciła za koszulę i z całych sił targała do góry.

– Wstań! Proszę cię, wstań! Chodźmy już stąd! Tatku! – wołała natarczywie. – To moja wina, moja wina! Gdybym się nie przewróciła, gdybym… – Brakło jej tchu. Czuła się tak, jakby umierała wraz ze swoim herosem, swoim idolem, swoim najukochańszym i najważniejszym mężczyzną w życiu. – Papa! – W przypływie rozpaczy wsadziła swoje małe dłonie pod jego roztrzaskaną czaszkę i próbowała ją podnieść, lecz głowa ojca bezwolnie opadła na jej kolana, brudząc czerwoną jak wino krwią białą wykrochmaloną sukienkę. – Papa... – Z jej gardła wydobył się cichy szloch.

Nagle poczuła, że jakaś silna ręka chwyta ją w pasie i podnosi do góry, jakby była lekka niczym piórko. Wbiła wzrok w rękaw bluzy. Rozpoznała wojskowy materiał i nie chciała już nawet zerknąć wyżej, bo bała się ujrzeć twarz mordercy swojego ojca. Zapamiętała ją jednak do końca życia, bo takiego oblicza nie można zapomnieć. Wykręciła się z objęcia jak piskorz, skoczyła na nogi i co sił rzuciła biegiem przed siebie. Usłyszała strzał, lecz nie miała pojęcia, czy jest on skierowany w jej stronę, czy gdzie indziej. Poza tym za jej plecami panowała grobowa cisza. Nie wiedziała, czy wszyscy uciekli, co się z nimi stało. Mało ją to obchodziło. Wbiegła w wąską uliczkę, potem skręciła w lewo, po chwili w prawo i tak klucząc, znalazła się daleko od centrum wydarzeń.