Arabski synTekst

Z serii: Arabska saga #7
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Tanya Valko, 2018

Projekt okładki

Ewa Wójcik

Zdjęcie na okładce

© Laila Jihad

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Maciej Korbasiński

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8123-762-8

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

Nie będziecie przelewać krwi! Nie będziecie się wzajemnie wypędzać z waszych domostw! Potem wy potwierdziliście to i zaświadczyliście. Wy jednak zabijaliście się wzajemnie; wypędziliście część z was z własnych domostw, spiskując przeciwko nim w grzechu i wrogości. (…) Otóż wypędzanie ich było wam zakazane. (…) A zapłatą dla tych spośród was, którzy to czynią, będzie hańba w życiu tego świata, a w Dniu Zmartwychwstania będą skierowani ku najstraszniejszej karze1.

1 Koran, sura II, wers 84–85, PIW, 1986, tłum. J. Bielawski.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Przedmowa

Drodzy Czytelnicy,

Oddaję w Wasze ręce powieść Arabski syn, która powstała w bólach i cierpieniach i niewiele brakowało, żeby w ogóle jej nie było. Czytelnik zapewne nie zastanawia się, jak kształtują się losy autora, który tworzy dla niego swoje dzieło, a jedynie myśli o bohaterach, z którymi się zżył, zaprzyjaźnił, za którymi tęskni. Jednakże pisarz, który dzięki swej wyobraźni tworzy świat przedstawiony, ma też prywatne życie, radości i troski, które przeważnie odsuwa na dalszy plan. Jednak często odbija się ono na jego twórczości, a swoje uczucia, przeżycia, to, czego doświadcza, zostaje zawarte w jego książkach, w losach bohaterów, ich uczuciach, myślach i poczynaniach.

Jak zatem powstawał Arabski syn? Pierwsza część powieści – jak zawsze spontanicznie i z ogromną łatwością, bowiem losy bohaterów wciąż są w mojej wyobraźni i moim sercu i wszystkie ich czyny i działania były przeze mnie głęboko przemyślane i zaplanowane z dużym wyprzedzeniem. Nie mogłam się wręcz doczekać, aż zasiądę przed komputerem i przeleję tę nową historię na wirtualny papier. Dlatego też nastrój książki na początku jest optymistyczny, a nasza dobrze wszystkim fanom znana bohaterka Darin Salimi vel2 Daria Nowicka vel Darina O’Sullivan ślepo zakochana w dżihadyście miała w sobie nadzieję i wiarę na lepsze jutro, a dotknięta syndromem sztokholmskim i szczęśliwego niewolnika liczyła, że jej życie jeszcze będzie szczęśliwe i ułoży się w wymarzony przez nią sposób z całkiem innym już dżihadim3 Johnem, aktualnie farbowanym Irlandczykiem Seanem O’Sullivanem. Daria próbuje poukładać swoje życie, w którym następuje wiele zmian. Czy każdy może rozpocząć wszystko od nowa? Czy może dostać drugą szansę? Bez konsekwencji za czyny w dawnym życiu, bez kary za popełnione zbrodnie? Czy można dobrze się czuć, będąc wilkiem w skórze potulnej owieczki? Czy dżihadi John, czyli Jasem Alzani, nie tęskni za dawną bezkarnością, za byciem panem życia i śmierci? Czy zbrodniarz może być dobrym mężem i ojcem? Te pytania nurtowały mnie od dawna i spróbowałam na nie znaleźć odpowiedź.

W następnych rozdziałach odeszłam od zmagań Darii i przeniosłam fabułę do miejsca, które jest gehenną dla tysięcy ofiar współczesnej wojny – wojny na Bliskim Wschodzie, z której sprytni oprawcy chcą się bezkarnie wywinąć, a ofiary zawsze pozostaną ofiarami i będą wiodły swój nieszczęsny los. W książce pokażę gehennę obozów dla uchodźców na Bliskim Wschodzie, bowiem temat ten już od dłuższego czasu badałam. Przestudiowałam tony raportów o takich miejscach, obejrzałam setki zdjęć, aż poczułam się tak, jakbym sama się tam znalazła. Nie byłam już w szpitalu, pod kroplówką, przykuta do łóżka i skazana na niewiedzę, opieszałość i eksperymenty indonezyjskich medyków – ale właśnie tam: w Zaatari w Jordanii. Na Bliskim Wschodzie. Nawet śniłam o tym miejscu, znajdując pocieszenie pośród moich bohaterów. Towarzyszyła mi Marysia-Miriam Salimi, która otarła się o to miejsce i popadła w podobne tarapaty jak jej matka za młodu.

Tak bardzo chciałam pokazać moim czytelnikom dalszy ciąg losów Darii, Marysi, Doroty oraz ich mężów, że nie zważając na mocne leki i odmawiające posłuszeństwa serce, kończyłam Arabskiego syna specjalnie dla Was – co poniekąd uratowało mi życie i postawiło na nogi. Przed komputerem, z głową zajętą problemami innych – moich wymyślonych, ale tak realnych postaci – nie myślałam o chorobie, o niemocy, która mnie dotknęła, ale o gorszych nieszczęściach, które zdarzają się innym.

Arabski syn ukazuje niezwykłe losy bohaterów orientalnej sagi, ale też ich duchowe zmagania, pragnienia i nadzieje, słabości i wewnętrzną siłę, która pcha ich do przodu i daje szansę przetrwania.

Podczas lektury czytelnik przekona się, jak straszny jest los niewinnych, słabych kobiet i dzieci podczas konfliktu zbrojnego, ale też po zakończeniu wojny, kiedy nikt się o nich nie troszczy, nikt się nie upomni o sprawiedliwość. Bezbronne ofiary zawsze najbardziej mnie poruszały.

Wojna, obozy dla uchodźców, bezdomność, zagubienie i rozpacz – to główne tematy, z którymi czytelnik zetknie się w mojej najnowszej powieści Arabski syn. Warto do niej sięgnąć, żeby poznać geopolityczną sytuację w świecie, związaną z zarzewiem wojny na Bliskim Wschodzie. Żeby przekonać się, jak tragiczny los przyszło niektórym wieść. W porównaniu z nim nasze problemy okażą się drobnymi kłopotami, które prędzej czy później, łatwiej lub trudniej, ale da się rozwiązać. Czego wszystkim Państwu życzę.

2 Vel (łacina) – lub, albo, raczej; często stosowane pomiędzy nazwiskami, co oznacza, że dana osoba znana była pod dwoma nazwiskami lub przezwiskami.

3 Dżihadi (arabski) – przymiotnik od słowa dżihad – zwolennik dżihadu, dżihadysta.

Prolog

Doktor Amir Ibrahimi denerwuje się przez cały lot z Dubaju do Damaszku, wręcz nie może usiedzieć w fotelu. Gdy tylko samolot ląduje w stolicy Syrii, wstaje i przepycha się do wyjścia. Nie musi się martwić o główny bagaż – ten mógłby wymagać długiego oczekiwania, zanim pojawiłby się na taśmie – bo ma ze sobą tylko walizkę na laptop i małą podręczną torbę samolotową na kółkach, która spokojnie mieści się w luku nad głowami pasażerów.

Po szybkiej odprawie paszportowej żwawo maszeruje w stronę rozsuwanych drzwi. Uważnie się rozgląda, jednak jego rozbiegany wzrok nie znajduje w oczekującym tłumie znajomych twarzy. Jak to możliwe?, zastanawia się. Przecież ci ludzie zjeździli pół Europy, Bliski Wschód i Azję, żeby znaleźć i odzyskać Darię, a teraz, kiedy daję im na tacy terrorystę, który ją porwał, i zniewoloną krewniaczkę, oni się nie pojawiają?! To niemożliwe! To nie jest zachowanie w stylu Hamida Binladena! Amir jeszcze bardziej się dziwi, kiedy wspomina słowa antagonisty dżihadiego Johna: „Do zobaczenia zatem w Damaszku”. Tak powiedział, a potem jeszcze dzwonił, żeby zapytać o numer lotu i dokładny czas przybycia doktora. Musiało im się coś stać!, w jego głowie pojawia się jedyne logiczne wytłumaczenie. Coś stanęło im na drodze, bo Miriam Salimi, siostra Darii, ani Hamid Binladen, wojujący ze światowym terroryzmem, nie zrezygnowaliby dobrowolnie z możliwości złapania poszukiwanego mordercy i ciemiężyciela oraz odbicia jego ofiary. Może nie żyją?!

Mężczyzna szybko rusza do taksówki, lecz uporczywa myśl wciąż wraca: Kto teraz pomoże mi wyciągnąć moją ukochaną córeczkę Sarę z kalifatu? Kto mi pomoże, jeśli nie Binladen?

SYJAMSKI BRAT

Nowa tożsamość

Terrorysta aktywnie działający na rzecz kalifatu, znany zarówno pod imieniem dżihadi John, jak i Jasem Alzani, postanawia zaryzykować dwukrotnie. Raz samotnie przemierza nad wyraz niebezpieczną trasę z Rakki, stolicy pseudo-Państwa Islamskiego, do stolicy Syrii – Damaszku, by odzyskać bardzo ważne i wartościowe rzeczy, które tam zostawił, okraść tak zwane Państwo Islamskie na grube setki tysięcy dolarów i odmienić swój los przez zmianę zewnętrznego wyglądu. Drugi raz igra ze śmiercią jeszcze bardziej ryzykownie – drogę pokonuje ze swą brzemienną żoną, Darin, po którą wraca do Rakki, nie bacząc na ogromne zagrożenie. To niesamowite, ale dwa razy udaje mu się uniknąć nalotów i wojsk, walczących ze sobą już niemal na każdym skrawku ogarniętej bratobójczą wojną Syrii. Nie natyka się też na dżihadystów – swoich kolesi, którzy od razu oskarżyliby go o dezercję i zamordowali bez mrugnięcia powieką – ani na rebeliantów, którzy za sprawą zewnętrznego dofinansowania i uzbrojenia zrujnowali ten kraj na równi z islamskimi terrorystami, przez ponad sześć lat prowadząc wyniszczającą walkę. Jasema i Darii nikt nie zatrzymuje, nikt nie staje im na drodze do szerokiego świata, w którym zamierzają się ukryć, stając się zwykłymi obywatelami.

– Co ty wymyśliłeś? Jestem zmęczona i już nie czuję krzyża. Dokąd jedziemy? Co się dzieje? – zniecierpliwiona Daria zarzuca męża pytaniami.

Jasem cieszy się, że kobieta przespała prawie całą drogę, bo zapewne umarłaby ze strachu, widząc złowróżbne pustkowia, które mijali.

– Zatrzymamy się tu na chwilkę. Potem jeszcze tylko ze dwie godzinki i będziemy w Damaszku – oświadcza mężczyzna, zerkając na bladą i spoconą żonę. – Chcesz się napić?

 

– Chcę się dowiedzieć, co jest grane. Chcę poznać plan! – denerwuje się Daria. – Czy znów zamierzasz gdzieś mnie wywieźć i zostawić, żeby komuś w końcu się udało mnie zabić? Skoro już jesteśmy razem – ja zaczekałam na ciebie, a ty po mnie wróciłeś – to musimy wspólnie decydować o naszej przyszłości.

– Okej, kochanie. – Czułość w głosie męża wywołuje u kobiety niedowierzanie, ale i drżenie serca. – Doceniam, że pozostałaś mi wierna i nie odeszłaś. Powiem ci, że nawet nie sądziłem…

– Przez ciebie, przez to, że mnie zostawiłeś, musiałam zabić rzezimieszków, którzy chcieli mnie wykorzystać. – Daria nie pozwala mu dokończyć. Wracają wspomnienia zakrwawionych trucheł mężczyzn, którzy napadli ją w domu w Rakce, i robi się jej niedobrze.

– Jesteś dzielna, moja droga. Jesteś stuprocentową arabską żoną. – Mąż poklepuje ją po ręce.

Arabska żona to według ciebie bezwzględna chadra4?, zastanawia się Daria, ale milczy, pomna gwałtownego, niezrównoważonego i wrednego charakteru męża. Nie zapomniała, że Jasem – w kalifacie i poza nim – bez zastanowienia i z wielką przyjemnością zabijał niewinnych ludzi. Awansowałam, nie ma co!, ironizuje, choć w zasadzie cieszą ją pochwała męża, jego ciepły głos i czułe gesty.

Powoli zjeżdżają z głównego traktu i kierują się w stronę widocznej na horyzoncie palmy i małego zagajnika. To tam Jasem przeszedł ostatnio transformację – z dżihadysty stał się zwykłym, biednym arabskim rolnikiem. Takie metamorfozy przychodzą bardzo łatwo, co w przeszłości już wielokrotnie udowodnił.

– Zorganizowałem pewnego przekupnego doktorka, który ogłaszał się na naszych kalifackich portalach – opowiada, gdy już pomaga Darii zmienić fundamentalistyczną czarną abaję5 i nikab6 w tym samym kolorze na kolorową tunikę i barwny hidżab7. – Ładnie ci w niebieskim – stwierdza jakby nigdy nic, a to przecież on zmuszał ją do czarnego stroju, skrzętnie zakrywającego każdy skrawek jej skóry.

– Co to za doktor? – pyta kobieta. – Od czego? Odbierze poród?

– Nie, nie! – Jasem szczerze się śmieje. – Do tego czasu będziemy już daleko stąd. Urodzisz naszego syna w klinice na światowym poziomie. Obiecuję.

– No więc do czego go potrzebujemy?

– Ten szarlatan zmieni tylko trochę nasze buźki, by mój kolega mógł nam wyrobić nowe paszporty na całkiem świeże, niewinne nazwisko. Spadamy stąd, kochana. – W końcu mąż ujawnia swój chytry plan.

Więc tak to wygląda? W ten sposób znikają z powierzchni ziemi zbrodniarze? Przenosząc się gdzie indziej z całkiem nową tożsamością? Mój Boże! Czy ja naprawdę chcę w tym uczestniczyć? Ale czy mam inne wyjście?, nadal uczciwa kobieta wciąż się zadręcza, choć i ona dopuściła się w swoim młodym życiu niejednego ciężkiego przestępstwa. Jej czyny jednak w czasach wojny mogłyby zostać usprawiedliwione i wytłumaczone jako obrona własna. To fałsz, zakłamanie i kryminał! Gdzie kara za grzechy dla takich bandytów jak mój ślubny?

– I co ty na to? – Jasem przerywa jej rozmyślania.

– Świetnie, po prostu znakomicie. – Daria uśmiecha się, choć twarz ma spiętą i białą jak papier.

Nie uciekłam z okupowanej przez dżihadystów Rakki, bo się nie dało, nie odeszłam od niego, kiedy dostałam taką propozycję i był po temu idealny czas, bo nie chciałam, więc teraz nie będę sobie zawracała głowy wyrzutami sumienia, stwierdza ostatecznie. Od razu czuje się tak, jakby kamień spadł jej z serca. Razem z nim siedzę w tym gównie po same uszy, kpi z siebie. Skoro nikt nie był w stanie mnie wyciągnąć, sama tym bardziej się nie wygrzebię. Ale nie mam zamiaru utonąć. Dlatego będę się trzymać z moim kochanym bandziorem i niech się dzieje wola boska. Sza Allah8! Jak typowa muzułmanka poddaje się swemu losowi bez dalszych dywagacji. Postanawia zapomnieć o tym, co było, i z ufnością wkroczyć w nowe życie. A nuż się uda? A nuż będzie ono lepsze, takie, o jakim zawsze marzyła? Kto wie?

– To nasza dzielnica! – Daria aż wytrzeszcza oczy. Gwałtownie łapie oddech, bo serce chce rozsadzić jej młodą pierś. – Nasze mieszkanie jest niedaleko stąd! – wykrzykuje łamiącym się głosem.

– Tak, dzięki znakomitej lokalizacji apartamentu w ekskluzywnej dzielnicy znalazłem ten gabinet już wieki temu. – Jasem jest szczęśliwy, że żona darzy takim sentymentem ich pierwsze wspólne lokum, bo dotąd sądził, że go nienawidziła. – To tu zrobiłem sobie drobny zabieg plastyczny. Miałem taką charakterystyczną myszkę na powiece, pamiętasz? No i śladu po niej nie ma. Dobry ten doktorek.

Daria, pół Polka, pół Libijka, choćby chciała, nie potrafi tak łatwo zapomnieć krzywd. Po ojcu ma arabską – mściwą krew, a po pobycie w Rakce jej wrodzone orientalne cechy jeszcze bardziej się wyostrzyły i zdominowały charakter. Wszystko doskonale pamięta: to, jak ją zniewolono w przepięknym damasceńskim apartamencie, jak mąż, którego na początku znajomości uważała za Brytyjczyka, notorycznie ją gwałcił i bił. Nie może zapomnieć psychicznych tortur, którym ją poddawał. Czemu od niego nie uciekłam? Tam, w Rakce?, znów pyta samą siebie, bo na widok miejsca psychicznych i fizycznych tortur gorzkie wspomnienia zalewają jej serce i ranią duszę. Kobieta widzi jak żywą twarz ukochanej teściowej, pięknej byłej śpiewaczki Muniry, i miły uśmiech jej męża, Ibrahima. Oboje już nie żyją – zginęli z rąk Jasema. Pozbawił ich życia w okrutny, tragiczny sposób: Munira została ukamienowana w Rakce, a Ibrahim – otruty arszenikiem jeszcze tu, w Damaszku. A ileż było innych ofiar na wspólnej drodze Darii i Jasema? Ilu ludzi zabił podczas ich związku? Tego na pewno nie będzie w stanie zliczyć. Może by tak jednak od niego uciec?!, wykrzykuje w duchu, po raz ostatni rzucając okiem na zamknięte na głucho okna swojego dawnego mieszkania. Muszę to zrobić! Jak nie tu, to w normalnym świecie, tam, dokąd jedziemy. Koniec z syndromem sztokholmskim9! Wyleczyłam się… Mam nadzieję.

– Witam serdecznie. As-salamu alejkum10. – Wchodzą do małej luksusowej kliniki i wewnętrzne zmagania kobiety przerywa miły głos. Mężczyzna, oczywiście, mówi do nich po arabsku: – Cieszę się, że dotarliście bezpiecznie.

– Wa alejkum as-salam11 – automatycznie odpowiada Jasem. Na jego twarzy widać ogromne napięcie, podkreślone przez pulsującą żyłę na skroni. – Mam nadzieję, że szybko załatwimy, co trzeba – od razu ponagla doktora. Chciałby już mieć to wszystko za sobą, zdaje sobie bowiem sprawę, że przez jakiś czas będzie ubezwłasnowolniony i zależny od tego mało wiarygodnego człowieka. Ma świadomość, że jeśli sprzedaje on swoje usługi dżihadystom, równie dobrze komuś innemu może sprzedać skórę swych nowych klientów. Jasem nie ma pojęcia, jak blisko jest prawdy, ale jedynie ogromne szczęście ratuje go przed pojmaniem przez Hamida Binladena.

Daria zna tego człowieka, o czym jej mąż oczywiście nie wie. Kobieta czuje się tak, jakby zobaczyła zjawę – kogoś, kogo znała w poprzednim wcieleniu, w poprzednim życiu. To było tak bardzo dawno temu… Widzi siebie jako nastolatkę, a obok matkę – Dorotę – od zawsze zwaną Blondi, poczciwego ojczyma, Łukasza, krnąbrną Marysię z mężem Hamidem Binladenem, w którym sama platonicznie się podkochiwała, oraz najbliższych przyjaciół rodziny: doktora Amira, Palestyńczyka z polskim obywatelstwem, często bardziej polskiego niż niejeden rodak znad Wisły, jego drobniutką żonę Kingę, kobietę o wyjątkowo ciętym języku i niesamowitym poczuciu humoru, oraz Sarę, ich śliczną córkę, zawsze bujającą w obłokach.

Doktor Amir Ibrahimi i Daria Nowicka patrzą sobie głęboko w oczy. Jak to możliwe, że upadł tak nisko?, zastanawia się pacjentka. Człowiek, który w życiu nie chodził do meczetu, a jego ulubione danie to golonka i kieliszek wyborowej, został dżihadystą? Może to przez niego Sara tak się skonwertowała na fundamentalistyczny islam? Może dlatego przyjechała do kalifatu, który ją upaja i jest dla jej chorej duszy rajem na ziemi?

– Jak szybciutko, to szybciutko. Wszystko zrobimy ekspresem. – Rozmyślania Darii przerywa miły głos lekarza, w którym jednak słyszy fałszywą nutę. – Powinno mi to zająć nie więcej niż godzinkę, maksymalnie dwie.

– Jeślibym się nie wybudził z narkozy, dostał krwotoku albo, nie daj Bóg, odwiedziłby nas tu jakiś nieoczekiwany gość, wiedz, że lada moment przybędzie moja obstawa. – Jasem niespokojnie spogląda na zegarek; denerwuje się, że w obecnych czasach nawet starzy kumple mogą zawieść. Potem szeptem zwraca się do żony: – Jeśli nikt nie dotrze przed zakończeniem zabiegu, wybierz numer jeden. – Wręcza jej swój telefon komórkowy. – Mój kompan, który obiecał, że zagwarantuje nam transport i dach nad głową, tylko czeka na sygnał.

– Gdzie pan się wybiera? – Lekarz jednak go słyszy i marszczy surowo brwi. – To poważna operacja przeprowadzana w pełnej narkozie.

– To już nie pana sprawa – burczy Jasem.

– Żartuje pan, człowieku! Pacjent musi być hospitalizowany przez minimum dobę. Dopiero dzień po zabiegu wyciąga się dreny.

– Gadanie! Nie pierwsze rurki w moim ciele i nie ostatnie. Sam potrafię sobie takie coś wyrwać.

– Albo zostaje pan w klinice, albo nie podejmuję się operacji. – Obrażony Amir nadyma wydatne wargi.

– Zrobię to, co muszę zrobić, i nikt nie będzie mną dyrygował. A ty, doktorku, przekażesz mojej żonie, która jest pielęgniarką, antybiotyk, płyny fizjologiczne i jakieś sole mineralne, paracetamol i środki przeciwbólowe w kroplówce, bandaże i inne dezynfekujące chujstwa, by mogła mnie opatrywać. Tyle w temacie! – Jasem wyciąga zza pasa małego zgrabnego glocka, chwilę macha nim przed brzuchem Amira, a następnie oddaje go Darii. Kobieta trzyma broń z dużą wprawą.

– Pani nie wykonujemy nic poważnego, tak? – Skonfundowany lekarz ledwo oddycha z przerażenia. Postanawia dłużej nie dyskutować z groźnym rzezimieszkiem, ale chce się upewnić, czego się od niego wymaga.

– Chyba sam wiesz najlepiej, czy kobiecie w ciąży można aplikować środki usypiające. – Dżihadysta z pogardą lustruje chytrego Araba. Jest bardziej pewny siebie, gdy widzi, że Daria stoi za nim murem i niczego mu nie odmawia. Będzie dobrze, pociesza się. Wiedziałem, że to jest kobieta mojego życia. – Do zobaczenia za chwilkę, kochanie. Żebyś tylko mnie poznała – żartuje, po czym oddala się do sąsiadującej z gabinetem sali operacyjnej.

– Co ty tu jeszcze robisz? – Amir wraca po ponad trzech godzinach.

Daria siedzi na wygodnej sofie, z nogami wyciągniętymi na sąsiednim fotelu. Ma lekko opuchniętą twarz, gdzieniegdzie spod skóry przebijają sińce, ale jej ogólny wygląd bardzo się zmienił, i to na korzyść. Jak się okazuje, medycyna estetyczna i dobra wizażystka mogą zdziałać cuda. Permanentny makijaż skorygował kształt jej oczu z migdałowego na okrągły, a botoks wstrzyknięty w usta sprawił, że stały się one większe i bardziej namiętne. Odrobina kwasu hialuronowego zaokrągliła jej policzki, czyniąc twarz bardziej pucołowatą. Włosy modnie ostrzyżono, a potem położono na nie farbę w odcieniu blond. Pod wpływem tych kilku nieinwazyjnych zabiegów Daria wygląda teraz jak typowa Europejka lub Amerykanka.

– Co ty tu robisz? – powtarza lekarz teatralnym szeptem, tym razem po polsku, patrząc spod oka na siedzącego w pobliżu opryszka z kałasznikowem na kolanach.

– A niby gdzie mam być, co? – Daria rozkłada ręce.

– Zanim przyszedł ten ochroniarz, mogłaś spokojnie stąd wyjść. To ekskluzywna dzielnica, a na dodatek blisko centrum. Złapałabyś taksówkę i pojechała prosto na komisariat.

– Zgłupiałeś, wujku? – dogryza mężczyźnie, którego kiedyś rzeczywiście tak nazywała. – A gdzie mój mahram12? Sama po zmroku mam się plątać po mieście? Tutaj mentalność ludzi została już całkiem spaczona. Nie wiadomo, kogo należy się bać bardziej: ortodoksów czy fundamentalistów, ale jedni i drudzy niezbyt dobrze traktują kobiety. To nie jest ta sama Syria, co kiedyś. To siedlisko fanatyków, zdrajców i morderców.

– Bzdurzysz. – Doktor pochyla się nad nią, udając, że sprawdza efekty zabiegów. – Trzeba było iść na milicję – upiera się przy swoim.

– Żeby mnie aresztowali? Za brak opiekuna, brak dokumentów, brak pieniędzy, brak kontaktów, brak… wszystkiego – podsumowuje wściekła Daria, ściągając na nich uwagę poplecznika dżihadiego Johna. – W tutejszym więzieniu, jako kobieta brzemienna, mogłabym liczyć jedynie na czyjąś łaskawość, ewentualnie na troszkę lepsze traktowanie, i czekać na przybycie rodziny, z którą dziwnym trafem przez ostatnie parę lat nie miałam żadnego kontaktu.

 

– Miriam tu była… I Hamid…

– Co? Gdzie? – Daria nagle pręży się jak struna.

– W Syrii, w Rakce.

– To akurat żadna nowość. Siedziałam na dupie i czekałam na nich jak głupia, tracąc jedną możliwość ucieczki za drugą. – Kłamie jak z nut, bo przecież odrzucała każdą pomocną dłoń, ale nie ma zamiaru się do tego przyznawać. – Tak że niech wujek da już spokój, okej?

– Wiedziałaś o tym? I nie zrobiłaś nic, żeby się z nimi spotkać?

– Doktorku, Rakka to nie przelewki. Myślisz, że mogłam sobie po prostu pójść na kawę lub spotkać się, z kim chcę i gdzie chcę? Tam kobieta nie może samotnie nawet wyjść po zakupy czy udać się do lekarza, bo w najlepszym razie grożą jej baty. Nie mów mi więc, czego nie zrobiłam i co zawaliłam.

– Mieli przyjechać do Damaszku, ale coś im stanęło na przeszkodzie… – Słowa więzną Amirowi w gardle.

– Co ty gadasz? – Darię aż przechodzi dreszcz. – Są w okolicy? Zjawią się niedługo? – Przed jej oczami pojawiają się mroczki. Ciężko opada na oparcie i patrzy przed siebie niewidzącym wzrokiem.

– Nie… Nie dotarli, ale… Wiesz… Bywa, że… – Lekarz zaczyna kręcić. – Odnajdą cię bez względu na trudności. Na pewno na siebie traficie. – Próbuje uspokoić młodą kobietę, niebezpiecznie pobladłą, która drżącymi dłońmi swoim zwyczajem co chwilę zakłada włosy za ucho.

Daria w tym momencie zastanawia się gorączkowo nad tym, kto pierwszy padnie trupem – Jasem czy Hamid – gdy staną ze sobą twarzą w twarz. Która z sióstr zostanie wdową?

– A czy moja Sara nadal jest w kalifacie? – Amir w końcu pyta o to, co cały czas go nurtuje. – Widziałaś ją? Jak się ma?

– Ma się świetnie – odpowiada głucho kobieta, której życie zrujnował przeklęty dżihadysta i która już zawsze będzie nieszczęśliwa, w którą stronę by poszła i cokolwiek zrobiła. Co gorsza, będzie stanowiła zagrożenie dla otoczenia i swej rodziny, gdyż ma stałą asystę – mahrama, jednego z największych zbrodniarzy współczesnych czasów. – Sara ma się świetnie – powtarza jak automat. – Jest żoną największego szaleńca w kalifacie. Dobrali się jak w korcu maku. Oboje uwielbiają mordować i tępić niewinnych ludzi. Nie mają skrupułów nawet wobec dzieci! – Wybucha histerycznym śmiechem i podnosi głos: – Dobrze ją wychowałeś, wujaszku!

Nagle zrywa się i strzela Amira w twarz.

– Chalas13! – Ochroniarz już nie wytrzymuje. Ucina nerwowe pogaduszki kobiety i mężczyzny. – Jekfi14! Idziemy do samochodu! – rozkazuje, machając karabinem maszynowym w stronę ciężarnej.

– A Jasem? Zostawiamy go tutaj? Wbrew rozkazom? – Daria już niczego się nie boi, a na pewno nie tego zawszonego szmaciarza, więc kpi z niego w żywe oczy.

– To niech się zbiera. Nikt nie będzie tu dupił godzinami. – Po opryskliwej wypowiedzi i lekceważącym sposobie bycia mężczyzny widać, że czasy chwały tak zwanego Państwa Islamskiego, państwa terroru i zbrodni, chylą się ku upadkowi. Jeszcze nie tak dawno byłoby nie do pomyślenia, że szeregowy dżihadysta nie ma za grosz szacunku dla takiej ikony kalifatu jak dżihadi John vel Jasem Alzani. Żeby zostawiał go na pastwę losu! Obecnie, sam czując zagrożenie, zupełnie nie przejmuje się swoim byłym przywódcą.

Jasem postanowił, że zaraz po zabiegu przeniesie się do swojego starego przyjaciela, fałszerza dokumentów, który ma mieszkanie, a zarazem pracownię, niedaleko cytadeli w biednej arabskiej dzielnicy Damaszku. Tam planuje zaczekać, aż zagoją się pooperacyjne rany i będzie mógł wykonać zdjęcie do nowego irlandzkiego paszportu. Nie zorientował się jednak wcześniej, jakie mogą być następstwa narkozy i komplikacje po inwazyjnym zabiegu chirurgicznym. Transformacja rysów twarzy Jasema obejmowała piłowanie kości policzkowych, przemodelowanie kształtu brody i podbródka, zmniejszenie uszu i przesunięcie przegrody nosowej wraz z usunięciem charakterystycznego garbka. Doktor zajął się również linią brzegową włosów i zlikwidował pogłębiające się zakola, więc obszar działań skalpela, pilnika i igieł był bardzo szeroki. W normalnych warunkach – i przy zwykłym pacjencie – każdy lekarz rekomendowałby przynajmniej tygodniowy pobyt w szpitalu.

Po wybudzeniu z całkowitego znieczulenia Jasem dostaje gwałtownych torsji. Wcześniej bowiem nie przejmował się tym, że przez sześć godzin przed zabiegiem nie wolno pić, jeść ani palić papierosów – nie poinformował też o tym lekarza, gdy ten przeprowadzał wywiad. Dlatego teraz oddaje zawartość swych trzewi w strasznych boleściach. Wydaje mu się, że za chwilę jego czaszka eksploduje i rozsypie się na tysiące kawałeczków. Wyje przy tym z bólu jak zarzynany zwierz. Spanikowany lekarz, widząc wściekły wzrok opryszków z prywatnej ochrony pacjenta, szybko wstrzykuje Jasemowi mocny środek przeciwbólowy. Po chwili ten się uspokaja, a jego ciało wiotczeje. Za pomocą noszy lekarzowi, pielęgniarce i umięśnionym chłopakom udaje się wrzucić chorego na pakę pikapa, wyłożoną cienkimi materacami i śmierdzącymi, brudnymi kocami.

– Przy takiej opiece zdechnie lada dzień – szepcze Amir do Darii. – Uciekaj, dziewczyno. Dokądkolwiek… Uciekaj.

Samochód przecina ciemną noc. Podskakuje na wybojach i dziurach w drodze, której nie remontowano przez długie sześć lat wojny. Na ulicy, która kiedyś biegła przez cudowne stare miasto, marne światło daje tylko jedna latarnia. Auto krąży pomiędzy starożytnymi bramami Bab as-Salam i Bab Tuma, zagłębiając się w ciasne uliczki, gdzie maleńkie domki stykają się z antycznymi rzymskimi murami; zabudowane balkony zwisają z nich jak gniazda jaskółek. Kiedy byłam tu z rodzicami jako nastolatka, tak mnie ciekawiło, jak tam się żyje, Daria spoziera na zaniedbane budynki pokryte grzybem i pleśnią, naznaczone śladami po kulach i odłamkach. Stara medina15 wydawała mi się magicznym miejscem, jakby czas się cofnął do epoki kalifatów. Tak bardzo chciałam wejść do dawnego haremu i z ażurowej alkowy obserwować świat niczym księżniczka czy nałożnica emira, kalifa lub sułtana. Wciąż z niedowierzaniem obserwuje teren, choć wie, że zapewne spełnią się jej naiwne marzenia. Auto w końcu się zatrzymuje, wynajęci do ochrony mężczyźni krzyczą jeden przez drugiego:

– Dawaj go! Pomóż, do cholery!

Niecierpliwią się, bo wiedzą, że gdyby pojawiła się tu milicja lub gwardia, wszyscy dostaliby kulkę w łeb. W Damaszku przynależność do Państwa Islamskiego czy kalifatu osądza się bardzo surowo i za taką działalność wymierza się najwyższy wymiar kary – bez sądu i bez czyjegokolwiek sprzeciwu. Nawet obrońcy praw człowieka nabierają w tej kwestii wody w usta.

– Kobieto! Pomóż! Otwieraj te drzwi! – Taszczą nieprzytomnego pacjenta na kocu, który trzymają za rogi.

Na schodach Daria widzi Syryjczyka. Mężczyzna ewidentnie jest wściekły, bo raz za razem zaciska szczęki. Czyżby to był ten dobry kompan Jasema? Nasz gospodarz?, zastanawia się. Nie wygląda na zbyt oddanego człowieka.

– Saida16, na górę! – Mężczyzna pogania ją gestem.

W uchylonych drzwiach na pierwszym piętrze czeka już kobieta w arabskiej, długiej do ziemi domowej sukni i hidżabie na głowie.

– Ahlan wa sahlan17 – wita się Daria.

Gospodyni nie odpowiada, tylko spuszcza głowę i prowadzi ją do maleńkiego pokoju z balkonem, który tak fascynował młodą pół-Polkę.

– Szukran dżazilan18 – próbuje jeszcze raz się zaprzyjaźnić i wyciąga rękę, ale postać znika w głębi mieszkania jak cień.

Pomieszczenie jest urządzone mniej niż skromnie i zrujnowane do granic możliwości. Ściany, brudne, z licznymi zaciekami i wykwitającym spod nich grzybem, zaszpachlowano gliną; drewno na stropach ze starości zrobiło się prawie czarne. Przestrzeń między legarami wypełniono gipsem, który po latach nieodnawiania sypie się lokatorom na głowę. Z dziur przeświecają słoma i pakuły – kiedyś służące za impregnat, dziś stały się jedynie domem dla pająków, roztoczy i groźnych pleśni. Oby jak najszybciej się stąd wynieść, zaklina w duchu Daria. Oby udało się przeżyć tę zarazę. Mój ty Boże! Oczy kobiety wypełniają się łzami. Znowu jest gorzej niż uprzednio. Może jednak trzeba było zostać w luksusowych warunkach w Rakce i czekać na wyzwolenie? Może Jasem jakoś by się z tego wywinął? Zagryza wargi, bo sama widzi brak logiki w tych dywagacjach. Wie przecież, że jej męża nikt by nie oszczędził, tak jak on nie oszczędzał bezbronnych ludzi, których mordował – skrycie i publicznie, nagrywając to nawet i rozpowszechniając później przez YouTube. Może uda mi się stąd wyrwać? Powiem, że idę na zakupy… Może dołączę do jakiejś zagranicznej wycieczki idącej do cytadeli i znajdę pomoc?, fantazjuje spanikowana kobieta. Ale przecież trwa wojna, żadni turyści nie przyjadą teraz zwiedzać Damaszku. Kto pchałby się w miejsce narażone na zamachy terrorystyczne, do miasta z tysiącami bezdomnych błąkających się po ulicach, którzy mogą być zarówno poszkodowanymi syryjskimi obywatelami, jak i zbrodniarzami w typie Jasema. Znowu jestem w matni.