Arabski rajTekst

Z serii: Arabska saga #8
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Tanya Valko, 2019

Projekt okładki

Ewa Wójcik

Zdjęcie na okładce

© Laila Jihad

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8169-636-4

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Drodzy Czytelnicy

W tym roku do Waszej kolekcji trafi dziesiąty tom Orientalnej sagi pt. Arabski raj.

Nigdy bym się nie spodziewała w 2010 roku, że aż tak się rozpędzę i napiszę tyle powieści. Najpierw powstała Arabska saga, począwszy od Arabskiej żony przez Arabską córkę, Arabską krew, na Arabskiej księżniczce kończąc. Później, jako krótki przerywnik, dałam Wam Azjatycką sagę, w której zmieniło się jedynie otoczenie, bo z krajów arabskich przenieśliśmy się wspólnie do Azji, moi główni bohaterowie pozostali jednak ci sami. To dwie powieści: Okruchy raju i Miłość na Bali. Potem znów wróciliśmy do ukochanego przeze mnie regionu świata wraz z powieściami Arabska krucjata, Arabski mąż i Arabski syn. Ze względu na tematykę i miejsce akcji wszystkich moich książek pozwalam sobie zaliczyć je do Orientalnej sagi.

Arabski raj to kontynuacja losów moich ulubionych i mniej lubianych bohaterów – Doroty wraz z jej córkami Marysią vel Miriam i Darią vel Darin oraz ich życiowych partnerów Hamida Binladena i Jasema Alzaniego. Nowa książka to również nowe twarze; część z nich należy do osób znanych, publicznych, tak jak as libijskiego wywiadu Musa Kusa czy niepisany następca zabitego pułkownika Muammara Kaddafiego Sajf al-Islam. Oprócz nich na kartach powieści spotkacie zwykłych ludzi, kobiety, mężczyzn i dzieci rozmaitej narodowości, targanych różnymi uczuciami i przeżywających swoje szczęśliwe lub mniej szczęśliwe bądź wręcz dramatyczne losy. Akcja powieści toczy się zarówno na Bliskim Wschodzie w Królestwie Arabii Saudyjskiej, gdzie zapowiadają się liczne zmiany, w Iranie, w którego obyczajowości nie widać zmian, oraz w Afryce Północnej, w tak bliskiej mojemu sercu Libii, w której spędziłam ponad trzynaście lat. Jedna część książki rozgrywa się także w Polsce, którą ukazuję oczami pół Polki, pół Arabki Marysi – Miriam. Przyjezdna pragnie osiedlić się w swoim rodzimym kraju nad Wisłą i zaaklimatyzować w zupełnie nowych, obcych jej warunkach. Wszystko wydaje się takie proste i idealne, lecz w rzeczywistości pod nogi bohaterki co chwilę rzucane są kłody. Poprzez przeżycia Marysi Salimi ukazuję Wam swoje własne przejścia związane z powrotem do Polski po ponad dwudziestu latach na obczyźnie – tak, ja sama w mojej ojczyźnie czuję się w pewnym sensie cudzoziemką. Polska mekka jest wymarzonym miejscem dla uchodźców, i to nie tylko z Bliskiego Wschodu, którzy przeważnie wybierają kraje Europy Zachodniej. Jest rajem dla naszych wschodnich sąsiadów oraz przybyszy z dalekiej Azji – Indii czy Pakistanu.

Mam w zwyczaju dawać swoim powieściom wieloznaczne tytuły. Tak jest i tym razem. Arabski raj to nie tylko koraniczny eden z pięknymi hurysami, rzekami mlekiem, miodem i winem płynącymi. Taki raj fałszywie jest obiecywany szahidom, islamskim męczennikom, którzy krocząc drogą źle pojętego dżihadu, odbierają życie nie tylko sobie, lecz także innym, będąc zamachowcami-samobójcami. To raj dla wierzących muzułmanów, a nie dla islamskich fundamentalistów. Innym edenem, o którym marzy większość ludzi na całym świecie, jest raj na ziemi. Gdzie się znajduje? Gdzie można odnaleźć krainę szczęśliwości? Czy jest to bogaty Bliski Wschód? Czy jest tam, gdzie petrodolary zalewają rynek i wszyscy są obrzydliwie bogaci? Czy dla wojennych uchodźców z Syrii, Iraku lub Ukrainy raj jest tam, gdzie znajdują spokój, bezpieczeństwo i przyjazny kąt? Dla wielu takim wymarzonym miejscem stała się Polska. Dla innych libijska prowincja, na którą przyjdzie trafić jednej z głównych bohaterek moich powieści Darin Salimi. Czy będzie tam szczęśliwa? Czy pozna smak prawdziwej miłości? Jakie niespodzianki szykuje jej życie?

Może i Wy, moi Czytelnicy, odnajdziecie wraz z bohaterami tej książki swoje szczęśliwe miejsce na ziemi. Być może uszczęśliwi Was lektura mojej najnowszej powieści Arabski raj. Z całego serca tego życzę.

Tanya Valko

Zaprawdę, bogobojni

będą przebywać w miejscu bezpiecznym

wśród ogrodów i źródeł,

ubrani w atłas i brokat,

zwróceni do siebie twarzami.

Tak będzie!

I połączymy ich w pary

z hurysami o wielkich oczach.

Oni tam będą wołać o wszelkiego rodzaju owoce,

bezpieczni1.

1 Koran, Sura XLIV, wers 51–55, tłum. J. Bielawski, PIW, Warszawa 1986.

Prolog

Książę Anwar al-Saud jak grom z jasnego nieba wpada do safe house2 w dzielnicy Bata w Rijadzie, stolicy Królestwa Arabii Saudyjskiej, i od razu naskakuje na rezydujących tam zacnych gości:

– Co wy sobie wyobrażacie?! Jak nas traktujecie? Jak ślepców czy głupców?! – Od natężenia jego tubalnego głosu aż drżą mury, a po wielkim na ponad osiemdziesiąt metrów salonie niesie się echo. – Albo jesteśmy po tej samej stronie barykady, albo kończy się nasza współpraca!

– Nigdy nie kooperowaliśmy bliżej niż teraz – tonuje go Musa Kusa3, w ogóle nie obruszając się na agresję i impertynencję przybyłego. Od samego początku zdawał sobie sprawę, że wcześniej czy później wszystko się wyda. Nadal jesteście pastuchami, mój ty jaśnie oświecony księciuniu, kpi w duchu Libijczyk. Dzięki ropie i płynącej z niej forsie możecie przeskoczyć każdą przeszkodę i dokonać niewyobrażalnego postępu technologicznego w dwie dekady, ale nadal słoma wam z butów wychodzi. Samozwańcze królewięta z bożej łaski… – Możemy się nienawidzić, pogardzać sobą nawzajem, ale dla celów wyższych i bezpieczeństwa międzynarodowego narody kooperują tak jak my teraz. Tylko prymitywy chowają głupie urazy – otwarcie ogłasza stary mentor.

– Saudyjczycy i Libijczycy zrobili cyrk w dwa tysiące trzecim roku, kiedy na szczycie Ligi Arabskiej Kaddafi nazwał panujący w Arabii ród Saudów amerykańskimi sługusami, a nasz ówczesny następca tronu, późniejszy król, książę Abdullah odparował, że Kaddafi jest kłamcą i starym dziadem stojącym nad grobową deską. – Z kpiarskim uśmieszkiem na ustach potwierdza już spokojniej dawne swary książę Anwar, wygodnie rozsiadając się w fotelu.

– Określenie Kaddafiego wariatem i poważniejszym zagrożeniem dla Libijczyków niż jakikolwiek wróg zewnętrzny, czy pajacem, komediantem i największym nieszczęściem Libii to też nic. – Musa Kusa oddycha swobodniej, ciesząc się z rozwagi ich obecnego sprzymierzeńca i głównego sponsora. – To tylko kompromitacja i kłótnia arabsko-arabska, którą mogły zobaczyć setki tysięcy telewidzów, oglądających na żywo relację z posiedzenia. Gorzej, że Kaddafi był zamieszany w udaremnioną próbę zamachu na ówczesnego następcę tronu Abdullaha, za co w rewanżu Abdullah czynnie przyczynił się do zabicia przywódcy libijskiego, destabilizując tym samym całą Afrykę Północną.

W bezpiecznym miejscu mężczyźni pozwalają sobie mówić na głos o tajnych sprawach, choć za podobne informacje niejeden trafiłby na tamten świat. Udowadniają tym samym, że nie mają przed sobą żadnych sekretów i że są ze sobą szczerzy aż do bólu. Milkną na chwilę, by przebrzmiały bolesne słowa, a haniebna przeszłość odeszła w niepamięć.

– Nasi przywódcy popełnili mnóstwo błędów, ale obecnie ani jeden, ani drugi antagonista nie żyje, a my usiłujemy naprawić błędy swoich przodków. – Anwar znów rzuca iskry swymi czarnymi jak noc oczami, co wskazuje na jego zapalczywy, typowo arabski charakter. – Dlaczego więc jesteś wobec mnie nieszczery? Myślałem, że gramy w otwarte karty.

– Bo gramy – potakuje starzec.

– Czemuż więc nic mi nie powiedziałeś o roli, jaką odgrywa w twoim planie Jasem Alzani vel4 dżihadi5 John vel… już sam nie wiem kto, a na koniec vel Muhamad Arabi6, twój, jak się okazuje, kompan?

– Bo nie zapytałeś. Myślałem, że cię to nie interesuje – interlokutor kłamie jak z nut. – Nie mów mi, że nie wiedziałeś o naszych kontaktach. Nie kryłem się ze znajomością tego gagatka zarówno w Katarze, jak i tutaj. – W jego głosie brzmi ironia, bo takiemu znakomitemu wywiadowcy nie ma prawa umknąć tak istotny fakt.

– Bliskowschodnie służby wywiadowcze znowu zawaliły i będę musiał im za to zmyć głowę – przyznaje uczciwie Anwar. – Oni widać też potraktowali to jako błahy detal. Wszyscy uznaliśmy to za przypadek.

Książę Anwar al-Saud nie jest tym, za kogo bierze go najbliższa rodzina, znajomi czy przyjaciele. Książę ma dwa oblicza i od lat prowadzi podwójne życie. Jedno jawne – zblazowanego jaśnie pana, marnotrawnego syna i bogacza-rozpustnika, a drugie utajnione – szpiega, członka saudyjskiego secret service7, człowieka honoru, którego znają tylko nieliczni. Wahabicka8 familia królewska już lata temu zaangażowała się w krzewienie islamu na całym świecie, co niejednokrotnie dawało tragiczne efekty. Sianie ziarna nie zawsze przynosi urodzajny plon, a często daje plewy, co powoduje zawieruchy i wojny. Tak się stało w Syrii, którą Anwar regularnie odwiedzał, namawiając jej mieszkańców do przestrzegania islamu sunnickiego, bliskiego Koranowi. Jednak silna wiara obywateli tego kraju pod wpływem biedy i niezadowolenia przybrała postać fundamentalizmu. Teraz Saudowie wraz z ościennymi krajami, takimi jak Katar i Kuwejt, które też dążyły do pogłębienia wiary muzułmańskiej w Syrii, muszą naprawić swój błąd. Dlatego tak żarliwie walczą z fundamentalizmem islamskim. Anwar został oddelegowany, żeby przeniknąć w szeregi najgorszych, najbardziej przebiegłych terrorystów. Idzie mu to bardzo sprawnie, jest specjalistą najwyższej rangi i dlatego nawet taki przebiegły kalifacki lis jak Jasem zaufał mu i wierzy w każde jego słowo, nie podejrzewając swojego pseudoprzyjaciela o zdradę i podwójne oblicze. Obecnie jednak sprawy zaczynają się komplikować i wymykać spod kontroli, co doprowadza Anwara do szału.

 

– W Katarze ja również sądziłem, że wasze spotkanie to czysty zbieg okoliczności, i zlekceważyłem je, a tutaj, w Arabii, umknęło mi parę spraw – wyznaje smutno. – Myślałem, że chodzi o romans, a ja mutawwą9 nie jestem.

– Romans? – dziwi się Musa Kusa. – Z naszą panną Dżamilą Muntasir?

– Tak to wyglądało.

– To dobrze. Bardzo dobrze. – Szabbani10 wybucha śmiechem i szelmowsko zaciera ręce. – Tylko potwierdzasz trafność i chytrość mojego planu. – Libijczyk jest uszczęśliwiony. – Muntasir. To cholernie dobre libijskie nazwisko. Dziadek Dżamili, Umar Mahmud al-Muntasir11, był niezwykłym człowiekiem. Wykonywał swoje obowiązki z najwyższym poświęceniem i profesjonalizmem dla każdej władzy, zawsze robiąc wszystko dla dobra naszej ukochanej ojczyzny. Ojciec zaś, Omar Mustafa al-Muntasir12, pomagał pułkownikowi Muammarowi Kaddafiemu budować nasz nowoczesny kraj, naszą Dżamahirijję13, co zresztą kontynuowała jego córka.

– Co ty knujesz, człowieku? – Anwarowi aż włos się jeży na głowie. – Na co ci ten zbrodniarz w twoim ukochanym kraju? Mało tam masz rzezimieszków spod ciemnej gwiazdy, którzy znaleźli azyl podczas bezkrólewia?

– Ciszej, proszę. – Musa Kusa konspiracyjnie kładzie palec na ustach i spogląda na solidne drzwi prowadzące na pokoje. – Nie wspomniałem ani słowem pięknej dzierlatce Dżamili, kto tak naprawdę kryje się pod nieciekawym bladym europejskim fizys Seana O’Sullivana, które tak ją podnieca. Inaczej moja młoda przynęta mogłaby jeszcze zrezygnować z szalonej miłości i burzliwego romansu, który w przyszłości, i to niedługiej, ma się zakończyć związkiem małżeńskim. Tego też nie wie moja mała rozpustnica. – Libijczyk nie jest tak nowoczesnym i wyzwolonym Arabem, na jakiego pozuje, i wcale mu się nie podoba takie romansowanie arabskich kobiet. – Obawiam się, że panna Muntasir nie potrafiłaby udawać cudownej kochanki i szczęśliwej żony kryptodżihadysty, zdając sobie sprawę, że jej mężunio jest mordercą na globalną skalę i sadystą, jakich mało.

– Co ci da ich szczęśliwy związek? Nie zrobisz z niego Libijczyka – zastanawia się Saudyjczyk, który wciąż nie potrafi przejrzeć tajemniczej intrygi starego asa libijskiego wywiadu. – A jeśli nawet, to po cholerę?

– Rusz głową, przyjacielu! – Musa Kusa jakby odmłodniał, bo jest teraz w swoim konspiracyjnym żywiole. – Mnie, przyszłemu premierowi Libii, ten przeklęty fundamentalista jest bardzo, naprawdę bardzo potrzebny. Jednak żeby oficjalnie wprowadzić go na arenę polityki libijskiej, trzeba go powiązać z dobrym, libijskim nazwiskiem, połączyć z rodziną, do której naród ma pełne zaufanie, dać mu korzenie.

– Dlatego Dżamila jest panu niezbędna?

– Właśnie tak.

– A w jakim cyrku i na jakiej linie będzie skakał Jasem?

– Jasem Alzani vel Muhamad Arabi Muntasir będzie miał oficjalne, rządowe stanowisko i zadanie, by w białych rękawiczkach unicestwić wszystkich podłych, zboczonych i szalonych fundamentalistów oraz ortodoksów, swoich byłych kolesiów nadal wypełniających dżihad14 i popleczników kalifatu, którzy po upadku pseudo-Państwa Islamskiego znaleźli bezpieczne schronienie na terenie niestabilnej, pełnej chaosu Libii. Oni zwąchają swego i będą do niego lgnęli jak do miodu, by – mam nadzieję – w nim utonąć. Mniej groźnych niedobitków wygnam z Dżamahirijji już sam. Wszystko zmierza do tego, by moja ojczyzna znów stała się takim eldorado, jakim była kiedyś – wyznaje z rozmarzonym wzrokiem staruszek. – Libia to był raj na ziemi i ja spowoduję, że znów się nim stanie.

– Nie bierze pan pod uwagę, że sytuacja może się wymknąć spod kontroli? – pyta saudyjski książę, zauważając pychę i nieobliczalność swojego wspólnika. – Jasem Alzani był i jest dżihadystą, mordercą, a przy okazji bardzo inteligentnym i nieobliczalnym człowiekiem. On nie da sobą kierować. Nie ma mowy!

– Z gorszymi miałem już do czynienia. I skakali tak, jak im zagrałem. Dla władzy człowiek zrobi wszystko. Wyda nie tylko kolegów, ale nawet rodzinę.

– W tym wypadku nie sądzę, aby to się udało. Ten człowiek skrzywdził i zabił setki, może nawet tysiące osób. Niedocenianie go to wielki błąd. Strzeż się pan tego typa! Od tej chwili osobiście i bardzo uważnie będę kontrolował wszystkie wasze ruchy, a pan będzie mi zdawał raporty z każdego swojego kroku. I to jeszcze zanim go wykona.

– Nie było takiej umowy! – broni się Musa Kusa, oburzony tak dogłębną inwigilacją.

– Zatem od teraz jest. – Anwar kończy rozmowę, wstaje i kieruje się do wyjścia. – Jasem Alzani wraz z małżonką Darin i synem czeka już na pana i pańskich towarzyszy w Bengazi. Oby Allah chronił nas przed dżihadystami, a wam dał spokojną, mlekiem i miodem płynącą ojczyznę, wymarzony raj. Wszystkim pozostałym zaś pokój. As-salamu alejkum15.

– Wa alejkum as-salam16.

2 Safe house (angielski) – bezpieczny dom, przenośnie kryjówka, meta, azyl, ukrycie; takie miejsca rozsiane po całym świecie mają wszystkie agencje wywiadowcze, począwszy od CIA, a skończywszy na KGB i MI6.

3 Musa Muhammad Kusa (ur. 1949) – libijski polityk i dyplomata. Studiował socjologię na Michigan State University. Pracował jako przedstawiciel służb bezpieczeństwa w kilku libijskich placówkach dyplomatycznych w Europie. W 1980 r. został mianowany ambasadorem w Wielkiej Brytanii. W latach 1992–1994 był zastępcą ministra spraw zagranicznych, a następnie (1994–2009) stał na czele wywiadu. W 2009 r. został mianowany ministrem spraw zagranicznych. W 2011 r. podczas arabskiej wiosny grupa opozycjonistów libijskich, przebywających w Wielkiej Brytanii, zaapelowała o postawienie Muammara Kaddafiego, Sajfa al-Islama Kaddafiego i innych osób blisko związanych z reżimem (w tym Musy Kusy) przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym w Hadze. W marcu 2011 r. władze USA zamroziły jego aktywa na obszarze Stanów Zjednoczonych. Pod koniec marca, korzystając z prywatnego odrzutowca, Kusa przyleciał do Londynu. Poinformował tam media, że nie reprezentuje już rządu Muammara Kaddafiego, zrzeka się stanowiska w jego administracji i zamierza pozostać w Wielkiej Brytanii. Stale nagabywany przez media i obawiający się o swoje życie, udał się do Kataru, gdzie wyśledziło go CNN. Tam mieszkał i żył w ukryciu do czasu wydostania się na wolność syna Muammara Kaddafiego, jego następcy.

4 Vel (łacina) – lub, albo, raczej; często stosowane pomiędzy nazwiskami, co oznacza, że dana osoba znana była pod dwoma nazwiskami lub przezwiskami.

5 Dżihadi (arabski) – przymiotnik od słowa dżihad – zwolennik dżihadu, dżihadysta.

6 Arabi (arabski) – arabski.

7 Secret service (angielski) – wywiad.

8 Wahabizm, wahhabizm (arabski) – islamski ruch religijny i polityczny powstały w XVIII w. na terenie Arabii. Opiera się na fundamentalizmie, czyli głosi powrót do źródeł: pierwotnej czystości islamu, prostoty i surowości obyczajów. Za podstawy wiary wahabici uznają Koran i hadisy, interpretowane dosłownie. Nazwa wahabizm pochodzi od imienia twórcy tego ruchu, muzułmańskiego teologa Muhammada Ibn Abd al-Wahhaba. Wahabizm jest szczególnie popularny w Arabii Saudyjskiej, gdzie w XVIII w. wahabici zawarli sojusz z dynastią Saudów, co wywarło znaczny wpływ na późniejszy kształt tego najbardziej konserwatywnego z państw muzułmańskich. Ponieważ wahabici sprzeciwiali się zazwyczaj wprowadzaniu innowacji technologicznych i modernizacji, od dziesięcioleci trwa w tym państwie spór między ortodoksyjną i reformatorską frakcją elit saudyjskich. Wahabizm uznaje wyższość islamu nad wszystkimi religiami oraz potrzebę uzyskania dominacji nad nimi.

9 Mutawwa (arabski) – funkcjonariusz policji obyczajowo-religijnej.

10 Szabbani (arabski, dialekt) – starzec, staruszek.

11 Umar Mahmud al-Muntasir (1903–1970), polityk libijski, premier Libii w okresie włoskiej dominacji (1951–1954) oraz w niepodległej Libii (1964–1965). W latach 1951–1954 równolegle z funkcją premiera piastował urząd ministra spraw zagranicznych Libii. W 1954 r. został mianowany ambasadorem Libii w Londynie. Po zamachu stanu dokonanym przez Muammara Kaddafiego 1 września 1969 r. al-Muntasira aresztowano, a następnie zmarł we wrześniu 1970 r. Istnieje podejrzenie, że popełnił samobójstwo z powodu złego traktowania, ale nigdy nie zostało to potwierdzone.

12 Omar Mustafa al-Muntasir (1939–2001), polityk libijski, od 1987 do 1990 r. sekretarz Generalnego Komitetu Ludowego, czyli premier Libii. W latach 1992–2000 minister spraw zagranicznych Libii.

13 Dżamahirijja (arabski) – państwo ludu. Termin polityczny, neologizm wymyślony przez Muammara Kaddafiego. Pełna nazwa to Wielka Arabska Libijska Dżamahirijja Ludowo-Socjalistyczna. Do czasu obalenia rządu Kaddafiego była to oficjalna nazwa państwa. Ustrój polityczny Libii miał charakter republikański. Rządy należały do junty, kierowanej przez pułkownika Kaddafiego, który w 1975 r. wydał Zieloną książeczkę – sformułował w niej zasady swego ustroju jako alternatywy wobec komunizmu i kapitalizmu. Było to połączenie arabskiego socjalizmu i politycznego islamu (tzw. trzecia teoria świata).

14 Dżihad (arabski) – pierwotnie oznaczał walkę w imię propagowania islamu, zarówno przez akcję zbrojną, nawracanie niewiernych, pokojowe działania, jak i wewnętrzne zmagania wyznawcy; często rozumiany tylko jako święta wojna; fundamentaliści twierdzą, że jest to szósty filar islamu i obowiązek każdego muzułmanina, a dżihadyści mają za zadanie unicestwienie wszystkich innowierców na kuli ziemskiej.

15 As-salamu alejkum – dosł. pokój z tobą; dzień dobry, witaj.

16 Wa alejkum as-salam – z tobą także (pokój); odpowiedź na powitanie.

NIEZWYKŁE LOSY

Idealna para

W pięknym wielkim apartamencie gościnnym Binladenów Dorota oddaje się rozmyślaniom. Dziwne to jej życie, bardzo dziwne. Nie jest przecież aż taka stara, a wydaje się jej, że jak kot przeżyła już co najmniej dziewięć żyć. W dodatku ich treść stanowiły głównie związki damsko-męskie. Wszystko przez tych chłopów, myśli, z niedowierzaniem kręcąc głową. Poprawia opadające ramiączko jedwabnej, długiej do ziemi wrzosowej podomki, wykończonej przy dekolcie i na plecach cienką jak mgiełka francuską koronką, i rozsiada się wygodnie w fotelu przed toaletką. Z paru metrów obserwuje swoją piękną, niezwykłą twarz, okoloną tlenionymi blond włosami, mruży błękitne oczy, chcąc lepiej dostrzec detale swej urody i dowody upływu lat. Po chwili jednak zadowolona uśmiecha się do siebie i ciężko opada na oparcie fotela. Jestem niebo a ziemia w porównaniu z tamtą niby ładną nastolatką, która wyszła za Libijczyka Ahmeda Salimi, podsumowuje z zadowoleniem. Wtedy byłam zieloną gąską, a teraz jestem damą. Dama z małej mieściny pod Poznaniem z osiedla w wielkiej płycie. Nieźle.

 

Na parterze panuje cisza, choć wszystkie przygotowania idą swoim torem. Dorota wie, że w dniu swojego kolejnego ślubu, tym razem z Saudyjczykiem Aszrafem al-Ridą, nie ma co się spieszyć, więc beztrosko odpoczywa, a wspomnienia zalewają jej serce i przesuwają się przed oczami jak w kalejdoskopie.

– Ale z nas była piękna para – mówi szeptem, widząc jak żywą twarz Ahmeda, swojej pierwszej i największej miłości, ojca jej dwóch córek, Marysi i Darii. – Nie dawali nam więcej niż pół roku, a tyle lat razem się mordowaliśmy. – Na jej ładnej twarzy pojawia się kpiarski grymas. – W całym miasteczku i na weselu nie mówiono o mnie inaczej jak arabska kochanica, a potem arabska żona. Ech, arabska żona z brzuchem… – Uśmiecha się z przekąsem, pamiętając, jak najpierw wkładała gorset, ukrywając ciążowy brzuszek podczas matury, a potem w trakcie ceremonii ślubnej.

Zaraz po ukończeniu liceum Dorota wyszła za człowieka, który wszystkich urzekał swoją urodą i ogładą dżentelmena, choć tak naprawdę był z niego niezły łotr i zwyrodnialec. Po paru latach burzliwego małżeństwa w Polsce, kiedy raz było wspaniale i niezwykle, ale przeważnie nie do zniesienia z powodu różnic kulturowych, obyczajowych i religijnych, małżonkowie wraz z małą córeczką Marysią pojechali do Libii w odwiedziny do bogatej rodziny Ahmeda. Wakacyjny z założenia wyjazd przeciągnął się na kilka długich i bardzo bolesnych lat. Ależ ja go kochałam… Jak wariatka! Dorota przymyka oczy i z niedowierzaniem obejmuje głowę rękami, bo wstydzi się swojego uzależnienia, wręcz niewolniczego poddania się mężczyźnie. Do tego stopnia zaangażowała się uczuciowo, że ze wszystkiego zrezygnowała i poświęciła siebie dla dobra rodziny. Piękna para małżonków Salimi. Szkoda, że tylko na fotografii, podsumowuje swój wieloletni związek, bo już teraz nie czuje ani tęsknoty, ani sentymentu do pierwszego męża.

Dorota myślała, że ma szczęście, kiedy poznała Polaka Łukasza. Mówili, że stanowimy piękną parę. Typowi Słowianie, jasnowłosi, jasnoocy, o bladej karnacji. Bez żadnych kontrastów i znaków szczególnych. Bzdety. Pozornie tacy sami ludzie wcale nie muszą do siebie pasować. Bogatsza o kolejne życiowe doświadczenie, denerwuje się na samo wspomnienie swojego drugiego męża. A Łukasz, nie dość, że ciepłe kluchy, to jeszcze okazał się dziwkarzem. I kto by się po nim tego spodziewał? Pogardliwie wydyma swoje wciąż namiętne usta. Żeby się zakochać w najgorszej, małej, indonezyjskiej kurwie? Nazywając rzeczy po imieniu, od razu lepiej się czuje. Ech, te głupie chłopy!

Wtedy w Indonezji, niewiele myśląc, szybko i bezproblemowo dała rozwód swojemu mężowi. Zresztą sama nie pozostała mu dłużna. Szybko wdała się w burzliwy flirt z Balijczykiem, pięknym chłopakiem o ponad dwadzieścia lat młodszym od niej. Romans jednak zakończyły siły wyższe. Do tej pory nie mogę uwierzyć, że zabiły go duchy zmarłych, które na Bali żyją i mają się świetnie, choć teraz już wiem na sto procent, że mieszkałam w nawiedzonym domu. Z niedowierzaniem kręci głową i cyka językiem o podniebienie w typowo arabski sposób. Mało tego! Zabił go ponoć duch mojego męża Ahmeda, którego osobiście zgładziłam. Co za bzdura! Ależ brednie!, chichra rozbawiona nieprawdopodobną historią, choć z obawy przed nadprzyrodzonym światem bojaźliwie rozgląda się na boki.

Ledwie kobieta otrząsnęła się z magii i czarów, zadała się z Australijczykiem Brendanem. Ładnie się razem prezentowali i mówiono, że pasują do siebie jak ulał. Przez tego drania Dorota trafiła do więzienia za rzekomy współudział w handlu narkotykami. Wylądowała w najgorszym indonezyjskim karcerze – Kerobokan na Bali. Wydawało się, że nierozsądnej Polce nic już nie pomoże, lecz wtedy na horyzoncie pojawił się zbawca rodziny – Hamid Binladen, który zaangażował się w wyciągnięcie swojej byłej i ulubionej teściowej z więzienia. Przy okazji on i Marysia znów się w sobie rozkochali. Taki miłosny kogel-mogel. Życie kobiet z rodu Salimich nie jest nudne, a koleje ich losu często są naprawdę niesamowite. Tak widać jest im pisane.

Dorocie udało się wybrnąć z patowych sytuacji prawie na wszystkich frontach. Pomimo życiowych zawirowań, bólu i krzywd, jakie ją spotkały, okazało się, że Pan Bóg jednak nad nią czuwa. Zupełnie nieoczekiwanie znalazła kolejną miłość – i zanosi się, że będzie ona największa i najwspanialsza, taka do grobowej deski. Właśnie tego oczekuje dzisiejsza panna młoda. Saudyjski doktor Aszraf al-Rida nawet się nie spodziewa, jak wielkie nadzieje są w nim pokładane i jak trudno będzie mu je spełnić, gdyż Dorota ma niełatwy charakterek. Jednak zakochani takich detali nie widzą i oby tak pozostało na wieki.

Kto raz pokocha Araba, nie jest już w stanie pokochać mężczyzny innej nacji. I nie chodzi bynajmniej o potencjał seksualny, z którego są znani, podsumowuje z zalotnym uśmieszkiem na ustach arabska żona o europejskich korzeniach i słowiańskiej urodzie. Jestem taka szczęśliwa, dlatego że mój przyszły mąż jest śniadym, przystojnym Arabem z krwi i kości. Ma też najlepsze cechy charakteru swojej rasy i autentyczny szarmancki sposób bycia. Nie ma popieprzone w głowie żadnym szariatem17, zresztą w ogóle nie jest zbyt religijny. Będzie dobrze. Nadzieja nie opuszcza serca kobiety. Wierzy ona, że tym razem się nie zawiedzie i będzie szczęśliwa aż do końca swoich dni.

Dorota jest zmęczona podsumowaniem swojego życia uczuciowego, które nawet jeśli nie było szczęśliwe, z pewnością okazało się bardzo burzliwe.

– Nie ma co się zatruwać złymi wspomnieniami – mruczy sama do siebie. – Nie ta okazja, nie ten dzień…

Bierze do ręki swój telefon komórkowy i przez chwilę w zamyśleniu stuka się nim po brodzie. Potem z szelmowskim uśmieszkiem otwiera zakodowane w pamięci albumy. Podchodzi do łóżka, pada na miękki wzorzysty pled i zaczyna sentymentalną, pogodną podróż.

* * *

Na dzień wesela swojej matki Marysia zaplanowała wszystko już grubo wcześniej, a dzisiaj skoro świt zarządziła ostatnie przygotowania. Nie ma teraz nic innego do roboty, jak odpoczywać i szykować się na wieczór, choć większość zabiegów pielęgnacyjno-upiększających wykonały wyszkolone wizażystki, zamówione specjalnie z salonu SPA. Pół-Arabka jest podekscytowana, bo jej mąż na wesele teściowej, które wyprawia w swojej rezydencji, zaprosił znamienitych gości. Będzie wśród nich nawet jeden oryginalny saudyjski książę, znany i lubiany na całym świecie miliarder Walid bin Talal. Marysia w swoim życiu obracała się już w tak różnym, także doborowym towarzystwie, dlatego niewiele osób jest w stanie ją speszyć i rzadko która sytuacja wyprowadza ją z równowagi. Jest bardziej ciekawa niż spanikowana.

– Ależ weselicho będzie mieć ta moja mama… – wzdycha, siadając w antresoli na piętrze, by przez zaciemnione okna obserwować ogród.

Obsługa z Rijadh Palace Hotel uwija się jak w ulu. Pracownicy ustawiają blaty na bufet, stelaże na nieodłączne szawormy i kebaby, stoły na pieczony barani udziec i wołową polędwicę, a co najważniejsze – przenośne klimatyzatory, by goście nie dostali udaru z powodu zastraszająco wysokiej temperatury, która w dzisiejszy pogodny, letni dzień sięga pięćdziesięciu stopni w cieniu. Przed rezydencją Binladenów z samego rana rozstawiono wielki jak barak namiot, w typowych dla tego regionu kolorach czerwieni i granatu. Zajmuje on cały chodnik i blokuje jezdnię, ale żaden z sąsiadów nie narzeka na te niedogodności, bowiem taka jest tradycja i są do tego przyzwyczajeni. Takie same namioty stoją przed domami zamożnych przez cały długi miesiąc ramadanu18, by biedni czy będący w potrzebie mogli w nim spożyć iftar, ramadanowy posiłek z okazji wieczornego ustania postu. Dzisiaj zaś każdy, kto tylko zechce złożyć życzenia, zostawić ozdobną kartkę czy symboliczny prezent dla państwa młodych, zostanie ugoszczony właśnie pod tą pałatką. Dla odwiedzających, którzy w większości będą nieznajomi dla gospodarzy, nie przygotowuje się gorszego jadła, bo byłaby to wielka hańba i wstyd dla wydających przyjęcie. Już od paru godzin na rożnie piecze się duży, uprzednio zamarynowany w specjalnych ziołach i przyprawach baran, nafaszerowany orientalnym ryżem z rodzynkami, migdałami i cynamonem. Jedynie na zewnątrz rezydencji w miejscu publicznym gospodarze nie mogą serwować przypadkowym gościom alkoholu, bowiem jak Arabia Saudyjska długa i szeroka, jest on surowo zakazany. Jednak za zamkniętymi drzwiami, wysokim murem i zaryglowanymi bramami często pija się tu doborowe trunki, zwłaszcza w tak dobrze urodzonym towarzystwie.

Moje wesele też było niczego sobie, podsumowuje Marysia, myśląc o tym najważniejszym, bo pierwszym ślubie, który odbył się w Jemenie. Ależ byliśmy piękną parą z Hamidem Binladenem! Ależ wszyscy nam zazdrościli! Uśmiecha się z dumą, lecz po chwili w jej oczach pojawiają się łzy, a usta wyginają się w żałosną podkówkę. I co z nas zostało? Co zostało z tej pięknej pary i naszej wielkiej miłości? Naszej urody, hartu ducha i wiary w siebie? Niech to szlag!, klnie całkiem nie w arabskim stylu. Niech to licho porwie! Jej wybuchowy charakter daje o sobie znać i krew się w niej gotuje. Po chwili jednak przywołuje się do porządku i z nieobecnym wyrazem twarzy wraca myślami do tamtych czasów w odległej krainie cudownej jeszcze wtedy Arabii Felix19. Pamięta wszystko, jakby to było wczoraj, nawet dźwięki i zapachy starej mediny20. Wczesnym popołudniem wśród domów – wież na starym mieście w Sanie rozległy się dźwięki bębenków i trąbek. Tłum kupujących, przechodniów i turystów rozstąpił się na boki, a dzieciarnia torowała drogę grupie wystrojonych mężczyzn. W środku dumnie kroczył ukochany Marysi – Hamid Binladen, w odświętnym jemeńskim stroju: na białą jak śnieg dżalabiję21 nałożył czarną kaszmirową marynarkę, a za ręcznie haftowanym pasem zatknął najdroższą i najpiękniejszą dżambiję22, którą wykonał wuj panny młodej, znany jemeński snycerz. Głowę miał owiniętą białą chustą, a na niej wianek z kolorowych kwiatów, na ramieniu zaś opierał miecz w błyszczącej złotej pochwie. Wokół niego szli męscy przedstawiciele bogatego rodu na czele z hadżem23, ubranym w tradycyjny strój saudyjski i wyglądającym jak czystej krwi książę. Miał na sobie nieskazitelnie białą tobę24 z brylantowymi spinkami przy mankietach, z głowy opadała mu biała ghutra25 umocowana za pomocą czarnego igala26. Na ramiona narzucił satynową, przewiewną pelerynę w czarnym kolorze z szeroką złotą lamówką. Pozostali członkowie familii odróżniali się od starca tym, że nosili typowe dla swojego regionu biało-czerwone chusty i brązowe, mniej strojne płaszcze. Z tyłu podążali przeważnie jemeńscy reprezentanci obu rodzin, w większości ubrani konserwatywnie, choć zdarzali się też młodzi chłopcy w strojach europejskich, takich jak dżinsy i podkoszulki polo bądź kraciaste sportowe koszule.