Arabska ŻydówkaTekst

Z serii: Arabska saga #11
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Jak to brak obycia? Każdy Żyd to wie – szczerze dziwi się Jakub. – Nie wiedziała pani aż do teraz, że jest Żydówką? Niemożliwe! To kim miałaby pani być? Arabką? Polką? – znów indaguje, a Marysia aż zgrzyta zębami, uważając gościa za chama i całkowitego durnia, który nie wie, kiedy przestać.

– Dowiedziałam się o paru kroplach żydowskiej krwi, która płynie w moich żyłach, dopiero kilka tygodni temu – niechętnie tłumaczy.

– Aha. To rzeczywiście może być frustrujące. Przepraszam, że naciskałem. – Izraelczyk prowadzi przybyłą do obszernego gabinetu z oszałamiającym widokiem z trzydziestego piętra. – Co więc cię do nas sprowadza, Miriam? Mogę się tak do pani zwracać? – Z sympatią spogląda kobiecie w oczy i ujmuje jej dłoń w swoje ciepłe, delikatne ręce.

– Oczywiście, Jakubie. – Marysia czuje dziwne mrowienie biegnące od opuszek palców, głos jej drży, kolana miękną, a serce o mało nie wyskoczy z piersi. – Jeśli chcesz, możemy przejść na język twoich europejskich przodków – proponuje ni z tego, ni z owego.

– Na jidysz? – dowcipkuje mężczyzna, a w kącikach jego oczu pojawiają się urocze kurze łapki.

– Nie miałam na myśli dialektu – dąsa się momentalnie.

– Dobrze, już dobrze, to był żarcik. – Żyd włada polszczyzną, jakby to była jego mowa ojczysta. – Ojciec wpoił nam miłość do nieznanego kraju i jego kultury i rozmawiał z nami wyłącznie po polsku. Nawet mama, Marokanka, musiała się nauczyć. Twierdził, że dom to mała ojczyzna.

– Godne podziwu.

– Więc jak to jest z tą naszą koligacją?

– Moja prababka to Kresowiaczka, Zina Sztejn, a jej mąż, mój pradziadek, to wasz krewniak, Emil Goldman z Krakowa.

Z każdym słowem kobiety na twarzy Izraelczyka pojawia się coraz większe zdziwienie.

– Więc jednak kogoś pogubiła moja rodzina podczas swojej alii… – Chwyta się za głowę. – Nie sądziłem, że ktokolwiek jeszcze pozostał w Polsce. Ojciec nigdy nie wspominał…

– Pozostała właśnie Zina, która aż do końca swych dni, prawie pół wieku, czekała na swojego męża, nie dopuszczając do siebie myśli, że został zamordowany podczas Marszu Śmierci z Auschwitz.

– Mejn Got60… Jak pięknie! Jak romantycznie! – Facetowi oczy zachodzą łzami, a Marysia jest w szoku, bowiem nie zna takich męskich zachowań. Taka wrażliwość dla arabskich menów jest całkowicie nietypowa, a wręcz niedozwolona i niehonorowa.

– W Polsce ostała się również Halina, moja babcia, przed wojną nosząca imię Chaja – kontynuuje. – Bliska przyjaciółka Jerzyka, w Izraelu znanego jako Joram Goldman. Byli kuzynostwem.

– Więc to tak…

– Kim Joram jest dla ciebie? Czy w końcu mogłabym się z nim zobaczyć? – Marysia znów się niecierpliwi. – Halina prosiła w swej ostatniej woli, bym mu coś przekazała. Może ucieszy go na starość, że ktoś całe życie o nim pamiętał i nigdy nie przestał kochać.

– Niestety, mój ojciec zmarł w tym miesiącu. Pierwszego…

– Och! Ojciec… O której godzinie?

– Czemu cię to interesuje?

– Odpowiedz, proszę.

– Nie wiem dokładnie. Zmarł w nocy, we własnym łóżku. Rano znalazłem go z uśmiechem na ustach. Dawno nie widziałem, by miał tak szczęśliwą twarz.

– Babunia również zmarła pierwszego tegoż miesiąca! – Marysia dosłownie wykrzykuje ostatnie słowa. – W Polsce. We śnie. Zastałam ją dosłownie rozanieloną. Jej nieruchome oblicze promieniało jakimś dziwnym światłem…

– Połączyli się – mówią chórem mężczyzna i kobieta, po czym głośno wzdychają.

Ciężko opadają na klubowe fotele. Czują się tak, jakby uszło z nich powietrze. W gabinecie zapada grobowa cisza. Dalecy krewniacy oddają się rozmyślaniom. Jakub cichutko odmawia kadisz, zarówno za swego ojca, jak i jego ukochaną.

– Masza’ Allah61 – mówi po chwili pół-Arabka.

– Dzięki Bogu są już razem. Toda la-el62. Co twoja babcia chciała dać mojemu ojcu?

– Jego listy, które zbierała przez te wszystkie lata, ale także swoje, których nigdy nie odważyła się wysłać, w tym ten ostatni, pożegnalny. Myślę, że ta ich epistolografia to bardzo prywatna sprawa. Prawdziwe love story63. Dlatego tu jestem. Z misją pocztyliona – pokpiwa Marysia.

– I tak po prostu przyleciałaś do Izraela z listami? – docieka Jakub.

– Tak jakoś…

– Masz za dużo czasu?

– Tak jakby…

– Robisz sobie wakacje? Przed czymś uciekasz? Coś chcesz w swoim życiu zmienić? – zarzuca kobietę gradem pytań, a ona tylko wzrusza ramionami, bo w zasadzie na wszystko mogłaby odpowiedzieć twierdząco. – Masz jakieś plany?

– To znaczy? Na dzisiejsze popołudnie?

– Na najbliższe popołudnie, wieczór, dni, miesiące, lata?

– Nie… – Zawiesza głos. – Całkiem nie.

– A na życie?

– Też nie.

– Ja do tej pory byłem na prostej drodze do katastrofy. – Izraelczyk nagle poważnieje. – Jestem już po dwóch nieudanych związkach, terapii psychologicznej i leczeniu psychiatrycznym, a posady zmieniam jak rękawiczki. Mogę robić tylko zdalnie, bo stacjonarnie ani nikt mnie nie zniesie, ani ja tego nie wytrzymam. Nawet studiowałem trzy całkiem różne kierunki. W firmie ojca też jestem przelotem. Dopóki jej nie sprzedamy.

– Nieźle. – Marysię zaskakuje jego wyznanie, bo wśród nieznajomych rzadko spotyka się taką otwartość, choć wczoraj się przekonała, że tutaj jest to na porządku dziennym. Teraz potwierdza się jej wrażenie, że Izraelczycy mają serce na dłoni. Czuje, że musi się odwzajemnić szczerością, więc oświadcza: – Wyglądam na Arabkę, bo moja mama wyszła za mąż za Libijczyka i jestem owocem tego związku. Prawie całe życie mieszkałam w północnej Afryce i na Bliskim Wschodzie, w Saudii.

– Bogaty życiorys. – Od burzy myśli Jakubowi wykwita na czole lwia zmarszczka.

– Nawet się nie spodziewasz, jak bardzo.

– Może zatem nasze spotkanie nie jest przypadkowe? Dusze naszych bliskich nad nami czuwają. Teraz, nagle i nieoczekiwanie, widzę dla siebie światełko w tunelu. – Twarz mężczyzny się rozpogadza. – Ty nim jesteś, moja ty sefardyjsko-aszkenazyjska piękna Miriam z Polski.

Zupełnie niespodziewanie Jakub zbliża się do zdumionej, a zarazem rozbawionej Marysi i składa na jej ustach delikatny jak muśnięcie wiatru pocałunek.

Ależ ja mam powodzenie w tym Izraelu, cieszy się w duchu rozwódka. Facetów na pęczki. Nic tylko tu pozostać. Żyć – nie umierać!

42 As-salamu alejkum (arab.) – Pokój z tobą; Dzień dobry, witaj.

43 Wa alejkum as-salam (arab.) – Z tobą także (pokój); odpowiedź na powitanie.

44 Ulpan (hebr.) – dosł. studio, nauczanie, instrukcja; szkoła języka hebrajskiego, nauczająca dorosłych imigrantów mówienia, pisania i rozumienia.

45 Beseder (hebr.) – dobrze.

46 Toda (hebr.) – dziękuję.

47 Bewakasza (hebr.) – proszę.

48 Szuk (hebr.), suk, suq (arab.) – targ, bazar z różnorodnymi towarami.

49 Mahram (arab.) – męski opiekun muzułmańskich kobiet; ojciec, brat, kuzyn, dziadek, także szwagier, ale też nieletni syn.

50 Starih (arab.) – Usiądź, siadaj.

51 Szukran dżazilan (arab.) – Bardzo dziękuję.

52 Mazeltov! Mazzal tow! (hebr.) – dosł. szczęście; Na szczęście; Mazeł tow! (jidysz) – Na szczęście; gratulacje.

53 Mabruk (arab.) – Na szczęście; Niech będzie błogosławiony.

54 Sabra (hebr.) – owoc opuncji z twardą i kolczastą skórką, ale miękki i słodki w środku; rodowity Izraelczyk; Żyd urodzony w Państwie Izrael lub przed 1948 r. w Palestynie.

55 Please (ang.) – Proszę.

56 Alright (ang.) – Dobrze.

57 Szarmuta (arab.) – dziwka, prostytutka.

58 Szalom alejchem (hebr.) – Pokój wam, słowa powitania. Odpowiada się: alejchem szalom – I wam pokój.

59 Aszkenazyjczycy, Żydzi aszkenazyjscy, Aszkenazim (hebr.) – pierwotnie Żydzi zamieszkujący teren dzisiejszych Niemiec, w szczególności Nadrenię, później również Europę Środkową, Wschodnią i częściowo Zachodnią, a od XVII w. także Amerykę.

60 Mejn Got (jidysz) – Mój Boże!

61 Masza’ Allah (arab.) – Wola Boga; Jak Bóg chce.

62 Toda la-el (hebr.) – Dzięki Bogu.

63 Love story (ang.) – historia miłosna.

ARABSKA ŻYDÓWKA

Marysia, jeszcze siedząc w gabinecie z Jakubem, czuje ciągle wibrującą w torebce komórkę, a na tarczy smart­watcha na swoim nadgarstku dostrzega jedną przychodzącą wiadomość za drugą. Parę razy mignęło jej imię Arika i aż dreszcz ją przeszedł, a serce owładnęły panika i wstyd. Potem pojawiają się imiona wszystkich wczorajszych znajomych: Piotra, Joli, Gabi i nawet poważnej Kamili. Kiedy tylko wybiega z wieżowca, gdzie mieści się agencja filmowa Goldmana, pragnie jak najszybciej usiąść, wypić kawę, bo głowa nadal jej pęka, i odpowiedzieć na wiadomości. Muszę rozmówić się z Arikiem, postanawia. Nie ma mowy, żebym grała na dwa fronty, choć Arik jest bardzo sexy i przystojny jak jasny gwint. Jakub za to uprzejmy, miły, szarmancki, elegancki i zwyczajnie uroczy. Taki ciepły miś. Najważniejsze dla niej to dowiedzieć się, czy wczoraj do czegoś doszło. Aktualne przebłyski pamięci obejmują jeszcze szuk Karmel, ale apartamentu prawie w ogóle. Wspomina, że z trudem weszła do środka, kojarzy wielkie małżeńskie łoże, w którym dzisiaj się obudziła, i czuje dotyk chłodnej, satynowej pościeli na piersi, bo prawdopodobnie zaryła w poduszki nosem. Ale czy tylko tyle się wydarzyło? Czy uprawiała seks z obcym facetem? Tego zupełnie nie zarejestrowała.

 

– Czarną podwójną kawę, colę i pół litra lodowatej wody z cytryną – zamawia w najbliższej kafeterii, klapiąc na wygodny fotel, a kelner tylko zerka na jej zapuchniętą twarz i uśmiecha się z przekąsem.

Kobieta z niepokojem wyciąga telefon i szybko przebiega wzrokiem po ekranie.

„Hejka! Co tam?”, pisze Piotr, na co wystarczy wstawić wykrzywioną buźkę.

„Żyjesz? Jak łebek? – niepokoi się Jola. – Wal jak w dym, jakbyś czegoś potrzebowała. W hotelu nie będziesz na dłuższą metę rezydować. Mam parę apartamentów w Tel Awiwie czy Jerozolimie albo wille na przedmieściach na podorędziu. Dam Ci specjalną zniżkę”. Oho, czyżby oprócz kumplostwa liczył się przede wszystkim interes? – zastanawia się Marysia i wkleja zabawnego gifa, bo nie ma teraz czasu dywagować na takie przyziemne tematy.

„Słaba główka – śmieje się Kamila, która w sumie najbardziej przypadła jej do serca. – Nie pij więcej z tymi ochlaptusami. Nie masz na to ani zdrowia, ani wystarczającej wprawy”.

„Dziękuję za radę”, Marysia na tę wiadomość postanawia odpowiedzieć.

„Jakby znudziło ci się życie na walizkach w ekskluzywnym hotelu, to zapraszam do nas”, pada nieoczekiwana propozycja.

„Dziękuję, ale nie mogłabym…”

„Czemu? Mamy pokój gościnny z łazienką. Mieszkamy nie tak daleko, w Ramat Awiw”.

„W Gomułkowie???!!!” Marysia pamięta tę nazwę z jakiegoś przeczytanego artykułu.

„No co? Mój stary też jest potomkiem Polaków z tej alii”.

„Na pewno Was odwiedzę. Dziękuję serdecznie”. Wstawia obrazek z dużym bukietem kwiatków.

„Mój telefon…”, nowa przyjaciółka podaje szereg cyfr. „Dzwoń jak w dym, jakby co. I bez czegoś też”.

Marysia kończy niezobowiązującą korespondencję z nowymi kumplami, Arika zostawiając sobie na deser.

„Piękna nieznajoma – pierwsza wiadomość od przystojniaka pochlebia Marysi, ale i mocno niepokoi. – Musimy się ponownie zobaczyć. Bez tych wariatów. Towarzyszyłem im wczoraj okazjonalnie, ale widać Najwyższy miał w tym swój cel. Poznałem Ciebie”. Wielkie tętniące serce wykwita zaraz za tekstem.

Co mu odpisać? – głowi się kobieta. Mam dzisiaj randkę z innym fajnym gościem. Co robić?!

„Wczoraj nie byłam sobą – w końcu ripostuje. – Źle się zachowywałam… Nie wiem, jakim cudem wylądowałam u Ciebie???”

„Nic się nie przejmuj! Byliśmy zbyt pijani, żeby do czegoś doszło. Musiałem Cię jedynie stamtąd wyciągnąć, żeby wieczór nie zakończył się tragicznie. U nas policja, choć bardzo tolerancyjna, też zbiera nietrzeźwych z ulicy”.

„Uff! To mi ulżyło…”

„Kiedy możemy się spotkać?”

„Rodzina mnie zaanektowała. – Kobieta postanawia nie odrzucać z miejsca adoratora i poczekać na rozwój wydarzeń. – Odezwę się”.

„Byle szybko”. Na pożegnanie Arik wkleja serię śmiesznych animacji.

Marysia nie jest do końca zadowolona. Zachowała się nobliwie, ale nie zareagowała tak, jak by chciała. Nie dała się ponieść emocjom. W sumie pragnie jeszcze zobaczyć tego faceta, gdyż ma na niego zupełnie nieusprawiedliwioną, młodzieńczą chrapkę. W końcu jest wolna i może robić, co jej się żywnie podoba. Jednak narzucone zasady i moralność biorą górę.

Jeszcze tego samego dnia Marysia idzie na spotkanie z Jakubem do eleganckiej francuskiej restauracji Brasserie B&B, ponoć najwspanialszej takiej w mieście. Daleki krewniak chce dać Marysi wszystko co najlepsze i może też trochę jej zaimponować. Kuba oczywiście rezerwuje stolik, bo do takiej knajpy z ulicy dostać się nie można. Siadają we wskazanym miejscu przy przejściu, gdzie Marysia ciągle jest potrącana przez przechodzących. Po półgodzinie udaje im się zamówić piwo. Chcą jak najszybciej złożyć zamówienie na dania główne, ale kelner tylko lekceważąco pokazuje im plecy, błyskawicznie się zmywając.

– Przepraszam za obsługę. – Kuba aż pąsowieje ze wstydu. – Coś tu się zmieniło. Kiedy byłem ostatnim razem, ze dwa lata temu, wszyscy skakali wokół gości na jednej nodze.

– Niechby i nie skakali i używali dwóch nóg, ale się trochę poruszali – żartuje Marysia, chcąc go pocieszyć, lecz po kolejnych piętnastu minutach oczekiwania oświadcza: – Jak zaraz nie przyniosą nam przynajmniej czegoś do picia, to padnę.

– A nasz garson w najlepsze stoi przy barze i podrywa swoją koleżankę – zauważa Kuba. – Za chwilę mnie szlag trafi.

– Mister64! – Pół-Arabka potrafi być bezczelna i przebojowa i drze się teraz na cały lokal, podnosząc rękę i pstrykając niegrzecznie palcami. – Gdzie moje piwo, do cholery?!

– Leje się! – Facet patrzy na nią wilkiem i arogancko pokazuje na migi, że nie rozumie jej zachowania.

– Fisa65! Fisa! – zdziera gardło Marysia, na co jej towarzysz ze wstydu prawie chowa się pod stołem.

– Wymienialiśmy beczkę – burczy niegrzeczny chłop. – Trochę szacunku dla ludzi pracy.

W końcu stawia przed nimi małe szklaneczki z piwem, które wyglądają jak probówki, a nie klasyczne kufle. Marysia zaciska tylko usta. Coś czuje, że to wyjście będzie kompletnym fiaskiem.

– Można coś zamówić? – zagaja uprzejmie Jakub, a kelner patrzy na niego jak na intruza. – Poprosimy dwie zupy cebulowe z grzankami i dwie porcje kurczaka cordon blue. Chyba nie sprawi to panu kłopotu? – dorzuca złośliwie.

– Nie zapyta pan, co chcemy na deser? – Kobieta zatrzymuje obsługującego ich przyjemniaczka, kiedy ten szybko zawija się od stolika.

– Co jeszcze? – warczy przepracowany gbur.

– Cóż… Tak pan zachwala dania, że o deserze będę myśleć później, bo na razie to tylko rzygać mi się chce.

Jakub czuje się odpowiedzialny za zaistniałą sytuację i jest mu bardzo przykro.

– Przepraszam, kuzynko, za ten podły serwis.

– Nic się nie przejmuj. – Marysia jest na totalnym luzie.

– Zatem na zdrowie. L’chaim66! – Mężczyzna wyciąga w jej stronę miniaturową szklaneczkę z browarem.

– Na zdrowie. Bi sahha67! – Pół-Arabka wznosi toast po swojemu. – A teraz opowiedz mi o Izraelu i o twoim życiu. Przybliż mi to miejsce.

– Czy ja wiem? Może lepiej, żebyś sama zobaczyła, jak tutaj jest, i wyciągnęła własne wnioski. Nie chcę cię nastawiać, ani dobrze, ani źle.

– A mógłbyś źle? Jak dotąd wszystko mi się tutaj podoba.

– Mam nadzieję, że tak pozostanie. Choć obawiam się, że to niemożliwe.

– Intrygujesz mnie. Jak nie chcesz gadać o sytuacji w twej ojczyźnie, to przynajmniej uchyl rąbka tajemnicy o rodzinie. Twój tata – Marysia zagaja familiarnie – miał w Polsce romans z moją babunią. Potem o niej zapomniał i tu, w Izraelu, się ożenił. Tyle wiem. Reszta jest dla mnie jedną wielką tajemnicą.

– Jeśli mam wspominać o moim ojcu, to nie należy zapomnieć o innych, przede wszystkim o ciotce Klarze.

– Żyje jeszcze? – niepokoi się kobieta.

– Żyje, żyje i ma się dobrze. Złego licho nie weźmie – podkpiwa Kuba. – Od samego początku jej się tutaj nie podobało, nie ten klimat, nie te zwyczaje, nie ta ziemia. Klarcia przyjechała do Erec Jisrael w cieniutkich pończochach na halterach, wyjściowej garsonce, sandałkach na szpilkach, kapeluszu i białych rękawiczkach, a jej mąż i bracia w letnich garniturach i pod krawatem, w skórkowych butach. Takich elegantów nawet dzisiaj tu ze świecą szukać. To była wyjątkowa damulka, która w Krakowie co tydzień w piątek przed szabatem68 chodziła do fryzjera i kosmetyczki. Ponoć jej pierwsze pytanie po wylądowaniu brzmiało: „Gdzie ja na tym odludziu znajdę dobry salon?”. A wtedy to tutaj nic nie było.

– No to ładnie. – Marysia, zafascynowana, kręci głową. – Musiała się nieźle sfrustrować.

– Jeszcze bardziej ją dobiło, kiedy jaśnie panienka wylądowała w kibucu69. Była ponoć na pograniczu szaleństwa. I właśnie wtedy w odwiedziny przyjechał do niej mój tata. Chyba chciał ją stamtąd wyciągnąć, od męża, który z muzyka i artysty stał się pieprzonym komuchem.

– Nieszczęsna…

– Mosze jeszcze sporo atrakcji jej zafundował, tak że nie ma co się dziwić, że na starość Klara zgorzkniała i stała się straszliwie upierdliwa. – Jakub wybucha zaraźliwym śmiechem, a kobiecie aż motyle w brzuchu latają, kiedy patrzy na niezłego czarusia, który bardziej przypomina Araba niż Żyda, czyli reprezentuje tę nację, która od zawsze jej się podobała. – Wracając do kibucu – kontynuuje – kiedy ojciec się tam pojawił, to sprawa z ciotką była nie do wyprostowania, bo bidulka była w ciąży. Widać Bóg kierował jego krokami, bo właśnie tam, właśnie w takim miejscu wpadł w sidła pewnej bardzo młodej sefardyjskiej Żydówki o niezwykłym imieniu Zohar. Moja mama była oszałamiająco piękną kobietą. Aż trudno ją opisać, zwłaszcza mnie, synowi… – Peszy się i wyciąga portfel, a z niego stare, poplamione i pomięte zdjęcie.

– Wow! – Marysia wpada w zachwyt, lecz nie dostrzega żadnego podobieństwa Kuby do matki. Tak samo zresztą jak do polskiego ojca, błękitnookiego blondasa. Geny recesywne, podsumowuje. – Mogłabym ją tylko porównać do hurysy70 z koranicznego raju. – Kiwa głową z uznaniem.

– Tata, według opowieści cioci Klary, zachowywał się jak totalny idiota. Dorosły mężczyzna się potykał, seplenił, gadał głupoty, a rozbawiona Zohar śmiała się do łez. Wtedy w jej policzkach pojawiały się słodkie dołeczki, a czarne, wielkie oczy aż skrzyły. Miała luźno puszczone, kruczoczarne i kręcone włosy, które ponoć kokieteryjnie co chwilę odrzucała na plecy. – Ogromna synowska miłość emanuje z całej postaci Izraelczyka. – Jej skóra, gładka i śniada, zawsze pachniała niezwykłymi orientalnymi olejkami. Pamiętam ten zapach z dzieciństwa, kiedy wtulałem się w jej ramiona i piersi.

– W porównaniu z twoim ojcem i innymi Żydami z Europy… Aszkenazi, tak? – upewnia się Marysia, a Kuba niemo przytakuje – mama reprezentowała zupełnie inny typ urody. To musiało Jerzyka najbardziej ekscytować. Taka orientalna piękność! No, no… Muszę przyznać, że niezwykła. Trudno się dziwić mężczyźnie, który stracił dla niej głowę.

– Zamiast weekendu siedział w kibucu ponoć cały tydzień. Po pięciu dniach poprosił najstarszego brata Zohar o jej rękę. Miała wtedy niespełna szesnaście lat. Z kibucu wyjechali razem, a ślub w synagodze odbył się po miesiącu.

– Mamy zatem kolejny romans. Ależ te nasze rodziny są kochliwe! – Marysia w duchu stwierdza, że jej babuni Halinki nie ma nawet co porównywać z cudną Marokanką, bo przegra z kretesem, jako bezbarwna, nieciekawa, zwyczajnie pospolita dziewucha.

– Mama błyskawicznie zaszła w ciążę i tak posypały się moim rodzicom córki, Rachela, która dziś jest pod pięćdziesiątkę, niewiele młodsza Jente oraz Abigail. Ja wpadłem im na starość…

Zagadani krewniacy dosłownie odskakują od siebie, kiedy nad ich głowami pojawiają się miski z zupą. Dziwnie pachnie, jak z garkuchni, a grzanki, które powinny być malutkie i chrupiące, serwowane na oddzielnym talerzyku, żeby nie namokły, znajdują się w środku, całkiem już rozmemłane. Na wierzchu brei o nieciekawym kolorze pływa chyba na palec gruba warstwa tłuszczu. Marysia nieśmiało miesza bida-zupkę łyżką i z wahaniem próbuje.

– Nie potrafię za dobrze gotować, zwłaszcza frykasów, ale w domu mieliśmy dobrego kucharza, który, jak nam się zachciało, przyrządzał taką francuską cebulową. To coś absolutnie jej nie przypomina, ale cóż… W końcu to restauracja.

 

– Zostaw, bo jeszcze się otrujesz. – Kuba odsuwa niemiło pachnący posiłek. – Jest słone jak jasny gwint, tylko maggi i pieprz, ale pomimo to czuć zgniłe warzywa.

– No i ten łój… – Kobieta wykrzywia usta w obrzydzeniu. – Zamów jeszcze jedno piwo albo może lepiej wino, żeby to jakoś przetrawić.

– Masz rację.

Jakub postanawia sam się obsłużyć i idzie do baru. Jaśnie pan kelner z obrażoną miną przynosi drugie danie, które dosłownie praska na stół, aż panierowane mięso podskakuje na talerzach. Misek z niedojedzoną zupą nie zabiera. Organizator nieudanego spotkania obserwuje swoją piękną towarzyszkę i ciężko wzdycha. Nawet wyjście do knajpy nie może mi się udać, dobija się w duchu. Tego też nie potrafię zaaranżować. Niech to diabli wezmą! Tego kelnera i tę knajpę też! Już ja im wystawię opinię na portalach społecznościowych, w Google’u i Trip Advisorze. W pięty im pójdzie. Pomimo zniechęcenia i złości rozbawia go mina pól-Arabki, która najpierw bada potrawę na talerzu widelcem i nożem, potem dotyka jej wierzchem dłoni, sprawdzając zapewne temperaturę, a na koniec, kierując łokcie do góry, zmaga się z ukrojeniem kawałka porcji. Ser nie wypływa, jak powinien, a kurczak jest niczym podeszwa. Wsadzony do ust kęs Marysia błyskawicznie wypluwa w serwetkę.

– Zimne? – dopytuje Jakub, skłonny do urządzenia karczemnej awantury. – Twarde? Surowe?

Zniesmaczona kobieta tylko niemo potakuje, zabawnie wycierając język.

– Muszę to przepić. – Rzuca się na jeden z przyniesionych przez Kubę kieliszków z czerwonym winem. – Tfu! Co to za kwas?! – Napój bogów dosłownie wykręca jej twarz. Teraz obserwuje ją nie tylko jej towarzysz, ale też kelner, który więcej czasu spędza przy barze na plotkach, niż obsługując gości. Inni klienci restauracji też co chwilę zerkają w stronę pary.

– Syf, no nie? – zadaje retoryczne pytanie jeden z konsumentów.

– Ależ się tu skiepściło! – dołącza inny.

– Czy w Izraelu tak smakuje kuchnia francuska? – Amerykański turysta dołącza do krytyki. – Masakra jakaś!

– Dobra, spadamy stąd!

Jakub pstryka palcami na kelnera, co mu się zdarza pierwszy raz w życiu, a ten, bojąc się, że klient zwieje mu bez uregulowania rachunku, nie zwlekając, do niego podbiega. Jak trzeba, widać umie się pospieszyć. Goldman wlepia wytrzeszczone oczy w rachunek, jeszcze bardziej zbulwersowany widniejącą tam kwotą niż obsługą i jakością serwowanego jedzenia. Pomimo to postanawia, że nie będzie się teraz wykłócał ani z tym bezczelnym garsonem, ani z menedżerem, bez którego zapewne by się nie obeszło, ani z właścicielem lokalu. Nie będzie się jeszcze bardziej błaźnił przed tą atrakcyjną kobietą. Płaci równowartość prawie dwustu dolarów, ale odlicza należność co do joty, żeby dla kelnera nie została nawet jedna szekla napiwku. Wychodzą z lokalu, a po nich pustoszeje kilka kolejnych stolików. Wszyscy miejscowi niechętnie, ale regulują należność, jedynie Amerykanin się awanturuje. Widać ma dużo czasu, ale jeszcze więcej zdrowia i energii. A może parę godzin do odlotu samolotu, które chce zapełnić ostatnimi ekscytującymi przeżyciami.

– Zjadłabym coś normalnego. – Marysia bierze pod ramię swojego towarzysza i wymownie klepie się po zapadniętym, burczącym brzuchu.

– Szuk Karmel – proponuje Jakub.

– Szuk? – Kobieta chwilę się waha. – W sumie czemu nie. – Nie przeżywa jakoś szczególnie przykrego doświadczenia z francuskiej restauracji, bo przecież takie sytuacje zdarzają się na całym świecie.

– Można tam zjeść znakomitą szakszukę – informuje koniec końców rozbawiony Izraelczyk, gdyż jego wypchany portfel jest lżejszy o połowę, a usatysfakcjonuje ich dopiero uliczne jedzenie za grosze. – To nasze narodowe danie, które równie dobrze pasuje na śniadanie, obiad i kolację.

– Szakszuka mówisz? – Marysia uśmiecha się z przekąsem, pamiętając zarówno słowa Doroty, jak i peany wznoszone na temat tego dania przez pijanego Piotra. – Uwielbiam, ale dzisiaj poproszę o szawormę. Dla mnie nie ma nic lepszego.

Kobieta czuje się w tym miejscu całkiem jak w domu, jak w Libii, i całą sobą rozkoszuje się każdym szczegółem. Bardzo jej się tu podoba, a odczucie to pogłębia się z minuty na minutę.

– Bahlawa71! – Stragany z ułożonymi w piramidy ciastkami pierwsze rzucają się jej w oczy. – Ja stawiam!

Spragniona smaków dzieciństwa, prawie podbiega do stoiska, na którym arabskie słodkości wystawione są na długich na parę metrów ladach. Jest ich wiele rodzajów, choć wszystkie w tym samym stylu. Nie wiadomo, co wybrać, więc najlepiej spróbować każdego. Kiedy przychodzi do płacenia, Marysia jest mocno zdziwiona, bo tam, gdzie do tej pory żyła, bahlawa była tania jak barszcz. Co kraj, to obyczaj. Trzeba się pogodzić z tym, że tutaj jest drogo, podsumowuje i tak zadowolona z zakupu.

Wrażliwy Kuba w mgnieniu oka zauważa jej zaskoczenie.

– Sorki, tak to u nas jest. – Wzrusza ramionami.

– Ty mnie przepraszasz? – dziwi się pół-Polka.

– Tel Awiw jest drugą pod względem wielkości gospodarką Bliskiego Wschodu, ale również najdroższym miastem w regionie, a siedemnastym najdroższym na świecie.

– Nie przejmuj się. Jakoś to ogarnę. Na biednego nie trafiło, a i ty, jak widzę, sobie radzisz.

Gdy przemierzają szuk, Marysia aż rusza chrapkami nosa, gdyż jej zmysł powonienia cały czas jest atakowany lokalnymi woniami. Zachwyca się ilością przypraw usypanych w wysokie kopce i stwierdza, że są tu wszystkie jej ulubione smaki. Później zerka na pamiątki, a widząc porcelanowe czy plastikowe zawieszki w kształcie ręki Fatimy i oka proroka, nie wypowiada się, uważając, że są to typowe arabskie amulety. Jak widać jednak, także izraelskie.

– Siadamy tutaj? – proponuje zmęczony bezcelowym włóczeniem się po straganach Kuba, wskazując na całkiem nieźle prezentującą się restaurację.

– Nie, kochany – oponuje Marysia. – Teraz zaprowadź mnie już nie do „elegancji Francji”, ale do zapyziałej knajpy, najlepiej arabskiej. Zwykłego baru z kanapkami i przekąskami. Mogę jeść, siedząc na chodniku.

– Okej – zgadza się ochoczo przewodnik. – Jak sobie życzysz, tylko nie narzekaj potem na kiwające się, oblepione muchami stoliki i plastikowe ogrodowe krzesła.

– Tego właśnie mi trzeba… – Kobieta zastanawia się chwilę i dorzuca trwożliwie: – O ile jest tam bezpiecznie.

– Czasy zamachów na targach szczęśliwie mamy już za sobą – poważnieje Izraelczyk. – Teraz jest tutaj chyba nawet więcej arabskich punktów handlowych niż naszych i większy biznes robią oni niż my. Nie będą sobie podcinać gałęzi, na której siedzą.

– Jednak pilnujecie się cały czas i traktujecie to na poważnie. – Marysia pokazuje wzrokiem na mijający ich policyjny patrol, a po chwili na grupę żołnierzy pod bronią. Ostrą bronią! Maszynową! Aż skóra jej cierpnie, bo z doświadczenia wie, że jeśli panuje pokój, to nie wypuszcza się na ulice wojska.

– Nie przejmuj się. – Jakub obejmuje zastrachaną w pasie. – To tylko prewencja. Dla naszego bezpieczeństwa.

Po drodze para wchodzi jeszcze do arabskiego sklepu, gdzie mężczyzna kupuje butelkę dobrego czerwonego wina.

– Żebyś nie myślała, że u nas sam kwach72 pijemy – tłumaczy. – To całkiem niezły gatunek za rozsądne pieniądze.

W końcu skręcają z głównej alei i trafiają prosto do małej knajpki, gdzie tuż za progiem rzucają się w oczy szpikulce z obracającymi się szawormami. Jest też piec na węgiel, gdzie przygotowuje się różnego rodzaju grille, oraz kula do wypieku cieniutkiego chleba. Siadają na zewnątrz, bo mały lokal jest wypełniony po brzegi. Stolik i krzesła rzeczywiście są sfatygowane, plastikowe, ale zaraz pojawia się uprzejmy kelner, blat spryskuje płynem do dezynfekcji i brudną ścierką rozsmarowuje na nim resztki jedzenia.

– As-salamu alejkum – zagaja po arabsku Kuba. – Daj nam na razie tylko dwie szklaneczki, a zamówienie złożę w środku. Poczekasz chwilę? – pyta Marysię i nie czekając na odpowiedź, zmierza do baru.

Kobieta z lekkim przerażeniem rozgląda się dookoła. Przy tej ciasnej uliczce, najprawdopodobniej arabskiej, bo biednej, pełnej śmieci i zdziczałych kotów, gdzie splątane druty instalacji elektrycznej wiszą nad głowami, a tynk całymi płatami odchodzi z lichych piętrowych budynków z orientalnymi, zabudowanymi balkonami, nie ma wiele punktów handlowych. Tylko ten mały lokalik, naprzeciwko niego sklep wielobranżowy, do którego wchodzi się prosto z ulicy przez uchylną bramę, podobną do garażowej, oraz jeden stragan z pomarańczami. Wszystko to przypomina Marysi Libię, nawet chińskie, byle jakie i tanie artykuły w markeciku czy mobilne stoisko z owocami w formie dechy przytwierdzonej do czterech kółek. Nagle dochodzi do niej śmiech Jakuba – już go rozpoznaje – i jego rozbawiony głos. Izraelczyk mówi z perfekcyjnym arabskim akcentem, czemu kobieta najpierw się dziwi, ale po chwili przypomina sobie, że przecież jego mama była żydowską Marokanką, więc zapewne rozmawiała z dziećmi w swoim ojczystym dialekcie.

– Ile języków znasz? – nagabuje faceta zaraz po tym, jak ten pojawia się z wielką tacą wypełnioną arabskimi pysznościami. – Chyba jesteś poliglotą.

– Polski od taty, arabski od mamy, hebrajski ze szkoły i z ulicy – wylicza beztrosko Jakub. – Aaa, zapomniałbym! Jeszcze jidysz, język Żydów z Polski, i ladino73 sefardyjskich, bo w końcu przodkowie mojej mamy byli Żydami z Hiszpanii.

– Angielski przecież też.

– A jakżeby inaczej! To teraz międzynarodowa gwara, a ja na dokładkę studiowałem w Londynie.

– Ja nie mogę! – Marysia zachwyca się erudycją kompana, zachłannie pochłaniając smakołyki. – Ja muszę się za hebrajski zabrać.

– Świetnie. Załatwię ci dobry ulpan.

– Na razie, mój kochany, załatw mi zaraz drugą szawormę.

Ostatecznie ten wieczór stanowi dobry początek nowej znajomości. Marysia coraz mocniej wierzy, że to tutaj jest jej Ziemia Obiecana. Dzisiaj jest pełną optymistką, a towarzyszący jej mężczyzna wydaje jej się tym, który mógłby zająć miejsce Hamida Binladena, jej byłego męża.