Arabska krucjataTekst

Z serii: Arabska saga #5
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Arabska krucjata
Arabska krucjata
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,40  54,72 
Arabska krucjata
Audio
Arabska krucjata
Audiobook
Czyta Katarzyna Anzorge
38 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Palec boży

Hamid, chcąc uspokoić skołatane nerwy, postanawia odbyć umrę, tak zwaną małą pielgrzymkę, gdyż do hadżu52 pozostało jeszcze trochę czasu, a mężczyzna tak mocno zwątpił w Allaha, że uważa, iż jedynym miejscem, gdzie ponownie będzie mógł go odnaleźć, jest Mekka. Zrobi to również dla swojej tragicznie zmarłej żony, Zajnab, która była żarliwie wierzącą muzułmanką i zapewne pragnęłaby, aby jej mąż osiągnął spokój ducha. Postanawia przy okazji odwiedzić swego kuzyna, Fahda, i jego uroczą żonę Fatimę, mieszkających w Dżeddzie, których od lat nie widział. Zarezerwował ten sam luksusowy hotel – Raffles Makkah Palace, tak jak wtedy, gdy był w Mekce z Marysią. Teraz nie myśli już o tym, że osaczą go tam wspomnienia, lecz przypomina sobie piękny widok z okien pokoju na świętą Kaabę53 i fakt, że do Wielkiego Meczetu ma stamtąd zaledwie dwie minuty drogi. Postanowił rozpocząć umrę 11 września, w rocznicę zamachu na WTC54, aby podyskutować z Allahem o tym, jak to możliwe, że jego wyznawcy dopuścili się takiej zbrodni. Uznał tę datę za dobrą również ze względu na swoją antyterrorystyczną działalność – aby Bóg ją pobłogosławił.

– Witaj, Fatimo – dzwoni do żony swojego kuzyna, Fahda, bo zawsze miał z nią lepszy kontakt niż ze swoim krewniakiem. – Co tam u was?

– Hamid! Jak dobrze słyszeć twój głos! – Radość niesie się przez eter. – Słyszałam o kolejnych nieszczęściach, które cię dotknęły. Jakże mi przykro!

– Hm… Rodzina nie ma o czym mówić, tylko plotkuje na temat kataklizmów dotykających krewnych? – obrusza się mężczyzna, bo przecież usiłuje uciec od gnębiących go myśli, a nie nurzać się w nich bez końca.

– Kochany! Przecież to naturalne, że łączymy się z tobą w bólu, a modlitwę za Zajnab też należy odmówić.

– No tak… – Hamid już chce się rozłączyć, ale Fatima błyskawicznie zmienia temat.

– U nas wszystko w porządku. A kiedy do nas przyjedziesz?

– Właśnie chcę się udać na umrę do Mekki, więc może przy okazji spotkalibyśmy się w Dżeddzie.

– Rewelacyjnie! A nie chcesz tym razem odbyć hadżu? Już niedługo mamy Eid al-Adha55.

– Może. Pomyślę o tym. Mam otwartą rezerwację hotelu, więc na miejscu, u was, mogę jeszcze zmienić termin. Na razie chcę wyjechać z Rijadu i zmienić klimat.

– To świetnie!

– Fahd w domu czy w delegacji? – Hamid pyta o kuzyna, bowiem nie będzie mógł się u nich zatrzymać, jeśli nie będzie gospodarza.

– Mój małżonek już od paru ładnych lat kursuje między swoimi dwoma domami – odpowiada Saudyjka lodowatym głosem. – Między Mekką a Dżeddą. Ale bez obaw, jest ze mną moja siostra Salma i młodszy brat Fahda Omar. Kojarzysz go? Taki był chudy siusiek-majtek, a teraz jest już prawie dorosłym mężczyzną.

– No to świetnie. – Hamid oddycha z ulgą. Nie wie, czemu Fahd ma teraz dwa miejsca zamieszkania, ale nie pyta, bo nigdy nie interesował się plotkami i historiami ogromnej rodziny, uważając, że każdy powinien martwić się o siebie. – Tak więc przylatuję jutro.

Hamid nie może się nadziwić zmianom, jakie zachodzą w ludziach – tak w ich usposobieniu, jak i w wyglądzie. Fatimy w życiu by nie poznał. Zniknęła kokieteryjna, atrakcyjna i zadbana kobieta, wyzwolona emancypantka, nosząca się w domu w seksownych zagranicznych ciuszkach, a na ulicy w drogich ozdobnych abajach. Teraz stoi przed nim w burej tradycyjnej domowej sukni otyła arabska matrona, której jedyną ozdobą jest kohl56, podkreślający czerń jej wielkich smutnych oczu.

– Jak to dobrze, że mamy gościa! – cieszy się gospodyni. – Ulokowałam cię na piętrze, w gościnnym apartamencie, więc będziesz miał wygodnie.

– Dziękuję, nie trzeba było. – Hamid jest trochę skrępowany. – Wystarczyłby mi pokój z łazienką.

– Daj spokój! Po śmierci ojca Fahd odziedziczył tę wielką rezydencję, a że prawie wcale tu nie mieszka, to jedynie hodujemy w niej pająki.

– A co się stało? Rozwiedliście się? – pyta mężczyzna, jednak zaciekawiony, czując w tym wielkim domostwie smutek i pustkę wyzierającą z kątów.

– Siądźmy przed kolacją w salonie, to sobie spokojnie pogadamy. Czaj jest już gotowy.

Gospodyni prowadzi gościa słabo oświetlonym korytarzem i otwiera wielkie drewniane odrzwia. Wchodzą do ogromnych rozmiarów pokoju, wyposażonego w ciężkie tradycyjne arabskie sprzęty, które aż uginają się od złotych zdobień, frędzli i wielkich poduch w wyszywanych ręcznie powłoczkach. Na stołach, stoliczkach i etażerkach ustawiono stare srebra, a ściany pokryte są perskimi lub afgańskimi dywanami i kilimami.

– Rozwody w naszym kraju są coraz częstsze, tak jak i tobie się przydarzyło… – Fatima zawiesza głos. – Ale rozstają się głównie ludzie młodzi, których na siłę połączono węzłem małżeńskim, spryciarze, którzy związali się, bo chcieli ze sobą po prostu przez jakiś czas pomieszkać, i małżeństwa przechodzące kryzys wieku średniego. My zaliczamy się chyba do tych ostatnich... Ale rozwodu nie było. Nie było nawet separacji.

– No to czemu Fahd mieszka teraz w Mekce?

– Ma drugą żonę – wypala Fatima, a po jej spiętej twarzy i zrozpaczonych oczach widać, że strasznie to przeżywa.

– Dlaczego się na to zgodziłaś! Przecież mogłaś odmówić! – Hamidowi żal nowoczesnej kobiety, której życie zostało paskudnie zmarnowane. – To granda! Cywilizowani ludzie tak nie postępują!

– Ale nasze islamskie prawo daje taką możliwość. A nadziane dupki ją wykorzystują – oświeca go rozmówczyni. – Koran na to pozwala i już.

– Czemu nie zażądałaś rozwodu, kobieto?! Musiałby cię spłacić. Byłabyś wolna i urządzona do końca życia.

– Tak, jakbym mieszkała w Australii czy Ameryce, zapewne wiodłoby mi się całkiem nieźle, ale nie w Arabii Saudyjskiej. Czasami myślę, że urwałeś się z księżyca! Przecież nie mogłabym sama mieszkać, no nie? Nawet kiedy ty, członek rodziny, chciałeś nas odwiedzić, to od razu pytałeś, czy w domu jest mój mąż.

– Rzeczywiście – przyznaje Hamid. – Ale przecież zawsze można sobie załatwić fikcyjnego opiekuna. Tysiące kobiet tak robią. Dają jakiemuś ubogiemu krewnemu pensję i mają spokój.

– Mój ojciec nie żyje, nie mam żadnego kuzyna, tylko jednego brata, nieszczęśnika. Tak więc jeden mahram na wszystkie baby. Mieszkają z nim już żona, moja mama i dwie siostry, które były szybsze i rozwiodły się przede mną. Biedak jest damskim krawcem i na domiar złego ma pięć córek. – Fatima wybucha histerycznym śmiechem i nie może się opanować, aż w końcu wraz ze łzami wypływa z niej cały żal, który tak długo tłumiła w sercu.

– Przykro mi… – Hamid głupio się czuje, ale też jest mu trochę lżej, kiedy widzi, że nieszczęścia dotykają nie tylko jego.

– W sumie mam święty spokój, bo on tam, a ja tu... Nie wpieprza się w moje życie, mam cudną rezydencję, niezłą pensję i tak sobie wegetuję, czekając na śmierć. Nic mi się już nie chce, Hamidzie. – Kobieta głośno wyciera nos i patrzy przed siebie niewidzącym wzrokiem. – Nie mogliśmy mieć dzieci, a wiesz, to dla was, arabskich facetów, jest najważniejsze na świecie. Oto przyczyna naszego rozstania.

– Bez przesady – neguje rozmówca, jednak nie obraża się na takie uogólnienie.

– Taka jest smutna prawda. – Fatima wydyma swoje namiętne usta. – Mieszkają ze mną moja najmłodsza siostra i brat Fahda, Omar, jako mahram. Taki lewy opiekun, o którym wspominałeś. Możemy więc wyjść na miasto, bezsensownie włóczyć się po centrach handlowych czy pójść na obiad do restauracji. Ale powiem ci, że nie jest to towarzystwo, o jakim bym marzyła.

– Nadal uważam, że powinnaś się rozwieść i urządzić sobie normalne życie – upiera się Hamid. – Taka wegetacja nikomu nie służy.

– W zeszłym roku już nawet o tym myślałam, bo Salma wyjechała na stypendium do Londynu, a że nie mogła sama, to oddałam jej Omara – opowiada żywo Fatima, zapominając na chwilę o rozpaczy, która trawi jej serce.

– Przecież on nie jest jej krewnym. Nawet dalekim – dziwi się słuchacz.

– Namieszałyśmy w papierach, dałyśmy, komu trzeba, bakszysz57 i klepnęli. – Fatima śmieje się beztrosko, zupełnie jak dawniej. – No chyba nie wyobrażasz sobie, że dołączyłby do niej nasz brat z dziewięcioma swoimi podopiecznymi – chichocze.

– I co się stało? Wróciła?

– Właśnie! Zanim ja zdążyłam stanąć na nogi, podjąć decyzję i ją zrealizować, ona była już z powrotem.

– Nie podobał jej się kierunek studiów? Nie zna angielskiego? Nie dawała rady sama daleko od domu i rodziny? – Mężczyzna snuje przypuszczenia co do przyczyny postępowania młodej dziewczyny. – A może czuła się wyobcowana w dalekim kraju, wśród nieznajomych ludzi, którzy czasami na nas, Arabów, patrzą z podejrzliwością i niechęcią, a niekiedy wręcz ze strachem.

– Ależ ty masz czyste i dobre serce, Hamidzie! – rozczula się Fatima. – Że też ja nie mogłam spotkać na mojej drodze takiego mężczyzny. Ani żadna z moich biednych, porzuconych sióstr. Wiesz, wszystkie mamy przechlapane życie – podsumowuje.

– Miła jesteś, ale w takim razie musisz mnie uświadomić, co też zbroiła twoja najmłodsza siostrzyczka. – Podłechtany, postanawia wysłuchać do końca ciekawej historii, spodziewając się, że będzie pikantna.

– Wszystko, co ode mnie teraz usłyszysz, oczywiście pozostaje między nami – zastrzega kobieta, a Hamid tylko niemo potakuje. – Mówię ci to wyłącznie dlatego, że mam do ciebie pełne zaufanie, bowiem ujawnienie takiej tajemnicy w naszym kraju może być brzemienne w skutki.

– Teraz naprawdę mnie zaciekawiłaś. No mówże szybko dalej! – popędza Hamid.

 

– Moja głupia, ale piękna jak obrazek dziewiętnastoletnia siostrzyczka zbłądziła i… – Fatima przerywa, bo ciężko jest jej wyznać tak kompromitujący i straszny sekret – Salma jest w ciąży – wypala na jednym tchu.

– No to ładnie... – Hamid poważnieje, bo przecież zdaje sobie sprawę, że w wahabickim kraju panna w ciąży może się mieć z pyszna. – I co teraz?

– Nie mam pojęcia. Można by zaaranżować małżeństwo, zapłacić nawet wielką kasę, ale żaden wierzący muzułmanin nie pójdzie na taki numer. Można by też ubrać jakiegoś faceta bez jego wiedzy, ale Salma absolutnie nie chce tego zrobić. Dziewczyna wydaje na siebie wyrok śmierci! Nie znasz Fahda, nie wiesz, jak się zmienił! On pierwszy z wielką ochotą zgłosi się do wykonania na niej zbrodni honorowej. Hamidzie! Doradź coś! Pomóż! – błaga zrozpaczona kobieta.

– Dlaczego ja? – dziwi się Hamid, domyślając się najgorszego.

– Bo jesteś dobry i porządny chłop i sam przechodziłeś już przez coś takiego. Ty nigdy nie skrzywdziłbyś kobiety.

– Nie wiem, o czym mówisz… – zawiesza głos i zaciska usta. Nie spodziewał się, że rodzina może znać sekret jego i Marysi.

– Twoja córka Nadia też była jakaś inna…

– To znaczy?!

– Niearabska. Rude włosy, błękitne oczy…

– Jej matka jest pół-Arabką, a mała wygląda jak odbitka swojej polskiej babci. Zresztą im starsza, tym bardziej ujawniają się jej arabskie rysy.

– W każdym razie, jakbyś mógł zadecydować o życiu lub śmierci, jakbyś trzymał los niewinnej, a jedynie trochę zagubionej osoby we własnych rękach, to wyciągnąłbyś do niej pomocną dłoń? – Kobieta patrzy na Hamida z nadzieją.

– Do czego zmierzasz?

– Czy nie zechciałbyś ożenić się z moją Salmą? – pyta już otwarcie, a mężczyźnie opada szczęka.

– A czy ja wyglądam na aż takiego frajera?! – podnosi głos i stwierdza, że dobrze, iż jeszcze się nie rozpakował, bo zaraz przenosi się do hotelu.

– Hamidzie! Proszę cię jedynie jako uczciwego człowieka, który może uratować młodą, głupią i nierozważną duszyczkę. Jak nie będziesz chciał z nią być, to rozwiedziecie się, gdy tylko urodzi się dziecko. – Hamid widzi, że sprytna Fatima ma już gotowy plan, ale z drugiej strony nie może winić nieszczęsnej kobiety, która usiłuje ratować swoją krewniaczkę. To wina systemu, a nie jej. To wina naszego prawa, dyskryminującego kobiety i zmuszającego je do oszustw i matactw, podsumowuje w duchu. – Przemyślisz to? Daj szansę już nie tyle mojej siostrze, ile temu maleńkiemu dzieciątku, które w niej rośnie. Dusza za duszę. Jedna czysta jak łza duszyczka od ciebie odeszła, ale możesz pozwolić żyć tej nowej. – Kobieta bierze go pod włos, a jemu gardło się ściska. – Kiedy Fahd dowie się o wszystkim, to albo ją utopi w basenie, albo wrzuci do morza, albo obleje kwasem solnym. Nie wiem, jaki rodzaj haniebnej pseudohonorowej zbrodni wymyśli, ale na pewno nie pozostawi jej przy życiu. Dla takiego tradycjonalisty jej grzech jest niedopuszczalny i nie ma dla niej wybaczenia ani litości.

W tejże samej chwili trzaskają drzwi wejściowe i w długim korytarzu słychać kroki. Do salonu wchodzi mężczyzna w sile wieku, uśmiechnięty i zadowolony, i wyciąga ręce w stronę swojego kuzyna.

– Witaj, całe wieki się nie widzieliśmy! – Obejmuje krewniaka i czule całuje go w oba policzki. – Przepraszam, że musiałeś na mnie czekać, na pewno Fatima zanudziła cię swoimi babskimi sprawami.

– Nie, całkiem ciekawie nam się rozmawiało. – Hamid rzuca szybkie spojrzenie na kobietę, a ta błyskawicznie spuszcza oczy i z rumieńcem na twarzy wychodzi do kuchni. – Co tam u ciebie? Słyszałem, że polubiłeś ostatnio Mekkę. Jak można wyjechać z Dżeddy? Przecież to najpiękniejsze i najbardziej życzliwe człowiekowi miasto w całej Saudi.

– Mekka to miejsce święte i niezwykłe. Jedyny mankament stanowią pielgrzymi – śmieje się szczerze Fahd. – Ale na to nie ma rady.

W kolacji uczestniczą wszyscy domownicy – do rodziny dołączają więc Salma i Omar.

Salma jest oszałamiającą pięknością i kiedy Hamid ją widzi, nie dziwi się, że miała ogromne powodzenie za granicą. A że nie potrafiła się oprzeć adoratorom, to przecież też naturalne. Z zainteresowaniem przygląda się dziewczynie, która również jest ubrana w tradycyjną galabiję58, jednak pomimo to nadal jest bardzo atrakcyjna. Jej twarz jest tak cudna i klasycznie arabska, że zapiera mu dech w piersiach. Gęste, pofalowane kruczoczarne włosy ma spięte na karku, lecz obramowują jej delikatne liczko, podkreślając regularne rysy. Oczy ma wielkie i czarne jak węgle, nos klasyczny – semicki, ale niezbyt duży z mocno zarysowanymi chrapkami. Usta zaś są namiętne i krwistoczerwone, choć widać, że nie używa żadnej szminki ani błyszczyka. Młoda siedzi skromnie przy stole, elegancko posługuje się nożem i widelcem, nie mlaszcze i nie chlipie, co niestety jeszcze dość często zdarza się w tej stronie świata, więc widać, że została dobrze wychowana, według światowych norm, i otarła się o salony. Salma nie odzywa się, nie uczestniczy w rozmowie choćby gestem czy mimiką. Wygląda na nieobecną duchem.

Omar zaś jest typowym potomkiem bliskowschodnich Beduinów: nad wyraz chudy, średniego wzrostu, karnację ma ciemną, a twarz poznaczoną śladami po ospie lub trądziku. Nie ma w nim nic ładnego, ale rysy ma delikatne i łagodne, bez gniewu w oku czy nerwowości na twarzy. Również nie bierze udziału w dyskusji.

– W tej Azji to zupełnie inaczej, prawda? – uprzejmie pyta gościa gospodarz.

– Niby tak, ale jak ci wiadomo, fundamentalistyczne ugrupowania są teraz wszędzie i atakują niewinnych ludzi, zarówno wiernych, jak i niewiernych, czyli wyznawców innej religii niż islam.

– Tak, to już nie jest żaden dżihad59, którym oni się niby kierują – denerwuje się Fahd. – Jeśli zabijają muzułmanów, dzieci i kobiety, to są zwykłymi mordercami, a nie bojownikami w imię Allaha. Aż mi głupio, że zasłaniają się naszą świętą księgą, popełniając tak nieludzkie czyny.

– Pod płaszczykiem wiary sieją spustoszenie na całym świecie – potwierdza Hamid. – Nie wiem, czy na Bali chcieli mnie dopaść, czy trafiłem im się przez przypadek, a celem byli cudzoziemcy z całego świata odpoczywający w pięknym ośrodku. To straszne i okrutne atakować bezbronnych ludzi. Chyba nigdy nie ustanę w tępieniu takich zbrodniarzy. Lecz teraz muszę trochę doładować baterie, bowiem ostatnie wydarzenia mocno osłabiły moje ego, psychikę i jakąkolwiek chęć działania.

– Trudno ci się dziwić – smutno dorzuca Fatima. – Zaj­nab była tak żarliwą i dobrą muzułmanką, a przy tym po prostu dobrym człowiekiem.

– Na pewno jest już w raju, krainie wiecznej szczęśliwości – pociesza Fahd.

– To niezbyt wielka rekompensata w zamian za życie, rodzinę i możliwość wychowania ukochanego synka – bluźni Hamid, a gospodarze zamierają i tylko wytrzeszczają na niego oczy. – Cóż ma tam za pociechę? Hurysy?! Ona nigdy nie była lesbijką! – Fahd odkłada widelec i prawie dławi się jedzeniem. – Radochę ma jej dać wino, które właśnie tam można pić? Nie sądzę, żeby jej smakowało. – Salma cicho chichocze, ale oprócz tego zalega taka cisza, że słychać muchę latającą pod sufitem.

– Widzę, mój krewniaku… – Fahd odzyskuje głos – że w twoim wypadku umra to za mało. Potrzebujesz większego i dogłębniejszego oczyszczenia umysłu i serca, co mogą dać ci tylko hadż i obchody Eid al-Adha w uświęconym miejscu, jakim jest Mekka. Pozostało do niego dwa tygodnie. Nie ma sensu, żebyś spędził je w tym domu, siedząc na zmysłach i wymyślając jeszcze gorsze rzeczy, za które niechybnie mógłbyś stracić głowę. Oprócz tego, że jesteś moim krewniakiem, zawsze byłeś mi przyjacielem i proszę cię, abyś takich bluźnierstw już więcej w moim towarzystwie nie wygłaszał. Puszczę oczywiście w niepamięć to, co się rzekło, ale jeśli powtórzyłbyś coś takiego gdziekolwiek publicznie, niechybnie grozi ci śmierć.

Hamid czuje, że przesadził z tą szczerością i za bardzo dał się ponieść emocjom. Wie, że w wahabickim kraju takich słów wypowiadać nie wolno. Bezapelacyjnie zostałby za nie oskarżony o obrazę Allaha i religii i zasądzono by mu najwyższy wymiar kary. Już nieraz tak bywało.

Kolacja dobiega końca w całkowitej ciszy, bo każdy boi się zabrać głos. Kobiety po skończonym posiłku od razu udają się do swoich sypialni na piętrze, Omar bez słowa jedzie na miasto, a Fahd z Hamidem zasiadają, by napić się herbaty i wspólnie wypalić arabską sziszę.

– Tak się oburzyłeś na moje wyznanie i zwątpienie, a ty, kuzynie, z tego, co wiem, też nie najlepiej postępujesz. Czyż nie lżej jest grzeszyć słowem niż uczynkiem? – podejmuje temat Hamid, bo nigdy nie lubił niedopowiedzeń.

– Widzę, że moja żona przedstawiła ci już swoją wersję zdarzeń. – Fahd pogardliwie wydyma wargi i patrzy spode łba na krewniaka.

– Wziąłeś sobie drugą żonę, co raczej nie jest w porządku w stosunku do pierwszej, nie uważasz? – Kiedy Fahd otwiera usta, oskarżyciel wstrzymująco podnosi rękę. – Chcę również nadmienić, że posiadanie po kilka żon czy nałożnic jest na calutkim świecie uważane za bigamię, a nie coś normalnego. Nawet w krajach arabskich coraz rzadziej się to zdarza, a w tych bardziej nowoczesnych i postępowych w ogóle.

– Obrzucasz mnie błotem za mój czyn, twierdząc, że jestem prymitywnym, zaściankowym tradycjonalistą i zboczonym bigamistą – wypala ze złością Fahd. – Oprócz tego oczywiście ciemiężycielem słabej płci. Fajnie!

Panowie prostują się w fotelach, jakby za chwilę mieli sobie do gardeł skoczyć.

– Nie mogłeś się po prostu uczciwie rozwieść? – pyta oskarżycielsko Hamid.

– Ja mojej żonie zrobiłem grzeczność. Może nie wiesz, ale jakbym się z nią rozwiódł, to nie miałaby takiego komfortowego życia jak teraz.

– Słyszałem, że u niej w rodzinie są same kobiety, ale przecież coś można wymyślić, wykombinować jakiegoś fikcyjnego mahrama. Fatima zawsze była taką kreatywną kobietą, żądną kariery, zdolną i niezwykłą – przypomina sobie Hamid, który widział ją ostatnio jakieś cztery lata temu, gdy tryskała energią i zapałem, kusiła urodą i prowokowała wyzwoleniem, tak nietypowym w ich kraju.

– Masz nieaktualne dane. – Fahd uśmiecha się kpiarsko. – Kiedyś była wręcz obsesyjnie ambitna, za wszelką cenę chciała robić karierę i ostatecznie wszystko dla niej zaprzepaściła. Wprawdzie nadal ma niezłą klinikę stomatologiczną i czerpie z niej spore zyski, ale sama już nie praktykuje. Nie chce jej się. Niby miała jeździć na szkolenia, seminaria, sympozja i co? Wszystko spełzło na niczym. Ona po prostu była wygodnicka i szukała wymówki, żeby nie mieć dzieci, ot co! – zdenerwowany, podnosi głos.

– Teraz kobiety nie mają zamiaru zamykać się w domu z pieluchami w wieku dwudziestu lat – zauważa Hamid. – Najpierw kariera, a potem bobasy. Zwłaszcza że przecież skończyła dobry uniwersytet w Ameryce. Mogłeś dać jej więcej czasu.

– Mówię ci, człowieku, tu nie chodziło o czas! Fatima, którą naprawdę bardzo kochałem, okazała się podła. Uważam, że zawsze można pogodzić pracę, naukę czy zainteresowania z rodziną, zwłaszcza w naszej komfortowej sytuacji. Przecież, do diaska, jesteśmy bogaczami! Jedyne co kobieta musi, to wynosić i urodzić dziecko, a potem może jej ono w ogóle nie obchodzić.

– Ale co to za matka!

– A co to jest za kobieta, która sama, z własnej nieprzymuszonej woli pozbywa się nienarodzonego dziecka? – Fahd zadaje pytanie, na które kuzyn nie znajduje odpowiedzi. – Nawet taka, która zbłądziła, została uwiedziona czy zgwałcona, powinna wydać na świat niewinne maleństwo. Ono niczemu nie zawiniło! Jest bezbronne! – krzyczy, nie panując już nad sobą.

Hamid dochodzi do wniosku, że często dwie strony medalu są bardzo różne od siebie. Nie ma jednak ochoty w to wnikać, nie ma chęci nurzać się w ich bagnie, bo ma dość swojego. Wie jedno – nie wolno zabijać, i to nie dlatego, że tak jest napisane w świętych księgach, Koranie czy w Biblii. Tego naucza każda religia! A człowiek, jeśli jest istotą ludzką, nigdy nie powinien dopuścić się takiego haniebnego czynu. Nie wolno nikogo pozbawiać życia!

Między mężczyznami zapada niezręczna cisza. Każdy oddaje się własnym rozmyślaniom i jedynie przekazują sobie z rąk do rąk rurkę do sziszy, z której wydobywa się ciche bulgotanie.

Żebyś nie miał wątpliwości co do prawdomówności mojej pierwszej żony – podejmuje po chwili Fahd – to powiem ci jeszcze, że kiedy nieszczęsna poroniła, przez przypadek, szukając jej telefonu komórkowego, znalazłem w bocznej kieszonce jej torebki tabletki minutki.

– Cóż to takiego? – Hamid unosi brwi.

 

– Tabletki wczesnoporonne, bardzo popularne w krajach, w których nie można usunąć ciąży poprzez wykonanie zabiegu. Mój ty prostolinijny kuzynie, proszę cię więc, nie wierz we wszystko, co ci opowiadają, nawet jeśli przekonywałaby cię na pozór pokrzywdzona kobieta.

– Wiem, jestem naiwny...

– Nie, mój drogi! Jesteś po prostu porządnym człowiekiem, nie podejrzewasz intryg i knowania, nie widzisz, albo nie chcesz widzieć, zła w swoich bliskich i wszystko bierzesz za dobrą monetę. Każdego chcesz wytłumaczyć i usprawiedliwić. Ale nie zawsze się da, nawet przy najszczerszych chęciach. Namawiam cię jeszcze raz do odbycia hadżu, żebyś odzyskał wiarę w Boga, w Allaha, bowiem jest to w obecnych czasach niezbędne i niezastąpione. W świecie wojen, przemocy, terroryzmu, wyzysku i krzywd tylko głęboka wiara pomoże nam wieść uczciwe życie i nie zwariować.

Następnego dnia, z samego rana, Fahd wraca do Mekki, lecz jeszcze przed podróżą oferuje Hamidowi pobyt na swoim luksusowym motorowym jachcie. Przekonuje, że na najbliższy tydzień nie ma rezerwacji i nie potrzebuje łodzi, która i tak będzie stała w dokach.

– Weź to i poczytaj sobie. – Wręcza krewniakowi Koran w pięknej skórzanej oprawie. – Oprócz licznych archaizmów, instrukcji i gróźb ta księga niesie wiele miłosierdzia. Czytając ją, odzyskasz spokój, bracie, a morska samotnia jeszcze go wzmocni. Zobaczysz, na bezkresnych falach poczujesz na sobie oko Allaha i jego opiekuńczą moc.

– Dziękuję. – Hamid bierze świętą księgę, choć ma ze sobą własną. Liczy na umocnienie swojej wiary, która jest mu obecnie ogromnie potrzebna, żeby stawić czoła przeciwnościom losu.

Po zaokrętowaniu, zaplanowaniu podróży i określeniu obowiązków dwóch przydzielonych mu towarzyszy, którzy będą pełnili funkcję żeglarzy, a zarazem służby czy kuchcików, mężczyzna lokuje się na deku i rozkoszuje morską bryzą. Ten Fahd to dobry człowiek. Udzielił mi znakomitej rady i wsparcia. Nigdy nie należy wierzyć w to, co mówią o ludziach inni, lecz samemu wyciągać wnioski z ich zachowania i czerpać informacje z bezpośredniego kontaktu, podsumowuje. Postanawia przemyśleć dręczące go sprawy oraz tu i teraz podjąć odpowiednie decyzje. Cały jego w miarę spokojny i szczęśliwy świat zawalił się wraz z ponownym, całkowicie przypadkowym, spotkaniem Miriam w Indonezji. Niestety, nadal ją kocha, choć z bólem serca i wielką niechęcią, bo ciągle pamięta, jak straszliwie go ugodziła i skrzywdziła. Kiedy zginęła Zajnab, przeżył szok, całkowicie się załamał, bowiem ta dobra, spokojna i głęboko wierząca kobieta była jego ostoją na burzliwym oceanie życia. Ona wszystko wyciszała, ona zapobiegała, wspierała i kochała go ponad wszystko. Teraz znów jest sam – z własnymi rozterkami, z gniewem i niepewnością. Znów stoi na rozdrożu i nie wie, w którą stronę ma pójść.

Kiedy wypływają na pełne morze, Hamid sięga po Koran. Księga otwiera się na najdłuższej i najważniejszej surze zwanej „Krowa”, w której zawarte są wszystkie podstawowe zasady muzułmańskiej wiary. Czyta: „Lecz prawdziwie pobożny jest: kto wierzy w Boga i w Dzień Ostatni; w aniołów, w Księgę i w proroków; i ten, kto rozdaje majątek – pomimo umiłowania go – bliskim krewnym, sierotom i biedakom, podróżnemu i żebrzącym, i na wykup niewolników; i ten, kto odprawia modlitwę; i ten, kto daje jałmużnę; i ci, którzy wypełniają swoje zobowiązania, kiedy się zobowiązali; i ci, którzy są cierpliwi w nieszczęściu i przeciwności, i w czasie niebezpieczeństwa; oto ci, którzy są szczerzy w wierze. Oni są prawdziwie bogobojni!”60.

Już po paru dniach rejsu i długich rozmyślaniach w samotności mężczyzna postanawia, że jednak ożeni się z Salmą, bowiem dzięki temu związkowi odsunie od siebie Miriam, która przypomina mu wszystkie tragiczne przejścia, jakie były związane z ich miłością: jej zdradę, porwanie córki, kłamstwa i rozłąkę. Stwierdza, że to uczucie było i jest dla niego jednym wielkim pasmem nieszczęść. A kiedy teraz ponownie chcieliby się związać, co wcześniej lub później byłoby nieuniknione, to na domiar złego skrzywdziliby jeszcze dobrego człowieka – Karima. Tak więc Hamid uratuje honor młodej dziewczyny, pozwoli nienarodzonemu dziecku żyć, da swojemu synowi matkę, uspokoi zmysły i zabije miłość Miriam do niego, co pozwoli jej pozostać w związku z obecnym mężem. Jeden dobrze przemyślany krok niesie niezliczone korzyści dla jakże wielu osób, podsumowuje, zadowolony z podjętej decyzji.

Piątego dnia, kiedy Hamid jest już całkowicie uspokojony i pogodzony z sobą, dzwoni jego telefon komórkowy. Zdziwiony, patrzy na wyświetlacz i dopiero po chwili odbiera.

– Salam alejkum – słyszy podenerwowany głos Fahda. – Bóg cię kocha, bracie!

– Co takiego znów się stało? – Mężczyzna nie rozumie, o co chodzi.

– Miałeś odbywać umrę jedenastego września, nieprawdaż? – upewnia się kuzyn.

– Tak, to ciekawa data i dla mnie bardzo znacząca, bowiem wtedy podjąłem bardzo istotną w moim życiu decyzję. Odtąd walczę z wszelkimi objawami ekstremizmu islamskiego, by oczyścić imię mojej rodziny oraz udowodnić, że nie każdemu psu na imię Burek.

– Pięknie! Chwali się. Ale przez twoje sentymenty mogłeś zginąć.

– Dlaczego? Mówże wreszcie, co się stało? Był zamach w Mekce? Ktoś podłożył bombę? To niemożliwe! – Hamid układa najczarniejsze scenariusze.

– Myślę, że teorie spiskowe możemy sobie odpuścić. – W do tej pory poważnym głosie Fahda słychać rozbawienie.

– Gadaj! Konkrety! – Zniecierpliwiony Hamid, słysząc takie pokrętne wywody, ma ochotę wyskoczyć ze skóry.

– Doszło do katastrofy w Mekce. Wywrócił się ogromny dźwig i runął na Wielki Meczet, zabijając ponad sto osób i raniąc około dwustu. Teoria konspiracji odpada, a w grę wchodzi zwykłe ludzkie niedopatrzenie i niechlujstwo – oburza się Fahd. – Wiał silny wiatr od pustyni, co u nas zdarza się nierzadko, a wysoka na pięć pięter maszyna miała złe umocowanie, ot co!

– Czy wykonawcą projektu nie była czasami nasza rodzinna firma Binladen Group? – docieka Hamid, bo wie, że kuzyn jest dyrektorem generalnym na ten rejon.

– Tak, nie mylisz się, bo przecież od wieków, od dziadka Muhammada Binladena, zajmujemy się rozbudową i unowocześnianiem naszych dwóch świętych meczetów w Mekce i Medynie. Ale nigdy dotąd coś takiego nam się nie przydarzyło!

– Bekniesz za to? – pyta krewniak.

– Jestem głównozarządzającym, ale nadzoruję budownictwo mieszkalne i biurowe, a nie sakralne. – Słychać, jak oddycha z ulgą.

– Głowy jednak muszą polecieć.

– Wiesz, jak jest. Nasz krewniak zrzucił wszystko na warunki pogodowe, wiarę, że Bóg tak chciał, i został ciupasem przeniesiony do Dubaju. – Fahd kpi z braku praworządności w ich ojczyźnie i bezkarności finansowych rekinów. – Też bym tak chciał! – Śmieje się szyderczo.

– Niewesoła sytuacja, ale masz rację, miałem szczęście. Zastanawiam się jednak, czy czasami ktoś w tym nie maczał paluchów. Może chciałby, żebyśmy to odczytali jako odwet Amerykanów za jedenastego września, po czym nastąpiłoby oziębienie stosunków między naszymi krajami, zerwanie kontaktów politycznych i już mamy sytuację, do której dąży ekstrema. Zła aura czy wola Allaha nie jest dobrym wytłumaczeniem tego zdarzenia. U nas burze pustynne zdarzają się dość często, bo przecież jesteśmy państwem leżącym na piachach, i jakoś do tej pory zawsze byliśmy przygotowani na taką ewentualność.

– Śledztwo trwa, ale o jego wynikach my na pewno się nie dowiemy… to znaczy ja. Nie robię w tajnościach. – Fahd podśmiechuje się, bo jako jeden z nielicznych z rodziny wie o konspiracyjnej działalności Hamida.

– Znasz opowieść o królu Abraha, który chciał zniszczyć Kaabę i osłabić islam? – nagle pyta kuzyn, który ostatnimi czasy rozczytywał się w Koranie i hadisach61.

– Nie, nie za bardzo mam czas na bajki. O czym mówi?

– Król ze swoim wojskiem przekroczył bramy Mekki, lecz jego słonie nie chciały wejść na święty teren dookoła Kaaby – zaczyna Hamid. – Nagle na niebie pojawiła się czarna chmura ptaków, które w dziobach trzymały każdy po kamieniu. Zabiły nimi wielu żołnierzy z najeźdźczej armii, a ci, którzy pozostali przy życiu, uciekli na słoniach, aż się kurzyło. Król Abraha wrócił do Jemenu i schował się w swoim pałacu, ale nawet tam nie był bezpieczny, bo ptaki znalazły go i zabiły. Od tej pory nikt nie odważył się spojrzeć na Kaabę złym okiem.