Arabska krucjataTekst

Z serii: Arabska saga #5
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Arabska krucjata
Arabska krucjata
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,40  54,72 
Arabska krucjata
Audio
Arabska krucjata
Audiobook
Czyta Katarzyna Anzorge
38 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ech, ta młodość!

Daria nie wie, czemu John przypadł jej do gustu. Jest taki tatusiowaty i bezbarwny, ale jest w nim coś, co działa na nią jak magnes i powoduje, oprócz przyspieszonego bicia serca, totalne zamieszanie w głowie. Zdaje sobie sprawę, że zachowuje się głupio, dziecinnie i wyzywająco, ale nie potrafi nad sobą zapanować. Chce go bawić, chce słyszeć jego głośny niepohamowany śmiech. John jest na takim luzie; sama chciałaby tak niczym się nie przejmować i robić to, co jej się żywnie podoba. Jego noga założona na nogę, ze stopą spoczywającą na kolanie, nie jest w dobrym guście, a w krajach arabskich pokazywanie podeszwy buta jest całkowicie nie do przyjęcia. Facet pije whisky z taką zachłannością, jakby był odwodniony, i mówi tak głośno, jakby wokół nie było nikogo albo wszyscy byli głusi. Dla Brytyjczyka Daria jest rozbrykanym zabawnym podlotkiem, na jakiego zresztą wygląda. Spięte gumką, cienkie mysiobure włosy i brak makijażu powodują, że sprawia wrażenie szesnastolatki. Przyczyniają się do tego jasna karnacja oraz brwi i rzęsy w brązowawym odcieniu. Mężczyzna patrzy na nią z zaciekawieniem, zastanawiając się, co jeszcze zbroi albo głupiego powie ta dziewuszka.

– Mieszkałam pod Londynem niecałe dwa lata, ale to było maksimum, które mogłam tam wytrzymać – wyznaje Daria. – Nie poszło mi ani ze studiami, ani z samodzielnym życiem i utrzymaniem się, więc nie było sensu tego przedłużać – mówi oględnie.

– A co, nie lubisz się uczyć? – indaguje John, pijąc kolejnego whiskacza.

– Tak! Bo jestem debilką! – Burmuszy się młoda i składa usta w ciup zupełnie jak jej siostra.

– Nie no! Po angielsku mówisz jak rodowita Brytyjka. – Dla udobruchania facet rzuca jej komplement.

– Tego to już się wyuczyłam w międzynarodowej szkole w Rijadzie. Ale w UK nie chciało mi się studiować głupot o królowej i jej rodzince: co piją, co jedzą i czym srają! – Zgodnie wybuchają śmiechem. – Miałam być dziennikarką, najlepiej zagraniczną korespondentką, a takie informacje w tym fachu są psu na budę.

– Nie lubisz koronowanych głów? – interesuje się John, patrząc na nią całkiem poważnie. – Czyżby przemawiała przez ciebie niechęć do zgniłego Zachodu?

– Nie wiem, jaki on zgniły, bo większe zepsucie widziałam tak w krajach arabskich, jak i w Azji. Nawet w królestwie wahabitów dopuszczają się takich rzeczy, że nie mieści się to w głowie. Ale oczywiście wszystko pod przykrywką ich wspaniałego prawa szariatu35, ot co! Im wolno zabijać kobiety w imię zbrodni honorowej, dyskryminować je i poniżać, zamykać w domach na całe życie, a mężczyźni sami siebie ustanowili ich wątpliwymi opiekunami.

– Co w tym złego? Na całym świecie faceci powinni troszczyć się o was, bo przecież jesteście słabą płcią. – Uśmiecha się przymilnie.

– Tak, ale nie więzić fizycznie i duchowo. Czy uważasz za normalne, że dojrzała kobieta nie ma prawa sama wyjść do miasta, ale może to zrobić ze swoim dwunastoletnim synem jako opiekunem. Na dokładkę ten gówniarz, co ma siano w głowie, prowadzi samochód, bo ona, matka dzieciom, która ma cały dom na głowie, nie jest na tyle odpowiedzialna, żeby mogła usiąść za kółkiem!

John wybucha śmiechem, a Daria aż dyszy z oburzenia.

– Teraz już wiem, z kim tak naprawdę mam do czynienia. Jesteś małą feministką, robaczku. – Delikatnie głaszcze ją po ręce, a dziewczynie aż ciarki przechodzą po plecach – tak na czułe słówko, jak i na męski dotyk.

– Nie powiem, z takiej już jestem bojowniczej rodzinki.

– Lecisz do Rijadu z przyjaciółmi czy z rodziną? Czemu tego Azjatę nazwałaś mahramem?

– Bo to mąż mojej siostry, Miriam. – Daria używa arabskiej wersji imienia. – Wracamy do Arabii Saudyjskiej po kilku latach nieobecności. Poza tym to nie czystej krwi Azjata, lecz saudyjsko-indonezyjska mieszanka z przewagą arabskich genów.

– Saudyjczyk związał się z Azjatką?! Jego ojciec musiał chyba pochodzić z biednej rodziny i być bardzo zdesperowany. – John znów chichocze, ale tym razem z wyraźną kpiną w głosie.

– Akurat nie. Jego stary to wyjątkowa szycha w kraju wahabitów, a matka była przepiękną kobietą.

– No, no, w takim razie to odważny człowiek. Ale na pewnych stanowiskach można sobie pozwolić na wiele. A przynajmniej była muzułmanką? – indaguje mężczyzna, a Daria w ogóle nie czuje się skrępowana, snując opowieści o swojej rodzinie.

– Pewnie, w Indonezji prawie dziewięćdziesiąt procent to wyznawcy Koranu, ale nie tacy zwariowani jak w innych, na przykład arabskich krajach, choć i tam nie idzie ku lepszemu, lecz ku gorszemu. Pętla islamu zaciska się na ich biednych szyjach.

– Nie dość, że jesteś emancypantką, to jeszcze rewolucjonistką i ateistką?

– Nie, mój drogi. Ja po prostu nie lubię przesady, ot co! I nie lubię się bać, a obecnie wyznawcy tej religii na całym świecie sieją zniszczenie, przez co wzbudzają strach.

– Wracając do Miriam… – John zmienia temat i bezczelnie wychyla się z fotela, wlepiając oczy w Marysię, która udaje, że śpi. – Nie możecie być siostrami, chyba że przyrodnimi albo raczej mlecznymi36. – Lustruje typową Arabkę od stóp do głów.

– Jesteś w błędzie. – Daria zdecydowanie kręci głową. – Mamy wspólną mamę, polską blondynę, i tatuńcia, Libijczyka, świeć Panie nad jego duszą. – Dziewczyna robi kwaśną minę. – Gryzie już piach, wiec niech mu będzie wybaczone.

– A co takiego zrobił oprócz was, dwóch diametralnie różnych córek?

– Wiele złego. Toksyczny drań! – Na ten temat nie chce się rozwodzić, bo zamierzchłe poczynania jej ojca nadal wzbudzają w niej gniew.

– Można powiedzieć, że darzysz go głębokim uczuciem…

– Nienawiści – kończy Daria i ze ściśniętymi ustami obraca się do okna.

John nie spodziewał się, że tę zabawową kokietkę cokolwiek będzie w stanie wyprowadzić z równowagi, i dochodzi do wniosku, że młoda zgrywa się perfekcyjnie, a tak naprawdę jest zupełnie inną osobą. Ciekawość i skłonność do wścibstwa nie dają mu spokoju. Jak wiejska plotkara nadal ciągnie dziewczynę za język.

– Długo mieszkałyście w Libii? – pyta, delikatnie dotykając ramienia sąsiadki.

– Jakiś czas. – Daria odpowiada enigmatycznie, bo czuje, że zagalopowała się z tą szczerością.

– Jakim cudem znalazłaś się w Saudi? Chyba jeszcze jako dziecko, no nie? – Mężczyzna nie daje za wygraną.

– Mój ojczym dostał tam pracę. Nieźle nam się wiodło.

– A jak taka emancypantka jak ty dawała sobie radę z abają i hidżabem37?

– Jakim hidżabem?! – Obrusza się młoda i obraca z powrotem w stronę natarczywego rozmówcy. – Zagraniczne kobiety nie muszą go nosić, a przynajmniej z tym walczą. Chustę lub szal trzyma się w torbie. Jak się spotka mutawwę, luźno zasłania się włosy, a i to dopiero wtedy, kiedy zaczyna wrzeszczeć.

– Twoja siostra też tak robi? Nie wygląda na cudzoziemkę, raczej na stuprocentową Arabkę. – John wraca do drażliwego tematu.

– Wcześniej jakoś dawała sobie radę, to i teraz nie będzie źle. Myślisz, że panie z wyższych wahabickich sfer zakrywają się od stóp do głów? Niektóre Saudyjki prowadzą samochody, ale tylko te nietykalne!

– Jak to? Coś bredzisz, młoda!

– Czy ty dopiero zaczynasz pracę w Saudi, czy już tam mieszkałeś?

– Byłem krótko, ale…

– Ale nic nie wiesz. – Teraz Daria pozwala sobie na kpinę. – Lepiej urodzone kobitki jeżdżą autami z całkowicie zaciemnionymi szybami. Jak drogówka widzi takie wozy, to nie ma ochoty ich zatrzymywać, bo nie chce sobie robić kłopotów. Ot co!

– Mhm, to ciekawe. Rzeczywiście chyba będę musiał uzupełnić informacje o tym kraju. Może ty zechcesz mnie uświadomić? – przymila się John.

– Zobaczy się. – Daria znów jest zadowolona, bo nie potrafi długo chować urazy. – A skąd ty właściwie znasz mojego znajomego z Anglii, Pakistańczyka Muhamada? Pracowałeś u niego w hotelarstwie czy w cateringu, tak jak ja?

– Nie, kochana. Jestem informatykiem i zakładałem mu oprogramowanie do prowadzenia tych biznesów oraz sieć internetową w hotelu pod Londynem.

– To niezły masz fach. W Saudi też będziesz się tym zajmował? – Teraz ona przejmuje pałeczkę w inwigilacji.

– Tak – krótko odpowiada mężczyzna.

– W jakiej firmie i na jakim stołku będziesz robił? W Rijadzie, Dżeddzie czy w Khobar, w Prowincji Wschodniej? Tam jest najlepiej, bo żabi skok do Bahrajnu i normalnego życia. Niektórzy nawet wynajmują domy czy apartamenty po drugiej stronie granicy i co rano jeżdżą do pracy za żelazną saudyjską kurtynę. Wtedy ich rodzinom żyje się lepiej, bo żony swobodnie oddychają i są wolnymi osobami, a córki też nie muszą się zakrywać i mogą chodzić do koedukacyjnych zwykłych szkół.

– Cóż, niestety, fuchę złapałem w Rijadzie, samym gnieździe wahabickiej rodziny Saudów. – John uśmiecha się pod nosem, bo znów widzi, jak mylnie na początku osądził inteligentną dziewczynę. – Jestem zatrudniony w telefonii komórkowej…

– Jakiej? Może kupię sobie u ciebie telefon?

– Ericsson – odpowiada niechętnie, a Daria przypomina sobie, nie wie już czyje słowa, że w tej firmie pracują sami szpiedzy. Zabawne, myśli.

– Nieźle płacą. A gdzie będziesz mieszkał?

– Gdzieś w centrum, jeszcze nie wiem. W jakimś mieszkaniu, bo do tej pory byłem na wizie biznesowej i płacili mi za hotel.

– Apartamenty w Saudi są do bani, bo jesteś więźniem czterech ścian. Nawet najpiękniejszy będzie zwykłym pierdlem. Nie masz basenu, restauracji, kina i całego luzu, jaki daje ci osiedle mieszkaniowe dla cudzoziemców, gdzie za wysokim murem możesz żyć, jak chcesz i jak jesteś przyzwyczajony.

 

– Mhm, ale to musi kosztować krocie. Poza tym bezpieczniej mieszkać między Arabami, no nie?

– Nie! – zaprzecza żywo młoda, ale zaprawiona w życiu w kraju arabskim dziewczyna. – Wśród nich jesteś jak na widelcu. Nie masz ochrony, więc każdy sąsiad, również ten z Al-Kaidy czy z ISIS38, może do ciebie przyjść, wejść do mieszkania i na przykład obciąć ci głowę maczetą. – Wybucha niepohamowanym śmiechem.

– A wy gdzie będziecie mieszkać?

– Na osiedlu Teksas. Miejsce super! Dawniej z rodzicami też tam wynajmowaliśmy dom, ale Karim swój ma na własność.

– To rzeczywiście nieźle dziany... gość. – Z zazdrości John chce powiedzieć „dupek”, ale w ostatniej chwili gryzie się w język.

– Już ci mówiłam, że z dobrej rodziny, a bogaty to przy okazji. – Daria jest dumna ze swojego szwagra, bo teraz widzi, że w Indonezji jego pozycja, wykształcenie i bogactwo nie były nic warte, a przecież ten facet reprezentuje najwyższy poziom pod każdym względem.

– Jest z rodu Saudów? – pyta mężczyzna z niedowierzaniem. – Oni chyba nie mogą sobie pozwolić na legalne związki z Azjatkami?

– Jest z Nadżdich, tych, którzy byli jeszcze przed Saudami, i to dzięki nim ród panujący doszedł do władzy. Słyszałeś tę historię?

– A skąd? – Brytyjczyk stwierdza, że naprawdę będzie musiał nadrobić braki w edukacji.

– Jest tak niesamowita, jak wszystkie arabskie opowieści, włącznie z Baśniami tysiąca i jednej nocy.

– Dobra, dajesz. – John usadawia się wygodnie, bo zna niektóre legendy z tego regionu i wie, że są one bardzo długie. – Mam dość czasu, żeby czegoś się dowiedzieć.

Daria bierze głęboki oddech, zanim zaczyna opowieść:

– Al-Nadżdi to plemię, które od wieków zajmowało się wypasem wielbłądów na wielkiej saudyjskiej pustyni Rub al-Chali. Lider ich rodu, pradziad Karima, pomimo że był analfabetą, wiedział, do kogo się przyłączyć i kogo popierać. To dzięki takim jak on, fanatycznym islamskim ichwanom39, którzy byli zbrojnym ramieniem rodziny Saudów, podbiła ona ogromne terytorium Arabii i była w stanie zyskać plemienną i militarną przewagę na terenach Półwyspu Arabskiego. O paradoksie, to przy pomocy grup beduińskiego pochodzenia Saudowie zwalczyli beduiński styl życia, który funkcjonował do momentu, gdy zrealizowali swoje wielkie ambicje, to znaczy do uzyskania przez nich władzy absolutnej. W tamtych odległych czasach, kiedy pradziad Karima był bojownikiem, a dziad młodym mężczyzną, radykalizm religijny ichwanów był wygodnym pretekstem do tego, by przekonać zasadniczo odmienne klany do zjednoczenia się. Sam ruch miał na celu zastąpienie prymitywnej bałwochwalczej kultury radykalnym islamem. Za pośrednictwem żarliwych kazań oraz przy użyciu brutalnej, budzącej grozę siły lokalne społeczności nomadów zostały podporządkowane i zachęcone do tego, by podążać ścieżką proroka Muhammada, nawet jeśli rekomendowano im to pod przymusem. Fanatyzm religijny stał się tkanką spajającą rozdrobnione lenno we wspólne królestwo. W ten sposób ogromne społeczności koczowniczych Beduinów z saudyjskich stepów przekształciły się w ludność osiadłą. Siła i brutalność były dobre, jednak stały się niedopuszczalne, w momencie kiedy Arabia Saudyjska zechciała funkcjonować na arenie międzynarodowej. Po pewnym czasie główne narzędzie, które doprowadziło Saudów do władzy, zostało przez nich odrzucone i potępione. Okrutni ichwani, na czele których stał protoplasta rodu Al-Nadżdich, poczuli się głęboko urażeni, zwłaszcza że uważali się za Armię Boga. Wtedy też skończyła się ich cierpliwość i już nie wykazywali niezachwianej lojalności wobec swojej monarchii i władcy. Ówczesny król dzięki brytyjskiemu wsparciu uporał się z narastającą bolączką. Przywódcy ichwanów zostali uwięzieni i przetransportowani do Rijadu. Ci, którzy byli konformistycznie nastawieni, zostali wcieleni do Komisji Krzewienia Cnoty i Zapobiegania Występkom i występowali pod nazwą mutawwa. Zajmowali się oni nadzorem państwa i zapewniali bezpieczeństwo słabej monarchii, która ich pobiła, znieważyła i odsunęła. Zatwardziali bojownicy nie mogli jednak podarować zdrajcom, że porzucili swoich braci, i zamiast ich wspierać w niedoli, zajęli się ich wychwytywaniem i osadzaniem w więzieniach, a potem przeciąganiem na rządową stronę. Tak to trochę niehonorowo wygląda, ale to samo życie i smutna rzeczywistość. Niejednokrotnie wielkie rodziny czy nawet państwa, chcąc się utrzymać na powierzchni, muszą się zaprzedać. Mamy z tym do czynienia na całym świecie.

– Nieźle. Można powiedzieć, że ten ród to sól ziemi saudyjskiej – kwituje John.

– Tak, od nich pochodzi dialekt nadżdi, którym posługują się mieszkańcy królestwa – wyjaśnia Daria.

– A ten drugi gość to kto? – Brytyjczykowi zamykają się już oczy, ale chce jak najwięcej wyciągnąć od gadatliwej dziewczyny. – Też należy do waszej familii?

– Nie, to przyjaciel. – Daria postanawia nie opowiadać o kompromitującej i skomplikowanej przeszłości Marysi.

– Dlaczego zatem twoja siostra opiekuje się jego dzieckiem? Nie rozumiem.

– Czyż przyjaciele nie powinni sobie pomagać? Facet stracił żonę w zamachu na Bali i jak sam widzisz, nie ma opiekunki do dziecka, więc może liczyć tylko na nas.

– Przynajmniej jeden normalny średnio zamożny – ironizuje John.

– No tak, jak na rodzinę Binladenów, to nie ma zbyt wiele, bo najwięcej dostał w schedzie Osama, ale przepierdolił wszystko na Al-Kaidę i zniszczenie świata. – Polka nie przebiera w słowach, bo szczerze nienawidzi terrorystów, ale przy okazji wymienia nazwisko, na dźwięk którego John wytrzeszcza oczy.

– Nie wiem, czy teraz mogę wymienić się z tobą numerem telefonu. – Mężczyzna zaciska wargi. – Za wysokie progi na biedne brytyjskie nogi – oświadcza, biorąc naiwną dziewczynę pod włos.

– Nie widzę nic, co stałoby na przeszkodzie. – Daria uśmiecha się radośnie, bo pomimo że jedzie z rodziną i wraca w znane i lubiane stare kąty, to zdaje sobie sprawę, że w Rijadzie może nie odnaleźć już starych przyjaciół, bo wszyscy cudzoziemcy przebywają tam tylko czasowo. Zanim odświeży kontakty i zdobędzie nowych znajomych, będzie już miała jednego. I to całkiem przystojnego, podsumowuje Johna, który również się cieszy, że przez nieoczekiwany zbieg okoliczności wszedł jak w masło w życie najwyższych saudyjskich sfer.

35 Szariat (arabski) – dosł. droga prowadząca do wodopoju; prawo kierujące życiem wyznawców sunnickiej, jak i szyickiej odmiany islamu. Islam nie uznaje rozdziału życia świeckiego i religijnego, dlatego reguluje zarówno zwyczaje religijne, organizację władzy religijnej, jak i codzienne życie muzułmanina. Szariat opiera się na założeniu, że prawo musi dostarczać wszystkiego, co potrzebne dla duchowego i fizycznego rozwoju jednostki. Wszystkie czyny muzułmanina są podzielone na pięć kategorii – konieczne, chwalebne, dozwolone, naganne oraz zakazane. Podstawą okreś­lenia czynów koniecznych jest pięć filarów islamu.

36 Mleczna siostra – niemowlęta bez związków krwi karmione piersią przez tę samą kobietę.

37 Hidżab (arabski) – noszona przez kobiety muzułmańskie kwadratowa chusta, zakrywająca włosy, uszy i szyję, jednak nie ramiona i twarz; może być kolorowa.

38 ISIS – ang. Islamic State of Iraq and Sham, ISIS; Islamic State of Iraq and the Levant, ISIL – salaficka organizacja terrorystyczna oraz samozwańczy kalifat pod nazwą Państwo Islamskie ogłoszony w czerwcu 2014 r. na terytorium państwowym Iraku i Syrii. Państwo Islamskie to nie tylko ugrupowanie, to również dżihadystyczne quasi-państwo. Jego nazwa i idea są szeroko krytykowane i potępiane zarówno przez ONZ, różne rządy, jak i duże grupy muzułmanów. Celem ugrupowania, które jest spadkobiercą sunnickich ekstremistów z okresu okupacji Iraku przez siły USA i ich koalicjantów, jest ustanowienie hierokracji opartej na zasadach szariatu.

39 Ach, ichłan (arabski) – brat, l.mn. bracia; oznacza też bractwo.

II

ŻYCIE PO ARABSKU

Każdy ma jakiś kierunek, ku któremu się zwraca. Starajcie się więc wyprzedzać w dobrych dziełach!40

40 Koran, sura II, wers 144, PIW 1986, tłumaczenie J. Bielawski.

Nareszcie w domu

Wszyscy wysiadają z samolotu, jakby byli z krzyża zdjęci. Pierwszy dłuższy odcinek przegadali, a trwający zaledwie dwie godziny lot z Dubaju do Rijadu minął im jak z bicza trzasł, bowiem oddali się rozmyślaniom i rozliczeniom z przeszłością. Jedynie młodziutka Daria nadal tryska humorem i jest w pełni sił witalnych. Marysia idzie noga za nogą, niosąc swojego synka Adila, który nie da się zabrać z matczynych ramion, Karim prowadzi śpiącą i marudną Nadię, a Hamid rzuca tylko na boki rozwścieczone spojrzenie, bo nie ma pojęcia, co zrobić w tej patowej i poniżającej dla niego sytuacji. Saudyjczyk już w samolocie przebrał się w tobę i na głowę założył chustę, wtapia się więc w tłum lokalnej ludności, jednak Karim, mając azjatyckie rysy, może sobie pozwolić na europejski przyodziewek41. Marysia, o urodzie typowo arabskiej, zakrywa się czarną abają, a włosy zasłania długą chustą. Nie jest to dla niej komfortowy strój, zwłaszcza po długim pobycie w Azji, gdzie mogła nosić skąpe ubrania i nikogo to nie obchodziło ani nie gorszyło.

– To ja będę się już zbierał. – John ściąga walizkę z taśmy, która wynurzyła się z luku w pierwszej transzy bagaży. – Było mi miło i mam nadzieję, że się jeszcze z państwem spotkam…

Mówiąc te słowa, stoi jak zamurowany i wcale nie ma zamiaru się ruszyć. Widać, że liczy na natychmiastowe zaproszenie. Kiedy pojawia się wózek Adila, zmęczona Marysia usiłuje wsadzić do niego synka, lecz mały kurczowo trzyma ją za włosy i wije się jak piskorz. Oderwany od niej, zaczyna żałośnie zawodzić.

– Mama! – wykrzykuje między jednym a drugim szlochem. – Mama!

Całe wtajemniczone towarzystwo zamiera, bowiem jest wstrząśnięte tak silnym zewem krwi i instynktem dziecka.

– Co?! Coś mu się chyba potentegowało! – John wybucha głośnym wulgarnym śmiechem, na co Karim i Hamid jedynie zaciskają szczęki, Daria baranieje, a Marysia spoziera na bezczelnego faceta czarnymi jak węgiel oczami, pełnymi nienawiści i pogardy.

– Daria, wkładaj abaję, do cholery! – Rzuca w stronę siostry czarny płaszcz i patrzy na nią z takim wyrzutem, jakby to ona była wszystkiemu winna.

– To jakoś się zdzwonimy – młoda zwraca się do nowo poznanego faceta, bo też wolałaby, żeby już poszedł. Wie, że zbyt popuściła sobie cugli, i nie ma zamiaru od razu narażać się siostrze, bo to z nią ma mieszkać i dzięki niej może w końcu poskładać swoje życie do kupy. – Masz mój numer, to tyrknij kiedyś. – Taksuje Brytyjczyka, pragnąc, żeby w końcu się oddalił. Po co ja mu tyle o sobie i mojej rodzinie nagadałam?, żałuje poniewczasie. Ależ ze mnie niepoprawna idiotka!

– Oki doki. Do zobaczyska! – John mówi slangiem, co nikogo nie bawi. Nikt też nie żegna się z nim i jak na arabską modłę przystało, odwracają się do niego plecami.

– Musisz wynająć nianię. – Marysia pochyla się w stronę Hamida i doradza cicho. – Sam nie dasz sobie rady.

– Wiem – przyznaje mężczyzna. – Jutro od razu rozpuszczę wici. Może pomogłabyś mi w naborze? – proponuje słabym głosem.

– Dobrze. Nie ma sprawy.

Karim, stojący na uboczu, obserwuje swoją żonę i jej byłego męża spod oka. Nie ma ochoty dopytywać, o czym szepczą. Sam wymyślił taki idiotyczny scenariusz, to i sam musi wypić piwo, którego nawarzył.

– Poinformowałem ojca, że wracam, ale przyjadą po nas moi starzy przyjaciele, Polacy – informuje Marysię, delikatnie się przy tym uśmiechając, co jest mimowolne i absolutnie nie wiąże się z radością, lecz stanowi odruch typowy dla azjatyckiej nacji. – Mam nadzieję, że mają duży samochód. – Patrzy na ich liczne bagaże i czuje, że nie obejdzie się bez drugiego auta.

– Po mnie wyjedzie kierowca, więc jakbyście się nie zmieścili, to mogę wam coś zabrać. – Hamid natychmiast oferuje pomoc.

– Świetnie – włącza się Daria, bo zauważa wzajemną niechęć do tej pory przyjacielsko do siebie nastawionych mężczyzn. Co im się stało? Nic z tego nie rozumiem, podsumowuje w duchu, bo była zbyt zajęta sobą i flirtowaniem, żeby zauważyć, co się działo dookoła niej.

 

– Salam alejkum!42 Salam alejkum! – Wychodzący po odprawie na płytę lotniska słyszą rozlegające się wokół pozdrowienia.

– Alejkum as-Salam!43 – odpowiada Karim, widząc w tłumie wyciągnięte do siebie ramiona swojego ojca. – Co tu robisz, baba44? – Jest zdziwiony i niezadowolony, ale stara się tego po sobie nie pokazać.

– Jak to?! Syn wraca po tak długim czasie i ja miałbym go nie przywitać? – Stary mężczyzna czule tuli do piersi Karima, a ten lekko poklepuje go po plecach.

– Witaj, młody! – Siwy mężczyzna podchodzi do nich i zwraca się do przybyłego po polsku, na co Fajsal aż odskakuje i ze złością lustruje intruza. – Jak się masz? – Polak wyciąga na powitanie wielką jak bochen chleba dłoń. Za nim stoi ubrana w abaję mała kobietka o bardzo jasnej karnacji i niezakrytych farbowanych blond włosach.

– Witaj, syneczku! – Staje na palcach, przyciąga głowę wysokiego pół-Azjaty i bez skrępowania całuje go w czoło.

Hamid, widząc taką rozczulającą scenkę zupełnie nie w saudyjskim stylu, uśmiecha się pod nosem, Daria cichutko chichra, Fajsal zaś obrzuca białą kobietę szalonym wściekłym wzrokiem spod mocno ściągniętych brwi.

– Pani musi być Krysia, prawda? – Marysia wyrywa blondynkę z objęć Karima i cmoka w oba policzki. – Tak się cieszę, że panią poznałam. Słyszałam o was same dobre rzeczy.

– A my o tobie.

Polacy witają się z Hamidem, jakby byli dobrymi znajomymi. Ich twarze jaśnieją szczęściem, dobrze im patrzy z oczu i od razu widać, że to porządni i uczciwi ludzie, więc każdy się cieszy z ich obecności, z wyjątkiem Fajsala, który stoi z zaciśniętą szczęką.

– Przygotowałem małe powitalne przyjęcie, więc pozwolę sobie wszystkich państwa zaprosić. – Stary Saudyjczyk ostatecznie zapanowuje nad sobą i swoją krewką naturą i skłania głowę nawet w kierunku nieproszonych gości.

– Nie będziemy przeszkadzać! – Krysia i Andrzej zbierają się do odejścia. – My z przyjezdnymi możemy równie dobrze spotkać się jutro. – Patrzą wymownie na Marysię i Darię.

– Nie ma tak! Jesteście moimi najlepszymi przyjaciółmi i dzisiaj pojedziecie z wizytą do domu mojego ojca, człowieka, który kiedyś, wieki temu, deportował was z tego cudownego kraju – bez pardonu wypala Karim, na co wszyscy wstrzymują oddech, Fajsal zaś gwałtownie popielacieje. – Chyba nie boicie się, że teraz też może was to spotkać?

– Karimku, nie bądź niegrzeczny. – Krysia patrzy na niego z naganą. – Sam mówisz, że to dawne dzieje. My nie umiemy tak długo chować urazy, więc i ty daj sobie spokój.

– Zapraszam ponownie i bez obawy. Już nie pracuję ani w tej branży, ani dla tej firmy – ironizuje Fajsal, który wyraźnie posmutniał i jakby zmalał.

– Do widzenia. Mój kierowca już nadjeżdża – żegna się Hamid, a mały Adil znów zaczyna płakać.

– Nie wygłupiaj się. Ty to już na pewno nie masz do mnie daleko, bo przecież mieszkasz po sąsiedzku, po drugiej stronie ulicy. – Starzec widać lubi Hamida, bo patrzy na niego ciepło. – Moja żona kiedyś zawodowo opiekowała się dziećmi, to pomoże ci z maluchem. Wiem o wszystkim, co cię spotkało, i głęboko ci współczuję.

– Dziękuję, ja said45.

– To pakować się do aut i ruszamy! – Andrzej, widząc rozdarcie i zagubienie przybyłych oraz smutek starego Saudyjczyka, postanawia wziąć sprawy w swoje silne ręce. – Nie opieprzamy się, bo czas leci. Na pewno jesteście głodni!

Marysia od razu zostaje rzucona na głęboką wodę, bowiem okazuje się, że rezydencja Fajsala al-Nadżdiego znajduje się dosłownie naprzeciwko pięknej willi Hamida Binladena, w której przeżyła szczęśliwe i tragiczne dni u boku człowieka, którego ukochała nad życie. Wtedy jednak jeszcze tego nie wiedziała. Potrzebne było rozstanie, tragedia za tragedią, aby prawda do niej dotarła. Tak więc kiedy wjeżdża wielkim terenowym autem do dzielnicy Mudżamma Nachil, serce jej krwawi i nie wie, jak ma opanować napływające do oczu łzy.

– Nic się tu nie zmieniło – stwierdza drżącym głosem i mocno chwyta pod rękę Darię. Młoda dziewczyna czuje, że musi być dojrzała i wspierać siostrę, która znów znalazła się w beznadziejnej sytuacji.

Jakąkolwiek decyzję by podjęła i w którąkolwiek stronę by poszła, pociągnie to za sobą cierpienie i ból ludzi, którzy ją kochają. Zrani albo jednego, albo drugiego mężczyznę, podsumowuje Daria.

– Wszystko jest jak dawniej… – wzdycha Marysia, chłonąc widoki całą sobą.

– Cóż, jest perfekcyjnie, to co zmieniać – niezbyt mądrze wypowiada się młoda, bo zupełnie nie wie, co ma powiedzieć. – To jedno z najbardziej ekskluzywnych osiedli willowych w Rijadzie, tylko dla najbardziej dzianych Saudyjczyków.

– Zawsze byłam przekonana, że w tej rezydencji mieszka jakiś księciunio – wyznaje Marysia, przekraczając próg rodzinnego domu Karima, bardziej przypominającego pałac niż przytulne lokum do mieszkania.

– Dlaczego? – dziwi się Fajsal, sadzając gości w wygodnych fotelach i na sofach. – Owszem, budynek jest okazały, ale chyba nie widziałaś ciepłych gniazdek łaskawie nam panujących. Jedna panna postawiła sobie domek cały z marmuru – opowiada beztrosko, a Marysia szybko rzuca okiem na Hamida, zastanawiając się, czy pamięta jeszcze podłą księżniczkę Lamię. Ich spojrzenia łączą się na krótką chwilę. Rozumieją się bez słów. – Dobrze, że ją stamtąd wyrzucili i oddali to miejsce do publicznego użytku.

– O ile się nie mylę, to ma pan na myśli obecną kantynę dla wojskowych i policjantów, blisko marketu Euro Marché? Więc powiedzmy sobie szczerze – nie przekazano tego na użytek publiczny, lecz dla wybrańców – docina łagodna skądinąd Krysia.

– Co to za kantyna, w której nie można się wódki napić? – łagodzi wypowiedź Andrzej i dopiero po chwili gryzie się w język, bo przypomina sobie, że ten potulny obecnie dziadunio był swego czasu nie tylko postrachem Rijadu, ale krzewił cnotę w całej Saudi.

– Ma pan rację – śmieje się gospodarz i podchodzi do pięknego kredensu w kolonialnym stylu. – Czego się napijecie? Wina, whisky czy wódki? – Otwiera zakryte skrzydło, za którym ukazuje się rząd równiutko stojących butelek o wyborze tak wielkim, jak w sklepie monopolowym.

– Eeee… tak więc… no nie… – Goście są w szoku i nie wiedzą, co odpowiedzieć, zastanawiają się bowiem, czy to prowokacja, czy zwyczajna ludzka gościnność.

– Fajsal! Co ty głupio się pytasz? – Mała kobietka o azjatyckich rysach wparowuje do pokoju, niosąc na tacy pojemnik z lodem oraz szklanki. – Dawaj! Dla facetów whisky, a dla dziewczyn dżin z tonikiem. Sama chętnie się napiję. – Wybucha perlistym śmiechem i podchodzi do gości, podając na powitanie małą rączkę.

– Retno jestem. Żona tego ponuraka – żartuje, wskazując na speszonego Saudyjczyka. – A opiekunkę do dziecka już załatwiłam – zwraca się do umęczonego Hamida. – Dziewucha jest w drodze.

– Ale… – Hamid się waha, bo nie chce oddawać syna niesprawdzonej piastunce.

– Słuchaj! To moja kuzynka! Ma dobrze płatną pracę u Amerykanów, ale dla ciebie ją rzuci. Tamte bąki zresztą są tak nieułożone i nieusłuchane, że nie do wytrzymania. Ty jej spadłeś z nieba, a ona tobie.

– Jednak…

– Gwarantem jest mój mąż. Jeśli cokolwiek stałoby się z dzieckiem, dostałoby kataru lub, nie daj Bóg, złamało nogę, to nasz domowy policjant obyczajowo-religijny osobiście wymierzy karę nieudolnej niańce. Sam widzisz, jak wszyscy się go boją! – Swoją poważną wypowiedź kwituje szelmowskim uśmieszkiem, poklepuje uspokojonego już ojca po plecach i rozsiada się wygodnie, przekonana, że sprawa jest zamknięta.

Marysia dochodzi do wniosku, że nawet w tym ortodoksyjnym muzułmańskim kraju ludzie się zmieniają, i oddycha z ulgą. Ma siostrę przy boku, a teraz jeszcze Krysię i przebojową Retno. Nie będzie źle.

Osiedle mieszkaniowe Teksas zalicza się do najlepszych w Rijadzie. Nie ma się czemu dziwić, w końcu budowało je największe konsorcjum w Arabii Saudyjskiej – Binladen Group. Powstało ono w 1931 roku i zaczynało od budowlanki, lecz teraz stało się międzynarodową wielobranżową organizacją działającą z wielkim rozmachem w całym arabskim świecie, a szczególnie na Bliskim Wschodzie. Osiedle Teksas różni się zasadniczo od dzielnic dla saudyjskich bogaczy rozlokowanych w mieście. Tam każdy jeden pałac czy rezydencja otoczone są trzy- lub czterometrowym murem i mają prywatną ochronę, natomiast Teksas opasuje takim murem, a dodatkowo jeszcze fosą, cały teren. Domy znajdujące się w środku mają jednak otwartą przestrzeń i nie są klaustrofobicznie zamknięte betonowym ogrodzeniem. Strzegą ich Gwardia Narodowa oraz eskorta z najlepszej prywatnej firmy ochroniarskiej w mieście. W tym miejscu można się czuć bezpiecznie i swobodnie, co dla cudzoziemców żyjących w najbardziej ortodoksyjnym państwie na świecie jest ogromnie ważne.