Pisana życiemTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Poznań 2021

Redaktorka prowadząca

Agata Sikorska

Redakcja

Katarzyna Kusojć

Projekt okładki

Marcin Dolata

Copyright © by Taida Bajsarowicz 2021

E-book przygotowany na postawie wydania I

ISBN 978-83-66024-74-8


Przygotowanie i dystrybucja

Wydawnictwo Sorus

ul. Bóżnicza 15/6

61-751 Poznań

tel. (61) 653 01 43

sorus@sorus.pl

księgarnia internetowa

www.sorus.pl

DM Sorus Sp. z o.o.

Konwersja

Epubeum

Spis treści

Początek

Ten dzień…

Nowa uczennica

Choroba nie z wyboru

Czasami…

Nowa szkoła, nowe znajomości

Któregoś razu w wakacje…

Brat

Taka mama… i życie bez sensu

Pożegnanie…

Nowy rozdział życia

Kobieta silna jak jasna cholera

Złotowłosa królewna

Nowe życie

Dygresja

Koszmar

Dania

Ucieczka

Terapia inna niż wszystkie

Chwila prawdy…

Cała prawda…

Być kobietą

Odnaleźć siebie

Ośrodek wychowawczo-opiekuńczy, dom czy piekło?

Już nigdy więcej…

Zawsze inna niż wszystkie

Błędy, schematy, dorosłość

Byłby idealny, gdyby nie żona

Jakie to proste w teorii

Pod górę

…I co dalej?

Kim naprawdę jestem?

Pisana życiem

Epilog

O Autorce

Ta książka to opis dwudziestu pięciu lat mojego życia. Czy napisanie jej ma jakikolwiek sens? Dla mnie ma. I to nie tylko sens, ale też ogromne znaczenie! To dla mnie pewnego rodzaju terapia oraz pożegnanie z przeszłością. Odkrywam tu swoją wielką tajemnicę, którą od dawna głęboko skrywałam w swoim wnętrzu. Uprzedzam, że to nie jest lekka lektura i pewnie też nie dla każdego.

Nawet nie przypuszczałam, że spotka mnie taki hejt po ogłoszeniu faktu, że zamierzam wydać książkę o sobie, o swojej przeszłości. Od tego czasu jedni zarzucają mi kłamstwo, drudzy – tani chwyt na biedną dziewczynkę, natomiast jeszcze kolejni mówią, że ta książka zrobi krzywdę innym ofiarom przemocy domowej. Bardzo mnie bolą takie opinie, szczególnie z ust, wydawałoby się, osób bliskich. To trochę tak, jakby ci wszyscy „recenzenci” dyskredytowali osoby chodzące na terapie psychologiczne (na które i ja uczęszczałam). To nie jest komiks o superbohaterach, to książka pisana życiem.

Część sumy na moją książkę zdobyłam dzięki zorganizowaniu zbiórki, ponieważ sama nie dałabym rady zapłacić za całość. Przyznaję się do tego. Nigdy – nawet gdy siedziałam na wózku inwalidzkim – nie prosiłam nikogo o pomoc, bo chciałam sama sobie poradzić ze wszystkim, tak by nie musieć tłumaczyć się innym z moich potrzeb. Tym razem jednak poprosiłam. Wówczas natychmiast pojawiły się głosy osób, które były wściekłe, że śmiem prosić o wsparcie finansowe – „przecież to tylko książka”, mówiły, „zarób sobie”. Zabrakło mi chęci, by wyjaśniać, że przecież uczciwie zarobiłam na to marzenie, że datki od ludzi to tylko część potrzebnej kwoty – taka, bym mogła spokojnie wydać książkę i by nie ucierpiały na tym moje dzieci.

Najwięcej do powiedzenia mają osoby, które same nie mają potomstwa, które nie muszą się przejmować tym, co będzie, gdy zabraknie do pierwszego… Ja mam dzieciaki, które chodzą do szkoły, które utrzymuję wraz z moją drugą połówką. Nie posiadamy milionów, staramy się zapewnić dzieciom wszystko, co trzeba, i choć mamy mało, to dajemy też innym…

W końcu przerwałam oczekiwanie na nadejście odpowiedniej chwili na odważny krok w moim życiu i po prostu wzięłam sprawy w swoje ręce, postanawiając zrealizować własne marzenia. Zaryzykowałam i nawet kilka z moich marzeń już się spełniło. Jednak miał miejsce taki moment, że na ułamek sekundy zwątpiłam w siebie – ale tylko na ułamek. Nie poddałam się przez tyle lat, nie poddam się i teraz – życie uczy mnie, by walczyć o swoje, bo wszystkim i tak nie dogodzę. A nawet nie chcę dogodzić – bo i po co? Jeśli dla satysfakcji innych, to odpada – nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Każdy ma własne życie, które powinien wziąć w swoje ręce i trzymać mocno, by nie uciekło za szybko. Nie traćmy czasu na to, by hejtować i niszczyć innych. Dobro powraca, zło również. Każdy z nas musi kiedyś dostać to, co sam wcześniej komuś dał – i tu wiele zależy od nas samych, od tego, jakimi jesteśmy ludźmi.

Nigdy nikogo do niczego nie zmuszałam, ale ktoś tak może jednak stwierdzić… W większość kłopotów wpakowałam się sama – już taki ze mnie typ: najpierw robię, później myślę. Wiele sytuacji niczego mnie nie nauczyło, zwłaszcza rozwagi. Na szczęście dzieci i książka to w pełni świadoma decyzja, której bronić będę całą swą miłością.

Początek

A więc witajcie. Mam na imię Taida. Tak, to nie jest polskie imię. Swojego wyglądu nie będę opisywać, bo to nie casting do agencji modelek – zresztą i tak do modelki brakuje mi dobre trzydzieści centymetrów. Skupmy się na tym, co najważniejsze, czyli… Nie każdy musi pisać, tak samo jak nie każdy musi śpiewać, ale ja akurat chcę, choć przez długie lata odkładałam wykonanie tego kroku. A to dlatego, że pojawiały się w moim życiu momenty, które sprawiały mi tak ogromny ból, że nie byłam w stanie wstać z łóżka. Mimo to cały czas bardzo chciałam ją napisać. Dlaczego? Bo każde słowo wyrywane z mojego serca i z głowy dawało mi oprócz bólu – wielką ulgę oraz pustkę w miejscu rany. Czułam, że pisanie jest mi bardzo potrzebne. Miałam już dość bólu, chowania tajemnicy i obietnic składanych samej sobie – że zamknę przeszłość i wreszcie będzie dobrze. Osoby, które są po podobnych do mnie przejściach, mówiły, że tak się nie da, że w pewnym momencie stracę kontrolę, jeśli nie dam sobie szansy na bycie znów tą wrażliwą dziewczyną co kiedyś.

Momenty pisania to były chwile wylewania wielkich ilości łez. Wraz z rozpoczęciem pracy nad książką zaczęłam płakać, pozwoliłam sobie na płacz – tak jak nigdy, bo wcześniej nie chciałam okazywać uczuć samej sobie, tłumiłam je. Niegdyś, w którymś momencie wbiłam sobie do głowy, że muszę wyzbyć się wszelkiej wrażliwości w stosunku do samej siebie. I choć tak bardzo chciałam pisać, to strasznie się bałam. Taka stuprocentowa kobieta – chciałabym, ale tak naprawdę nie wiem, czy chcę; bo co powiedzą inni, czy ktoś mnie wysłucha, zechce przeczytać moje słowa?

Uczucia, które pojawiały się we mnie na początku, kiedy brałam do rąk laptopa, to gniew, żal i złość, a może i rozczarowanie. I chociaż niektórym powiedziałam „wybaczam”, to i tak wręczę im do przeczytania książkę z dedykacją. Wielu członków mojej rodziny może nie być zachwyconych tym, co tu jest napisane. Cholernie trudno się to pisze, dlatego pragnę, by chociaż spróbowali mnie zrozumieć.

 

Taki mały aforyzm odnośnie do chęci spełnienia własnych marzeń: Czas, który spędzamy, siedząc na kiblu z telefonem w ręku, równa się ilości marzeń, które moglibyśmy już zaliczyć do zrealizowanych.

Mam serdecznie dość tych chwil, podczas których w gronie rodzinnym zaczynają się wspomnienia z przeszłości i ktoś wtrąca zdanie o moim „ojcu” – jak to dbał o nas i kochał, gdy mieszkali z matką na wsi, nad dziadkami. Czuję wówczas, jak zmienia się kolor mojej twarzy i serce zaczyna mi bić szybciej, umysł z kolei zaczyna na jawie odtwarzać film z przeszłości, bardzo niefajny film…

Czasami, kiedy oglądam Trudne sprawy, to tak sobie myślę, że gdybym miała napisać scenariusz na podstawie mojego życia, to zrobiłaby się z tego druga Moda na sukces, tyle tego wszystkiego było. Miłości w mojej rodzinie było i jest jak na lekarstwo, kontakty rodzinne – nadzwyczaj oschłe, delikatnie mówiąc. Z boku przypomina to wieczną wojenkę, która nie ma jednej przyczyny, ponieważ wokół unosi się widmo tajemnicy. Jedyne, co wiem, to to, że większość siniaków i złych decyzji wynikała z metody wychowania, jaka przez lata funkcjonowała w mojej rodzinie. Dlatego też nikt jakoś nie starał się zakończyć koszmaru, który zgotowała mi mama i jej dwóch mężów.

Matka balowała i pracowała w najstarszym zawodzie świata. Chyba sama nie wiedziała, co ma zrobić z własnym życiem, a co dopiero z życiem swoich dzieci. Nie wątpię, że w tamtych czasach o pomoc kobiecie, która się pogubiła, było o wiele trudniej niż dzisiaj. Jednak błąd, który popełniała najczęściej, czyli podrzucanie innym mnie i brata na bardzo długi czas, sprawił, że sama pozbawiła się możliwości więzi z nami. Oczywiście później wracała do nas – po jakichś kilkunastu miesiącach. Wyglądało to tak, jakby samotne dostawanie w twarz już nie było takie fajne.

Zastanawiam się, jak mam w ogóle pisać o kimś, kto pozwalał, by dzieci na jej oczach były bite kablami i pasem, stały godzinami i były ciągnięte za włosy po podłodze – no jak mam o tym pisać?! Nie wybaczę wielu sytuacji, nie odzyskam wielu lat, straciłam bardzo dużo i chcę, by moja matka i członkowie mojej całej rodziny zrozumieli, że winni są wszyscy tak samo, ponieważ każdy doskonale wiedział, co dzieje się za ścianą, nie było to tajemnicą.

Po jakimś czasie nagle zniknął z mojego życia mój brat – do tej pory nie poznałam o nim całej prawdy.

To, o co mam do matki największy żal, to o te wakacje dawno temu, podczas których poznałam ojca, ale nie był to tata z bajki, taki, który broni swej córeczki. Poznałam ojca pedofila, który zmienił moje życie w koszmar, a moją głowę w mielonkę. Rodzina? Oni nadal tę sprawę traktują jak zagadkę – coś w stylu: czy Iluminaci chcą opanować naszą planetę. I chyba im tego nigdy nie wybaczę. Te dwa wakacyjne miesiące zniszczyły wszystko, co wiązało się z dzieciństwem i niewinnością. Oni obrócili moje życie w gruzy i nie przeprosili, nawet nie starają się mnie zrozumieć… Nie potrafię znienawidzić matki, bo serce mi mówi, że nadal ją kocham – mimo wszystko – i tylko dlatego staram się utrzymywać z nią kontakt.

Misja, z jaką wyruszyłam, to chęć pokazania moim dzieciom i wam wszystkim, że to, jak złe karty nam rozdaje życie czy nawet rodzina i znajomi, to jedno, ale to, jakie sami je sobie fundujemy, to zupełnie co innego.

Wszyscy żyli, jakby się absolutnie nic nie stało. Wciąż byłam podrzucana innym przez matkę. W pewnym jednak momencie dostałam szansę na normalne życie – u ciotki. Lecz ciocia stwierdziła, że nie odbierze siostrze dziecka. Troszkę dziwne podejście, zważywszy na to, że wiedziała, co to dziecko przeżywa. Ja zdecydowanie wolałabym uratować siostrzenicę z koszmaru, niż oddawać ją siostrze, która jej nie kocha. Faktem jest, że to od owej cioci otrzymałam najwięcej miłości, więc tym bardziej nie rozumiem, jak przez długie lata mogła spokojnie patrzeć na mój ból i cierpienie… Z drugiej strony cała rodzina nie robiła nic, by mi pomóc. Zgłaszać na policję swoich najbliższych? No jak tak można?! Co sąsiedzi powiedzą? A potem się dziwić, że martwe dzieci się w lasach znajduje, podczas gdy wszyscy inni nic nie widzą i nic nie słyszą…

Moja rodzina jest dla mnie jak wielki, biały, ropiejący syf – zbiera się, pęcznieje, aż wybucha i wszyscy zalewają się kłamstwem. Najmniej żalu mam do wspomnianej cioci, mimo że niepotrzebnie dała matce szansę – jednak najwięcej w niej empatii i dobra. I to nie jest tak, że mówiąc „rodzina”, mam na myśli wszystkich – oni dobrze wiedzą, o kim mowa; zmuszam ich tu do rachunku sumienia. To taka forma rozmowy, na którą nigdy nie mogłam liczyć, chociaż bardzo chciałam, żeby się odbyła, ale nikt nigdy, prócz mnie, nie widział sensu jej przeprowadzenia, bo przecież po co mówić o czymś, co niczego nie zmieni, lepiej zapomnieć i żyć dalej. Największy żal – pomijając matkę – mam do mojej babci, z którą kontakty do dziś są skomplikowane, a raczej nie ma ich wcale. Zawsze twierdziła, że nie jestem taka, jak powinnam. Bez skrępowania gadała na moją matkę w mojej obecności i tak samo gadała na mnie, mimo że zawsze wszystko słyszałam. Mówiła, że co nie zrobię, to jest źle, że nie jestem jak inne dziewczynki, iż są ze mną ciągle problemy, jestem niegrzeczna i tak dalej. Dlatego nie lubię spędzać świąt, urodzin i innych imprez tam, gdzie ona, bo jeśli to ma miejsce, to tylko czekam, aż znów powie, co robię nie tak.

To smutne, bo choć czasami myślę i mówię, jak bardzo głęboko mam w dupie opinie innych, to i tak chciałabym czuć w rodzinnym domu wsparcie i mieć przekonanie, że mogę być tam sobą. Tak jednak nie jest i nigdy nie będzie. Nie zgadzam się z tym, że na własne życzenie moi bliscy niszczą sobie zdrowie alkoholem. Oni nie uważają picia za coś złego i twierdzą, że to ja jak zwykle przesadzam. Ogólnie w mojej rodzinie pokutuje przekonanie, że skoro nie piję, nie palę, nie jestem krawcową, ekspedientką i nie zarabiam pięciu tysięcy co miesiąc, to jestem skazana na porażkę. Cokolwiek w życiu bym nie zaczęła, dla nich to jest nudne i bezsensowne, bo nie ma z tego pieniędzy. Totalnie zapomnieli, że kiedyś sami groszem nie śmierdzieli, a teraz, zamiast inwestować w siebie i w dom tak na sto procent, to oszczędzają na wszystkim, ale nie na litrach alkoholu, które każdego dnia wlewają w swoje gardła. Zawsze mają najwięcej do powiedzenia, ale innych nie słuchają wcale. Chcą mieć coś dla siebie – i to się chwali, bo wreszcie mają taką możliwość, lecz popadają w alkoholizm i sami nawet nie zdają sobie z tego sprawy.

Ja nie mam siły słuchać, że w życiu można odmawiać sobie wszystkiego. I choć bardzo kocham ciocię i wujka, to czasami strasznie mnie zawodzą, bo przecież mówili wcześniej co innego i dawali inny przykład, zwłaszcza że wiedzą, że moja mama jest alkoholiczką i nie może pić. No bo czasami to nie ten dzień, nie to miejsce – i emocje niekiedy potrafią wrócić nie z taką energią, jak powinny. To tak, jakby jedyne, co miałyby do zaofiarowania, to skromny procent. Nigdy tak u mnie nie było, jakby ktoś podmienił mi rodzinę – już nie ma żartów, nie ma już uśmiechów, jak gdyby nagle życie nabrało tylko szarych barw, zaś marzenia, pragnienia i ciepło stały się czymś zupełnie bez sensu.

Ten dzień…

Pamiętam dzień, w którym zmieniło się wszystko. Siostra mojej matki postanowiła, że faktycznie tak być dłużej nie może. I choć nie żyję z nią zbyt dobrze, bo nigdy tak naprawdę nie miałam okazji z nią szczerze, od serca porozmawiać, to jestem jej cholernie wdzięczna, bo bez wątpienia URATOWAŁA MI ŻYCIE. Pod nieobecność rodziców zabrała mnie z mieszkania, gdzie byłam jak zwykle sama, biorąc przy okazji list, w którym moja matka przyznała się do tego, że doskonale wie, iż jej drugi mąż znęca się nade mną fizycznie. Ja już potrafiłam wtedy czytać, więc wiem, co tam było napisane – i kiedy go czytałam, było mi bardzo smutno, bo gdyby on, drugi mąż mamy, zobaczył ten list, dostałabym jeszcze mocniej, zresztą moja matka też.

Jest jeszcze jedna osoba, której jestem ogromnie wdzięczna za pomoc – to ktoś, kto chciał uratować moją matkę z domu publicznego, dostrzegł w niej coś, co przekonało go, że warto zaryzykować. Miałam okazję spotkać go wcześniej, kiedy próbował zaprzyjaźnić się z mężem mojej matki, żeby lepiej go poznać. Jestem pewna, że był to przemyślany plan, który zrodził się kilka miesięcy wcześniej. Wiem, to brzmi jak historia wyssana z palca, ale gwarantuję wam, że to prawda. Oddałabym wszystko, co mam, by te straszne wydarzenia były jedynie snem i wielkim kłamstwem, iluzją.

Znajdowałam się pod blokiem. Czekałam, aż po wszystkim zjawi się matka i jej mąż. Stał tam też duży policyjny radiowóz. Policjanci obiecali, że mama zaraz ze mną będzie, wszyscy przekonywali, że ona mnie bardzo kocha i że wróci do mnie, bo wreszcie nic jej nie będzie groziło. Weszli na górę i zaczęli pukać do drzwi naszego mieszkania, mówili, że wszystko już jest dobrze, że wiedzą, gdzie ja, czyli jej córka, jestem i ją do mnie zabiorą. Oznajmili: „Niech się pani już nie boi, pomożemy, po to tu jesteśmy. Pani córka już jest bezpieczna, pani również udzielimy pomocy”. Po kilku minutach policjanci zeszli na dół i powiedzieli coś do przyjaciela mojej matki – ten wrócił do auta, w którym siedziałam, i ruszyliśmy. Miałam dziewięć lat, gdy za plecami znikała moja straszna przeszłość, a z nią, jak mi się wydawało, moja matka, która przecież miała do mnie wyjść. O niczym wtedy bardziej nie marzyłam, jak o tym, by wybiegła z klatki z szeroko otwartymi ramionami, przytulając mnie mocno, mówiąc, jak bardzo mnie kocha i obiecuje, że będziemy już zawsze razem.

Kurwa, zamiast tego znowu nic nie wiedziałam. Przecież wszyscy byli tacy pewni, tacy przekonani, że ona wyjdzie z tego mieszkania i wybierze mnie, swoją najbliższą rodzinę. A ona mnie zostawiła, wybrała potwora. Czy naprawdę podobało jej się życie u jego boku? Czy za mało lat już straciła? Niczego się nie nauczyła!? Tak wiele pytań miałam w głowie i tak bardzo się bałam. Nie raz byłam w domach dziecka, jednak w tamtym momencie nie wiedziałam zupełnie nic. A przecież miało być inaczej.

Zostałam odwieziona do ośrodka opiekuńczo-wychowawczego, za którego ścianą znajdował się poprawczak, skąd łacina leciała taka, że głowa mała, szok! Nie wiedziałam, jak długo tam będę. Bałam się, bo po kilku minutach zostałam tam sama, bez ani jednej znanej mi osoby. Panie tam pracujące nie były aż takie złe, no, może oprócz jednej, dzieci były za to bardzo rozmowne i ciekawe, dlaczego przyjechałam, gdzie moja mama, tata, czy mam rodzeństwo i tym podobne. Lawina pytań ogłuszała mnie i coraz bardziej zamykałam się w sobie, potrzebowałam czasu. Jednak to nie był koncert życzeń. Moja torba z ubraniami nie była zbyt duża, zostałam zaprowadzona do pokoju, pokazano mi łóżko i został przekazany mi cały plan i rozkład dnia. Była tam szkoła; zajęcia co prawda zupełnie inne, bo w klasach łączonych, na przykład trzecia z czwartą i piątą. Każdy miał wyznaczone obowiązki do wykonania. Dzieci powiedziały mi, żebym była grzeczna, bo jedna z pań nie lubi nieposłuszeństwa. Ja jednak cały czas czekałam na mamę, chciałam, by mnie odwiedziła, a jeśli nie ona, to może ciocia albo chociaż babcia.

Po jakimś czasie spełniło się moje małe marzenie – zjawiła się mama. Zauważywszy u niej siniaka na twarzy i rękę zawiniętą w bandaż, odsunęłam się od niej, by sprawdzić, czy chociaż raz powie prawdę. Zapytałam: „Co ci się stało, mamusiu?”. „Nic, kochanie, spadłam ze schodów”.

Kłamała, jak zwykle… To był taki moment, w którym nie czułam się z nią bezpiecznie.

Spędziłam cztery miesiące w tym ośrodku i poza wieloma sytuacjami, o których chciałabym zapomnieć, to zdarzały się też cudowne chwile beztroski – na przykład na śniegu czy na jarmarku. To tam kupiłam mojej mamie prezent, pięknego szklanego aniołka na choinkę. Miłość dziecka do matki jest w stanie znieść naprawdę wiele. Ja, mimo że tak bardzo bałam się każdego z nią spotkania, czułam ciepło w sercu, gdy wiedziałam, że znów ją zobaczę – choć przychodziła bardzo rzadko.

Dowiedziałam się pewnego dnia, że prawdopodobnie niedługo odbędzie się sprawa w sądzie i od niej zależy, co się dalej ze mną stanie. Rozwiązań nie było zbyt wiele: albo dom dziecka, albo powrót do mamy. Bałam się jednego i drugiego. Dom dziecka nie kojarzył mi się z ciepłem i miłością, ale z drugiej strony – do mamy…? Nie wierzyłam, że się zmieniła, nie chciałam być znowu bita, ja pragnęłam normalności, mieć koleżanki, szkołę, lekcje, poczucie, że ktoś mi pomoże i mnie wysłucha, gdy chciałabym porozmawiać.

 

Informacje o przebiegu sprawy otrzymywałam od jednej z pań w ośrodku. Mówiła, że będzie dobrze, przekazywała, że moja mama, jeśli tylko obieca, iż się zmieni, to dostanie szansę i wrócę do niej, a wtedy na pewno wszystko się ułoży. Ach, żeby ta pani tylko wiedziała, jak bardzo chciałam, aby było dobrze. W końcu, po jakimś czasie przyjechała mama i przekazała mi osobiście, że prawdopodobnie sąd pozwoli, bym wróciła do domu. Niewiele jednak czuć było w tym przekazie miłości, choć sam czyn, jak by nie patrzeć, świadczył o matczynej trosce. Mnie najbardziej brakowało tego, czego zwykle nie otrzymywałam – uczucia i wsparcia, bo słów miałam aż nadto.

Były święta. Chociaż ich część spędziłam w ośrodku i było naprawdę cudownie, to dostałam nareszcie przepustkę – nadszedł dzień, w którym okazało się, że mogłam już za chwilę wrócić do domu. Na szczęście do zupełnie nowego miejsca, a i nowy przyjaciel mamy był wreszcie normalny. Szkoda tylko, że miał żonę, a matka była na doczepkę. Zatem nowa szkoła, nowe wszystko i… tak, tak, nowe problemy.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?