Ogień przy drodzeTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tadeusz Zubiński
OGIEŃ PRZY DRODZE


Zysk i S-ka Wydawnictwo

Ze stu królików nigdy nie stworzy się konia,

ze stu poszlak nigdy nie stworzy się dowodu.

Fiodor Dostojewski

SIERPIEŃ 1939

Z rozległego niegdyś lasu, puszczy pradawnej, zachował się chyba cudem — ale każdy głupi wie, że nie ma przecież cudów ot tak, na zawołanie, jest za to wola boska — jako znak i na pamiątkę oraz jako świadek oskarżenia. Ten wyniosły buk, samotnik i pielgrzym w czasie. Ten buk był dla miejscowych święty i straszny zarazem, za taki uchodził, a chłopi, zarówno katolicy, jak i prawosławni, unici, lud tutejszy, ba, co więcej, nawet ci starozakonni lękali się go niczym głęboko skrywanego własnego nieczystego sumienia. Ten buk potrafił pamiętać i mścić się okrutnie, tak jak potrafi „tutejszy człowiek”. Mimo to, a może właśnie dlatego, nigdy nie poraził go piorun, choć wyczerpywał wszelkie naukowe przesłanki, ażeby tak się właśnie stało. Żaden człowiek miejscowy ani furmanki, ani konia pod tym bukiem obciążonym złą pamięcią nie postawiłby. Nawet w skwarny szczyt białego lipcowego dnia. O zło się, człowieku, nie dopraszaj, hardego kułaka mu przed oczy nie podstawiaj, chyba żeś durak albo już bardziej umarły. Powiadało się o nim — ten buk, to szczególne drzewo — znak pokutny, wyrzut sumienia — dość, ani słowa ponadto, wszyscy wiedzieli, który i gdzie stoi. Gdzieś blisko, a może pod nim samym, krwawy mściciel ludu tutejszego Gonta podczas koliszczyzny ukrył skarb, gdy powracał z krwawej rzezi panów braci szlachty czy Żydów w Lisiance, bądź w pobliskiej Rudawce Makarowie. Gonta — okrutnik i mściciel, ten słynny i straszny Iwan Gonta, niegdyś Kozak w służbie panów Potockich, buntownik, postrach i rzeźnik polskiej szlachty, mściwy miecz boży ukraińskiego narodu, ten, który na niewyobrażalnych mękach zakończył krnąbrne życie, ale co sobie pohulał, to pohulał, co szlacheckiej krwi utoczył, to utoczył. Wszyscy tutejsi o skarbie wiedzieli, ale nikt nie ośmielił się go szukać, przeklętego skarbu ociekającego krwią pomordowanych. Owe potoczne przeświadczenie udzieliło się także Łukaszowi Winnickiemu, nauczycielowi historii i języka polskiego w szkole powszechnej w Rudawce, miasteczku szczególnie umiłowanym przez pamięć. Kiedy zdarzało się, że okoliczności przymusiły go do powrotu do domu drogą obok buka Gonty, drzewa złej sławy, naumyślnie nadkładał drogi. Obchodził go szerokim łukiem, brudząc buty, a często i nogawki, poprzez szpakowacizny piołunu i burego rdestu rozdeptanego racicami kóz. Powracał do swego małego domku, drewnianego, czteroizbowego, krytego blachą umaczaną już w zielonym pluszu mchu. Domek okiennice miał przyjaźnie zielone i zwykłą w tych stronach werandkę, której słupy pokryte były gęstym ornamentem dzikiego wina, na której niepomalowaną podłogę wychodził Łukasz wieczorem, aby wypalić przy dobrej pogodzie ostatniego papierosa. Plamy cienia leniwie układały się na deskach. Jego domek smętniał, ale był to miły smuteczek, pod topolami i brzózką jedynaczką. Przyczepiony do brudnożółtej wstążki gościńca kluczącego wśród płowych garbów i pęcherzy czarnej urodzajnej ziemi. Gościniec obiegały brzózki samosiejki i krnąbrne jałowce. Domek Winnickich, cokolwiek kieszonkowy, przycupnął pokornie na końcu polskiej osadniczej wsi, nazwanej, co jest istotne, na cześć mężnego polskiego generała — Hallerówką. Za domkiem, ot, jak u ludzi tutejszych, piętrzyła się ponad bzami szopka z okrąglaków, na opał i narzędzia odpowiednia, następnie koziarnia, wedle nazewnictwa centralnopolskiego, nowoczesna, z czerwonej cegły z miejscowej cegielni. Tudzież, w pewnym oddaleniu, ściśle kresowy świren, czyli paszarnia. W obórce, czyli koziarni, zamiast jak u innych krowy, pobrykiwały zadziorne kózki, użytkowniczki artystycznej natury, gdyż merdają uciesznie bródkami jak awangardowi malarze pędzlami. U wejścia do koziarni, na belce wisiał sczerniały szkielet nietoperza, tkwił w tym miejscu celowo, ażeby odstraszyć zło, zwłaszcza te ciemne moce napędzające duszności, które mógłby się imać chudoby. Reszta dobytku, ot mizeria, taka wyliczanka: parę kurek nadzorowanych przez dzielnego koguta paradującego w modrym kubraczku, kot z białym uchem, bardziej gość niż domownik, schludny warzywnik, i to wystarczało na te pierwsze domowe potrzeby. Przed domkiem piętrzyła się łacha piasku, za pierwszą druga — żwiru, bardziej połyskliwa, jakby zlewana tłustą wodą. Obie przygotowane na utwardzenie płowego gościńca, który miał się przemienić w regularną drogę wiodącą do sąsiedniej, zasobnej ukraińskiej wsi — Tuzubiniec, która, jak się sądziło, tężała od nienawiści do polskiej władzy, a polska władza nie zawsze szanowała ludzi i rozumiała praw tej ziemi.

Z Tuzubiniec wywodziła się żona Winnickiego — Aleksandra, która teraz bardziej udawała, że gniewa się z powodu niefrasobliwie utytłanego mięsistym błotem, podbitego kozim łajnem obuwia męża.

Już w sieni Winnicki, posapując z zadowolenia, zzuwał buty. Z rozwagą postawił je na drewnianej kratce zbierającej błoto, nie chciał flejtuszyć ponad normę. Zwykle, prawie zawsze, kiedy przechodził koło złowróżbnego drzewa, przynosił żonie kwiatki z pól. Ot, taki inteligencki odruch. Aleksandra, bujna i wyniosła, dumnej urody, w której miesza się ciepły, wiecznie aromatyczny oddech Czarnomorza i siność rozległych pól, sytego, tuż za miedzą, złotopszenicznego Wołynia, przyjmowała te kwiatki ze słodyczą młodej, czystej dziewczyny. Wówczas Winnicki popadał w dziwne zakłopotanie i jadł obiad jak żołnierz na poligonie, z oczami utkwionymi w talerz. Ich jedyne dziecko, już młodzian prawie, bo licealista, Wiktor, nic z tych zawiłości między rodzicami jeszcze nie rozumiał, ale wyczuwał coś wyjątkowo intymnego, co łączy, ale jednocześnie dystansuje tych dwoje ludzi. Wiktor, takie imię oboje wybrali, specjalnie, na dobrą wróżbę, to wywodzące się z antyku imię, neutralne, miało ich troje jeszcze mocniej połączyć. Jego, Polaka, nauczyciela, ledwie co nasłańca (dla tych stąd, co znaczyło te gwałtowne i piękne siedemnaście lat) rodem z Gór Świętokrzyskich, i ją, miejscową, córkę ukraińskiego mleczarza aktywisty, Semeniuka, który poległ za cara w pierwszym roku Wielkiej Wojny w lasach wschodniopruskich, ale nim poległ, zdążył założyć pierwszą ukraińską mleczarską kooperatywę w okolicy. Poległ na północnej ziemi czerwonych rycerskich zamków, krystalicznych, cichych jezior. Dziwne obroty losów, czy nie powinien złożyć swoich kości tu, gdzie schodzi się Wołyń z Podolem i spala się w jedno ciało ziemi, na której każda sprzeczka, nawet grymas, burknięcie może przerodzić się w rzeź, każdy płomyczek niepokoju w pożogę nienawiści, a klątwa długiej i dobrej pamięci jest zarzewiem pożaru.

Łukasz, pionier i rewindykant, z nakazem pracy przyjechał do Rudawki, aby nauczać historii Piastów i Jagiellonów, wierszy Mickiewicza rusińskie, polskie, żydowskie i czeskie dzieci (tak mówiono, ale jakoś czeskich się w swej dziatwie nie doliczył, przynajmniej jak dotąd). Spotkał i zauroczył się na tołkuczce, przy straganie z arbuzami, w pięknej Oli, jedynaczce od Semeniuków, córce znacznie gospodarskiej — jak się z uznaniem mawiało. To było tak porażające doznanie, tak jakby poczuł pulsującą krew — ukrop w wargach, jakby raptownie i nieostrożnie dotknął brzegu kubka z wrzątkiem, jakby ktoś od środka zadławił go żelazną dłonią, jakby sam z siebie uraził się czymś nadzwyczaj ostrym i kąśliwym, jakąś ością piekącej namiętności ugodził się w samo nagie, bezbronne serce.

A był to czas szczególnie bujny i duszny, występny także w całej naturze. Polacy powiadają, że to czas babiego lata, Rosjanie, że to czas błogosławiony, bo pora Wniebowzięcia Matki Boskiej — Uspienije — przepiękne dnie i równie kuszące noce sunęły ponętną kawalkadą jak panny w korowodzie tanecznym, ćmił srebrzystym błękitem schyłek wrześniowego lata, pomarszczone złoto wypełzało na obłoczki, wrzos mężnie pęczniał od szaleńczej orgii i fioletów na ugorach, brzozowe listki stawały się niemal przezroczyste, powietrze zgęstniało i było uroczyście kryształowe. Pora odlotów i pożegnań, gdy dzikie gęsi przeciągle uskarżały się, podskubując sine i seledynowe chmury. Szła smukła, powiewna, do wonnej, białej brzozy podobna, o wargach purpurowych i oczach jak rozpalone ciemnoorzechowym ogniem węgle. Ona nie zwróciła na niego — przynajmniej tak twierdziła — najmniejszej uwagi, on zaś chłonął całym swym jestestwem, mocą i żarem swych dwudziestu paru młodych lat pejzaż jej niewinnie okrutnych powabów: jej drobne piersi połyskujące pod obcisłą bluzeczką, szczupłą talię, linię bioder, słodką jasność cery. Białe ząbki jak srebrne ostrogi błyszczały, kiedy się uśmiechała, a małe dołeczki pojawiały się na policzkach i znikały płochliwie za każdym poruszeniem warg z wprost dziecięcą swobodą.

Od tamtego porażenia miłosnego spać spokojnie nie mógł. Do zgody przyszło im łatwo, byli młodzi i bardzo w sobie zakochani. Ich małżeństwo przez krewnych z obu stron odebrane zostało jako rodzaj zdrady, a co najmniej buntu, ponadto strona polska uznała je za dziwactwo, a strona ukraińska za szaleństwo, jeśli nie coś gorszego.

Musiało upłynąć trochę czasu, zanim się sprawa uładziła, zanim strony przywykły do siebie. Dla Łukasza trwało to dłużej, wtedy Winnicki nie jeździł do swoich jakieś parę lat, dom rodzinny jawił się mu mgławicą, a z niej raz po raz wynurzali się, zatwardziali w nieświadomości tego, co się tutaj dzieje, ludzie, których on coraz bardziej zapominał i z którymi, w to ufał głęboko, miał coraz mniej wspólnego. Owszem, zwyczajowo, raz, koło Nowego Roku, on i tamci wymieniali kartki z życzeniami, ot, przy okazji kolejnych świąt, napędzając w ten sposób spiralę oddalenia. Ich życzenia, które nadchodziły w rewanżu, niczego cieplejszego nie wnosiły. Z zażenowaniem spostrzegł, że wioną coraz bardziej chłodem i odstręczają najdalszą podróżą. Zasępił się — piszą jak z łaski, jakby pisali do oficjalisty, piszą, bo wypada, aby zepchnąć zobowiązanie, może przymuszają jakiegoś dzieciaka, niech się wprawia, oni sami co najwyżej z łaski zaparafują. Potem z lekkim obrzydzeniem wychodzą na podwórko, na to samo, na które wychodzili ich dziadowie i ojcowie od jakichś dwustu pięćdziesięciu lat. Zgadywał ich reakcje — więc powoli zapalą papieroska, powoli wciągną haust zimnego, świętokrzyskiego powietrza i albo pomyślą, albo powiedzą, też powoli, bo powolny jest z natury samej ten narodek — świętokrzyskich górali: „No tak, rodzino kochana, to mamy spokój z kuzynkiem Łukaszem, na jakiś czas przynajmniej, do następnego Bożego Narodzenia, a może do tego czasu kark sobie skręci, bo głupich nie sieją, zachciało mu się w świat wyrywać!”.

 

Racja w tym i była, bo tak po prawdzie co on, tutaj siedzący, ma dziś po tylu latach wspólnego z jakimś Janem kolejarzem, który ożenił się z dalszą kuzynką, „oni są te piąte dzieci”[1] — zastrzegali, Danutką (już Danuta napisać po ludzku nie łaska, po szczebiotać muszą). Nawet na ślubnym zdjęciu ów Jan — kolejarz, z awansami na dyżurnego ruchu na stacji we Wrzosowie, prezentuje się bardziej na ponurego Niemca albo zmęczonego daleką podróżą Turka niźli na kogoś z rodziny. Tak się złożyło, iż co niektórzy tutejsi Ukraińcy wydawali mu się tak „na ogląd” bardziej polscy od niego samego. Dla tamtych Winnickich stawał się mitycznym i lekko zbzikowanym kuzynem Łukaszem, który odbił się od stada i znarowił. Szalony, kto go tam zrozumie, wiadomo, kto na Kresy z matecznika polskości ucieka: aferzyści albo stuknięci, no chyba że nakaz pracy taki dostanie, ale się przecież powraca na ojczyste łono. Na takie myśli Łukasz żachnął się: „Co oni tam o naszym życiu tutaj wiedzą”. Podole, jakie jest Podole, kraina nadmiaru i przesytu. Sfera barokowego zła, żarliwego słońca, demonicznej urody kobiet, najwspanialej plonującej na świecie pszenicy, skwarów, upałów, siarczystych mrozów, burz, muzyki, samogonu, krwi przelanej, kurhanów i zbielałych czaszek. Kolorów i barw tak nasyconych emocjami, że aż agresywnych, jak zieleń w odcieniu groszkowym lub szorstkiej świeżości igieł młodej sosny, żółci w odcieniu żółtka lub ciepłoty mauretańskiego muru, czerwieni w odcieniu jasnego mahoniu albo truskawki. I ten powszechny erotyzm krajobrazu, choćby te pagórki, wierzchołki łagodnym i słodkim kształtem przypominające piersi dojrzałej kobiety nabrzmiałe mlekiem, jak im to przekazać, jak opowiedzieć, jakie znaleźć najtrafniejsze porównania. Ale jednego dokonał, pewnego zaboru kulinarnego i na tę żyzną ziemię, no przesada, nie całą wszak, ale do ich domu, ich kuchni skutecznie zaprowadził najbardziej popularną na Kielecczyźnie zupę, rodzaj żuru, nazywaną zalewajką. Jej rubaszna nazwa wywodzi się od sposobu przygotowania owej pożywnej potrawy biednych ludzi. Kolejność bowiem czynności, według dawnych receptur, jest następująca: otóż ugotowane, pokrojone w kostkę kartofle, z których nie odlewa się wody, zalewało się białym barszczem. Można było dodać, ale niekoniecznie, gdyż tutaj nie obowiązuje pełna kulinarna ortodoksja, tak jak przy innych rodzajach żuru, łyżkę słodkiej śmietany, parę talarków kiełbasy lub boczku, rzadziej jajek, częściej cebulę lub grzyby i skwarki ze słoniny, te ostatnie prawie koniecznie, no i listek bobkowy.

Pomyślał: „Albo ta moja Aleksandra, jej włosy, czule ciepły kasztan, w otwartym pejzażu stają się jaśniejsze, jakby nasłonecznione bardziej niż całe otoczenie i także jakby przetkane miodem. Jej oczy czarne i wiecznie wilgotne, niosące oskarżenie lub zapowiedź tragedii, ona nie jest w stanie przeżywać niczego na zimno, z kalkulacją”.

— Przechodziłeś obok starego cmentarza? Dlaczego to zrobiłeś, przecież wiesz, że się boję, gdy sam tam chodzisz — zapytała i badawczo ściągnęła granatowe brwi.

Skończył obiad, więc mogła się wygadać. Jej piersi niezbyt duże, ale i tak mało dyskretne, pociągająco zadrgały pod lnianą bluzką. One, jej piersi, cudo — ktoś, już nie warto pamiętać, dureń przecież i cham, ale i bystrzak, po kieliszku wysapał mu wprost do ucha: „O, Jezusku, ale ta twoja ma cycki jak dwie fregaty pod pełnymi żaglami prujące”.

— Tak, ale widziałem, że tam dużo ludzi się kręciło, furmanka szmaciarza jeździła, w dzień nic złego się nie dzieje — przyznał się i uspokajał swoją żonę. Przechodził i widział nie tylko to, o czym mówił. Widział smukłe, zdziczałe tuje niczym odwrócone dogasające płomienie, w swej oziębłej zieleni przypominające spatynowane cyprysy. Na starym cmentarzyku cholerycznym, na którym nikogo teraz nie chowają od dawien dawna. Popatrzył tak, jakby pragnął we własnym, obfitym, wszechogarniającym ją spojrzeniu rozpuścić jej lęki. Ukraińska krew, śpiewna i zabobonna, już wyobrażam sobie te docinki kuzynów stamtąd. Ożeniłeś się z Horpyną, z czarownicą — powiedzieliby, jak to oni, ci, jego tam, w centralnej Polsce, znaczy się w Kongresówce — z lekką nie tyle pogardą, ale przyganą owszem. A niech im tam. Tylko czy Horpyna była kiedykolwiek taka piękna jak moja Aleksandra? On jeśli musiałby nazwać jednym słowem własny stan posiadania, powiedziałby jedno — sérénité.

— Ludzie znowu straszą wojną, Niemcy chcą na nas napaść, jak myślisz, czy to może się wydarzyć, znowu wojna, słyszałeś coś o tym? Może prezes Podkański wie coś więcej, nic ci nie mówi? Może warto go pociągnąć za język?

Ot, taka kobieca domowa chytrość, Winnicki spłukiwał pot z karku nad niebieską miednicą, woda mieniła się niczym jakaś tarcza.

— Co mówiłaś? Nie dosłyszałem. O co pytałaś? — Palcami rozcierał oczy, wyczuwał, że napuchły mu powieki, pewnie od ostrego słońca jarzącego w południe jak reflektor.

Już raz w tym roku zadała mu identyczne pytanie. To było w maju, po tej już słynnej i godnej mowie ministra Becka w Sejmie. Wówczas był wieczór, piękny, majowy, na czystym ciemnobłękitnym niebie wyroiły się tysiące gwiazd, tysiące, gdyż tyle mogło pochwycić ułomne ludzkie oko, pewnie są ich miliardy. Spadł na krótko, jak na wypalenie jednego papierosa, kłujący ciepły deszcz, jak to zdarza się w maju. Wiktor poszedł do rodziny, do Tuzubiniec, zostali sami. Dom nagrzany szemrał, w sadzie szeleściły gałęzie, otrząsały deszczową rosę.

— Ja osobiście nie jestem przekonany, że musi wybuchnąć wojna, ale strzeżonego Pan Bóg strzeże, to jakby coś się stało złego, to… — Chrząknął, powstał, ale tak jakby nie ciało, ale jakąś kłodę unosił, i z szuflady biurka wyjął kopertę ze starannie napisanym drukowanymi literami adresem — …Aber sicher ist sicher, uważaj, Olu, to, co ci powiem, jest bardzo ważne, weź to sobie głęboko do serca. To jest wyszykowany list do mojego kuzyna, nie znasz go osobiście, to zamożny dziwak z pożytecznymi znajomościami, także w stolicy, właściwie nie utrzymujemy z nim stosunków, ale tak się złożyło, że on jeden na pewno nie zawiedzie jakby co. Z innymi może być różnie. Wyprą się albo nie będą w stanie nic zrobić. Ten kuzyn, na którego liczę, stary kawaler, zamożny adwokat, nazywa się Tomasz Winnicki. Lokalizuje się przy ulicy Bodzentyńskiej w Kielcach, to ważna ulica, odchodzi od rynku, każdy ci wskaże, jak do niej dojść. Jakby co, powtarzam, musicie do niego walić jak w dym. Nie pytaj mnie już o nic, bardzo cię proszę, nie jestem prorokiem.

I posłuchała go, nie pytała o nic więcej, no może tylko, czy herbata dobrze naciągnęła.

*

Nagle, jakby to miało być przeczucie albo znak–przestroga czegoś okrutnie złego, zapowiedź ostatecznego rozstania z czymś tak bliskim, Łukasz przypomniał sobie postać owego kuzyna, ostatniej instancji, tylko jak Niemcy ruszą, to przecież bez sensu będzie pchać się w kierunku frontu, ale… o innej ewentualności bał się myśleć.

Naturalnie, jak prawie wszyscy w tamtych stronach, kuzyn Tomasz był zadowolony z siebie, nawet dumny, okazały i schludny po mieszczańsku, staromodny w garderobie i obejściu, skąpy w miarę. Nosił rudawą bródkę i okulary w złotej oprawie, takie oschle profesorskie, nawet oprawka do szkieł nazywała się, bodaj czy nie Alte Heidelberg (takim go zapamiętał Winnicki, pewnie się szczególnie nie zmienił, co najwyżej poddał swoistej hibernacji). W jego mętnych oczach świecił ten wodnisty, zgaszony blask, jaki tak często wyróżnia starych kawalerów wiodących żywot samotnika i średniego egoisty. Zalatywał lizolem, papierzyskiem, atramentem, słowem kancelarią, a od siebie starą skórą, tych woni nie przygasił nawet silny zapach nadużywanej lawendy. Nie wyglądał na artystę — raczej na dość konwencjonalnego urzędnika ambasady, banku lub ministerstwa, dbałego o nienaganny krój garnituru i powściągliwego w słowach. W sumie kuzyn Tomasz miał jedną pozytywną cechę, dotrzymywał danego słowa. A było tak: tuż po swoim ślubie Łukasz dla wyprostowania familijnych zawiłości (rejent nalegał, cóż, przepisy rzecz święta) wykosztował się, wybrał się do Kielc. Po wstępnych ceregielach, kiedy atmosfera już zelżała, na boku, w cztery oczy kuzyn Tomasz z tajemniczą miną zaprosił go do słynnej, w tamtejszej modzie, cukierni Royal braci Królów. Starzy kawalerowie, powszechnie znana prawda, nie lubią zapraszać do siebie; ale to może i lepiej. Przed laty, ale nie tak dawno, usiedli (bardzo przyjemny, kameralnie nastrojowy lokal) i zamówili kawę, koniak, mimo dosyć wczesnej pory, kuzyn Tomasz zasapał, to też charakteryzuje starych kawalerów, i grobowym głosem, może jak spod wody, oznajmił jak jakiś księgowy:

— Łukaszu miły, ja też nie pochwalam twojej decyzji, bezsprzecznie skoczyłeś, Łukaszu, na głęboką, nieznaną wodę, ale co się stało, to się stało, sakrament jest sakramentem, przypieczętowany na dobitkę dzieckiem — wstrzymał tok słów, nie oglądając się na Łukasza, wypił koniak i dokończył wywód, ale już z dozą pobłażliwości: — Dobra, nie ma co owijać w bawełnę, zdeklaruję się, jeśli bieda cię przyciśnie, walcie do mnie, ja wam rękę podam, no, skończyłem, nie wracajmy już więcej do tej kwestii — chrząknął, zaświeciły mu się oczy, czym zaskoczył Łukasza, taka impulsywność, zaordynował i kazał podać słynne tutejsze napoleonki.

— Walcie do niego jak w dym, on wam rękę poda — powtórzył po latach prawie te same słowa kuzyna Tomasza Aleksandrze.

Później już, kiedy opadło z nich napięcie bliższego kontaktu, kuzyni rozmawiali tak naprawdę o niczym, w cukierni był ruch, szurały odsuwane krzesełka, klienci wychodzili i wchodzili. Szczodre wonie mandarynek, limon, plasterków cytryny, zawiesisty aromat kawy, zapach powideł i ciasteczek mieszały się lukrowo z brzękiem spodeczków i chrzęstem łyżeczek. Zgrabne kelnereczki biegały, furkotały plisowanymi spódniczkami, migały zalotnie białymi podkolanówkami, demonstrując szyk prawie wiedeński — tak sobie ten szyk wiedeński wyobrażał.

Przeszklone drzwi chlapały rytmicznie białym światłem i gwarną ulicą. Z co drugą osobą kuzyn Tomasz wymieniał oszczędne pozdrowienie — nie tylko w tym lokalu był ewidentnie znaną osobą, ale i na mieście. Za każdym razem unosił się z krzesła jak kwoka z ciepłej grzędy. W ogóle był godnym uosobieniem prowincjonalnego dostatku i stabilności. Milczeli, zbywali się półsłówkami, właściwie szykowali się do wyjścia, kuzyn Tomasz głodnym kobiecych powabów wzrokiem szukał kelnerki. Właśnie wtedy weszła szybkim krokiem ona — piękna nieznajoma, zgrabna, ciemnoblond, jarząca się seksapilem dziewczyna, rozczarowana tym, co lub kogo zastała w cukierni, z lekką pogardą połączoną ze współczuciem cechującą ludzi doskonale pięknych wydęła mięsiste, wiśniowoczerwone wargi w prowokacyjny sposób, znudzona lepkimi spojrzeniami mężczyzn. Stojąc pod żyrandolem pośrodku sali, omiotła brązowymi oczami, odrobinę zagubiona, wszystkie stoliki, zmarszczyła czoło i palcem stuknęła się w policzek. Nieludzko dla dojrzałych mężczyzn kusząca. Tak, nie mam tu nic do roboty — zdecydowała, po czym zakręciła się na pięcie i wyszła wyprostowana falistym krokiem baletnicy. Szybująca na tych długich, niepokojących gazelich nogach, jako pokusa mająca jakieś dwadzieścia lat.

— Śliczna bestyjka, ty też zwróciłeś na nią uwagę, przyznaj się, kuzynie, miałeś chęć, aby się bliżej zaznajomić? W tym nie ma niczego wstydliwego — zastrzegał się kuzyn Tomasz, zmrużył żartobliwie oczy i uniósł kieliszek gdzieś tak pod granicę podbródka, cokolwiek filuternie.

— Piętnaście lat temu, owszem, wstałbym i poszedłbym za nią, dzisiaj mogę sobie zamarzyć taką synową — przyznał się Łukasz. Tego, czyli wyrazu oczu, nie dało się ukryć, ale mrowienie w karku owszem.

 

— Piętnaście lat temu, mówisz, ej, ja ci nie wierzę! Całkiem przecież nie skapcaniałeś, kuzynie — obruszył się kuzyn Tomasz.

*

Po kawie udali się na spacer po mieście, dużo rozmawiali. Miłe zaskoczenie. Okazało się, że kuzyn Tomasz jest bardzo oczytany, ostatnio zachwyca się Choromańskim, ta jego „Zazdrość i medycyna” — pierwsza europejska współczesna powieść polskiej literatury, ba, więcej niż forma znakomita, jeszcze jaka psychologia, a jaka wyrazista intryga, jakie emploi i erotyką dosmaczona, ale bez tej wulgarności — indyczył się, co więcej — deklarował, że zna się na współczesnej muzyce, ba, postępowy, bo gustuje w Szymanowskim. Co do literatury, to niech kuzyn sięgnie po Jassmonta[2], jako pisarz sam w sobie osobowość, ale, ostrzegam, nie jest to czytankowa lektura — zalecał z takim uśmieszkiem, jakby zdradzał pikantną tajemnicę.

Kuzyn elegant w całym blasku doskonałości prowincjonalnego rejenta roztaczał wciąż szczodrze woń lawendy, jak się uśmiechał, prezentując wypielęgnowane uzębienie, przypominał tym reklamę dentosanu, granatowe spodnie, oczy też miał takie bardziej granatowe, dopasowane, na jego marynarce kraciastej — kratka drobna — nie uświadczysz ani fałdki, ani bruzdy, ani zmarszczki.

— Sam gram, właściwie brzdąkam, na pianinie, oczywiście to czyste dyletanctwo, ale to taka moja cicha miłość — pochwalił się melancholijnie, dowiadując się, że Łukasz uczy Wiktora grać na pianinie. Skubnął się w policzek, poprawił szkła i wstąpili do cichej restauracji przy parku na coś w rodzaju późnego obiadu.

— Tutaj podają świetną solę, musisz spróbować — zachęcił kuzyn w sposób, który się wydał Łukaszowi cokolwiek natrętny.

Soli nie mieli, zamówili łososia i białe wino, potem był kawior, czarny oczywiście. Potem znów spacerowali do wczesnej nocy, gaworzyli przy miłej pogodzie, lampy w parku rozbryzgiwały pomarańczowe słoneczniki elektrycznego światła. Na ławce, pod platanem, tuliła się para zakochanych, on wyglądał na studenta, ona na biuralistkę, szczęśliwi młodzi ludzie.

Nieopodal rozprzestrzeniał się seledynowo staw literacki Żeromskiego, ten opisany w „Syzyfowych pracach”, lśnił ołowianą głębią, targany niespokojnymi cieniami jak ogromne, żarliwie zakochane czyjeś ciemno turkusowe oko. Jeszcze wyraziściej Łukasz zapamiętał noc, która nastąpiła po tym wieczorze. Żydowska noc, bajkowe posiniałe granatowe niebo przesiane gwiazdami jak srebrną rosą, ciemne obłoki buszowały niczym latające dywany. Na dachach cienie podskakiwały w kształcie niemej, klezmerskiej orkiestry. Snuły się koty, trzaskały zamykane okiennice, pachniało, tak, jemu pachniało, słodkawo, duszno i ostro: końskim łajnem. Grupa starych, brodatych Żydów chwiejących głowami i unoszących woskowate dłonie ponad szemrzącą chasydzkie legendy płytką rzeką, zgromadzona przy ogromnej jak pomnik wierzbie tkwiła jak postacie z żywego obrazu.

— Oho, starozakonni przymierzają się do Święta Trąbek — zauważył kuzyn Tomasz chłodno i rzeczowo jak antropolog. A potem ni stąd, ni zowąd zapytał, jak mu, czyli kuzynowi Łukaszowi, jest tam, na tej kresowej placówce. Czy bardzo ciężko się żyje? A jak sprawy narodowościowe się układają, czy ukraińskie zagrożenie jest takie realne, jak się tutaj — to znaczy w Kongresówce — uważa, i czy ogólnie da się wytrzymać? Więc on w tej samej tonacji skrótowo i żartobliwie mu odpowiedział — że człowiek nie sznurek i wszystko wytrzyma.

W tej części miasta zapachy i ciężkie wonie dolatywały takie rdzennie żydowskie i mocne, niemalże beduińskie: cebuli, oliwy, gęsiny, pergaminu, migdałowych ciasteczek, świec, skóry i korzeni. Za żywopłotem ujadał czyjś, a może bezpański, pies. Dzień potem miało miejsce jeszcze spotkanie z innym kuzynem, niejako mniejszego rzędu, bo ledwo z podkieleckiej wsi. Tamten, dziw i osobliwość swego rodzaju, gdyż urzędnik niższej rangi, ale z ambicjami literackimi, uniesiony już po pierwszych publikacjach, jakże prozatorsko smakował pamięć ojcowskiej fajki, matczynych krosien, zapachu końskiego gnoju, liści bobkowych, kminkowego chleba, poczerwieniałych od jałowcówki ojcowskich policzków, dygotu wozu — góry wonnego, aż do zawrotu głowy, siana, junackich pokrzykiwań furmanów, leśnych poziomek łapczywie zbieranych w wysokiej trawie, wiosennych kaczeńców przywabiających nad brzeg strumyka, który dla miejscowej populacji jawi się rzeką, smak chyłkiem wychylonego pierwszego w życiu kufelka owsianego piwa, zapach żywicy, smaki, wonie, obrazy, wszystkie te rustykalne powaby.

Oczywiście jakby inaczej można było, kuzyni pooprowadzali go po Kielcach reprezentacyjnych. Zaliczyli najelegantszą kawiarnię pana Smolińskiego — to tutaj rozgrywa się ta słynna scena umieszczona w dramie Zygmunta Nowakowskiego „Gałązka rozmarynu” — objaśniła półszeptem któraś z kuzynek, czy nie ta o mysiej twarzy uduchowionej ponad miarę i zasuszonej w celibacie mniszki?

Przespacerował się raz i drugi w asyście egzaltacji i ochów główną promenadą miasta, deptakiem — ulicą Sienkiewicza, zaszli na kawę sędziowską do cukierni pana Józefa Króla, zajrzeli do książnic Ungera i Łęskiego, zadumali się chwilę przed Żeromszczakiem, wieczorem przed kinem Cassino pogapili się na sznur lamp zawieszonych jak bajkowe paciorki, doliczyli się w mieście pięciu neonów. Samodzielnie przeszedł się spacerkiem opustoszałymi alejkami parku, po których myszkowały rude wiewiórki, dotarł do źródełka Biruty, oczami wyobraźni widział Marcina Borowicza siedzącego na ławce w oczekiwaniu na swą pierwszą miłość.

*

Tak to było, prawie minęło. Uśmiechnął się do wspomnień, dobrze, że Aleksandra zajęta, za dużo musiałby tłumaczyć.

Następnego dnia, w porze obiadu, Aleksandra nalewała zupę, biały barszcz na świętokrzyski sposób ugotowany. Nauczyła się gotować tak jak mąż przywykł w dzieciństwie. Jej te „importowane” potrawy zbyt słone i mało urozmaicone, „nie używają przypraw”, na początku nie smakowały, ale czas i miłość czynią smak zup i drugich dań bardziej wyrozumiałym.

— Rozpytywałam każdego, kogo spotkałam, o wojnę, ludzie mówią, że będzie. Nie mogę się w tym wszystkim rozeznać, błąkam się jak zamieć po stepie — skarżyła się naburmuszona niczym rozespane dziecko.

I jak to ona zmieszana wyjrzała na dwór. Górą, która jest wieczna, płynęły białożółte, piersiaste obłoki. Usiadła na krzesełku. Słup promieni słonecznych upleciony z tysiąca kolorów padał na jej zaróżowioną twarz. Mrużyła oczy, opuszczając czarne obwódki rzęs, była zmęczona.

Winnicki potarł policzek, miał silny zarost, aby przyzwoicie, jak nauczyciel, wyglądać przez cały czas, musiałby się golić dwa razy dziennie. I tak robił, kiedy spodziewał się w nocy miłości od swojej Aleksandry. Wczorajsze kwiatki, te, którymi ją obdarował, wstawiła w niebieski wazonik, tuż obok wazy z zupą. Szkoda, że dziś barszcz, lubiła przyglądać się, jak on łamie chleb. Godnie i bardzo przyjaźnie. Kapuśniak, zalewajkę, jarzynową jadł z chlebem, świętokrzyskim obyczajem, jak drwale lub Węgrzy.

A do popicia miał już tutejszy napitek: kwas brzozowy.

— Gdzie zapodział się Wiktor? — zapytał, wychylając się przez uchylone okno, potem coś długo mieszał w talerzu. Znowu na obiedzie zabrakło syna. Lepkie bzykanie zaniepokojonych much rozchodziło się promieniście.

— Poszedł do babci — odpowiedziała mu już z sieni, wkrótce zaczęło dochodzić postukiwanie siekanej zieleniny na karmę dla żywioły.

Do babci — znaczyło jedno: do babci ukraińskiej, znów poszedł na tamtą stronę. Winnicki trochę wmawiał sobie, że na wyrost lęka się tych wizyt. Bystry i dociekliwy Wiktorek z domu babci wywodził kłopotliwe pytania: „Tato, jak to jest, my jesteśmy Polakami, a dlaczego w naszych stronach wszystkie wioski wokół nas są ukraińskie, tylko nasza Hallerówka jest polska? A dlaczego nie ma wolnej Ukrainy, skoro jest wolna Polska?”. Lub: „Tato, powiedz mi, czy to prawda, że w Krakowie studzienną wodę sprzedają na szklanki?”.