Apteka w getcie krakowskimTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


© Copyright by Helena Pankiewicz, Kraków 1995

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, Kraków 1995, 2003

Tekst oparto na wydaniu:

T. Pankiewicz, Apteka w getcie krakowskim,

Wydawnictwo Literackie, Kraków 1995

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Elżbieta Totoń

REDAKTOR PROWADZĄCY: Anita Kasperek, Waldemar Popek

REDAKCJA: Bożena Korbut

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70 ISBN: 978-83-08-05328-7 Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Spis treści

Dedykacja

Od autora

Przedmowa do II wydania

ROZDZIAŁ I

ROZDZIAŁ II

ROZDZIAŁ III

ROZDZIAŁ IV

ROZDZIAŁ V

ROZDZIAŁ VI

Posłowie

Wyjaśnienie niektórych nazw i określeń

Wspomnienie moje poświęcam moim współpracownikom: mgr Irenie Droździkowskiej, mgr Helenie Krywaniuk, mgr Aurelii Danek-Czortowej, które przez cały czas istnienia getta krakowskiego z narażeniem życia niosły pomoc jego mieszkańcom.

Od autora

W chwili utworzenia „dzielnicy żydowskiej” stałem się nieoczekiwanie jej mieszkańcem, jako właściciel apteki „Pod Orłem” przy placu Zgody 18. Ze względu na to, że w getcie znalazła się tylko jedna z czterech istniejących w Podgórzu aptek, rzecz ta uszła początkowo uwagi władz niemieckich. Później Niemcy starali się usunąć mnie z getta i dawali mi w zamian jedną z aptek pożydowskich w Krakowie.

Robiłem wszystko, co było w mej mocy, by decyzję władz niemieckich odwlec. Posługiwałem się przy tym niezawodnym sposobem „łapówkowym” w najrozmaitszych jego odmianach. Zdawałem sobie bowiem jasno sprawę, że Niemcy wojnę przegrają, aptekę moją w getcie zniszczą, a ja cudzą własność na każde żądanie prawowitego właściciela lub jego rodziny będę musiał po wojnie zwrócić. Przypuszczenia moje okazały się słuszne. Apteka podzieliłaby los każdego przedsiębiorstwa czy mieszkania znajdującego się w getcie podczas jego likwidacji, to znaczy uległaby zupełnej zagładzie.

Zrządzeniem losu i graniem na zwłokę przetrwałem dwa i pół roku w tragicznym miasteczku.

Wspomnienia tych potwornych i niezapomnianych chwil spisałem ze zrozumiałych względów już po zlikwidowaniu dzielnicy żydowskiej.

Jeszcze w czasie istnienia getta jego mieszkańcy namawiali mnie wielokrotnie, by napisać jego kronikę, jako że byłem jedynym Polakiem, który bez przerwy, przez cały czas istnienia „dzielnicy żydowskiej” i jej likwidacji, pracował i żył między jej mieszkańcami. Na placu Zgody z okien dyżurnego pokoju widziałem najokropniejsze zbrodnie, jakich dopuszczał się okupant nad bezbronną ludnością żydowską.

Fakty zasłyszane sprawdzałem wielokrotnie, by je później przedstawić możliwie najwierniej.

Gdy pisałem te wspomnienia, chodziło mi tylko o kronikarskie zestawienie wypadków i przypomnienie nastrojów i uczuć, jakie przeżywaliśmy w tym ponurym okresie wszechwładzy okrucieństwa i obłudy.

Przedmowa do II wydania

Trzydzieści pięć lat bez mała upłynęło od wydania Apteki w getcie krakowskim. Często spotykałem się z pytaniami, dlaczego nie ma wznowienia tej książki, która tak szybko rozeszła się w sprzedaży. Otrzymywałem też listy z zagranicy w tej sprawie. Pomawiany przez „określone” koła o sprzyjanie syjonistom, doznawałem przykrości ze strony niektórych rodaków, którzy tak opacznie oceniali moją działalność i pełnione obowiązki w okresie koszmarnych dni i nocy okupacji hitlerowskiej.

Przyjaciele moi namawiali mnie często, abym opublikował całość moich wspomnień z okresu pracy w aptece „Pod Orłem”. Pierwsze wydanie ukazało się bowiem z różnych względów w stanie okrojonym, niepełnym. Obecne, rozszerzone, nie jest identyczne z pierwszym. Obejmuje całość pierwszego wydania wraz z licznymi uzupełnieniami oraz kilka nowych fragmentów, które teraz dopisałem.

Dzisiaj, z perspektywy historycznej tylu lat, gdy przeglądam pożółkłe już karty mojego rękopisu, odżywają z równą jak wtedy siłą zdarzenia, sceny i sprawy, widzę jak żywe wszystkie postacie, które przewinęły się przez aptekę. Ileż z nich już nie żyje, ilu ocalonych rozproszyło się po świecie?

Korzystając z licznych zaproszeń, wyjeżdżałem do wielu krajów. W 1957 roku bawiłem przez trzy miesiące w Izraelu. W 1965 roku zostałem zaproszony do Nowego Jorku. Uczestniczyłem tam w wielu spotkaniach urządzanych przez polskich Żydów. Konfrontowałem ich przeżycia i relacje z moimi wspomnieniami.

Z dawnymi znajomymi z getta spotykałem się także na różnych procesach przestępców wojennych w RFN, występując tam, podobnie jak i ci znajomi, w charakterze świadka.

Moje wspomnienia nie mają ambicji pracy historycznej, chociaż mogą stanowić przyczynek do dziejów okupacji, martyrologii Polaków i Żydów. Są relacją wiarygodną, prawdziwą, pisaną na gorąco, bezpośrednio po zakończeniu działań wojennych, kiedy jeszcze w świeżej pamięci miałem wszystkie wydarzenia, sprawy i osoby. Korzystałem także z luźnych notatek robionych w czasie okupacji.

We wspomnieniach pragnąłem również upamiętnić czas, który w getcie krakowskim był koszmarem Żydów, a także moim i współpracujących ze mną osób, pomagających w miarę możliwości, a nieraz ratujących życie skazanym na zagładę.

Klimat getta miał w sobie coś tak osobliwego, niezwykłego, że nie sposób opisać, jak i co naprawdę czuli i myśleli ludzie, ludzie-cienie, którzy przebywali w tym „inferno”. Apteka w getcie może, moim zdaniem, rzucić dodatkowe światło na mechanizm postaw i zachowań człowieka w zagrożeniu, strachu i w chwili zagłady, jak również postaw tych, którzy byli sprawcami nieszczęść, może stać się przyczynkiem do poznania psychologii zbrodniarza i jego ofiary.

Nie kusiłem się w relacjach o pamiętnikarskie komentowanie moich przeżyć, nie siliłem się na danie choćby próby syntezy, starałem się najwierniej, może niekiedy naiwnie, opisać to, co sam widziałem. Stąd pewna dygresyjność.

Wydanie obecne jest nie tylko rozszerzone, ale także wzbogacone fotogramami, które są również wymownym dokumentem czasu.

Dziękuję moim przyjaciołom za inicjatywę i podjęcie starań związanych z wydaniem tej pracy, a zwłaszcza kol. mgr. Fryderykowi Nedeli i kol. dr. Józefowi Wrońskiemu.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ I
Utworzenie i organizacja getta — Nowe życie — Nowi znajomi

Z początkiem roku 1941 coraz częściej mówiło się o mającym powstać getcie, wymieniało najrozmaitsze dzielnice, snuło przeróżne przypuszczenia na ten temat. Najczęściej wyrażano mniemanie, że Kazimierz stanie się przyszłym miasteczkiem żydowskim ze względu na największe tam skupisko Żydów i tradycję historyczną. Niektórzy byli zdania, że Grzegórzki, dzielnica położona nad Wisłą, będą na pewno miejscem przyszłego getta, bo Wisła, stanowiąc naturalną granicę z jednej strony, zmniejszy długość ogrodzenia… oszczędność przede wszystkim.

3 marca 1941 roku ogłoszono w „Krakauer Zeitung” rozporządzenie gubernatora krakowskiego dystryktu Wächtera o utworzeniu tak zwanego Jüdischer Wohnbezirk, dzielnicy żydowskiej, co motywowano względami zdrowotnymi i policyjnymi. Określono jej obszar na terenie dzielnicy Podgórze, za Wisłą, i linię graniczną, która oddzielać miała getto od części aryjskiej.

Jako termin, w którym wszyscy „Aryjczycy” mieli opuścić przeznaczony na getto teren, a Żydzi z Krakowa (z 80 tys. pozostało 15 tys.) mieli zająć ich mieszkania, został wyznaczony dzień 20 marca 1941 roku.

Zdumienie ogarnęło ludzi. Nikt, kogo to bezpośrednio tyczyło, nie chciał wierzyć, żeby to postanowienie było ostateczne. Tworzą się delegacje złożone z obywateli Podgórza, którzy są tym rozporządzeniem bezpośrednio zainteresowani, zwołuje się zebrania, wystosowuje prośby, przedstawiając w nich najrozmaitsze zastrzeżenia, jak liczba i rodzaj większych i mniejszych budynków fabrycznych, warsztatów mechanicznych, których przenieść się nie da z powodu braku odpowiednich pomieszczeń itp.

 

Między innymi interweniuje też proboszcz parafii św. Józefa, ks. Józef Niemczyński; interweniuje sam bezpośrednio oraz za pośrednictwem kurii biskupiej. Utworzenie getta w granicach podanych w „Krakauer Zeitung” godzi bezpośrednio w interesy parafii podgórskiej, pozbawia ją bowiem większości wiernych, którzy muszą się przenieść za Wisłę. Poza tym dla wielu parafian dojście do kościoła stałoby się bardzo utrudnione. Chcąc dostać się tam z ulic położonych na południowy wschód od getta, jak ul. Wielicka, Zabłocie, Płaszowska, musieliby obchodzić całe getto, nadkładając sporo drogi.

Interwencje, delegacje, petycje i prośby na nic się nie zdały. Na wszystkie interwencje Niemcy mieli jednakową odpowiedź: „W Krakowie jest za dużo kościołów, bądźcie zadowoleni, że żaden z nich nie znalazł się w obrębie murów getta, bo wówczas stracilibyście wszystkich wiernych z parafii”. Decyzja władz niemieckich była niezmienna. Powstanie getta w wyznaczonym przez okupanta miejscu i oznaczonym terminie musiało stać się faktem.

Zaczęły się wędrówki. Od brzasku dnia do późnych godzin wieczornych ciągnęły przez ulice miasta platformy, wozy meblowe, wozy wiejskie, ręczne wózki, przewożąc dobytek na miejsce nowego zamieszkania. Pośpiech niebywały, bo i termin krótki, i chęć otrzymania znośnego mieszkania nagliły.

Dzień jeden podobny był do drugiego, te same narzekania, ten sam pośpiech, ten sam hałas, lament i płacz; ludzie mdleli ze zmęczenia, niektórzy ciągnęli sami na wózkach rzeczy nawet z odległych ulic. Oblicze Kazimierza zmieniało się z każdym dniem. Jego charakter, na który składały się setki lat, zatracał się szybko. Opuszczały tę dzielnicę rodziny od stuleci zasiedziałe, zamykały się sklepy, restauracje, bóżnice, na których wieki wyryły głęboko swoje piętno. Zniknęły oryginalne, rodzajowe obrazki z ulic starego Kazimierza, nie widać Żydów ubranych w czarne chałaty, w pilśniowych kapeluszach, jarmułkach, lisich czapach, brodatych i pejsatych, rozmawiających po rogach ulic i placach, spacerujących i znamiennie gestykulujących. Podziały się gdzieś gromadki rozkrzyczanych, nędznie ubranych dzieciaków, biegających po ciasnych ulicach, po podwórzach brudnych kamienic, po drewnianych gankach i szerokich sieniach. Nie można kupić już o późnej porze wieczornej żadnych towarów, które bez trudu dostawało się dawniej od stojących przed swoimi zamkniętymi sklepami właścicieli.

Zginął tajemniczy nastrój i osobliwy urok przyciemnionych, wyludnionych ulic i zaułków, na które nie pada już słabe światło latarń. Zniknęły raz na zawsze drewniane szałasy, przykryte gałęziami jodły, które budowano w podworcach, na balkonach i gankach na pamiątkę pobytu Żydów na pustyni. Nie widać modlących się Żydów nad brzegami Wisły w święto drugiego dnia nowego roku, uwiecznione na szczęście w przekazach malarskich, takich jak znane Trąbki Gierymskiego. Tego chce okupant.

Rozporządzeniem o przeniesieniu wszystkich mieszkańców i ich przedsiębiorstw z terenu getta do dnia 20 marca 1941 roku nie były objęte na razie większe fabryki i zakłady produkujące dla wojska, gmach sądu i areszt mieszczący się obok oraz moja apteka. Ja i mój personel, składający się z trzech pań: mgr Ireny Droździkowskiej, mgr Heleny Krywaniuk i mgr Aurelii Danek-Czortowej, otrzymaliśmy przepustki do getta.

W wyznaczonym przez władze niemieckie terminie przesiedlenie ludności było ukończone. Moi rodzice i ja musieliśmy przenieść się poza mury getta. W getcie nie wolno mieszkać już żadnemu „Aryjczykowi”. Jedyny wyjątek stanowi strażnik więzienny przy sądzie (sąd i więzienie odpadają z terenu getta po czerwcowych wysiedleniach w roku 1942) i ja, gdyż mieszkam w pokoju dyżurnym przy aptece. Znowu uszło to uwagi władz niemieckich, a nieco później, kiedy władze sanitarne zarządziły stały dyżur nocny jedynej apteki w getcie, zostało milcząco usankcjonowane. Właśnie aptekę „Pod Orłem” ulokował los w samym sercu getta, gdzie stała się świadkiem nieludzkich wysiedleń, potwornych zbrodni i stałego poniżania godności ludzkiej przez okupanta.

Getto obejmuje około trzystu dwudziestu kamienic, stan ludności wynosi około szesnastu tysięcy mieszkańców.

20 marca 1941 roku jestem sam w aptece. Około godziny osiemnastej ruch gwałtownie wzrasta, po kilku minutach jest w lokalu tak pełno, że drzwi nie można domknąć. Wkrótce dowiaduję się, że u wylotu ulic wiodących z getta stoją posterunki niemieckie i nie puszczają nikogo poza jego obręb. Zdenerwowanie — komentarze. Po jakimś czasie ludzie uspokajają się, tłumacząc sobie to tym, że zarządzenie wydano w związku z żydowskimi świętami wielkanocnymi, które właśnie w tym dniu się zaczęły. Po zamknięciu apteki, o godzinie dwudziestej, wychodzę z getta, zastanawiając się, czy też zechcą mnie wpuścić z powrotem. Posterunek niemiecki zatrzymuje mnie i przegląda papiery pozwalające mi na poruszanie się w getcie.

Pytam się, czy będę mógł wrócić. Otrzymuję krótką odpowiedź: „Nein!”. Koło godziny dwudziestej drugiej jednak wracam. Nie idę piechotą, lecz jadę tramwajem, który przejeżdża przez getto, szerokim łukiem skręcając w ulicę Limanowskiego. Przy zbiegu ul. Lwowskiej i Limanowskiego wyskakuję z pędzącego tramwaju ku ogólnemu zdziwieniu jadących.

Tak przeszła pierwsza doba w zamkniętym getcie.

Bezpośrednio po świętach wielkanocnych getto zaczyna przyjmować nowe, dziwne oblicze. Dziesiątki robotników, murarzy, stolarzy dniem i nocą stawiają mury, kratują okna w kamienicach wychodzących na dzielnicę aryjską, wbijają pale, budują bramy. Ludzie z przerażeniem patrzą na rosnące dookoła mury, budowane w stylu żydowskich nagrobków.

Obmurowywanie skończone. Skończone również kratowanie okien. Trzy bramy wiodą do getta. Główne wejście od Rynku Podgórskiego. Nad bramą wielka sześcioramienna gwiazda Dawida i duży napis w języku hebrajskim: „Dzielnica Żydowska”. Po obydwu stronach bramy palą się dwie ciemnoniebieskie lampy. Środkiem bramy przejeżdża tramwaj, którego trasa wiedzie przez główne ulice getta, ulicami Limanowskiego i Lwowską.

Przy tej bramie znajdował się też główny posterunek policji niemieckiej i siedziba Judenratu (Rady Żydowskiej, utworzonej przez Niemców w miejscu dawnej Gminy Żydowskiej). Tutaj można było w pierwszych tygodniach istnienia getta otrzymać stosunkowo łatwo przepustkę na wejście. Jako powód podawano najczęściej konieczność odebrania gotówki od Żydów.

Druga brama mieściła się u wylotu ulicy Limanowskiego, przy zbiegu z ulicą Lwowską, a trzecia brama z placu Zgody prowadziła na trzeci most na Wiśle. Przy tych obydwu bramach były również posterunki policji granatowej. Przez plac Zgody wracało na ogół najwięcej ludzi z pracy. Tu przeglądano papiery, sprawdzano ilość przenoszonych prowiantów, tędy w nocy szedł szmugiel najrozmaitszych towarów.

Mijały dnie, mijały tygodnie. Ludzie z początku ze strachem patrzyli na rosnące wokół nich mury, wypowiadając najczęściej ponure przypuszczenia: „Oni nas chyba będą chcieli zagłodzić”. Jak dziś widzę wystraszoną twarz przychodzącej do mnie często, w towarzystwie cudnego psa, bliskiej krewnej dr. Bolesława Drobnera, która co dzień zadawała mi pytanie: „Proszę mi powiedzieć, co też mówią ludzie w Krakowie, co z nami będzie?”. Doznała urazu psychicznego, który pozostał jej do końca pobytu w getcie, tj. do czerwcowego wysiedlenia i śmierci w 1942 roku.

Czas robił swoje. Ludzie w tak bardzo zmienionych warunkach przyzwyczaili się do nowego życia. Pod nowym kątem patrzyli na swoje bytowanie. Utworzony w getcie Arbeitsamt (Urząd Pracy) przybija mieszkańcom pracującym na mieście pieczątki na kenkartach, które zastąpiły dawne ausweisy (dowody osobiste). Upoważniają one do wychodzenia na miejsce pracy. W białej opasce z gwiazdą Dawida na prawym rękawie, z kenkartą w ręce tysiące ludzi codziennie przechodziło przez bramę getta, toteż w rannych godzinach getto pustoszało, a zaludniało się w godzinach wieczornych, do godziny policyjnej, to znaczy dwudziestej pierwszej. W getcie zostają, nie mając prawa wyjścia, nie pracujący na mieście, starzy, chorzy i dzieci.

I tak płyną dni za dniami. Co dzień wychodzą nowe zarządzenia, nowe rozkazy, mające na celu utrudnić ludziom i tak niewesołe życie. Judenrat, złożona z dwudziestu czterech członków i prezesa dr. Henryka Rosenzweiga, jako oficjalne przedstawicielstwo Żydów, powołane do życia przez Niemców, urzęduje w Rynku Podgórskim, w tej samej kamienicy, co główny posterunek policji niemieckiej. Od samego początku istnienia Judenrat podlega gestapo. Sprawy związane z gettem załatwia oddział III, pokój nr 302, przy ulicy Pomorskiej 2.

W tym to budynku rodziły się najokrutniejsze plany zbrodni wobec Żydów. Tutaj odbywały się przesłuchania, połączone z biciem i torturowaniem. W piwnicach budynku jeszcze po wojnie znajdowały się ślady ludzkiej krwi, znaki na ścianach wydrapane paznokciami, ślady kul, od których ginęli wspólnie Polacy i Żydzi.

Działalność Judenratu to w pierwszym rzędzie wypełnianie rozkazów gestapo, potem administracja ogólna, robienie statystyk, spisów ludności, rejestracja sklepów, staranie się o przydział żywności i opału dla mieszkańców, redagowanie i ogłaszanie zarządzeń władz okupacyjnych oraz egzekwowanie ich wypełniania. Z czasem coraz trudniejsze i przykrzejsze zadania spadają na członków Judenratu.

Tworzy się policja żydowska, tzw. Ordnungsdienst (OD), z Symche Spirą na czele. Ubrany w doskonale uszyty, najrozmaitszymi dystynkcjami ozdobiony mundur, Spira, z zawodu szklarz, do wojny noszący brodę i kapotę, nagle staje się wielką figurą; otrzymuje zadanie dobrania sobie ludzi — stworzenia mundurowej policji żydowskiej, której członkowie nazywani byli potocznie odemanami. Wyróżnia się wśród nich umundurowaniem tzw. Zivilabteilung, noszący marynarki wycięte i krawaty, podczas gdy pozostali noszą marynarki zapięte pod szyję. Tak jedni, jak i drudzy mają na prawym rękawie obszywkę z napisem „Ordnungsdienst” w alfabecie hebrajskim. Zivilabteilung cieszy się specjalnymi względami gestapo.

Zadaniem OD, oprócz bezwzględnego i ślepego wypełniania rozkazów gestapo, jest czuwanie nad wewnętrznym porządkiem, wykrywanie przestępstw, techniczne wykonywanie rozporządzeń Judenratu. Z biegiem czasu OD coraz silniej daje się we znaki ludności getta.

W obrębie getta powstają szpitale, sierocińce dla dzieci, domy dla starców, powstaje poczta żydowska, mieszcząca się przy ul. Limanowskiego, stemplująca listy swymi własnymi pieczęciami z napisami w alfabecie hebrajskim, istnieje mały oddział urzędu skarbowego, na którego czele stoi p. Rajski. Założono łaźnię, odwszalnię i oddział dezynfekcyjny. Kwitnie tajne nauczanie przedmiotów świeckich i judaistycznych. Tych ostatnich uczył wielki talmudysta Lazar Panzer oraz Schein Klingberg, wybitny znawca żydowskiej liturgii i mistyki. Zastrzelił go w Płaszowie gestapowiec Strojewski. Kilkunastu uczniów chodzi na lekcje muzyki, rysunku, malarstwa poza obręb getta, dopóki istnieje możliwość opuszczenia zamurowanego miasteczka na podstawie przepustek. Wielu z tych młodych ludzi pobiera lekcje — udzielane bezpłatnie — u znanego w Krakowie artysty malarza prof. Chomicza, mieszkającego przy ul. Grodzkiej. Do dzisiaj prof. Chomicz jest w kontakcie z ludźmi, którym tak bardzo pomagał i tyle okazał serca.

Młodzież ortodoksyjna getta zrzeszona jest w organizacji „Talmud Tora”. Istnieją trzy bóżnice i życie religijne małej ulega zmianie. Odprawia się nabożeństwa, ludzie przestrzegają na ogół przepisów religijnych, zachowują posty, święcą soboty i święta. W okresie świąt żydowskich można było zaobserwować żarliwą pobożność: płacz i wzruszenie na twarzach modlących się zdradzały aż nazbyt dobrze intencje i treść ich modłów. Z okien apteki, wychodzących na duży dziedziniec oficyny, widziałem sędziwych starców o siwych brodach i pejsach, ubranych w rytualne szaty, kiwających się rytmicznie, wsłuchanych w żałosny ton śpiewów kantora. W każdej kamienicy getta, niemal w każdym domu żarliwie odmawiano modlitwę za umarłych, zwaną kadisz. Widziałem stare Żydówki w haftowanych, koronkowych szalach, stojące w bezruchu, ze szklanymi, nieruchomymi oczyma, zasłuchane w monotonny śpiew modlitwy, zastygłe w bólu i trwodze o siebie i swoich najbliższych.

Często, a zwłaszcza w okresie świąt żydowskich, przysłuchiwałem się rozmowom i dyskusjom na tematy religijne. Nastrój poważny, mistyczny zebranych, spotęgowany jeszcze półmrokiem panującym w aptece, udzielał mi się z nieprzepartą siłą. Kojarzyłem takie seanse z Dziadami Mickiewicza. W tych żydowskich dziadach często występował motyw mesjanizmu.

 

W kilka lat po wojnie odwiedził mnie ksiądz Karol Wojtyła, obecny papież Jan Paweł II. Wiedząc, że przebywałem w getcie przez cały czas jego istnienia, zadał mi następujące pytanie: „Czy nie wie pan, jak Żydzi w tym koszmarnym okresie getta, na tle tylu bestialstw, mordów i poniżenia godności ludzkiej, zapatrywali się na sprawę mesjanizmu?”. Pytanie to tylko pośrednio mogło być skierowane do mnie, odpowiedzi mógł udzielić jedynie ktoś z wybitnych talmudystów. Postanowiłem się skontaktować z biegłym w tych sprawach i trafiłem na takiego człowieka. Postać jakby żywcem zeszła z portretu Gottlieba, postać dostojna, o podłużnej siwej głowie, przenikliwych czarnych oczach, z patriarchalną brodą. Zaduma i smutek malowały się w jego spojrzeniu.

Po wysłuchaniu mojego pytania przez dłuższą chwilę milczał, po czym skierował na mnie swój dziwnie urzekający wzrok. Z lekkim uśmieszkiem w kąciku ust cichym głosem z powagą przemówił: „Sprawa przyjścia Mesjasza, tak — i tu przerwał na chwilę, po czym ciągnął dalej — jak mam to panu wyjaśnić? Tego pan i tak nie zrozumie, jeślibym miał tak mówić, jak trzeba… Niech pan sobie wyobrazi, że po piątku następuje piątek. Nieprawdopodobne, co, ale nie niemożliwe. Powiem to panu jeszcze inaczej. Jeśliby nastał taki czas, w którym wszyscy Żydzi na całym świecie, co do jednego, a więc dzieci, młodzi, starzy, mężczyźni i kobiety, gdyby oni wszyscy w tym samym dziwnym czasie nie zgrzeszyli ani myślą, ani mową, ani uczynkiem, to właśnie może być ten czas, pan rozumie, ten czas, w którym może zjawić się Mesjasz. On może przyjść, on kiedyś przyjdzie… Ale pan tego nie potrafi pojąć”. Zwrócił potem swoje spojrzenie w dal i głaszcząc długą, wypielęgnowaną brodę, coraz cichszym głosem mówił jakby do siebie: „Po piątku piątek, a jednak może to być. Czekamy na ten dzień, czekamy”. Znowu się ożywił: „No tak, panie Pankiewicz, to nie jest łatwa odpowiedź, to nie takie proste, ale dobrze, że pan przyszedł, cieszę się, że mnie pan odwiedził. Bądź pan zdrów”.

Treść jego wypowiedzi, atmosfera całego spotkania, on sam — wszystko to zrobiło na mnie niezatarte wrażenie.

Wspomniany tu rabin, mąż sprawiedliwy, mieszkał przy ul. Dietlowskiej, a rozmowa powyższa odbyła się w Templum przy ul. Miodowej. Wypowiedź rabina tyczącą mesjanizmu pozwoliłem sobie przekazać późniejszemu kardynałowi, a obecnemu Ojcu świętemu.

Kilka razy w miesiącu, zawsze w soboty, bywał u mnie w początkowych okresach istnienia getta mój przyjaciel, sędzia, znany w Krakowie z rozpraw sądowych i urody. W spotkaniach tych brała udział mieszkanka getta, bardzo ładna pani, znana elegantka, o jasnych włosach i melancholijnym spojrzeniu, Maryla Schenkerówna. W zacisznym moim pokoju, przy zgaszonym świetle i zasuniętych storach, w blasku dwóch świeczek zjadaliśmy rybę po żydowsku przyniesioną z niedaleko położonej restauracji. Kilka kieliszków śliwowicy, lampka białego wina i zaczynało się zdawać, że świat się śmieje, że jest jak w raju. Trwał ten nastrój do momentu, gdy należało się rozejść. Aktualna rzeczywistość gwałtem niszczyła ślady tak niedawno minionych chwil. Sędzia z przepustką w ręku opuszczał getto, p. Maryla szybko podążała w stronę domu. Gdy w dzielnicy żydowskiej panował niepokój, gdy następowały aresztowania i mówiono o zbliżającym się wysiedleniu, p. Maryla po pracy (pracowała w Krakowie) nie wracała do getta, lecz wstępowała do sędziego i czekała na wiadomości. O umówionej godzinie wpadałem do mieszkania przyjaciela, informując o aktualnej sytuacji. W niedługim czasie sędzia został aresztowany przez gestapo, wywieziony do Oświęcimia, gdzie przeżył ciężkie chwile; pobity, ze złamaną ręką, wyniszczony, cudem przeżył wojnę. Pani Schenkerówna często wstępowała do apteki, dowiadując się o los uwięzionego. Wiadomości z Oświęcimia były jednak bardzo skąpe i przeważnie nieprawdziwe.

Pamiętam też taki niezwykły wieczór, gdy mój przyjaciel prof. UJ Aleksander Kocwa, po powrocie z obozu w Dachau, wyraził ochotę zobaczenia getta. Wyrobiłem mu przepustkę i po małym spacerze po ulicach zamkniętej dzielnicy wprowadziłem do apteki. W pokoju dyżurnym przy zasłoniętych storami oknach, przy palących się szabasowych świeczkach, w towarzystwie moich pracownic i wspaniałych muzyków, słynnego skrzypka Rosnera i jego brata, kapitalnego harmonisty, przy stole zastawionym przysmakami kuchni żydowskiej, wsłuchani w czarowne melodie walców wiedeńskich, zapomnieliśmy zupełnie o mijającym czasie, o godzinie policyjnej, o wojnie, o zamurowanym miasteczku i losie nieszczęśliwych jego mieszkańców skazanych na tyle upokorzeń i tragedii. Kolacja przeciągnęła się do rannych godzin. To był niezapomniany wieczór, który wspominaliśmy wiele lat po zakończeniu wojny.

Czas posuwa wskazówki zegara coraz szybciej. Ludzie, którym jeszcze tak niedawno nie mogło się pomieścić w głowie, jak można będzie w takich warunkach żyć, przyzwyczajają się, rezygnują z najbardziej prymitywnych wymogów cywilizacji i zaczynają powoli zapominać o tak niedawno minionej przeszłości. Troska o chleb codzienny, walka o utrzymanie zajęcia w mieście, zupełnie prawie niedochodowego, ale dającego możność wychodzenia z getta, pochłania lwią część wolnego czasu. Arbeitsamt pod kierownictwem wiedeńczyka Schepessy’ego urzęduje od rana do późnych godzin wieczornych. Urzędnicy niemieccy, polscy i żydowscy zatrudnieni są przy spisywaniu kartotek pracujących, przydziałach pracy, dostarczaniu kontyngentów ludzi do pracy poza obręb getta — na każde wezwanie władz niemieckich.

Trzy razy w tygodniu przynoszą do getta „Gazetę Żydowską”, jedyne pismo dla Żydów po polsku, podające komunikaty wojenne, głoszące coraz to nowe sukcesy niezwyciężonej armii niemieckiej: „Niemcy zwyciężają na wszystkich frontach”.

Na murach budynku OD, gdzie dawniej mieścił się katolicki sierociniec, później sierociniec Żydowskiego Stowarzyszenia „Centos”, widniał slogan: „Deutschland siegt an allen Fronten”. Jakież było zdziwienie SS-Sturmscharführera Willego Kundego, gestapowskiego opiekuna OD, kiedy pewnego dnia spostrzegł, że „s” w „siegt” zmieniło się w literę „l”. „Deutschland liegt an allen Fronten”. Niemiec udał, że nie widzi — afisz zniknął jednak natychmiast.

Zaczęły się również ukazywać na murach miasta i w podziemnej, konspiracyjnej gazetce, która miała ten sam tytuł co wydawnictwo rządowe: „Goniec Krakowski”, przeróżne inseraty, gdzie złośliwość, idąc pod rękę z makabrą, miały za cel ośmieszyć i poniżyć okupanta. Czytaliśmy anonse:

„Biżuterię żydowską, oczyszczoną z krwi, sprzedam. Göth, komendant obozu żydowskiego w Woli Duchackiej”.

„Niemowlęta w getcie zabijam od jednego strzału, a po pijanemu wykrywam spiskowca w każdym Polaku. Joachim Thun, Bauinspektor, Kraków, Prokocim, baraki”.

„Sprzedajemy ubrania zrabowane przez gałganów niemieckich. Heeresverpflegung, Krakau”.

Jedno z pierwszych zarządzeń w getcie nakazuje usunąć natychmiast wszystkie napisy w języku polskim i zastąpić je napisami hebrajskimi. Nie dotyczy to jedynie apteki. Wygląd getta zmienia oblicze zupełnie. Nieznający alfabetu hebrajskiego znajduje się jakby w obcym kraju, gdzie każdy napis, każdy szyld, każda tabliczka — to niezrozumiałe znaki. Najwięcej kłopotu rozporządzenie sprawia lekarzom. Iluż to bowiem ludzi, nawet w getcie, nie zna alfabetu hebrajskiego. Poza tym ustawiczna zmiana mieszkań lekarzy odbija się niekorzystnie na ich praktyce.

Życie gospodarcze w getcie zaczyna się rozwijać. Jak grzyby po deszczu powstają coraz to nowe sklepy, restauracje, cukiernie, mleczarnie, jadłodajnie, ba… otwiera się nawet restaurację-dansing z występami miejscowych artystów, z orkiestrą pod batutą wspomnianego już skrzypka Rosnera, przy udziale jego brata.

Życie w nowych, tak innych od normalnych warunkach toczy się zawrotnie szybko. Ciągłe napięcie, ciężka troska o byt wpływają denerwująco i deprymująco na ogół.

Od czasu do czasu przechodzący esesmani dają folgę swym zdziczałym instynktom, napadają na przechodniów, biją i kopią. Największe upokorzenia spotykają ludzi starych, zwłaszcza z brodami i pejsami. Esesmani wciągają ich do bram, gdzie strzygą im brody i obcinają pejsy, szarpią za włosy. Towarzyszy tym zabawom prawie zawsze bicie i kopanie oraz przeraźliwe wycie oprawców. Powtarza się to coraz częściej, skutkiem czego Judenrat wydaje zarządzenie zabraniające noszenia bród i pejsów. Pobożniejsi, nie chcąc rozstawać się z zarostem, obchodzą zakaz w ten sposób, że obwiązują sobie głowy chustką, tak iż tylko oczy i nos są widoczne. Następnego dnia po owym ogłoszeniu epidemia bólu zębów zapanowała w getcie. Widziało się dziesiątki ludzi z obwiązanymi twarzami. Wierność tradycji okazała się silniejsza od rozporządzeń i gróźb. Początkowo wydarzenia takie były sensacją dnia, oburzenie mieszkańców nie miało granic, ale pesymiści zaczęli już wówczas wyciągać złowróżbne prognozy na przyszłość.