Zły system

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wybór, wstęp i opracowanie: ANDRZEJ PARZYMIES

Redakcja: Zespół

Korekta językowa: BERNADETA LEKACZ

Skład, łamanie, projekt okładki: EWA MAJEWSKA

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Akademickie „Dialog” Sp. z o.o., 2017

ISBN e-pub 978-83-8002-714-5

ISBN mobi 978-83-8002-715-2

Wydanie elektroniczne, Warszawa 2017

Wydawnictwo Akademickie „DIALOG” Anna Parzymies Sp. z o.o.

00-112 Warszawa, ul. Bagno 3/218

tel./faks (+48 22) 620 87 03

e-mail: redakcja@wydawnictwodialog.pl WWW: www.wydawnictwodialog.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Spis treści

Karta redakcyjna

Wstęp

Nota redakcyjna

Warszawska spelunka szpiegowska

Sowieckie polowanie na inteligencję

Złośliwe bankructwa czy złośliwy optymizm?

Autentyczne

Rozluźnione fundamenty armii

Chorąży honoru Polaków

Dywizjon ustawodawczy

Parlamentaryzm i rozczarowanie

Ustrój

Dosyć tego wreszcie!

Wielkoludy małości

Nieustanny Prima Aprilis

Jeszcze P. Krzyżanowski

Bić albo nie bić?

To już nie perfidia

Tajemnica cenzorskiego słówka

Zdziczenie

Rozmowa z sanatorem

Zły system

Inflacja brygad

Zredukować!

Konstytucja na raty

Nie w porę

W ojczyźnie saletry

Ciężka dola inteligencji w chwili obecnej

Losy byłych bojowników o wolność

Rozum i żołądek

Przed burzą

O los polskiej nauki twórczej

Wyrżnąć burżujów i inteligentów!

Prawo pięści

Miejsce dla syna!

Politykomania w teatrach

Na Wasze święto

Pierścień sowiecki made in Germany

Karanie niewinnych

Urzędowe curiosa

Chuligaństwo

Manifestacja zbrodni

Recepta pana ministra

Perwersyjne skutki

Lewica na baczność

Ecce homo!

Wara!

Szyldziki

Po co przesadzać?

Konspiracja triumphans

Pacyfistakom

Kochany Poznań

Straszny kraj

Trwały pokój

Telefoniczny minister

Po wiwisekcji

Po dziesięciu latach

Dwie ankiety

Kłopoty starego komendanta

B.Z.I.K.

Smirno!

Nie, panie ministrze

Zgubiona radość życia

Kij, a raczej dubina

Fuksy

Są i plusy

Moralność

Niezbędny komentarz

Famulusom

Życie publiczne

Polepszanie

Nowa gra towarzyska

Wielka małostkowość

Paradoksy mecenasa

Nabijanie w butelkę

Likwidacja wady narodowej

Ave, censor!

Nagrobek Marksa

Lakoniczna opozycja

Magna amica Francja...

Kandydacki spicz Pana Stpiczyńskiego

Umiejętna ocena

Odbudowa parlamentaryzmu

Wstyd

Cierpkie owoce

Wierzę w duchy

Przykre analogie

Niedźwiedzia przysługa

Elastyka polityczna

Załatwiono

Czeladnicy

Amatorstwo opuchlizny

Nil desperandum

 

Pan Barlicki się dopuścił

Nieuzasadniona radość

Ambasadorzy z pokrewieństwa

Dość ślamazarności

Jeszcze o jedno prosimy, panie ministrze

Miedziane czoło

A więc kolonie

Szanowny panie!

Chcą się umartwiać

Nie taką sobie wyobrażali

Opozycja

Kult litery „B” z kropką

Niedżentelmeństwo

Wschód

Przypisy

Informacje o wydawnictwie

Wstęp

Nazwisko Tadeusza Dołęgi-Mostowicza najczęściej kojarzone jest z najsłynniejszą jego powieścią – Karierą Nikodema Dyzmy, która została dwukrotnie sfilmowana, stając się niemalże dziełem kultowym. Współczesnemu czytelnikowi znane są jeszcze takie powieści, jak m.in. Znachor, Profesor Wilczur czy Pamiętnik pani Hanki.

Zaproponowany zbiór publicystyki tego autora ukazuje jego nieznane szerzej oblicze mistrza krótkich form dziennikarskich.

Dołęga-Mostowicz był w okresie międzywojennym bardzo poczytnym, rozchwytywanym pisarzem. Między 1931 a 1939 rokiem napisał kilkanaście powieści. Był autorem scenariuszy filmowych, a jego książki z sukcesem ekranizowano zarówno przed, jak i po II wojnie światowej (doskonale wszystkim znane powojenne adaptacje Kariery Nikodema Dyzmy z Romanem Wilhelmim czy Znachora z Jerzym Bińczyckim). Niewątpliwie był twórcą znanym, lubianym, uważanym za jednego z najpopularniejszych, jeżeli nie najpopularniejszego polskiego pisarza dwudziestolecia międzywojennego. Dzięki ogromnym nakładom swoich powieści i wysokim tantiemom stał się też człowiekiem bardzo zamożnym. Jego życie i karierę zakończyła żołnierska śmierć od sowieckiej kuli w kampanii wrześniowej 1939 roku. Zanim jednak został pisarzem i opublikował w 1932 roku pierwszą książkę, pracował w dzienniku „Rzeczpospolita”, gdzie karierę zawodową zaczął w 1922 roku jako zecer, a zakończył jako uznany felietonista.

Założony w 1920 roku dziennik „Rzeczpospolita” był wpływową gazetą konserwatywną o profilu chadeckim (bliskim Chrześcijańskiej Demokracji). W 1924 roku 60-procentowe udziały Ignacego Paderewskiego w dzienniku wykupił Wojciech Korfanty. Część dziennikarzy na czele z redaktorem naczelnym Stanisławem Strońskim odeszła, a w skład nowego zespołu, zdecydowanie bardziej wyważonego np. w sprawach mniejszości narodowych, wszedł też, już jako redaktor, Tadeusz Dołęga-Mostowicz. Właśnie wówczas przyjął pierwszą część nazwiska: Dołęga (herb rodu ze strony jego matki). Było to o tyle ważne, że dziennik „Rzeczpospolita” kultywował ziemiańsko-szlacheckie tradycje, odpowiadając na zapotrzebowanie czytelników, wśród których były one bardzo żywe.

Rozpoczynając pracę jako redaktor „Rzeczpospolitej” na przełomie lat 1924/1925, Dołęga-Mostowicz podpisywał się pseudonimem TEM., a później też C. hr. Zan. (publikując we współpracy z Kazimierzem Bartoszewiczem). Pisał felietony polityczne, komentował życie społeczne i kulturalne w działach Uwagi, Notatnik, Przegląd Prasy.

Po przewrocie majowym 1926 roku, rozpoczęła się ostra walka polityczna z wrogami obozu rządowego nazywanego też sanacją. Zaczęły się napaści „nieznanych sprawców” na przedstawicieli opozycji, w tym na przedstawicieli prasy konserwatywnej, do której należała „Rzeczpospolita”. W „niewyjaśnionych okolicznościach” zaginął polityczny przeciwnik Piłsudskiego, gen. Włodzimierz Zagórski. Poszukiwania generała, w które ze swoim dziennikarskim piórem włączył się Dołęga-Mostowicz, nie dały rezultatu. Dziennikarz piętnował opieszałość, rozmijanie się z prawdą i nieudolne mistyfikacje w trakcie tego i innych śledztw powadzonych przez sanacyjne władze. Na liczne napaści na przeciwników obozu rządowego reagował swoimi felietonami. Napisał m.in. Rozluźnione fundamenty armii, zwracając uwagę na całkowitą bezkarność napastników i brak jakiejkolwiek reakcji władz. Wieloma felietonami naraził się pomajowym rządom. Polemizował zarówno z reprezentantami prasy rządowo-sanacyjnej (po 1926 roku) publikującymi w takich tytułach, jak „Głos Prawdy”, „Epoka” czy „Kurier Poranny”, z redaktorami Wojciechem Stpiczyńskim czy Bogusławem Miedzińskim na czele, ale także z przedstawicielami prasy lewicowej, jak „Robotnik”, czy liberalnej, jak „Kurier Polski”.

Dziennikarstwo Dołęgi-Mostowicza charakteryzuje się wnikliwością, ale też przemyślaną złośliwością. Oparte jest na celnych ripostach, zdradza jego talent polemiczny, który w każdym przypadku łączył się z dbałością o kulturę słowa. Dołęga-Mostowicz imponował zarówno wiedzą na temat procesów społeczno-politycznych zachodzących w jego epoce, jak i swobodą posługiwania się retorycznymi formułami. Nawet teksty pisane po bestialskim napadzie na pisarza przez sanacyjne służby we wrześniu 1927 roku nie nosiły znamion zacietrzewienia czy rewanżu, choć pióro miał Mostowicz ostre i jego adwersarze, często wymieniani z nazwiska zarówno dziennikarze, jak i premierzy rządów czy ministrowie, obawiali się opinii na swój temat; tym bardziej, że były one kąśliwe, jednak nigdy nieprzekraczające dobrego smaku.

Teksty pisane po pobiciu i rekonwalescencji były utrzymane w nieco spokojniejszym tonie, chociaż ich autor nie rezygnował z piętnowania wynaturzeń rządzących. W jego felietonach z 1927 i 1928 roku ciągle odnajdujemy stanowczego ironistę, satyryka, mistrza drwiny i śmiechu. Ów sprzeciw, co warto podkreślić, miał charakter apolityczny czy też, by wyrazić się precyzyjniej, ponadpolityczny. Znany był Dołęga-Mostowicz jako nieprzejednany krytyk rządów sanacyjnych i obozu piłsudczyków, jednak z wielu publikacji, szczególnie tych, które ogłaszał do przełomu lat 1928/1929 w „Rzeczpospolitej”, wynika zdecydowany dystans zarówno wobec socjalizmu, komunizmu, jak i endecji czy też chadecji. Był też Dołęga-Mostowicz stanowczym obrońcą polskich interesów na arenie międzynarodowej, bezkompromisowym komentatorem poczynań Rosji sowieckiej i ładu światowego po I wojnie światowej. Wychodząca spod jego pióra krytyka sytuacji w Polsce, będącej pod faktyczną władzą Józefa Piłsudskiego, była krytyką w każdym przypadku wyważoną, nieuderzającą w osobę Marszałka, o którym pisarz wyrażał się z atencją.

W tekście opublikowanym w 1931 roku Dołęga-Mostowicz pisze: „nigdy nie tylko endekiem, lecz żadnym partyjniakiem partyjnym czy partyjniakiem bezpartyjnym nie byłem, nie jestem i nie będę [...] Czy naprawdę w Polsce nie wolno być dziś człowiekiem na własną odpowiedzialność, czy naprawdę nie wolno własnymi oczami patrzeć na współczesne życie i mieć o nim własne zdanie?”.

Dziennikarstwo Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, choć powstałe w dwudziestoleciu międzywojennym, zawiera treści do dzisiaj aktualne, jego głos sprzeciwu wobec społecznej niesprawiedliwości, bezduszności władzy, przemocy – zarówno mentalnej, jak i fizycznej, której sam przecież padł ofiarą, wydaje się w swej wymowie uniwersalny.

Profesorowi Józefowi Rurawskiemu składamy podziękowania za inspirację i cenne uwagi.

Andrzej Parzymies

Nota redakcyjna

Ponieważ język czasów, w których powstawały utwory Dołęgi-Mostowicza, różni się znacznie od tego, którym posługujemy się obecnie, aby ułatwić Czytelnikowi lekturę, uwspółcześniliśmy fonetykę i interpunkcję. Wyrazy, zwroty, w tym zwroty obcojęzyczne, niektóre nazwiska czy wydarzenia opatrzyliśmy przypisami, które Czytelnikom w mniejszym stopniu zaznajomionym z realiami czasów powstania tych tekstów mogą pomóc w ich zrozumieniu.

marzec 1925

WARSZAWSKA SPELUNKA SZPIEGOWSKA

Deprawacja i podstęp czyhają nie tylko na naszą armię i młodzież

Głównym menedżerem nocnego dansingu lupanaru, który jak grzyb trujący wyrósł niedawno w centrum stolicy, jest znany szpieg, któremu zabroniony jest wjazd do wszystkich państw Ententy!

Szpieg otoczony całym rojem współpracowników, którzy nie próżnują.

Założył za jakieś tajemnicze pieniądze nocny dansing, gdzie przy pomocy ajentek udających kapłanki Wenus i Terpsychory wyłapuje tajemnice dyplomatyczne i wojskowe.

Ceny spelunki i pensje oficerskie

Na tle szalonych cen (jakie tam są stosowane, by zwabić najlepszą publiczność) wynikają codziennie karczemne burdy, w których częstokroć splamiony być może (a może i był?...) mundur oficerski.

Pomimo tego, że w całej Warszawie wszyscy już o tym wiedzą, ktoś uważa za celowe tolerowanie tej spelunki. Władze mylą się bardzo, jeżeli sądzą, że opinia publiczna nie znajdzie sama prawdy, a znalazłszy ją, nie zażąda rachunków.

Teraz właśnie toczy się w Sejmie sprawa udziału oficera w lubelskiej aferze kabaretowej.

Nasze władze wojskowe nie uważały za stosowne wziąć tego pod uwagę i zabronić oficerom bywania w nocnych spelunkach.

Może czekają, nim opinia publiczna dowie się szczegółowo nazwisk tych oficerów, którzy pobierając po 300–400 zł miesięcznie, hulają w lokalach, gdzie ich gaża na jedną noc zaledwie wystarcza.

Zniżka cen dla dyplomatów

Wszystko powyższe należy do zakresu naszych spraw wewnętrznych, lecz są momenty, które kwestie istnienia i promień działania brudnej spelunki warszawskiej rozszerzają znacznie dalej.

Oto w celu zwabienia dyplomatów z poselstw i ambasad obcych, rezydujących w Polsce, właściciel nocnej spelunki rozsyła zawiadomienia do konsulatów i ambasad z uprzejmym zawiadomieniem, że dla dyplomatów „jego” zakład stosuje zniżki, wcale zresztą pokaźne.

Bardzo podejrzany pryncypał

Ten szpiegowski haczyk, chociaż bardzo prymitywnie osłonięty, połykają różne osoby z korpusu dyplomatycznego i... pod wpływem alkoholu w ramionach sprytnych danserek mówią nieraz więcej, niż tego pragnęłyby Rządy wysyłające swych przedstawicieli do Warszawy.

Dziwimy się, iż mogą w tym lokalu bywać dyplomaci włoscy, francuscy, angielscy i belgijscy, dyplomaci państw, do których właścicielowi omawianej jaskini tańca został wzbroniony wjazd za afery szpiegowskie.

Fotografowanie gości

Warszawa nie jest jeszcze tak wielkim miastem, by ktoś ciekawy i wytrwały nie mógł sobie zestawić listy tych naszych i obcych dyplomatów i wojskowych, jacy bywają w tym nocnym dansingu obok szpiegów, kasiarzy, defraudantów i innych mętów społecznych.

Może nawet nie zadawać sobie wielkiego trudu, gdyż samym szpiegom potrzebne były te dane i pierwotnie zapisywano skrzętnie przy wejściu nazwiska i adresy gości. Obecnie zmienili taktykę i... fotografują salę podczas „zabawy”.

Czyż celem nakłonienia władz do zamknięcia tej spelunki trzeba jeszcze głośniejszego wołania opinii publicznej?

kwiecień 1925

SOWIECKIE POLOWANIE NA INTELIGENCJĘ

Polacy nie ufają obietnicom bolszewickim

Od kilku tygodni obserwujemy niezwykle ciekawe zjawisko. Oto na łamach prasy zaczynamy spotykać ogłoszenia poszukujące inżynierów i techników Polaków na wyjazd do czerwonej Matuszki Rosieji.

Polacy w przemyśle rosyjskim

Lat temu dziesięć nie zwróciłoby to niczyjej uwagi, gdyż w ogóle inteligencja polska była bardzo poszukiwana przez wszelakie przedsiębiorstwa rosyjskie, a w przemyśle zajmowała bardzo długi szereg wybitnych, częstokroć naczelnych stanowisk. Z wybuchem rewolucji komunistycznej represje przez nią stosowane wygnały z Rosji nie tylko inteligencję obcą, lecz i rosyjską, nieliczne zaś resztki stopniały na krew pod kulomiotami czrezwyczajek[1], zgniły w więzieniach lub wegetują pod nieustanną grozą pięści bolszewickiej.

 

Rewolucja komunistyczna zniszczyła również i warsztaty pracy. Przemysł rosyjski, znajdujący się przed wojną w tempie doskonałego rozwoju, dziś leży w gruzach i podnieść się nie może. „Sowduraki”[2] – to świetny taran burzący, lecz do odbudowania czegoś wziąć się nie umie.

Podczas rewolucji uciekli oni do Polski

I oto zrozumiała głowa komuny, że bez obcych rąk, bez obcych mózgów beznadziejnych ruin nie odrestauruje i... powtórzyła się stara historia Fryderyka Wielkiego, który rozkazawszy ongiś wystrzelać wszystkie wróble w państwie – później zmuszony był za drogie pieniądze kupować całe partie tego ptactwa za granicą.

Lecz inteligencja to nie... wróble. Raz uciekłszy z gniazda sowieckiego, wracać nie chce. Niemieccy poszukiwacze chleba pojechali wprawdzie do Rosji, próbowali pracować i... wyjechawszy na urlop nach vaterland[3] z zagranicy, powiewali kapeluszami w stronę raju sowieckiego:

Gdy zobaczysz ciotkę mą, to się jej kłaniaj...

Targi sowieckie o powrót Polaków

Poskrobał się wtedy „sowdurak” w ciemię:

– A nu, isprobujem polskich burżujew[4].

Więc Wniesztorg[5] rozpoczął pertraktacje z kilkoma firmami polskimi, proponując zajęcie się odbudową niektórych fabryk i fabryczek. Warunki? – Olśniewające. Pieniądze. Poparcie. Rynek wolny.

– Tylko urządzicie, zorganizujecie, a tam uwidim[6].

Jedna z firm warszawskich otrzymała taką poufną propozycję i zgodziła się zorganizować w Petersburgu fabrykę... lamp naftowych. (Oto artykuł pierwszej kulturalnej potrzeby cywilizacyjnej Sowdepii[7]). Firma zgodziła się i dała ogłoszenie: poszukiwani inżynierowie do fabryki w Rosji.

Stosunki bezpieczeństwa osobistego

Jeden z naszych znajomych zgłosił się. Kupić, nie kupić, potargować można.

– Jakie warunki?

– Proszę pana, otrzymałby pan mieszkanie, opał, oświetlenie i 500 rubli złotem miesięcznie.

– To wcale nieźle, a jakież gwarancje bezpieczeństwa osobistego?

– O! Zupełne. Takie, jakie mają wszyscy cudzoziemcy w Rosji sowieckiej.

– Ach, takie? Nie, to mnie nie konweniuje.

– Dlaczego?

– Po prostu, wie pan, mam dziwne upodobania – nie lubię siedzieć w więzieniu. Tym bardziej jestem uprzedzony do umierania od kuli.

– Ależ co pan mówi?! Przecie w obronie pańskiej stanie poselstwo polskie...

– Nie, panie. To żadna gwarancja, bo może tak się zdarzyć, że poselstwo też będzie siedziało w więzieniu... bywało już coś podobnego.

Dzisiaj wszyscy boją się gwałtów sowieckich

O ile nam wiadomo, podobne odpowiedzi otrzymała firma od wszystkich, którzy się zgłosili. Należy wątpić, czy znajdą się łatwowierni, których da się zwabić do pracy w takich warunkach bezpieczeństwa, jakie stały się sławą krainy sowieckiej. Znamy bowiem i taki wypadek, że pewnemu wybitnemu inżynierowi, który był dyrektorem jednej z największych fabryk rosyjskich przed rewolucją, proponowano obecnie wyjazd do Bolszewii i objęcie poprzedniego stanowiska. Chociaż obiecywano mu świetną, kilkadziesiąt tysięcy rubli złotych, gażę i inne warunki „przedwojenne”, nie przyjął on propozycji pomimo tego, że w Polsce nawet na dziesiątą część takiej gaży żadna fabryka nie miałaby środków.

Tak to towarzysze „sowduraki” wytępili wróble w Matuszce Rosieji, a obcych kupić nie mogą i nie kupią, póki nie zastąpią nahajki i karabinu – prawem i porządkiem.

listopad 1925

ZŁOŚLIWE BANKRUCTWA CZY ZŁOŚLIWY OPTYMIZM?

„Za co nas tak karzą? Czy za to, że byliśmy zawsze sumiennymi kupcami, pilnymi płatnikami podatków i najlojalniejszymi obywatelami kraju? Czy za to nas karzą i osadzają w więzieniach, że Rząd pana Grabskiego[1] swoją gospodarką doprowadził nas do zupełnej ruiny?”.

Tak zaczyna się list do redakcji podpisany przez kilkunastu kupców.

Smutny to zaiste dokument. Dokument świadczący o tragicznej pomyłce Sejmu, który oddał kraj w niedoświadczone ręce pana Grabskiego.

I rzeczywiście rozpacz ogarnia bardzo szerokie i coraz szersze koła obywateli, a kupiectwo skarży się najgłośniej, najboleśniej, bowiem przeżywa atrofię[2] handlu w Polsce.

Nie dość już bowiem, że kupca, który zbankrutował, zlicytowano za podatki do „ostatniej koszuli”, lecz jeszcze za zobowiązania prywatne, których wszak nie dotrzymał nie z własnej winy, lecz z winy „fenomenalnego optymisty” – wsadza się do więzienia.

Czy można dzisiaj kogo posądzić o tzw. złośliwe bankructwo?

Już nie o moratorium proszą dłużnicy, lecz tylko o pozostawienie ich na wolności. Niechże przynajmniej kraty ich ominą, skoro już zostali skazani na nędzę, a często i głód.

Sejm w tej sprawie winien uchwalić jakieś czasowe przepisy, chociażby na czas... urzędowania naszego „fenomenalnego optymisty”.

Wystrzegajcie się fabrykacji malkontentów!